Do 19 lutego 2023 roku w Muzeum Warszawy można oglądać wystawę „Błysk, mat, kolor. Fotografia i Warszawa lat 90.". Znalazły się na niej zdjęcia profesjonalne i amatorskie, fotografia reporterska i artystyczna, które wspólnie tworzą portret Warszawy tamtej dekady. W siedmiu salach wystawowych zebrano ponad tysiąc zdjęć i filmów autorstwa niemal stu twórców i twórczyń, w tym Edwarda Hartwiga, Chrisa Niedenthala, Tadeusza Rolke, Krzysztofa Millera, Anny Beaty Bohdziewicz, Anny Musiałówny, Anny Białej czy dokumentalisty Marcela Łozińskiego.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>
Lata 90. to dla mnie okres między 12. a 22. rokiem życia.
Jestem dwa lata młodsza, więc ten czas to dla mnie końcówka podstawówki i początek liceum. Okres, który dość dobrze pamiętam i mogę konfrontować opowieści ze swoimi wspomnieniami.
Dla mnie ta dekada to z jednej strony eksplozja nowości i koloru na jej początku, a z drugiej zażenowanie kiczem i tandetą pod jej koniec. Jak półokrągłe pasiaste hale MarcPolu przed Pałacem Kultury i Nauki.
Na początku super było pójść "pod Pałac" albo "na Stadion" i coś kupić. A później jakość tych rzeczy i konieczność przymierzania ich, stojąc na kartonach, zaczęły sprawiać, że te towary – często podróbki – przestawały być atrakcyjne. Stawały się wstydliwe, źle kojarzone. Chociaż o podróbkach z tamtych lat myślę teraz zupełnie inaczej po lekturze książki Magdy Szcześniak "Normy widzialności. Tożsamość w czasach transformacji", w której autorka pisze, że nauczono nas pożądania rzeczy oryginalnych i firmowych.
Mój ukochany czas Warszawy to lata 20. XX wieku. Po nich zostały choćby piękne kamienice. Co mamy po latach 90.?
Jestem historyczką fotografii i obszar, w którym czuję się swobodnie, to jest właśnie dwudziestolecie międzywojenne. Praca nad tą wystawą była czymś zupełnie innym przez to, że była konfrontacją nie tylko z archiwami i zbiorami, ale także z pamięcią własną i pamięcią innych osób. Kiedy tylko wspominałam, że pracujemy w Muzeum nad tą wystawą, od razu widziałam, jak w wyobraźni rozmówców ona już się tworzy. Czułam więc, że będzie zderzeniem nie tylko ze źródłami, z historią, ale i ze wspomnieniami i pamięcią.
Pytasz, co zostało w Warszawie po latach 90. Łatwiej mi powiedzieć, co znikło. Udało się zapanować nad parkowaniem samochodów na chodnikach, nad reklamami – jest ich naprawdę mniej – nie ma już tak agresywnie oklejonych tramwajów i autobusów. Handel został uporządkowany, choć zdarzają się wyłomy – ktoś sprzedaje śliwki i kwiaty z działki, oscypki przy wyjściu z metra.
Ta pamięć o Warszawie, o której powiedziałaś, wydaje mi się organiczna i nostalgiczna, zwłaszcza wśród osób 40+.
Przedstawiciele tej grupy wiekowej najczęściej odwiedzają muzea. A pod tą nostalgią, rozczuleniem nad budką z zapiekankami, starym ikarusem, polonezem jest o wiele więcej. Ale w głębsze warstwy na wystawie wchodzimy powoli. Na początku, w pierwszej sali, jest – szczególnie gdy oglądamy cały zestaw pierwszy raz – tylko nostalgia. Kolorowe neony, ogromny dmuchany klaun siedzący przed McDonaldem, zdjęcia z bazaru przy placu Defilad, wesołe miasteczko Cricoland.
W książce o transformacji "Duchologia polska" Olga Drenda pisze o tym, że w pamięci mamy obrazy, które mają barwy. I lata 90...
Nie mów, spróbuję zgadnąć! Są czerwone!
Owszem.
Czerwone plastikowe tace, czerwone uchwyty sztućców. Czerwony to dla mnie kolor, na którym najbardziej widać złą jakość.
Zgadzam się, można powiedzieć, że czerwony to kolor fotografii lat 90. W końcu mocny i bardzo nasycony dzięki powszechnej dostępności filmów, między innymi Kodaka. A dziś jest częścią naszych wspomnień.
Patrząc na zdjęcia z wystawy, przypomniałam sobie drugi kolor lat 90. – seledyn.
Wybuch koloru w architekturze też jest wyraźnie zauważalny.
W powszechnej narracji biurowce z lat 90. to są koszmarki, które należy wyburzyć.
Kiedy Grzegorz Piątek opowiada o dobrych realizacjach biurowców z tego okresu, mówi o udanym łączeniu funkcji z wyglądem i dostępnością. Bardzo chwali z tych powodów biurowiec statek przy Poznańskiej oraz budynek BUW-u.
W zdjęciach architektury Edwarda Hartwiga czuć zachwyt odbiciami miasta w nowoczesnych szklanych fasadach – jako 80-latek bierze pierwszy raz do ręki kolorowe filmy fotograficzne i odbitki. Jest pod ich wrażeniem i – jak sam mówił – chce się nim nasycić. Charakterystyczna jest także dla lat 90. żabia perspektywa, widoczna na przykład w fotografiach Edwarda Grochowicza.
Ten czas to nowe możliwości oraz pole karier dla fotografów.
Jak w przypadku imponującej i polskiej kampanii reklamowej Tomka Sikory dla Levi’sa.
Po krótkim czasie dominacji reklam importowanych z Zachodu nadchodzi zmiana i otwarcie na polskich twórców, którzy mieli w tym zakresie dużą swobodę. Wtedy – jak opowiada właśnie między innymi Tomek Sikora – było tak, że młodzi ludzie w polskich oddziałach zagranicznych firm dogadywali się z młodymi osobami w polskich agencjach reklamowych i od powstania pomysłu reklamy dla takiego SONY czy Levi’sa do powieszenia gotowych plakatów mijał tydzień, kilkanaście dni.
Nie trzeba było czekać na opinię prezesa w Japonii, dobre pomysły nie wymagały potwierdzenia ich wartości w wielkiej machinie korporacyjnej hierarchii.
Dzięki temu dla fotografów lata 90. oznaczają niesamowite otwarcie: mogą wyjeżdżać, mają dostęp do sprzętu, zleceń.
Dużo się na zdjęciach Warszawy dzieje, oj, dużo.
Chaos widać świetnie na zdjęciach Tadeusza Rolke. Jako dojrzały fotograf jest mocno wyczulony na zmianę, fotografuje tematy, po które nie sięgają młodzi. Już mówiłyśmy, że na początku lat 90. każda przestrzeń jest zajęta, handel z łóżek polowych i stolików turystycznych kwitnie. Ale z czasem staje się bardziej uporządkowana, a przejawem porządku są pokazywane z dumą biało-czerwone budki przy placu Konstytucji.
Pamiętam je doskonale. W barze orientalnym Lily był najlepszy kurczak w cieście, jakiego jadłam. Mieli też w karcie żabie udka. Koszmarne były te budy!
Ale w opinii współczesnych wprowadzały uporządkowanie!
Skrzyżowanie Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej z pierwszym McDonaldem widać na zdjęciach Chrisa Niedenthala. Zbiór jego prac z tego okresu jest ogromny. Przypominając je, sygnalizujemy pewne zjawiska. Na przykład wszechobecność sex-shopów.
Nie zabrakło i mody.
I nowego, kapitalistycznego bohatera – już nie człowiek pracy, ale biznesmen, który ma pierwszą komórkę. Jest też figura bizneswoman – nie sekretarka, ale kobieta sukcesu. Wzorzec ten widać także doskonale w metamorfozach czytelniczek publikowanych w magazynach dla pań, w których kreuje się nową kobietę tych czasów.
Mówi o tym też sesja z "Twojego Stylu" z 1991 roku z pierwszą polską "fitnesską" – propagatorką ćwiczeń i aktywności sportowej – Mariolą Bojarską-Ferenc w roli modelki.
W obiektywie świetnego i jednak trochę zapomnianego fotografa Władysława Lemma. I wszystko jest tu jak trzeba: żakiet, cieliste rajstopy, samochód, odpowiednia poza.
Idea metamorfoz to coś także bardzo typowego dla tego czasu. Zmienianie matki trojga dzieci z małej miejscowości pracującej w szkolnej stołówce w osobę z fryzurą, której ułożenie zajmuje godzinę, a kolor trzeba odświeżać co miesiąc. Transformacja brutalna, bez pochylania się nad jej potrzebami i możliwościami.
Czysty kapitalizm: albo wchodzisz w to, albo jesteś przegranym.
Kolejna sala wystawowa sprawia, że rozwiewa mi się przed oczyma mgiełka nostalgii.
Tak, tutaj mówimy o kontraście i efekt jest mocny, a kolor niemal znika. Od dwudziestolecia międzywojennego przez modernizm przyjęło się, że dobra fotografia to są mocno kontrastowe, czarno-białe zdjęcia. Nie wyzwolimy się chyba jeszcze długo z myślenia, że takie fotografie są udane, artystyczne. Takie też przez długi czas były fotoreportaże.
W tej części prezentujemy na zdjęciach wybitnych fotoreporterów dokumentujących kontekst i konsekwencje transformacji: kompletny rozpad, biedę niszczejących kamienic sąsiadujących z nowymi inwestycjami, reprywatyzację, koczowisko Romów na Dworcu Wschodnim. To przypomina nam codzienny widok z lat 90., czyli dzieci grające na akordeonie w tramwajach, kobiety w łachmanach klęczące na chodnikach. Temat był obecny w latach 90. w przestrzeni miasta, ale chętnie go wyparliśmy.
Pokazujemy zdjęcia między innymi Stanisława Cioka, zatytułowane "Smutne wesołe miasteczko", czy Kacpra M. Krajewskiego, który sięgał do konceptu "decydującego momentu": fotograf łapie kontrasty istniejące w rzeczywistości, rejestruje tę sekundę, która nadaje kompozycji znaczenie. W większości były publikowane w rubryce "Fotofelieton", pojedynczo, bez żadnego komentarza, bo ten był zbędny.
Przypominam sobie teraz, że nie był to także czas w Warszawie spokojny.
Lata 90. to koniec cenzury. I zmiany na rynku wydawniczym, skutkujące między innymi powstaniem dodatków magazynowych do dzienników, w których publikowane są fotoreportaże. Również w prasie codziennej zdjęć jest coraz więcej. Pokazują na przykład protesty – jak wówczas pisano: „najazdy" rolników, hutników, górników na Warszawę. W komentarzach i podpisach często podkreślano roszczeniowość i agresję strajkujących.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje
Lata 90., szczególnie ich pierwsza połowa, były czasem kryzysu, inflacji, okresem bardzo niespokojnym. Sprzeciw widziało się właśnie na ulicach, także sprzeciw kobiet w kwestiach ustawy antyaborcyjnej. To był czas wojny nie tylko w Jugosławii, ale też w Czeczenii. I wtedy pomagaliśmy humanitarnie, wysyłając z PAH-em pierwsze konwoje do Czeczenii. Widać wiele punktów stycznych ze współczesnością.
Ze współkuratorką wystawy Julią Staniszewską pokazujecie też reportaże, które na bardzo długo ustawiły narrację na temat konkretnych zjawisk: narkomanii, AIDS, blokersów.
Tak. Możemy to zrobić poprzez doskonałe prace fotografek. Maria Zbąska tworzy jeden z najwymowniejszych warszawskich fotoreportaży lat 90. o młodych, czyli surowych i mocnych "Blokersów". Anna Musiałówna robi barwne reportaże interwencyjne o AIDS i eksmisjach. Anna Beata Bohdziewicz kontynuuje zaczęty w latach 80. wielki projekt "Fotodziennik, czyli piosenkę o końcu świata". Pokazuje na przykład strajk gastronomii, mający zwrócić uwagę na ogromny problem mafijnych haraczy. Anna Biała fotografuje pierwszy dzień wiosny, czyli wtedy dzień wagarowicza, świętowany przez młodzież na Agrykoli.
Mam poczucie, że moja pamięć to jednak ślizganie się po powierzchni i głównie kolorowe zdjęcia, warstwa ważnych wydarzeń jakoś mi wyparowała...
Mamy tendencję do bycia między wyobrażonym a zapamiętanym. Tak o polskiej historii pisał Jan Sowa, przywołując słowa francuskiego historyka Daniela Beauvois. Wypieramy też oczywiście, bo tak łatwiej funkcjonować. Stąd na wystawie tak istotna była obecność zdjęć ze scenami, które przypominają, co się w latach 90. działo i jak fotografowie i fotografki to zarejestrowali.
Jak Warszawa, to i Pałac Kultury i Nauki.
Zmienia się jego status. Nie jest już znienawidzonym symbolem obcej władzy, staje się miejscem zawładniętym przez kapitalizm, obrośniętym bazarem, zaczyna być siedzibą firm, o czym pisze w książce towarzyszącej wystawie Witold Kanicki. O dekonstrukcji tego symbolu władzy opowiada też imponująca praca Zofii Kulik "Strażnicy iglicy".
Przejdźmy do kolejnej sali.
Pokazujemy w niej zamiłowanie fotografów do katalogowania. Mamy więc zdjęcia z sekcji "Witajcie na świecie" – właśnie urodzonych dzieci, publikowane w dodatku lokalnym do "Gazety Wyborczej". Są zdjęcia najważniejszej małej architektury lat 90., czyli budki, autorstwa Łukasza Gorczycy. À propos Gorczycy, przywołanie go pozwala przypomnieć, że w tamtym czasie tworzą się galerie sztuki, które z czasem stają się ważnymi graczami.
Mówisz o Galerii Raster, która mnie wtedy strasznie onieśmielała, ostatecznie do niej nigdy nie weszłam. Ostatnia sala to hołd dla fotografii amatorskiej, bo przecież lata 90. to szaleństwo aparatów, tzw. idiot camer, i punktów z odbitkami.
Kiedy myślałyśmy z Julią Staniszewską o tej wystawie, wiedziałyśmy, że powinna się tu znaleźć fotografia amatorska. Jesteśmy w muzeum historycznym, które – inaczej niż muzeum sztuki – pozwala łączyć w sobie wszystkie porządki, w tym pokazywać prace nieartystów, twórców niezawodowych. I prezentować zjawisko, które było bardzo charakterystyczne dla tej dekady.
Pod koniec lat 90. działało w Warszawie ponad 500 fotolabów, filmy Kodaka dostawało się na stacji benzynowej za zatankowanie, Fuji sponsorowało remont pomnika Kopernika.
O fenomenie zjawiska fotografii amatorskiej opowiada w katalogu towarzyszącym wystawie Tadeusz Matan, właściciel bardzo dobrze znanego w Warszawie fotolabu Relax.
W Relaksie można było usłyszeć padające w nazwie wystawy, a odnoszące się do papieru odbitek, słowa: "Błysk czy mat?". I postać w kolejce obok Krzysztofa Millera i innych reporterów prasowych. Żeby spotkać fotografów modowych – Tyszkę, Wolińskiego, Porembę – trzeba było pojechać do ProfiLabu na Wolę. O ile takie miejsca – znów – nie onieśmielały za bardzo.
Po amatorskie odbitki zgłosiłyśmy się do warszawiaków*. Odzew był ogromny i udało się nam pokazać różne jej odmiany i zwyczaje. Ludzie są na takich zdjęciach najważniejsi – temat stanowią bliskie osoby. Ale pokazujemy też serię zdjęć dokumentujących oczami fana wizytę Michaela Jacksona w Warszawie czy urodzin w swojskim McDonaldzie.
Mamy zdjęcia niezawodowe dokumentujące rzeczywistość: oklejone reklamami tramwaje, wielką zamazaną reklamę filmu "Skandalista Larry Flint". Prezentujemy też zdjęcia późniejszych artystów, którzy sięgają do swoich archiwów, jak Jędrzej Sokołowski, który wybrał na wystawę zdjęcia zrobione przez siebie w wieku dziewięciu–dziesięciu lat.
Z perspektywy 2022 roku wiemy już, że lata 90. były ostatnią pełną dekadą fotografii, którą można było wziąć do ręki. W fotografii analogowej wywołujemy odbitki, wybieramy je, wkładamy w album, podpisujemy. Odbitki z kolei z czasem zmieniają kolory – stają się bardziej fioletowe lub czerwone – w zależności od jakości chemii czy papieru, na którym są wywołane. Ktoś mi zwrócił uwagę, że zbyt dramatycznie mówię, ale tamten czas to pożegnanie z analogiem. Owszem, wiele osób nadal wywołuje czy drukuje odbitki. Jednak gdy patrzymy na skalę zjawiska i porównujemy liczbę odbitek z lat 90. z naszymi "rolkami" i albumami fotograficznymi, jakie mamy w telefonach komórkowych, to już widzimy, jak wielka jest to zmiana.
Ostatnia sala to powrót do kolorowej łagodności Warszawy.
Na koniec jest miejsce na zdjęcia Sylwestra "Krisa" Brauna, najbardziej znanego dokumentalisty Powstania Warszawskiego, fotografa półzawodowca, który zaraz po wojnie wyemigrował – najpierw do Szwecji, później do Stanów Zjednoczonych. W latach 90. osoby, które wyjechały wtedy i po 1968 roku, mogły odwiedzać Polskę ze względu na zmiany ustrojowe. Braun zostawił Warszawę zrujnowaną, a kiedy przyjechał, zastał ją nie dość, że odbudowaną, to jeszcze w szale transformacji. Był wtedy po osiemdziesiątce i zrobił kilkaset odbitek – w manii zapisywania i notowania Warszawy. Kończymy wystawę jego archiwalnymi, zalaminowanymi – nomen omen w latach 90. – zdjęciami ze zbiorów naszego Muzeum.
I to jest dokładnie taka Warszawa, jaką noszę w sercu: letnia, słoneczna, ciepła.
Cieszę się, bo to też są mi bliskie widoki, które także wzbudzają moją czułość. Starsze od nas osoby często mówią, że lata 90. to były straszne czasy: pstrokacizny, chaosu, kałuż. Bliżej ich wspomnieniom do sali ze zdjęciami protestów, Romów i blokersów.
Na zdjęciach Warszawy autorstwa Brauna bardzo pomaga dystans, nie widać detalu.
Jasne, pomaga dystans i perspektywa. Choć dopiero kiedy przyjrzymy się bliżej jednej z odbitek Sylwestra Brauna, to na niewiarygodnie pomazanym wtedy cokole kolumny Zygmunta przeczytamy: "Tkaczuk tu był"**.
*Współorganizatorem prowadzonej przez Muzeum Warszawy zbiórki „Stwórz z nami foto-kolekcję lat 90." była inicjatywa „Tu było, tu stało".
**Wypisywanie na murach w Warszawie, Polsce i na świecie – wszędzie, gdzie docierali Polacy – haseł: "Józef Tkaczuk tu był", "Tkaczuk na prezydenta", "Tu byłem. Józef Tkaczuk", stało się fenomenem socjologicznym. Tkaczuk to prawdziwa postać surowego woźnego z jednej z warszawskich szkół podstawowych. Wypisywanie jego nazwiska początkowo było rodzajem przekornej zemsty uczniów, z czasem zaś stało się miejską legendą, żartem określonego pokolenia, przejawem wtajemniczenia i bycia we wspólnocie śmiechu.
Karolina Puchała-Rojek. Historyczka sztuki i fotografii, współkuratorka wystawy "Błysk, mat, kolor. Fotografia i Warszawa lat 90.". W fotografii interesuje ją wychodzenie poza estetykę i obraz. W zdjęciach chętnie szuka historii, które się za nimi kryją, bliska jest jej perspektywa psychoanalityczna.
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda.


