A ty ciągle o tym Śląsku.
Kiedy pisałam „Brunatną kołysankę", moją pierwszą książkę, Katowice były w niej obecne z racji bohatera spinającego wszystkie opowiedziane tam historie polskich dzieci uprowadzonych w czasie wojny przez niemiecki Lebensborn.
Potem napisałam „Komendanta", biografię Salomona Morela, komunistycznego zbrodniarza, który też mieszkał, tak się złożyło, w Katowicach i dopiero na starość, zmuszony okolicznościami, uciekł do Izraela.
A teraz są już same Katowice z całą masą bohaterów i opowieści, choć mam nadzieję, że nie zostanę zaszufladkowana jako ta, co tylko o Śląsku pisze. To prawda, dużo jest Śląska w mojej twórczości, ale wiele historii ma charakter uniwersalny, chyba ciekawy dla ludzi z różnych części Polski.
Co do tego nie mam wątpliwości, ale też nie widzę nic złego w byciu osobą piszącą o Śląsku, tym bardziej że mamy coraz większą grupę takich postaci. Najsłynniejszą z nich jest oczywiście Szczepan Twardoch, ale też Zbigniew Rokita czy tłumaczący na śląski Grzegorz Kulik.
Dodajmy jeszcze Małgorzatę Szejnert z jej „Czarnym ogrodem", choć nie jest to autorka śląska. Ale tak, masz rację, coś jest na rzeczy. Wydaje mi się, że nadrabiamy od jakiegoś czasu zaległości, nadrabiamy lata milczenia, prostujemy wieloletnie wykrzywianie Śląska. Mówiąc o szufladkowaniu, miałam na myśli to, że nie chciałabym się w przyszłości ograniczać do pisania tylko o Śląsku, choć jest jeszcze co opisywać.
Cieszy cię to wzmożone od kilku lat zainteresowanie Śląskiem?
Bardzo. Powinnam może nawet powiedzieć: wreszcie! Wreszcie odkłamujemy narrację o Śląsku, wreszcie opisujemy i wyjaśniamy śląskie meandry, wreszcie ktoś chce nas słuchać i czytać.
Skąd twoim zdaniem to zainteresowanie? Bo co do tego, że ono jest, nie mam wątpliwości. Wydawcy nie drukowaliby książek o Śląsku, gdyby chcieli je tylko czytać lokalsi.
Przyczyn jest wiele. Pojawili się ludzie, o których wspomnieliśmy. Dużą robotę wykonały śląskie miasta, choćby przez organizację wielu wydarzeń związanych z kulturą i inwestycje przyciągające coraz więcej ludzi. Rozmaite awantury medialno-polityczne były wzniecane w kwestii autonomii Śląska, tożsamości śląskiej czy śląskiego języka oraz oczywiście węgla który wrócił do nas ostatnio w zupełnie niespodziewanej odsłonie. W książce podaję datę, rok 2049, na kiedy to zaplanowano zakończenie wydobycia węgla. Tymczasem nadchodzący kryzys energetyczny postawił wszystko na głowie. Mówiąc krótko, Śląsk jest nieustannie obecny w debacie publicznej, co powoduje – mam taką nadzieję – wzrost zainteresowania książkami o nim.
I generalnie chyba wzrost zainteresowania życiem poza Warszawą.
Przez lata Warszawa zasysała wszystko i wszystkich, a dzisiaj coraz wyraźniej widać, że można wieść wygodne życie z dobrą pracą i ciekawą ofertą kulturalną także w innych miastach, na przykład w Katowicach, które są sercem jednej z najważniejszych polskich metropolii. Nie mówiąc już o tym, że blisko od nas do Czech czy do Niemiec albo w Beskidy. Można sobie też wygodnie podjechać do Krakowa lub Wrocławia, gdzie również dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy. Mnie w Katowicach dobrze się mieszka, dobrze pracuje, dobrze żyje. Katowice to także, nomen omen, kopalnia tematów, na co dowodem jest choćby moja najnowsza książka.
„Od Katowic idzie słońce" to był wybór osobisty rodowitej katowiczanki czy też może wybór „urzędowy", z racji regionalnej stołeczności? Bo wiesz, jest na Śląsku parę innych, wcale niewiele mniejszych miast z o wiele dłuższą historią.
Była to propozycja ze strony wydawnictwa, na którą zgodziłam się entuzjastycznie, bo Katowice to w końcu moje miasto i znam je jak własną kieszeń. Cóż prostszego, prawda? Ale kiedy zaczęłam pracę nad książką, dość szybko się zorientowałam, jak bardzo się myliłam, bo wcale nieprosto napisać o swoim mieście. Co wybrać, kiedy wszystko ci się kojarzy i wszystko wydaje ci się tematem na reportaż. Musiałam więc sobie trochę poprzestawiać w głowie i wymyślić jakiś sensowny klucz. Wiedziałam jedno: to musi być głos mieszkańców, bo głosy ludzi mnie zawsze interesowały najbardziej. Pisząc, muszę mieć choćby jednego bohatera. I tak też zaczęłam konstruować książkę, wokół konkretnych osób i historii opowiadanych przy kuchennym stole, bo one mnie interesują najbardziej.
Co je różni od opowieści przy kuchennych stołach w innych częściach Polski?
Historia. Ona jest po prostu na Śląsku inna. Niepodobna do historii w innych regionach. Historia, która w dodatku – o czym już wspomniałam – była długo zakłamywana, manipulowana i niejednokrotnie przemilczana. Jest to głównie historia robotnicza, bo to robotnicy – górnicy i hutnicy – stworzyli Katowice. To dzięki nim to prowincjonalne niegdyś miasto nabrało wielkomiejskiego sznytu.
Bałaś się, że zostaniesz adwokatką Katowic?
Oczywiście nie uciekłam od tego, bo wsłuchując się w głosy bohaterów książki, mogłam je jednocześnie konfrontować z osobistymi przeżyciami i poglądami. Zrobiłam to zresztą w książce po raz pierwszy, bo jestem generalnie zwolenniczką tego, by autora było jak najmniej. Tu się starałam, ale nie zawsze mi się udawało i dawałam ujście swoim przemyśleniom. Choćby wtedy, kiedy piszę o katastrofach górniczych, bo zawsze mnie irytowało, kiedy w trakcie długotrwałych akcji poszukiwawczych górników słyszałam w mediach, że po co to, że już na pewno nie żyją. Tak mogą mówić wyłącznie ludzie spoza Śląska, którzy go po prostu nie rozumieją.
Nie mogłam też się powstrzymać od własnych wypowiedzi przy okazji zabytków poprzemysłowych, bo przecież je znam – dorastałam na katowickim Giszowcu, w cieniu dwóch kopalni: Staszic i Wieczorek. Byłam jako mieszkanka i dziennikarka częścią metamorfozy niejednego zakładu przemysłowego, a wartość wielu miejsc w Katowicach dostrzegłam znacznie później, na przykład wartość Nikiszowca.
Jako przyjezdny zachwyciłem się natychmiast wiele lat temu tym robotniczym osiedlem z czerwonej cegły.
A dla mnie, osoby, która przechodziła tamtędy codziennie od dziecka, było to ponure, brudne, zupełnie nieinteresujące miejsce, gdzie w dodatku można dostać w mordę. Dzisiaj oczywiście doceniam geniusz architektów i klimat Nikiszowca, ale potrzebowałam na to sporo czasu. Nie tylko ja. I w końcu zabrałam głos, więc w tym sensie zostałam trochę adwokatką Katowic.
Katowic, które trudno oddzielić od opowieści o Śląsku. Podobnie jest zresztą z każdym innym śląskim miastem, choćby z Bytomiem, bohaterem bardzo interesującej książki Agaty Listoś-Kostrzewy „Ballada o śpiącym lwie". Ale gdybyśmy musieli jednak Katowice ze Śląska wydestylować, co by je wyróżniało?
W Katowice, w odróżnieniu od sąsiednich śląskich miast, został tchnięty wielkomiejski duch. Tytuł książki „Od Katowic idzie słońce" to cytat z Wilhelma Szewczyka, jednego z moich bohaterów, który pochodził z Czerwionki. Miał stamtąd rzut beretem do Rybnika, ale Rybnik był dla niego zbyt prowincjonalny. Spoglądał więc Szewczyk na wschód, gdzie leżą Katowice, które w międzywojniu nabrały wielkomiejskiego charakteru, były siedzibą władz i zaczęły przyciągać ludzi nie tylko ze śląskich miast, ale i z całej Polski – tu była praca, tu były wyższe zarobki. Wkrótce ten intensywny napływ ludności z różnych stron kraju stał się problematyczny, bo Ślązacy poczuli się kolonizowani, gorzej traktowani i nierozumiani.
Stąd gorole, hanysy i krojcoki?
Hanysy to tutejsi, gorole to napływowi, a krojcoki to dzieci z „mieszanych", tutejszo-napływowych związków. Pochodzący z Żywca Tomasz Konior, znany architekt, zapytany przeze mnie o to, czy u niego na Bażantowie, jednym z katowickich osiedli, rozmawia się o tym, kto jest skąd, był zdziwiony i powiedział, że nie. Minęły już czasy, kiedy ślub Ślązaka z dziewczyną z Zagłębia był mezaliansem. Dzisiaj zostały już tylko dowcipy, a ten podział funkcjonuje tylko w starszym pokoleniu.
I tylko w starszym pokoleniu mówi się jeszcze, mieszkając przykładowo w dzielnicy Szopienice, że jedzie się do Katowic?
Tak, ale to wynika z tego, że wiele dzielnic współczesnych Katowic, które same są bardzo młodym, bo powstałym w połowie XIX wieku miastem, dołączano bardzo późno. Szopienice były osobnym miastem do 1959 roku. Nie może więc dziwić, że mieszkańcy długo mówili, że jadą do Katowic, a nie że jadą do centrum. Pamiętam też, że podobnie mówili starsi mieszkańcy Giszowca, co mnie, przyznaję, denerwowało, bo przecież byliśmy w Katowicach. Tylko że ja się urodziłam, jak Giszowiec był już częścią Katowic, a oni nie.
Katowice u zarania swych dziejów nie były miastem kultury i nauki, podobnie jak robotnicza Łódź. Uniwersytet Śląski powstał dopiero w 1968 roku. Były w tej materii jakieś kompleksy?
Myślę, że tak i że nie była to tylko kwestia prestiżowa, ale też złość, że katowiczanie – i szerzej, Ślązacy – muszą wyjeżdżać na studia do innych miast, najczęściej do leżącego niedaleko Krakowa. Chyba że wybierali studia techniczne na założonej zaraz po wojnie Politechnice Śląskiej w Gliwicach. Brak uniwersytetu powodował, że kadry urzędnicze ściągano z zewnątrz, ale też nie mogła się rozwijać intensywniej inteligencja. Katowice nie miały tylu intelektualistów, ilu miały miasta uniwersyteckie, ale to już przeszłość i dzisiaj w Katowicach jest nie tylko uniwersytet, ale także wiele innych uczelni. Miasto zaczęło też nadrabiać duże zaległości w kulturze, bo nie ma się co oszukiwać, że je miało. I to zarówno w obszarze instytucjonalnym, jak i dużych, ważnych wydarzeń.
Tu nastąpiła rzeczywiście kolosalna zmiana. Są w Katowicach i duże wydarzenia kulturalne, jak OFF Festiwal, i powstała nowoczesna infrastruktura, a nawet cała dzielnica kulturalna, na którą składają się stworzone pod ziemią Muzeum Śląskie, spektakularna siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, Centrum Kongresowe, a wszystko to obok symbolu Katowic, czyli Spodka.
Sąsiednie miasta Katowicom zazdroszczą?
Pewnie trochę tak, choć przecież nie wszystkie instytucje śląskie są w Katowicach. Należę do osób, które uważają, że miasta metropolii powinny zostać scalone w jedno wielkie miasto i stać się jego dzielnicami. To jest oczywiście na Śląsku temat bardzo drażliwy, zdaję sobie z tego sprawę, ale prawda jest taka, że człowiek z zewnątrz nie wie nawet, kiedy wyjechał z Katowic i wjechał do Chorzowa. Nie ma u nas nic nadzwyczajnego w tym, że ktoś mieszka w Bytomiu, studiuje w Gliwicach i pracuje w Katowicach. Pisząc książkę o Katowicach, również nie mogłam nie zajrzeć do innych miast. Inaczej na Śląsku się nie da, bo to system naczyń połączonych.
Piszesz o Śląsku już tyle lat. Wszystko już wiesz czy zdarzają ci się odkrycia?
Pewnie, a te odkrycia są stąd, że jeśli piszę o czymś, co już było wielokrotnie opisywane, muszę znaleźć do mojej opowieści coś więcej, coś innego. Nie mogłam na przykład, pisząc o Katowicach, nie zająć się masakrą górników w kopalni Wujek, ale wiedziałam przecież, że napisano o tym niezliczoną liczbę tekstów.
I znalazłaś na to sposób. Czy raczej świetnego bohatera.
Ale może już nic więcej o tym nie mówmy, żeby nie zabierać przyjemności czytelnikom książki. W każdym razie cieszę się, że znalazłam zupełnie inną od dotychczasowych perspektywę, która dla mnie samej była olbrzymim odkryciem.
Dla mnie była nim postać Izabeli Czajny-Stachowicz.
Ona ma swoją biografię, wiesz o tym?
Wiem z twojej książki i już ją sobie zamówiłem.
Trzeba powiedzieć, że porucznik Milicji Obywatelskiej, która zna się na sztuce i prowadzi jeden z najbardziej znanych salonów artystycznych Katowic, to jest coś! Czajna-Stachowicz była niesamowitą postacią, niemal filmową. W mojej książce pojawia się w rozdziale o Grupie Janowskiej, tworzonej przez mężczyzn, którzy po ciężkiej pracy w kopalni, stawali przy sztalugach. Czajna zachwyciła się obrazami jednego z nich – Teofila Ociepki. To był genialny samouk, pracował na kopalni, żył na szaro-burym wówczas Śląsku, a malował postaci pozaziemskich stworów, baśniowych istot, bujne rośliny, zwierzęta z Saturna, żywioły natury i fantastyczne pejzaże. Ociepka posługiwał się godką, przebywał w dość hermetycznym środowisku małej społeczności Janowa i Nikiszowca – przyszłych dzielnic Katowic. Czajka była osobą z zewnątrz, gorolką, która nie godoła i nie miała specjalnego pojęcia o Śląsku. Mimo tego znalazła z Ociepką wspólny język. Dzięki Czajnie Ociepka jako pierwszy z Grupy Janowskiej odniósł sukces.
To co? Mamy teraz wszyscy jechać do Katowic?
Bardzo zapraszam, aczkolwiek trzeba powiedzieć, że zbyt duże zainteresowanie może być czasami nie błogosławieństwem, ale przekleństwem. Widać to na Nikiszowcu, którego mieszkańcy z jednej strony cieszą się, a z drugiej boją, że ono Nikiszowiec bardzo zmieni, a nawet zabije, tak jak krakowski Kazimierz, gdzie normalne życie właściwie zniknęło. A tu wszyscy chcą, żeby na Nikiszu nadal była pani Helga, która sprzedaje żur, żeby nadal mogli tam mieszkać rdzenni mieszkańcy, bo to oni tak naprawdę, a nie budynki, tworzą tę dzielnicę.
Książka "Od Katowic idzie słońce" do kupienia w Publio >>>
Anna Malinowska. Ur. 1975. Absolwentka politologii ze specjalnością dziennikarską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pracowała m.in. w „Trybunie Śląskiej", a od 2005 r. jest dziennikarką katowickiej „Gazety Wyborczej". W 2017 r. ukazała się jej „Brunatna kołysanka", opowiadająca o losach polskich dzieci uprowadzonych w czasie wojny przez Lebensborn. Jest też autorką wydanej w 2020 r. książki „Komendant" poświęconej Salomonowi Morelowi, komendantowi obozu Zgoda w Świętochłowicach, w którym w 1945 r. osadzano Ślązaków jako element „politycznie niepewny". Mieszka w Katowicach.
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike oraz felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej. Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do Wysokich Obcasów, Przekroju, Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine czy portalu e-teatr.pl.


