Dwa lata temu rozmawialiśmy o twojej książce "Od Katowic idzie słońce", więc zupełnie się nie spodziewałem, że wyprawisz się na terytorium wroga.
Też się nie spodziewałam, choć przecież dla mnie, katowiczanki, Sosnowiec jest miejscem bardzo nieodległym, leżącym dosłownie za miedzą, a mimo to obcym. W Sosnowcu bywałam rzadko, zwykle w związku z dziennikarskimi sprawami zawodowymi, prywatnie chyba nigdy. Nie miałam, krótko mówiąc, żadnych powodów, by do Sosnowca jechać, również dlatego, że on nie miał nic specjalnego do zaoferowania. Wszystkie najważniejsze imprezy, festiwale, knajpy są w Katowicach i śląskich okolicach. Jedyne, z czym mi się Sosnowiec kojarzył, to blokowiska i bardzo ładny budynek dworca z kilkoma uliczkami wokół. Tyle.
To co się stało, że napisałaś o nim książkę?
Wydawnictwo Czarne zaproponowało mi wyprawienie się, jak to określiłeś, na terytorium wroga, co ja wolę określać zajrzeniem do sąsiadów. Początkowo, szczerze powiedziawszy, nie zareagowałam entuzjastycznie, bo o czym miałabym pisać? O tych blokach? Nie widziałam zupełnie żadnego punktu zaczepienia dla reporterskiej opowieści, myśląc jednocześnie, że może byłby to ciekawy kontrapunkt dla wydanej wcześniej książki o Katowicach. Pojechałam więc któregoś dnia do Sosnowca, stanęłam na placu Stulecia, nazywanym przez mieszkańców "patelnią", i szukałam "białego królika", za którym mogłabym pobiec.
I znalazłaś.
Tak, kolegę ze studiów, Ryszarda Derdzińskiego, który jest z Sosnowca, ale jego mama była Ślązaczką. Uznałam szybko, że to będzie dla mnie idealny przewodnik, co się sprawdziło w stu procentach. To Ryszard mnie wprowadził w sosnowieckie ulice, pokazał, gdzie się chodzi do knajp, zawiózł mnie na cmentarz czterech wyznań. Poczułam się w Sosnowcu jak turystka zaciekawiona zwiedzanym miejscem. To był moment, w którym już wiedziałam, że książkę napiszę, bo jest w Sosnowcu mnóstwo ciekawych historii do opowiedzenia.
Czym innym jest jednak obojętność wobec jakiegoś miejsca, a czym innym prześmiewcza pogarda, a to ona, zdaje się, dominuje na Śląsku wobec Zagłębia, szczególnie Sosnowca. Skąd się to wzięło?
Konia z rzędem temu, kto precyzyjnie na to pytanie odpowie. Na ten temat napisano i powiedziano już naprawdę dużo i zwykle ta opowieść zaczyna się na rzece Brynicy, która stanowiła granicę między Prusami a rosyjskim zaborem. Katowice leżały po pruskiej stronie, Sosnowiec po rosyjskiej i były to naprawdę dwa różne światy. Po pruskiej stronie rozwój cywilizacyjny był znacznie bardziej zaawansowany niż na rubieżach Imperium Rosyjskiego, gdzie było o wiele biedniej. Sam wygląd Katowic i Sosnowca w tym czasie powodował to katowickie patrzenie z góry na Sosnowiec, który był ze śląskiej perspektywy ubogim krewnym.
Ale od zaborów minęło sporo czasu.
To prawda, ale mieliśmy po drodze kolejne rozdziały historii, choćby rok 1945 i tragedię górnośląską, o której rozmawialiśmy przy okazji mojej książki "Komendant. Życie Salomona Morela". Ślązacy są wtedy prześladowani, oskarżani, skazywani na milczenie, sekowani z urzędów, w których zatrudnia się ludność z Zagłębia. W dodatku ludność, która nie rozumie kultury śląskiej, tradycji śląskiej, godki. I to ona tym razem patrzyła z góry na sąsiadów. Wszystko to powodowało kolejne animozje, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Animozje, które nieraz przechodziły w rękoczyny. Mieszkańcy Szopienic, dzielnicy Katowic graniczącej z Sosnowcem, opowiadali mi o takich śląsko-zagłębiowskich bójkach. I tak to w różnych formach, choćby złośliwych żartów, trwa do dzisiaj. Na szczęście już bez rękoczynów.
Dowcipów i memów o Sosnowcu jest na Śląsku rzeczywiście mnóstwo, wiele bardzo śmiesznych. Najbardziej znany jest chyba żart paszportowy.
Z tego żartu, że wjazd do Sosnowca wymaga paszportu, władze miasta zrobiły nawet kampanię promocyjną, co chwalili specjaliści od marketingu, podkreślając, że dowcipnie pokazuje ona dystans do żartów z miasta.
A czy Ślązacy wiedzą, o czym piszesz w książce, jak Zagłębiacy wspierali ich podczas śląskich powstań? Bo ja nigdy o tym nie słyszałem.
Ja również. Podczas pracy nad książką odkryłam, że Ślązacy mogli się ukrywać w Sosnowcu, jeśli była taka potrzeba. Odkryłam, że mieszkańcy Sosnowca przeprowadzali zbiórki pieniężne, by wesprzeć powstania, oraz że ochotnicy z Sosnowca brali udział w powstaniach. Wszystko to jest zupełnie przemilczane w narracji śląskiej o powstaniach, uznane chyba za niewygodne czy niepasujące do stereotypowego obrazu Zagłębia. Ta powstańcza opowieść – i nie tylko ona – pokazuje, że historia relacji śląsko-zagłębiowskich wcale nie jest czarno-biała, tylko pełna szarości i że wzajemna niechęć jest wręcz przekazywana bezwiednie. Do tego stopnia, że goroli z Sosnowca – jak mówił mi jeden z rozmówców – nie lubią nawet dzieci przyjezdnych, którzy przeprowadzili się na Śląsk z innych regionów Polski. Jest to więc prawdziwy fenomen.
Pytali cię sosnowiczanie, skąd jesteś?
Mieszkańcy przyjmowali mnie bardzo ciepło, wpuszczali do swoich mieszkań, dzielili się historiami rodzinnymi. Najczęściej nie słyszałam pytania, skąd jestem, tylko zadowolenie z tego, że ktoś chce na poważnie pisać o ich mieście. Bardzo ich to cieszyło, więc i mnie było przyjemnie pracować. Tym bardziej że o Śląsku mamy mnóstwo literatury czy filmów, jest więc spora dysproporcja.
Ludzie mili, ale jak sama piszesz, nie mówili o sobie "sosnowiczanie", tylko "mieszkańcy Sosnowca". Niejeden twój rozmówca zwraca też uwagę na to, że tożsamość miasta to nadal work in progess.
Dlatego że Sosnowiec to zlepek ludności napływowej z różnych części kraju. Na Śląsk też przyjeżdżało dużo ludzi za pracą, ale zastali na miejscu bardzo silną kulturę śląską, która wpływała na nich i ich dzieci, używające z czasem śląskich słów. W Sosnowcu nie było tak silnego zjawiska kulturowego, więc nie było się do czego odwoływać. W dodatku Sosnowiec jest bardzo młodym miastem, prawa miejskie otrzymał w 1902 roku. To powodowało, że jeśli jakaś rodzina została w mieście po 1945 roku, uznawano ją za starych sosnowiczan. Za napływowych uważano zaś tych, którzy w latach 70. przyjechali do pracy w Hucie Katowice. W dodatku byli to często ludzie ze wsi, którzy zajmowali się awansem społecznym, koncentrowali się na tym, co tu i teraz, a nie na budowaniu tożsamości miasta czy jego historii.
Nie pomogła też transformacja ustrojowa w 1989 roku.
Bo wiązała się z upadkiem kopalni i przemysłu, a co za tym idzie – dużym ubytkiem migrującej ludności. Zarówno tej za pracą, jak i młodych ludzi, wyjeżdżających na studia, i to nie na śląskie uczelnie, tylko dalej.
Choć Uniwersytet Śląski jest nawet w Sosnowcu.
To był pomysł Edwarda Gierka, który bardzo chciał integrować Śląsk z Zagłębiem, dlatego niektóre wydziały stworzonej w 1968 roku uczelni umieszczono w Sosnowcu. Innym powodem było oczywiście celowe działanie władz komunistycznych dążących do rozproszenia społeczności akademickiej, żeby utrudnić jej spiskowanie przeciw partii. Ale za czasów Gierka było też w Sosnowcu dużo innych inwestycji infrastrukturalnych, które miały na celu zniwelowanie różnic między miastami śląskimi i zagłębiowskimi.
Z towarzyszem Gierkiem łączy się oczywiście mit Czerwonego Zagłębia, którego geneza, jak piszesz, wcale nie łączy się z komunizm, tylko z PPS-owskim socjalizmem.
Ta łatka bardzo mocno przylgnęła do Sosnowca i myślę, że dzisiaj się nadal trzyma. A wzięła się z powojennej manipulacji władz komunistycznych, które niejako zawłaszczyły na swoje potrzeby historię ruchu robotniczego Sosnowca, walczącego dzielnie o prawa socjalne i pracownicze od początku XX wieku. Tego zawłaszczenia dokonywano za pomocą publikacji, ale też w przestrzeni publicznej – poprzez nazewnictwo ulic i placów czy za pomocą pomników. Sosnowiec został w gruncie rzeczy skrzywdzony utrwalającym się czerwonym wizerunkiem, choć przecież kiedy spojrzymy na wyniki wyborów z ostatnich lat, widać wyraźnie, że to mit.
Mitami nie były za to plany budowy tzw. centrum Zagłębia, które zakładały połączenie Sosnowca, Dąbrowy Górniczej i Będzina w jeden miejski organizm z reprezentacyjnym centrum. Takie plany mieli naziści – to nowe miasto miało się nazywać Adolf-Hitler-Stadt – ale też komuniści. Jednym i drugim nie udało się ich zrealizować. Szkoda?
Skoro mnie zachęcasz do pogdybania, myślę, że takie miasto byłoby z pewnością dużą przeciwwagą dla Katowic, bo plany były rzeczywiście ambitne – w tym nowym centrum miały się znaleźć reprezentacyjne gmachy władz, instytucji kultury i nauki oraz cała związana z tym infrastruktura. Nie ma co się oszukiwać, dzisiejsze centrum Sosnowca, wspomniana "patelnia", nie jest przedsięwzięciem udanym, o czym mówili mi sami mieszkańcy, spędzający czas gdzie indziej, często poza Sosnowcem. Dzisiaj w miejscu planowanego kiedyś nowego centrum stoją olbrzymie blaszaki supermarketów, o wielkich planach zapomniano.
Pamięta się za to, dzięki pracy społeczników, o dawnych żydowskich mieszkańcach miasta. Zresztą ciekawe jest to, że dwaj najsłynniejsi sosnowiczanie Władysław Szpilman i Jan Kiepura byli Żydami.
Kiepura był Żydem po matce, ale ona przeszła na katolicyzm. Wojnę przetrwali nieliczni sosnowieccy Żydzi, większość wywieziono do Auschwitz. Ci, którzy przeżyli i wrócili, zaczęli wyjeżdżać po wojnie, a reszta zniknęła w Marcu ‘68. Społeczności żydowskiej więc już nie ma, ale są ciekawe miejsca związane z jej historią, i fantastyczni ludzie pielęgnujący pamięć o niej, organizujący rozmaite wydarzenia, w tym wycieczki śladami żydowskiej kultury i historii. Co ważne, przychodzi na nie mnóstwo osób. A do wątku muzycznych postaci dodałabym jeszcze Jacka Cygana, również "chłopaka z Sosnowca", który jest przecież bardzo znanym tekściarzem. I choć Jacek Cygan, pamiętając o swoim mieście, organizuje w nim rozmaite muzyczne wydarzenia, brakuje w Sosnowcu wielkiego festiwalu muzycznego, który by się z miastem wszystkim kojarzył i je promował.
Dzisiaj słynne są za to gejowskie orgie w diecezji sosnowieckiej, a ty o nich piszesz skromnie.
Powiem ci szczerze, że miałam tego tematu trochę dosyć, bo sporo o nim pisałam w "Gazecie Wyborczej", ale też mam poczucie, że znów Zagłębie zostało tu potraktowane niesprawiedliwie, jako siedlisko zepsucia. Bardziej od orgii na plebaniach ciekawiła mnie sprawa stojącego przez lata w Milowicach, dzielnicy Sosnowca, pustego kościoła, który był profanowany. Na Górnym Śląsku coś takiego byłoby nie do pomyślenia.
Co jakiś czas pojawiają się głosy postulujące zmianę nazwy województwa śląskiego na śląsko-dąbrowskie i inne tego typu inicjatywy domagające się uwzględniania Zagłębia. Czy one są dzisiaj aktualne?
Owszem są, proponujące również zmianę herbu województwa, ale powiedziałabym, że raczej marginalne, że to nie jest coś, czym żyją mieszkańcy. Dzisiaj jesteśmy w województwie śląskim bardzo śląsko-zagłębiowsko wymieszani. Możesz mieszkać w Sosnowcu, studiować z Gliwicach, a czas wolny spędzać w Katowicach. Nie da się tego podzielić. Granica na Brynicy, od której zaczęliśmy, jest współcześnie granicą wyłącznie w głowach. Może – zamiast sztucznie ją podtrzymywać – warto lepiej się poznać? Poznać również lepiej historię, a tę Sosnowiec ma bardzo ciekawą. Sama byłam zaskoczona jak bardzo.
Anna Malinowska. Absolwentka politologii ze specjalnością dziennikarską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pracowała m.in. w "Trybunie Śląskiej", a od 2005 r. jest dziennikarką katowickiego oddziału "Gazety Wyborczej". Autorka książek "Brunatna kołysanka" – o losach polskich dzieci uprowadzonych w czasie wojny do ośrodków Lebensbornu, "Komendant" – o Salomonie Morelu, nadzorcy obozu Zgoda w Świętochłowicach, w którym w 1945 r. osadzano Ślązaków jako element "politycznie niepewny" oraz zbioru reportaży "Od Katowic idzie słońce".
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym, krytykiem, publicystą, redaktorem naczelnym poznańskiego magazynu kulturalnego Dynks (dynks.poznan.pl). Od lat pisze do Wysokich Obcasów i weekendowego magazynu Gazeta.pl. Mieszka w Poznaniu.

