Jak postrzegamy własne ciało? Po co i jak z ciałem pracujemy? Jak radzimy sobie z upływem czasu i sił? Do rozmów wokół tego tematu zaprosiłam znane osoby, podejście których do cielesności wyjątkowo mnie ciekawi. Otwierającą cykl rozmówczynią została Małgorzata Rozenek-Majdan, do kolejnych zaprosiłam Dawida Wolińskiego, Anitę Sokołowską, prof. Tomasza Sobierajskiego, Agnieszkę Szpilę, Karolinę Korwin-Piotrowską, Borysa Budkę. Czas oddać głos pisarce Annie Dziewit-Meller.
Co ukształtowało twoją relację z ciałem?
Mam długą historię trudnych relacji z ciałem. Jako dziecko bardzo je lubiłam, bo było sprawne, wysportowane, dobrze mi służyło. Większość dzieciństwa spędziłam na powietrzu.
Okres dojrzewania tymczasem – zwłaszcza w przypadku dziewcząt – powoduje solidne zaburzenie tej relacji. Mnie też to spotkało. Lata 90., w których przyszło mi dojrzewać, nie były okresem sprzyjającym zdrowemu dojrzewaniu. W tym czasie w mediach królowały supermodelki, panowała moda na ekstremalną chudość, która była lansowana na wybiegach. Myślę, że FashionTV, boom na prasę kobiecą i obowiązujący wtedy kanon urody dużej grupie z nas podkopały poczucie własnej wartości – pomimo że nie było mediów społecznościowych, przez które mogłybyśmy się poczuć jeszcze gorzej.
W młodości borykałam się z anoreksją, na którą niestety często chorowały wówczas dziewczęta.
Było groźnie?
Anoreksja miała wyraźny wpływ na moje zdrowie i dojrzewanie i myślę, że wciąż ma, choć od wielu lat jestem zdrowa. Anoreksja dotyczy całego człowieka, dotyka każdego aspektu bycia, jest ciężką chorobą psychiki, bardzo trudną w leczeniu, a na dodatek może okazać się śmiertelna. Doświadczenie z okresu mojej wczesnej młodości na pewno nie pozostało bez wpływu na to, jak żyję i funkcjonuję.
W jaki sposób?
Muszę się pilnować w moich zapędach i fiksacjach. Staram się nie ważyć, nie sprawdzać, czy przytyłam, walczyć z frustracją, która się czasem pojawia, a która wynika z zaburzonego obrazu siebie. Każdy czasem czuje się gorzej we własnej skórze, ale byłe anorektyczki powinny szczególnie uważać na taki stan.
W moim licealnym roczniku były trzy dziewczyny chorujące na anoreksję, z czego jedna właściwie na granicy śmierci. Doskonale pamiętam eksperymenty z dietą, ale wiem, że pomysł z odchudzaniem, żeby w ogóle został podchwycony, musi paść na podatny grunt.
Myślę, że choroby takie jak anoreksja, bulimia wynikają czasem z poczucia braku kontroli nad własnym życiem, niekoniecznie z potrzeby dorównania wzorcom urody. Kiedy się odzyskuje własną sprawczość, można przestać kontrolować inne obszary. Zaczęłam zdrowieć, gdy przesunęły mi się akcenty – ze skupienia się na sobie i swoich problemach na absorbującą mnie rzeczywistość: studia, zespół rockowy, w którym grałam, życie.
Przemiana odbyła się gdzieś głęboko wewnątrz mnie. Myślę, że kiedy zrozumiałam, że panuję nad tym, co się ze mną dzieje, zaczęłam zdrowieć. I warto mieć to na uwadze, kiedy kontrolujemy własne dzieci.
Jestem w kontrze do kultury diety, ale ta kontra zastawiła na mnie sidła. W ciągu dekady przytyłam 10 kg, nie podobałam się sobie z podwójnym podbródkiem. Postanowiłam zrzucić nadmiarowe kilogramy, ale tej decyzji towarzyszyło silne poczucie, że zdradzam swoje ideały.
Ciekawe! Wszystko jest pułapką. Chcesz schudnąć 10 kg, bo przytyłaś i źle się czujesz? Powinnaś mieć do tego prawo, ale rozumiem, że w dzisiejszych czasach wszystko jest obarczone ryzykiem, że kogoś urazisz albo nie wpiszesz się w obecnie obowiązujący trend.
Jakie inne ważne historie zapisały się w twoim ciele?
Czasem przeorania mojego ciała, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, były ciąże. Zarówno okres, kiedy usiłowałam w nie zajść, jak i potem, kiedy już w nich byłam. Dały mi poczucie wszechmocy. To było wspaniałe uczucie, ale też fizycznie trudne, bo przez cztery lata albo byłam w ciąży, albo karmiłam małe dziecko.
Między wyjściem z anoreksji a ciążami grałam w zespole rockowym – nie odżywiałam się za zdrowo i wiodłam życie rockandrollowe. Po trzydziestce po tych wszystkich doświadczeniach doszłam do wniosku, że muszę coś zmienić, bardziej o siebie zadbać.
W drugiej ciąży, zanim jeszcze się o niej dowiedziałam, przestałam jeść mięso. Przestało mi smakować, to nie był mój wybór, ale w wyniku tego od 11 lat jestem wegetarianką. Wtedy też zaczęłam ćwiczyć jogę, bo po dwóch ciążach w małym odstępie czasu siadł mi kręgosłup. Zdałam sobie sprawę, że lepiej już nie będzie, że ciało będzie tylko starsze i że muszę je przestać tak eksploatować.
Nie wiem, jak to ująć, ale twoja szczupłość jest niezmienna od lat i wygląda na osiąganą w niewymuszony sposób.
Wiele zawdzięczam genom, nie będę ukrywać, że po prostu mam figurę po mojej babci, która nigdy nie narzekała na nadmiar kilogramów. Ale jednocześnie uprawiam sporty, dużo chodzę, także z psem, moje życie wymaga ode mnie dużej aktywności ruchowej, lubię ćwiczyć, jeździć na rowerze. Jestem nadpobudliwą osobą i muszę wytracać energię. Zobacz, nawet kiedy siedzę z tobą, to się ruszam – macham rękami, zmieniam pozycję.
Nie mam 23, tylko 43 lata i nie mam złudzeń – postarzałam się. Widzę te zmiany zwłaszcza na twarzy. Nigdy nie stosowałam żadnych zabiegów medycyny estetycznej. Więcej! U kosmetyczki byłam w życiu trzy razy. Dawno, dawno temu.
Ale rzeczywiście – z daleka wyglądam mniej więcej tak samo, jak wyglądałam pod koniec liceum. Odżywiam się zdrowo, bo miewam anemię, więc muszę pilnować jadłospisu, ale niestety słodycze są moją ogromną namiętnością, kocham cukier.
Pytanie, co będzie za chwilę, bo przecież zbliżam się do okresu menopauzy, wiem, że zmiany, które mnie czekają, są nieuniknione, obserwuję się i jestem ciekawa tego, co nadejdzie.
Jak było u ciebie ze sportami?
W dzieciństwie trenowałam kilka lat taniec towarzyski, a te treningi były dosyć intensywne. Jako nastolatka ze względu na problemy ze zdrowiem związane z zaburzeniami odżywiania nie miałam siły na sport, nienawidziłam lekcji WF: turlania piłki lekarskiej, skakania przez kozioł, stałam się stanowczo bardziej duszą niż ciałem.
Twoja anoreksja to było niejedzenie?
Tak. Nie uprawiałam żadnych sportów, bo chyba po prostu byłam zbyt słaba. Ale tak szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, aby w moim najbliższym otoczeniu były osoby szczególnie usportowione Wiadomo, z kim przestajesz… ( śmiech) Kiedy byłam zdrowa, to zamiast sportów uprawiałam rockandroll i nie miałam czasu. Zaczęłam na poważnie ćwiczyć dopiero po trzydziestce. Późno, czego żałuję, bo sport jest wspaniały.
Jest, o ile znajdziesz taki, który sprawia ci autentyczną radość.
I nikt cię, łącznie z tobą, do niego nie zmusza. Joga i zajęcia grupowe zdobyły moje serce na 10 lat. Miałam szkołę jogi dwa piętra pod naszym mieszkaniem. Teraz też ćwiczę, ale sama, nie chodzę na zajęcia.
Rower jest moim środkiem lokomocji z wyboru – dużo jeżdżę po mieście. Zimą jeździmy z dziećmi na nartach. Ostatnio odkryłam i pokochałam – co w moim przypadku jest dość absurdalne – surfing.
Dlaczego absurdalne?
Bo bardzo się boję wody, a najgorsze nocne koszmary to te, w których zalewają mnie fale. Spotkanie z oceanem stało się czymś więcej niż tylko walką z wodą, jakimś ogólnym przełamywaniem się. Surfing to dla mnie czysta radość, szkoda, że nie mogę pływać częściej – bo nie mam tyle czasu ani pieniędzy.
Ten sport jest jak szybka jazda na nartach. Trzeba się tak skupiać na tym, żeby przeżyć, że nie ma czasu na nic innego. Rzadko mam tak wolną głowę jak w czasie pływania. Z wyjazdu na wyjazd robię postępy, widzę progres, co sprawia mi ogromną satysfakcję. Przełożenia na ciało nie widzę, bo za mało pływam, ale myślę, że byłoby ono widoczne, gdybym mieszkała nad wodą i codziennie chodziła pływać. Nigdy nie widziałam ludzi piękniej umięśnionych niż surferzy i surferki. I piękniej wyglądających.
Do swoich codziennych aktywności dodałam ćwiczenia siłowe z ciężarkami, bo po czterdziestce masa mięśniowa zanika, więc od półtora roku dźwigam i – jak to mówią niektórzy – 'przykorbiłam'. Codziennie wstaję 20 minut wcześniej i trenuję. Lepiej coś niż nic, dlatego ćwiczę systematycznie.
Bieganie też jest sportem, który jest dobry dla osób takich jak ja, mających za dużo na głowie. Można biegać w przerwach między zajęciami czy obowiązkami. Zainstalowałam sobie apkę, która mnie motywuje.
Są sporty, które w ogóle ci nie odpowiadają?
Lubię pływać, ale nienawidzę chodzić na basen. Bo trzeba się przebrać, wejść do zimnej wody, jakieś to mi się niehigieniczne wydaje. Zresztą za pływaniem w jeziorach też nie przepadam. Lubię pływać, ale zarazem nie lubię pływać. W szkole podstawowej mieliśmy duży basen i obowiązkowe lekcje pływania, pływam więc dobrze.
Ale nie próbowałam zbyt wielu sportów, nie jestem osobą otwartą na nowości, stąd surfing tak mnie zaskoczył. Fakt, że w ogóle założyłam cudzą piankę, jest szokujący. Normalnie takie rzeczy mnie odrzucają, a w surfingu nic mnie nie obrzydza, wchodzę w to. Zaskakujące!
Kiedy się najlepiej czułaś w swojej skórze?
Teraz.
Prawie każda moja rozmówczyni i rozmówca – poza tyczkarką Moniką Pyrek-Rokitą – tak mówi!
Po czterdziestce wiemy, czego nam trzeba, czego nie trzeba, co nam szkodzi, co nam służy. Nie jesteśmy jeszcze tak starzy i zepsuci, żeby fizyczność nas ograniczała, jeszcze jest i może być fajnie. Liczę, że jak najdłużej.
Patrzę na moich starszych przyjaciół, znajomych i rodzinę i widzę, że potrafią trzymać dobrą formę. Ale to nie przychodzi samo, trzeba wcześniej włożyć trochę wysiłku. A im więcej włożymy, tym więcej potem wyjmiemy. Czuję, że jestem w dobrej formie.
I się sobie podobasz?
Może bardziej – akceptuję to, co jest, mniej się przejmuję, jestem bardziej osadzona w moim życiu, co dobrze na mnie wpływa.
Jak wypadasz na tle rówieśniczek w swojej – zakładam – refleksyjnej i świadomej bańce?
Trzeba by bańki zapytać. Wszystkie moje przyjaciółki mają się świetnie: myślimy o przyszłości, gadamy na tematy hormonalno-menopauzalne, polecamy sobie książki i artykuły. Cieszy mnie otwartość w mówieniu o tym, że się starzejemy.
Może tym odczarowywaniem i oswajaniem menopauzy kompensujemy sobie brak uświadomienia w przypadku pierwszej miesiączki?
Gdybym jako nastolatka miała dostęp do wiedzy o dojrzewaniu taki, jak ma dziś moja córka, gdybym miała takie wsparcie, być może byłoby ze mną zupełnie inaczej. A byłam jak dziecko we mgle. Nie winię za to absolutnie nikogo, taki był wtedy świat.
Będąc więc znowu na etapie wielkiej zmiany, związanej z przekwitaniem, chętnie będę miała większą świadomość i wiedzę na temat tego, co się dzieje.
Cieszy mnie też łatwość mówienia o problemach, większa społeczna akceptacja pewnych kwestii. Idzie fala, która oswaja kolejne tematy, wprowadza nowe narracje – mówiło się o macierzyństwie, potem o dojrzewaniu dziewczynek, teraz wchodzimy w kolejny etap i czas na eksplorację obszarów, które były dotąd dla nas tajemnicą, a poprzednie pokolenia z różnych powodów nad nimi się nie pochylały, jak w przypadku rozmów o menopauzie. Cenię sobie, że się na tę falę załapuję, bo na pewno łatwiej jest przechodzić przez pewne tematy wspólnie.
W tym roku zauważalny jest wysyp "rom-komów" o dojrzałych kobietach w relacjach z młodszymi mężczyznami. Jak to odbierasz? Czy film tworzy dopiero pewien klimat, czy odwzorowuje dziejącą się rzeczywistość? Czujesz to zainteresowanie?
Czy jak powiem, że czuję, to zabrzmi nieskromnie?
Nie!
Nawet zastanawiam się, kiedy to się skończy. Ale tak na dobrą sprawę nie mam materiału dowodowego, który mógłby obiektywnie potwierdzić tę tezę, bo jestem poza rynkiem randkowania.
Powiedziałaś, że widzisz upływ czasu.
Tak. W tym roku sypnęły mi się siwe włosy, a wcześniej ich w ogóle nie miałam. Ciekawa jestem tego procesu – nie farbuję włosów od lat, ale mam naturalnie taki odcień, że siwizny nie widać.
Widzę zmarszczki, zwłaszcza te na czole, które jakoś nagle się pojawiły. Ale co ciekawe, całkiem odstawiłam podkład, a kiedyś bardzo ważne było dla mnie jego codzienne nakładanie. Dzisiaj nawet tego nie chce mi się robić. Uważam, że go nie potrzebuję, że mam dobrą cerę, a zmarszczek on i tak nie zakryje.
A czujesz upływ czasu?
Jestem słabsza fizycznie, szybciej się męczę, ale nie wiem, czy nie nakłada się na ten stan także moje obecne przepracowanie i zmęczenie. Może młodsza ode mnie osoba, gdyby tyle tyrała, też byłaby zmęczona? Tego nie wiem.
Mam coraz większą nadwrażliwość na różne bodźce, zwłaszcza na dźwięki. Mam i miałam mizofonię [mizofonia objawia się nadwrażliwością na dźwięki towarzyszące oddychaniu, przełykaniu czy pociąganiu nosem – przyp. red.], którą pewnie w jakimś stopniu sama sobie zafundowałam, pracując latami w słuchawkach. Miałam nawet szumy uszne – to było jedno z najgorszych doświadczeń, które skończyło się wraz z pracą w radiu. Grałam z zespole, spędzałam więc dużo czasu w strasznym hałasie. Dzisiaj trudno mi wytrzymać w miejscach, w których jest bardzo głośno, śpię w zatyczkach.
Jak dajesz swojemu ciału ciepło, miłość i czułość?
Wchodzę do wanny. A wcześniej nalewam do niej wrzątek i kąpię się, póki mi się skóra nie zmaceruje. Wiem, że nie jest to najzdrowsze, ale robi mi dobrze.
Porozmawiajmy też o ciuchach. Czy w twoim, naszym, wieku wygoda ubrań i butów przekreśla ich inne – głównie estetyczne – zalety?
Tak. Mam już całkowicie wymienioną garderobę, a w niej nie ma nic, w czym bym się pociła, co by mnie drapało. Najlepiej, żeby ubranie było miękkie, nieobcisłe. Uwielbiam kupować rzeczy o rozmiar za duże.
Nie przypominam sobie, kiedy miałam na stopach niewygodne buty. Mam taką jedną parę 'szpileczek na wesele' – kupiłam je 17 lat temu i leżą na pawlaczu. Patrzę sobie na nie czasami, jak dzieci je zakładają dla śmiechu.
Poszłam nawet krok dalej w kwestii środków do stylizacji włosów. Żeby nie musieć ich stosować, zapuściłam dłuższe włosy, które układają się bez wspomagania. Jeśli mam sesję i ktoś mi polakieruje fryzurę, to marzę tylko o tym, żeby pójść do domu i umyć głowę.
Mówisz, że nie lubisz zabiegów wokół twarzy.
Nie lubię, nie odczuwam potrzeby ich robienia, nie mam na nie cierpliwości. W grudniu 2023 roku dostałam od męża voucher na pakiet zabiegów na ciało w SPA. Do dzisiaj go nie zrealizowałam. Od mamy dostałam na urodziny w marcu bon na masaż kobido, ważny do 30 czerwca. Dotarłam na zabieg 29. Było przyjemnie, ale to zupełnie nie moja bajka.
Medycyna estetyczna jest w ogóle poza skalą moich wyobrażeń. Ale za to usunęłam sobie znamię! Ze względów medycznych, nie estetycznych.
Oho! Czyli jakieś gabinety lubisz!
Jestem totalną hipochondryczką i nieustająco się badam, a od kilku lat co roku robię sobie przegląd wszystkiego: badania krwi, USG. Na to znajduję czas, bardzo lubię się badać, chodzić do lekarzy i nie odnajdywać niczego złego. Czuję, że na emeryturze rozwinę swoją pasję. (śmiech) Jestem zdrowa, nic mi nie dolega – to bardzo fajne uczucie. W każdym razie tak wskazuje mój aktualny jesienny przegląd.
Anna Dziewit-Meller. Pisarka, dziennikarka, redaktorka naczelna Grupy Wydawniczej Foksal, wokalistka i gitarzystka zespołu Andy. Ma na koncie cztery powieści: "Disko", "Góra Tajget", "Od jednego Lucypera", "Juno".
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.


