Weekend Gazeta.pl zaprasza do rozmowy o pieniądzach. Bez warszawocentryzmu, bez wstydu, bez tezy. W nowym cyklu Anna Kalita pyta nie tylko o oszczędności i kredyty, lecz także o wydatki na edukację czy o skrajne ubóstwo.
Zanim przejdę do meritum, czyli nastolatków i pieniędzy, czy pozwoli pan, że zapytam o pańskie zarobki?
Bardzo proszę. Nie mam najmniejszego problemu z mówieniem o tym.
Lepiej zarabia pan teraz, jako poseł na Sejm RP, wcześniej, jako dyrektor szkoły branżowej, jeszcze wcześniej jako nauczyciel mianowany czy jako prowadzący program w TVN?
W Sejmie zarabiam około 10 tys. zł na rękę – po zsumowaniu diety i pensji.
Do tego dochodzi drugie tyle na biuro poselskie.
Więcej. Prawie 20 tys. A ponieważ nikogo nie zatrudniam – nie mam asystentów ani pracowników biura – kumuluję te pieniądze, by móc wspierać cele społeczne.
Gdy w styczniu tego roku grała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, biegały i zbierały ze mną pieniądze dzieciaki z zespołem Downa i ich rodzice. Zobaczyłem, że mają zwykłe bawełniane koszulki, i zasponsorowałem dla nich 50 profesjonalnych koszulek sportowych jako nagrody.
Wspaniałe. Cofnijmy się w czasie. Jako nauczyciel zarabiał pan…?
Moja pierwsza pensja wyniosła 700 zł.
Za etat?!
(śmiech) Tak! Ja też byłem bardzo zdziwiony. To był 2005, może 2006 rok. Byłem stażystą po licencjacie. Kiedy dostałem przelew na konto, poszedłem do dyrekcji, żeby grzecznie podziękować za tygodniową wypłatę. Dyrektorka zaczęła się naprawdę szczerze i serdecznie śmiać, po czym uświadomiła mi, że to wszystko, co w tym miesiącu zarobię.
Później oczywiście zdobywałem kolejne etapy rozwoju zawodowego. Jako nauczyciel mianowany pracowałem w dwóch szkołach. Z dwóch etatów w okolicach roku 2015 miałem 6–7 tys. Ale zawsze udzielałem też korepetycji z angielskiego. Tak naprawdę zarabiałem na życie, udzielając korepetycji, a dorabiałem w szkole.
Już jako dyrektor szkoły zarabiał pan około 10 tys., tak jak teraz?
A skąd! Zarabiałem mniej niż niejeden nauczyciel pracujący w mojej szkole, ponieważ nie mogłem brać nadgodzin! Jak miałem piątkę na rękę, to było dobrze. Na szczęście zawsze mogłem liczyć na korepetycje.
No i trafił się program "Nastolatki rządzą… kasą". Domyślam się, że w umowie była zawarta klauzula poufności, więc zapytam ogólnie: jak pieniądze, które pan zarobił, prowadząc program telewizyjny, mają się do pensji nauczyciela?
W ogóle się nie mają! (śmiech) To są pieniądze nieporównywalne do moich wcześniejszych zarobków. Dzięki nim spłaciłem kredyt mieszkaniowy.
Szczególnie młodym czytelniczkom i czytelnikom, którzy się zachłysną tą informacją, powiedzmy od razu, że praca w telewizji nie zawsze jest kolorowa. Program może być produkowany latami, ale też skończyć się po jednym sezonie.
W moim przypadku to był fajny chwilowy zastrzyk gotówki, ale od początku wiedziałem, że umawiamy się tylko na 10 odcinków.
A jaki ma pan, panie Marcinie, stosunek do pieniędzy?
Nie lubię ich wydawać, ale lubię oszczędzać. Pieniądze nie są celem samym w sobie, ale cieszą mnie rzeczy, które mogę dzięki nim robić – choćby uszczęśliwić wspomnianych biegaczy i ich rodziców – oraz przeżycia, których bez pieniędzy bym nie zaznał. Jak wyprawa w Himalaje, gdzie biegałem na wysokości czterech tysięcy metrów!
Nastolatki bardzo często mają do pieniędzy taki sam stosunek jak ja. Owszem, są tacy, którzy deklarują, że chcą być dyrektorami firm i "robić hajs", jednak dla bardzo wielu liczą się przede wszystkim oni sami i ich życie. Pieniądze traktują jako środek umożliwiający dojście do celów życiowych, a nie cel sam w sobie.
Przez ostatnich pięć lat był pan dyrektorem szkoły branżowej, czyli przysposabiającej do pracy w zawodzie. Zapytam wprost: czy dzieci, które przychodziły do pierwszej klasy, czuły się gorsze? Od wielu lat zawodówki mają fatalny PR. Kto tylko może, idzie do liceum.
Przez lata pracowałem na to, żeby nasza szkoła – Zespół Szkół Rzemiosła im. Kilińskiego w Łodzi – miała renomę! Nikt nie czuł się gorszy. Wręcz przeciwnie: zawsze podkreślałem, że szkoła branżowa to coś wspaniałego, ponieważ już pierwszy, trzyletni stopień daje konkretny fach, natomiast drugi stopień – tytuł technika i maturę.
Nasi uczniowie już w wieku 14 lat dokonali wyboru ścieżki zawodowej, wiedzieli, że uczą się zawodów, na które jest popyt i z których są dobre pieniądze. Technik optyk po wyjściu z naszej szkoły dostaje 7 tys. zł na rękę! Technik fryzjerstwa, hodowca koni, technik architektury krajobrazu – to wszystko są zawody, na które jest zapotrzebowanie, a nasi uczniowie wybierali te kierunki, ponieważ to były ich pasje. Super!
Połączenie pasji z pracą – coś wspaniałego.
Od wielu absolwentów słyszałem: "Aż głupio brać pieniądze za coś, co tak bardzo lubię robić". Jako nauczyciel wielokrotnie czułem to samo.
Ja również.
Od pierwszej klasy na przedmiocie biznes i zarządzanie uczymy ich praktycznej strony przyszłych zawodów: zakładania i prowadzenia przedsiębiorstwa, zarządzania pieniędzmi. Na terenie szkoły mamy nie tylko warsztat fryzjerski czy optyczny, ale też stadninę! Dzieciaki tego chciały, więc im to obiecałem i oto jesteśmy jedyną szkołą w Łodzi, która ma stadninę i dwa konie. Wszystkie te warsztaty prowadzą uczniowie.
To jest bardzo ważne, dlatego że młodzi ludzie często widzą koniec drogi zawodowej – mówią: będę tak bogata, że będę podróżowała po świecie albo "leżała i pachniała" (śmiech) – ale nie widzą procesu dojścia do tego wymarzonego momentu. A kiedy przychodzi zderzenie z rzeczywistością, bywa, że już sam początek drogi ich zraża, gasi.
Założę się, że kiedy słyszał pan od uczennicy, że zamierza "leżeć i pachnieć", nigdy pan nie kontrował: zejdź na ziemię, życie nie zawsze jest różowe.
W żadnym wypadku! Młodość jest od marzeń! Uczniowie mają fruwać, a my, nauczyciele, mamy im w tym pomagać. Ale to nie zmienia faktu, że o tym, że życie nie zawsze jest różowe, wiele dzieciaków przekonuje się nawet na wczesnym etapie życia. Bywają niezwykle ciężkie sytuacje rodzinne – śmierć obydwojga rodziców, niepełnosprawność któregoś z nich – które sprawiają, że młodzież albo rezygnuje z dalszej nauki, żeby móc pracować na pełen etat i dokładać pieniądze do rodzinnego budżetu, albo usiłuje łączyć naukę z pracą w szarej strefie. To było wyraźnie widać u ukraińskich uczniów, których w pewnym momencie mieliśmy w szkole ponad setkę.
Uczył ich pan języka polskiego.
Te dzieciaki zaraz po szkole szły do pracy, wracały do domu o północy – albo i później – po kilku godzinach snu szły do szkoły i tak w kółko. Widać było, jak bardzo byli zmęczeni, ale uważali, że po prostu muszą pomóc matkom, które nie znały języka i nie miały pracy. Niesamowicie dojrzali i odpowiedzialni byli ci uczniowie.
Sytuacja młodzieży, która uciekła z Ukrainy przed wojną, jest dla mnie zrozumiała: rodzina znalazła się w obcym kraju, sytuacja była ekstremalna. Proszę rozwinąć wątek pracujących na czarno polskich nastolatków. Co się dzieje w ich domach? Śmierć obojga rodziców zdarza się na szczęście bardzo rzadko.
Wielu moich uczniów to były dzieciaki z okolicznych wsi. Ich rodziny wpadały w tarapaty finansowe ze względu na inflację czy Nowy Ład, rodzice tracili źródło zarobkowania i cały budżet rodziny to były zasiłki dla bezrobotnych.
Młodzi Ukraińcy i młodzi Polacy – gdzie i ile zarabiali w szarej strefie?
Wokół Łodzi mieszczą się magazyny, w których się zatrudniali. Wykonywali tam ciężką fizyczną pracę. Nie powiem pani, czy zarabiali tysiąc, czy dwa tysiące złotych – nikomu nie zadałem wprost takiego pytania – ale nie ma wątpliwości, że to był czysty wyzysk. Często słyszałem: "Gdyby nie to, że bardzo potrzebuję tych pieniędzy, natychmiast bym się zwolnił".
To wszystko odbywało się nielegalnie, ponieważ zatrudniać – i to do "prac lekkich" – można osoby od 16. roku życia. A pracowały już 15-latki. Widzieliśmy, jakie są zmęczone i niewyspane. Niejednokrotnie zmienialiśmy plan lekcji, tak by zaczynali naukę później i mieli możliwość się wyspać.
Wspieraliśmy ich najlepiej, jak umieliśmy. Zapraszaliśmy do szkoły ich rodziców, których m.in. odsyłaliśmy do urzędów pracy. Kiedy słyszałem argumenty, że to "wstyd prosić o pracę", nie miałem skrupułów, by wręcz nakazać im zgłosić się do urzędu.
Kiedy słyszę o dzieciach przejmujących odpowiedzialność za byt rodziny, od razu przychodzi mi na myśl syndrom dziecka bohatera, które wychowuje się w rodzinie z problemem alkoholowym i od najmłodszych lat czuje się odpowiedzialne za to, żeby rodzina funkcjonowała, jak najlepiej to możliwe.
Uzależnieni rodzice to jest gigantyczny problem młodzieży, a w ostatnich latach obserwowałem, że coraz częściej nie jest to alkohol, ale narkotyki. Kolejny wielki problem to eurosieroctwo…
Wciąż?! Byłam przekonana, że to był problem 15 lat temu!
Wciąż bywa tak, że obydwoje rodzice wyjeżdżają zarabiać za granicę, a nastolatek zostaje albo z dziadkami, albo z ciocią, mieszka w internacie lub po prostu zostaje sam.
Zaskoczył mnie pan tym eurosieroctwem bardzo. Mamy coraz wyższą nawet minimalną pensję i najniższe w Unii Europejskiej bezrobocie!
Ale ludzie mają długi! I to tak duże, że nie widzą szans wyjścia z sytuacji, dlatego po prostu uciekają za granicę, gdzie komornik ich nie znajdzie. Dzieciom przysyłają pieniądze, czasami przyjeżdżają w odwiedziny. To jest nielegalne. Młody człowiek do ukończenia 18. roku życia musi być pod opieką osoby dorosłej. Zawsze w takich sytuacjach zawiadamiałem pomoc społeczną.
Przedstawia pan świat bardzo daleki od kolorowych billboardów i spotów z kampanii wyborczych, w których wszyscy są szczęśliwi. Jako poseł co pan zamierza zrobić, żeby państwo dbało o taką młodzież?
Przede wszystkim należy wzmocnić ośrodki pomocy społecznej. Mam na myśli zarówno większe finansowanie, które umożliwi realną pomoc, jak i zwiększenie zatrudnienia.
Uważam też, że w każdej szkole powinien być zatrudniony pracownik socjalny. Nauczyciele nie są od tego, żeby rozwiązywać sytuacje, o których rozmawiamy. Po to państwo kształci osoby na kierunku studiów, który się nazywa polityka społeczna, żeby potrafili profesjonalnie interweniować.
Niestety, większość fajnych pomysłów umiera w Sejmie już w przedbiegach, kiedy człowiek dzieli się pomysłem i słyszy: "To się nie uda", "Nie ma kasy", ale ja uważam, że na dobry projekt pieniądze muszą się znaleźć. Będę za tym lobbował.
Na drugim biegunie są "bananowe dzieci", których rodzice są zamożni. Spotkał ich pan m.in. w programie TVN. Jakie błędy wychowawcze popełniają bogaci?
Podstawowy błąd, jaki popełnia większość rodziców, to brak konsekwencji.
Dziecko wydaje kieszonkowe w kilka dni, więc potem finansują jego zachcianki?
A ono nie uczy się odpowiedzialności. Konsekwencja musi być bezwarunkowa: dostałaś kieszonkowe i nic ci nie zostało? To do końca miesiąca zęby w ścianę!
Trzeba się uczyć odroczonej gratyfikacji, tak?
Koniecznie. Planowania, oszczędzania, gospodarowania pieniędzmi. W "Nastolatki rządzą… kasą" budżet naprawdę przechodził w ręce dzieci. Jedna rodzina była majętna. Nastolatka dostała miesięczny budżet – kilkanaście tysięcy złotych – i postanowiła wydać wszystko na swoją imprezę urodzinową. Na wypasie! Była nawet limuzyna. Tłumaczyłem, że rodzice mają firmę, że jest leasing na samochód i inne raty kredytów, które trzeba spłacać, ale nic jej to nie obchodziło. Wydała wszystko. Jednak nie to mnie zaskoczyło. Tak się zachowała, ponieważ tak została wychowana. Zaskoczyło mnie to, że u jej rodziców nie zobaczyłem żadnej refleksji. Bronili jej: "Ostatnio była taka smutna, niech się cieszy życiem. Bawi!". Na szczęście, kiedy skontaktowałem się z nimi już po emisji, powiedzieli, że przemyśleli sprawę. Córka poszła nawet do pracy, żeby oddać im część pieniędzy, które przebalowała.
A z drugiej strony była rodzina, w której syn – nie wiadomo dlaczego – wyłącznie oszczędzał. Lubił i chciał wydawać pieniądze na prezenty dla rodziców, ale sobie nie chciał kupić nic. Namawiałem go: zrób sobie przyjemność, kup sobie sportowy zegarek. Odczuwanie przyjemności z zakupów również jest częścią edukacji finansowej! Ostatecznie okazało się, że ten chłopak od zawsze wychowywał się wśród dorosłych. Jego kolegami byli koledzy z pracy ojca! Obserwował, jak ci opowiadają, że muszą oszczędzać, "żeby w domu było", i dlatego stał się taki, jaki się stał.
Tak źle i tak niedobrze. Wspomniał pan o kieszonkowym. Dziecko musi je dostawać?
Definitywnie. W ten sposób poznaje wartość pieniądza i uczy się odpowiedzialności oraz oszczędzania.
Ile powinno wynosić kieszonkowe?
To już zależy m.in. od tego, w jakim środowisku przebywa dziecko i ile ma lat. Na pewno wysokość kieszonkowego powinna być dogadana z rodzicami rówieśników, z którymi spędza czas. Nie może być tak, że jedno dziecko dostaje 50 zł tygodniowo, a jego znajomi 150. Kieszonkowe powinno być nieduże, ale jednak takie, żeby można było sprawić sobie przyjemność i zaoszczędzić.
Czy dziecko powinno wiedzieć, jakie są miesięczne dochody rodziców?
Nie widzę powodów, żeby tak nie było.
A jak to wygląda w rzeczywistości? Pensja mamy i taty to jest informacja jawna w domu?
Wyłączając sytuacje bardzo trudne, kiedy braku pieniędzy już nie sposób ukryć – nie.
Pieniądze to temat tabu. Również w rodzinie. Pieniądze są brudne. "Pierwszy milion trzeba ukraść". Takie przekonania ciągle są silne. Podobnie jak to, że "pieniądze to nie są sprawy dzieci, jeszcze się nauczą". Jak mają się nauczyć, skoro aż do wyjścia z domu nie wiedzą, co ile kosztuje, jak funkcjonuje kupowanie na kredyt i tak dalej?
Finansowa jawność w rodzinie to postulat, który zgłaszała też w Weekendzie Gazeta.pl Aneta Wrona, która z Joanną Przetakiewicz jeździła po kraju z Erą Nowych Kobiet.
Niestety, dzieciaki są trzymane pod kloszem, gdzie temat pieniędzy nie dociera, a co gorsza, jest coś takiego jak rodzic helikopter, czyli taki, który krąży nad dzieckiem i odgania wszelkie negatywne informacje. Taki nastolatek nie uczy się technik przeciwdziałania problemom finansowym, bo nie ma pojęcia, że takie się mogą zdarzyć! Oczywiście jest część rodziców świadomych, ale większość nie chce i nie potrafi z dziećmi rozmawiać o pieniądzach. Całe szczęście, że uczy tego szkoła.
Rozmawiając z panem, miałam poczucie, jakby pan wciąż uczył w swojej ukochanej łódzkiej szkole branżowej. Szczerze, od serca: podoba się panu w Sejmie?
Tak, ponieważ czuję sprawczość! Regularnie spotykam się z dzieciakami w całej Polsce. Na przykład wczoraj w podradomskiej szkole odpowiadałem na pytania uczniów w spektrum autyzmu: Czy wiem, jak to jest być innym? Czy miałem próby samobójcze? Dzieciaki pytają o to osobę, którą widzą pierwszy raz w życiu, a ja uważam, że po to jestem posłem, żeby do nich jeździć i opowiadać o tym, co je nurtuje.
W Sejmie zorganizowałem wraz z Akcją Uczniowską dużą konferencję, w której uczestniczyła m.in. Wanda Traczyk-Stawska, "ZmieńMY edukację". Zespoły parlamentarne szczegółowo omawiają teraz zagadnienia, które się tam pojawiły, m.in. sprawę statutów praw i obowiązków ucznia.
Bardzo się cieszę, że niedługo, 9 kwietnia, po raz pierwszy będziemy w Sejmie merytorycznie rozmawiać – wspólnie z ministerstwami Zdrowia i Edukacji – o dzieciakach z ADHD. Stworzyłem w parlamencie parlamentarny zespół ds. ADHD.
Takie rzeczy chcę robić! Chcę zająć się poprawą sytuacji psychicznej wśród dzieciaków w szkole, a przede wszystkim szkolnictwem zawodowym. To jest moje oczko w głowie. Czuję się w tym temacie mocny. Mam nadzieję, że zostanę wykorzystany, bo to zaniedbana działka.
Bez wątpienia. Czego trzeba szkołom zawodowym i branżowym?
Dofinansowania pracodawców tak, żeby im się opłacało zatrudniać młodego pracownika. Konieczne jest też dofinansowanie zakupów sprzętu – gdyby nie pieniądze, jakie pozyskiwaliśmy z Unii Europejskiej, uczylibyśmy dzieci zawodu na "muzealnych" sprzętach, sprzed 20–30 lat! – oraz zmiany podstawy programowej dla wszystkich zawodów. Te, które mamy dzisiaj, uczą tego, jak wykonywało się je lata temu. Nowoczesności nam trzeba! Gwarantuję, że będę o to wszystko walczył.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>
Marcin Józefaciuk. Nauczyciel. Ukończył filologię angielską w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Podyplomowo uczył się m.in. zarządzania oświatą. Przez pięć lat był dyrektorem Zespołu Szkół Rzemiosła im. Jana Kilińskiego w Łodzi. Jest ultramaratończykiem. W 2023 r. był prezenterem programu „Nastolatki rządzą… kasą" emitowanego w TVN. Aktualnie jest posłem. Do Sejmu dostał się z list Koalicji Obywatelskiej
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


