Rozmowa
Fremantle - przedmieścia Perth w Australii Zachodniej. (Fot. Richard Keeler / CC BY 2.0 via Wikimedia Commons)
Fremantle - przedmieścia Perth w Australii Zachodniej. (Fot. Richard Keeler / CC BY 2.0 via Wikimedia Commons)

"Oddajcie nam naszą ziemię. Oddajcie to, co ukradliście: nasze kości, nasze czaszki, nasze dzieci" – krzyczała do króla Karola podczas jego październikowej wizyty w Australii senatorka Lidia Thorpe. Były premier Australii Tony Abbott nazwał to "nieszczęśliwym politycznym ekshibicjonizmem".

Kiedy wrzuciłam link do tekstu o tym głośnym wydarzeniu na mój profil facebookowy, byłam zasmucona i zdziwiona komentarzami znajomych w tonie: jak ona mogła? jak śmiała? Lidia Thorpe jest oczywiście znana w Australii, należy do Blak Sovereign Movement, Ruchu Suwerenności Czarnych, domagającego się nie tylko tego, żeby Australia stała się republiką, ale też żądającego traktatu między Pierwszymi Narodami a rządem Australii, bo do tej pory takiego traktatu nie podpisano. Tymczasem Maorysi w Nowej Zelandii mają go od 1840 roku. O nim też było ostatnio na świecie głośno – za sprawą maoryskich członków nowozelandzkiego parlamentu, którzy sprzeciwiając się próbom zmian traktatu, zatańczyli hakę, ich tradycyjny taniec, a jedna z posłanek podarła w trakcie haki proponowaną nowelizację traktatu.

Czy ta facebookowa reakcja twoich znajomych dominuje w Australii?

Tak, potwierdza ją także zeszłoroczne referendum dotyczące wpisania Pierwszych Narodów do konstytucji i stworzenia specjalnego ciała w parlamencie, nazwanego Voice, złożonego z przedstawicieli Aborygenów. Większość Australijczyków, bo aż 60 proc., sprzeciwiła się temu.

I jak to się ma do multikulturowej, otwartej Australii?

Ona jest multikulturowa, ale ma niestety ciągle problem z Aborygenami. Do dzisiaj nie ma we wszystkich  australijskich szkołach obowiązkowego przedmiotu, na którym uczono by prawdziwej historii kraju.

Prawdziwej, czyli zaczynającej się przed przybyciem kolonizatorów?

A jest to bardzo długa historia, bo sięgająca ponad 40 tys. lat. Kultura aborygeńska to najdłużej nieprzerwanie trwająca kultura na świecie. Tymczasem dla większości Australijczyków historia zaczyna się, kiedy pod koniec XVIII wieku przypłynął tam kapitan James Cook i wbił w ziemię brytyjską flagę. Z tej okazji 26 stycznia obchodzony jest Dzień Australii – wszystko jest w australijskich flagach, wszyscy wesoło grillują. Z drugiej strony miastami idą wielkie pochody Pierwszych Narodów, wśród nich również wielu młodych nierdzennych Australijczyków, którzy nie godzą się na taki stan rzeczy.

Święta góra Aborygenów - Uluru (Fot. Shutterstock/ Nick Brundle Photography)

Ale jak to jest możliwe, że nie uczy się w szkołach historii Australii przed Cookiem?

To nie jest pytanie do mnie, aczkolwiek trzeba powiedzieć, że czasami się to zdarza. Niedawno, bo we wrześniu, w stanie Nowa Południowa Walia wprowadzono obowiązkowe nauczanie o australijskiej kolonizacji oraz Zagładzie Żydów, młodzi ludzie w szkołach średnich po raz pierwszy dowiedzą się o wojnach granicznych, masakrach. W innych miejscach to zależy od szkoły i od nauczycieli, którzy nieraz chcą trochę powiedzieć o Pierwszych Narodach albo organizują wycieczki do miejsc Aborygenów. Moje dziecko, które skończy niedługo dziesięć lat, było z klasą na wycieczce w centrum aborygeńskim. Ale to było raz i nigdy więcej nie wrócono do tematu. Wiedza o Pierwszych Narodach sprowadza się generalnie do tego, że mieszkają tu od dawna, parali się zbieractwem i polowaniami, do tego parę zdań o ich sztuce i tyle. Z kolei dziecko mojej koleżanki jest w szkole, w której organizowano wyjazd na świętą dla Aborygenów górę Uluru, ale rodzice musieli za to zapłacić prawie 4 tys. dolarów, co dla wielu w i tak drogiej bardzo Australii było niemożliwe. Jeszcze inną kwestią jest to, że rdzennych nauczycieli prawie nie ma, a biali nie mają wiedzy lub po prostu boją się mówić o Pierwszych Narodach, z różnych przyczyn.

Pierwsze Narody, jak piszesz, stanowią około 4 proc. populacji, co daje nieco ponad milion osób w 29-milionowej Australii. Czy to małe zainteresowanie nimi jest z tym związane?

Myślę, że nie liczby mają tu znaczenie, tylko problem z mówieniem szczerze i otwarcie o niełatwej historii, która z punktu widzenia Pierwszych Narodów była kolonizacją i ludobójstwem. A druga rzecz, połączona z pierwszą, to niechęć do podpisania traktatu z Aborygenami i dania im formalnego wpływu na interesujące ich kwestie związane z ziemią i kulturą. 

A coś dobrego dzieje się w tej sprawie?

Jasne, są rozmaite wydarzenia, w trakcie których nagłaśnia się tematykę aborygeńską i celebruje Pierwsze Narody, jak na przykład NAIDOC Week (od National Aborigines and Islanders Day Observance Committee), Reconciliation Week czy National Sorry Day. Pytanie, na ile to się przekłada na codzienne życie. Pewnie umiarkowanie. Nierdzenni mają swoje życie w wielkich miastach i nie bardzo chcą rozmawiać na niewygodne, trudne tematy. To jest trochę jak rozmawianie w Polsce o pogromach na Żydach. Mało kto chce się konfrontować z trudną historią.

Poza, jak rozumiem, nielicznymi sprawiedliwymi?

Jak Carolyn Crossley, burmistrzyni z hrabstwa Wellington, która opowiadała mi, że ma korzenie osadnicze, że jej przodkowie brali udział w wojnach granicznych, ale stara się przepracować tę trudną historię: oddała pokradzione Aborygenom przedmioty, próbowała doprowadzić do tego, by stosowano podwójne nazewnictwo (bo dominuje to kolonialne) i chciała zlikwidować kopce na cześć Angusa McMillana, rzeźnika Aborygenów. Tacy ludzie to jednak rzadkość.

Dlaczego jest taki silny opór przed likwidacją pomników ludobójców?

Dominuje narracja, że taka była historia, że takie były czasy, że tak budowano kolonie. I ten problem jest właściwie wszędzie w Australii. Nie dotyczy tylko pomników, ale nazw wszystkiego: ulic, parków, rzek, a nawet całych miast. Melbourne, w którym mieszkam, drugie co do wielkości australijskie miasto, jest nazwane na cześć swojego założyciela, angielskiego lorda Melbourne’a, a założył to miasto pogromca Aborygenów na Tasmanii – John Batman. Kolejna postać to Ferdinand von Mueller, uwielbiany w Australii botanik i geograf, który zajmował się rabowaniem i wywożeniem za granicę aborygeńskich kości, które są do dzisiaj w wielu muzeach i instytutach badawczych w Europie, a Pierwsze Narody walczą o ich zwrot, co wcale nie jest proste.

Jasne, źli ludzie byli częścią historii i nie ma ich co z niej wymazywać, ale czym innym jest pamiętanie, czym innym pomniki. Dzieci w polskich szkołach uczą się o Stalinie, ale nie mamy jego pomników.

Zgadzam się i naprawdę bardzo starałam się zrozumieć, dlaczego Australijczycy tak kurczowo trzymają się swojej białej historii, i nie do końca znajduję odpowiedź. Może się boją, że zmiana nazw czy usuwanie pomników będzie tylko wstępem do zabrania im czegoś więcej? Że stracą swoje domy zbudowane na ukradzionej Pierwszym Narodom ziemi?

O to walczą Aborygeni?

Nie, walczą tylko o swoje święte miejsca, między innymi z wielkim w Australii przemysłem wydobywczym, który nie tylko je niszczy, ale także zatruwa środowisko naturalne, tak dla Pierwszych Narodów ważne. Aborygeni nie chcą przecież wysiedlić potomków kolonizatorów.

Pytanie, czy urodzonego 20 lat temu Australijczyka warto w ogóle tak dzisiaj nazywać?

Biali są z pewnością potomkami kolonizatorów, ale masz rację, dzisiaj taka narracja jest wątpliwa, tym bardziej że społeczeństwo australijskie jest współcześnie wieloetniczne, a nie czarno-białe. Korzenie wielu Australijczyków są coraz częściej coraz bardziej splątane, co nie znaczy, że wszyscy nie powinni się uczyć o historii Australii, a ta jest historią Pierwszych Narodów.

Mężczyzna z plemienia Arrernte Wschodniego z dystryktu Arltunga w Terytorium Północnym, 1923 rok. Jego chata jest wyłożona specjalnym, charakterystycznym dla flory Australii gatunkiem traw (Fot. Australijskie Muzeum Narodowe via Wikipedia Commons) , Tradycyjni tancerze Noongar w Perth (Fot. Użytkownik o nicku Blueberry3c/Wikipedia Commons)

Odpowiadającą często na pytania i bolączki współczesności.

Bez poznania tej historii nie można zrozumieć, dlaczego dzieciaki w społecznościach aborygeńskich z dala od dużych miast chodzą często głodne, dlaczego jest w tych społecznościach tyle przemocy domowej, dlaczego są one tak podatne na rozmaite uzależnienia.

Albo dlaczego Aborygeni stanowią dużą nadreprezentację w więzieniach.

To również. I trzeba od razu dodać, że popularne wśród białych wytłumaczenie, że Aborygeni to lenie, którzy chcą tylko coraz większych zasiłków, jest nieprawdziwe. Zrozumienie, dlaczego tak jest, znajdziemy właśnie w historii kolonizacji, opresji, rasizmu, a co za tym idzie – międzypokoleniowej traumy.

Kolor skóry jest tu kluczowy?

Bez wątpienia. Australia od czasu przybycia kolonizatorów europejskich była bardzo rasistowskim krajem i ten rasizm instytucjonalny trzymał się tam właściwie do lat 70. XX wieku, kiedy zaczęto w końcu wpuszczać do Australii Azjatów. Dzisiaj ostrze rasizmu wymierzane jest coraz częściej w stronę Hindusów, których jest coraz więcej. Ja, mimo że jestem imigrantką, tego rasizmu nie odczuwam, bo jestem biała.

Jakie były reakcje, kiedy mówiłaś Australijczykom, że piszesz książkę?

Biali mówili zwykle, że "znowu o tych Aborygenach", po co ja to piszę i kto to będzie czytał.

Po co ty to piszesz i kto to będzie czytał?

Wychowałam się w Polsce i pamiętam, jakim zaskoczeniem było dla mnie, kiedy w latach 90. zaczęła być nagle nauczana inna historia. Historia, w której Związek Radziecki nie był jednak naszym bratnim narodem, tylko okupantem, historia, w której pojawił się Katyń. Podobnie jest z moim życiem w Australii. Po prostu zrozumiałam w pewnym momencie, że oficjalna historia nie jest prawdziwą historią, że to historia fałszerstw i przemilczeń. Tak, można powiedzieć, zaczęła się moja praca nad książką, która nie była łatwa z wielu powodów, między innymi dlatego, że biali Australijczycy, włącznie z moim mężem, nie chcieli o tym słuchać.

A Aborygeni jak na ciebie reagowali?

Bardzo się cieszyli, że chcę opowiedzieć ich historię, chętnie rozmawiali, byli zadowoleni, że chcę o nich pisać i w dodatku dla Polaków. Nieraz trudniej było mi się przebić przez białych zajmujących się tematyką aborygeńską, którzy mi mówili, że i tak niewiele zrozumiem, bo nie jestem Aborygenką i po co ja w ogóle to robię. Mówimy dużo o złu, które się wydarzyło: o ludobójstwie, o kolonizacji, której częścią było porywanie aborygeńskich kobiet, odbieranie aborygeńskich dzieci, wykopywanie aborygeńskich kości i handel nimi. Powiedzmy teraz trochę o tym świecie przed Cookiem.

Obóz Aborygenów w pobliżu podnóża wzgórz Adelaide. Obraz Alexandra Schramma został namalowany w 1854 roku (Fot. Domena publiczna; Galeria Sztuki Australii Południowej via Google Cultural Institute)

To był fascynujący świat wielu ludów, wielu języków, wielu obyczajów. To świat tzw. śnień, czyli czegoś w rodzaju pradawnych opowieści, w których występuje nieistniejąca już w Australii tzw. megafauna, olbrzymie zwierzęta. W tych śnieniach jest zatoka, nad którą leży Melbourne, będąca kiedyś wielką sawanną. W śnieniach jest wielki wybuch wulkanu, którego lawa wyżłobiła w ziemi korytarze, a te z kolei wypełniła woda z pływającymi w niej węgorzami. Wszystko to są wydarzenia sprzed 30 tys. lat, przekazywane z pokolenia na pokolenie, bo Pierwsze Narody nie pisały i nie czytały. Miały za to języki migowe, o czym nie miałam pojęcia. Dodam tylko, że do wielu śnień jako biali nie mamy w ogóle dostępu.

Ale do wielkiej wiedzy Aborygenów o australijskiej przyrodzie dostęp jest.

Tylko że biali nigdy nie byli zainteresowani jej zdobyciem. Nie byli zainteresowani choćby sztuką wypalania, tzw. patykami ognistymi, a przecież Pierwsze Narody są mistrzami ogniowymi, wiedzą, kiedy wypalać i jakim ogniem, jak długo, które rośliny, w ten sposób oczyszczali lasy z łatwopalnej ściółki, tworzyli tereny do polowań, pod obozowiska, miejsca na ceremonie klanowe. Gdyby ją stosowano, twierdzą Pierwsze Narody, nie byłoby wielu ogromnych pożarów australijskiego buszu. Aborygeńską wiedzę przekazuje się dzisiaj czasami naukowcom, jak zrobiły to ludy z Cieśniny Torresa, które zaprosiły naukowca z Uniwersytetu w Melbourne, by przekazać mu swoją wiedzę o gwiazdach. Tylko jak teraz przekazać i zachować fascynującą znikającą wielką kulturę Pierwszych Narodów, liczącą kilkadziesiąt tysięcy lat?

Agnieszka Burton. Publikuje reportaże i artykuły w mediach polskich i zagranicznych. Ukończyła Polską Szkołę Reportażu w Warszawie. Mieszka w Melbourne, gdzie pracuje dla polskiej sekcji radia SBS. Na studiach doktoranckich na Monash University zajmuje się reportażem literackim. Książka "Ozland. Przestrzeń jest wszystkim" to jej debiut reporterski.
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym, krytykiem, publicystą, redaktorem naczelnym poznańskiego magazynu kulturalnego Dynks (dynks.poznan.pl). Od lat pisze do Wysokich Obcasów i weekendowego magazynu Gazeta.pl. 
Mieszka w Poznaniu.