Kwestionariusze Wysockiego
Michał Paweł Markowski (Marta Kondrusik/Gazeta.pl)
Michał Paweł Markowski (Marta Kondrusik/Gazeta.pl)

Kwestionariusz Wysockiego (odc. 16). Narzekanie to jeden z naszych sportów narodowych, więc szkoda, że nie wręczają za nie pucharów i medali. Bylibyśmy bezkonkurencyjni. A gdyby tak spróbować NIE TYLKO narzekać i krytykować? Skoro wszyscy wiemy, że w Polsce jest źle i niedobrze, to może warto się zastanowić, co zrobić, by wreszcie było dobrze i wspaniale? To dlatego pytam moich rozmówców o wizję Polski marzeń, o idealnych rodaków i wzorcowych polityków, jak również o patriotyzm i o to, co im się już dzisiaj w Polsce podoba. Wszyscy rozmówcy mówią we własnym imieniu, prezentują swoje opinie i poglądy, które często nie są zbieżne ze stanowiskiem redakcji. A żebyśmy jednak nie zapomnieli, że TU JEST POLSKA, pada także pytanie o to, co ich najbardziej rozwściecza i wyprowadza z równowagi. W pierwszym sezonie naszego serialu publicystycznego wystąpili m.in. Stefan Chwin, Krystyna Kofta, Leszek Balcerowicz, Jacek Dehnel czy Maja Staśko (pełna lista rozmówców TUTAJ). Wracamy z drugim sezonem Kwestionariusza, zwłaszcza że przed nami cały maraton wyborczy. W tym tygodniu o Polsce swoich marzeń opowiada prof. Michał Paweł Markowski.

1. Co cię w dzisiejszej Polsce i w Polakach najbardziej rozwściecza/wkurza/irytuje? Co cię najbardziej wyprowadza z równowagi, czego nie możesz znieść? 

Michał Paweł Markowski: O, wkurza mnie tyle rzeczy, że będę się musiał ograniczać! Zacznę jednak od tego, że od 2010 roku nie mieszkam w Polsce na stałe, bo dostałem pracę w Stanach. Nie czuję się jednak emigrantem: mógłbym wrócić do Polski w każdej chwili, ale nie wrócę. Wracają z zagranicy tylko ci, którym się nie powiodło, którzy tęsknią, którzy czuli się obco, którym nie starczało do wypłaty. Mnie się powiodło, w Ameryce zbudowaliśmy z żoną dom na przedmieściach Chicago, założyliśmy ogród i bibliotekę, żyjemy z dziećmi i zwierzętami, jest nam tu dobrze. 

Tak powinno być: ciężko pracujemy, ale za godziwe pieniądze, poza pracą robimy to, co lubimy, więc nie mamy powodu do narzekania. Ale też nie ukrywamy swojej radości z życia, choć jest ona solą w oku wielu naszych kolegów i koleżanek. Z sukcesem życiowym nie należy się obnosić w kraju egzystencjalnych porażek. Głównie dlatego, że w Polsce, kraju ofiar składanych na ołtarzu zbiorowości, indywidualny sukces zawsze był podejrzany i posądzany o zdradę wspólnotowej kondycji. Pyta pan, co to za kondycja? Służę odpowiedzią, choć proszę brać poprawkę na to, że takie ogólne diagnozy grzeszą jednostronnością. 

Polska nie jest - jak się naiwnie uważa - narodem indywidualistów, lecz narodem czerpiącym satysfakcję z przeciętności. Kto odnosi sukces, ten tę przeciętność ujawnia, demaskuje, co wywołuje silny resentyment, w tle którego czai się mroczny cień Jakuba Szeli. Jak to tłumaczę? Przekonuje mnie pomysł, by tę ideologię przeciętności wywodzić z chłopskich korzeni naszej kultury. Dziś raczej dominuje inna wykładnia: że jako potomkowie chłopstwa jesteśmy ofiarami wielowiekowej eksploatacji i poniżenia, co jednak potwierdza moje podejrzenia. Nie ma siły, by wielowiekowe traumy nie odbiły się na narodowej psyche.

Zobacz wideo Co to jest 15-minutowe miasto? Wyjaśniamy w "Co to będzie"

To, że jesteśmy narodem chłopskim w głębi naszych dusz, każe nam: po pierwsze, uznać, że nic się nigdy nie zmieni; po drugie, hołubić zawiść wobec tych, na których pracujemy; po trzecie, powściągać wszelkie formy innowacyjności czy oryginalności, bo się nie opłaca; po czwarte, nienawidzić każdego, kto się zechce z chłopstwa wyodrębnić i po piąte, niszczyć wszelką odmienność i obcość. Kto się nie wychyla, nie dostanie batów: oto prosta recepta na unikanie nieszczęścia. Jak się wytłucze ostatniego Żyda w wiosce, to Niemcy dadzą nam spokój. Jak kto pójdzie na studia w mieście, to już nie będzie "nasz". Po co się będziesz wyrywał, źle ci tutaj?

Na tym właśnie polegał niepodważalny sukces i psychologiczny geniusz komunizmu, który sukcesy odnosił jedynie w społeczeństwach chłopskich. Zbrodnią komunizmu nie było ograniczanie wolności (jak myśleli potomkowie szlachty i inteligencji), ale powszechna reglamentacja przeciętności, która właśnie w chłopstwie znajduje najgorętsze poparcie. Dzisiejsze lewicowo-miastowe mrzonki o chłopstwie jako "idealnej", lecz gnębionej klasie społecznej zostały skutecznie zdyskredytowane przez wyborczy sukces PiS-u, który cynicznie wykorzystał wszystkie właściwości chłopskiej antycywilizacji, o których już mówiłem. Polskę trzeba koniecznie odchłopić, żeby myśleć o niej jako społeczeństwie obywatelskim, bo chłopstwa i obywatelskości nie da się pogodzić. Sam jestem z chłopów i całe moje życie polegało na uświadamianiu sobie tej gorzkiej prawdy.

Paradoks polega na tym, że zastąpienie komunizmu kapitalizmem tylko pogłębiło tę nieufność do zadowolonych z życia jednostek, bo dawniej wszystkim było źle, ale przynajmniej nikt niczego po życiu się nie spodziewał, a dziś wszystkim jest źle, choć oczekiwania ogromne. Globalny kapitalizm mówi: szczęście jest na wyciągnięcie ręki, ale polska ekonomia (przez ten sam kapitalizm napędzana) odpowiada: ale jeszcze nie teraz, teraz trzeba zacisnąć pasa, szczęście przyjdzie, ale znacznie później i to tylko wtedy, gdy wszyscy posłusznie wyrzekną się realizacji pragnień i marzeń przez ten sam kapitalizm podniecanych. 

Z tego powodu polskiemu kapitalizmowi na rękę były olbrzymie wpływy Kościoła, który także działa w oparciu o odroczone szczęście, tyle, że innej natury. Polskim liberałom najpierw Kościół był potrzebny, żeby zwalczać komunistów, po 1989 roku był niezbędny do wspierania raczkującego kapitalizmu. Dlatego każda władza w niepodległej Polsce panicznie bała się naruszać jego możnowładztwo. Nie tylko dlatego, że bała się chłopskiej siły wyborczej, nieskłonnej do jakichkolwiek reform, ale też dlatego, że katolicyzm, odwlekając godziwą zapłatę za trudy życia do życia wiecznego, był ideologicznym wspólnikiem planu Balcerowicza. Nagroda za pracowite życie przyjdzie, ale nie teraz, ba, w ogóle nie za waszego życia. Ten szczęśliwy mariaż kapitalizmu i katolicyzmu, ten chory kato-kapitalizm jest przekleństwem polskiej cywilizacji, bo eliminuje myślenie o tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego jako świeckiej reakcji na teologiczno-ekonomiczne pseudoobietnice. 

Prof. Michał Paweł Markowski (Fot. Jakub Ociepa / Agencja Wyborcza.pl)

To, że teraz Lewica czuje się rozczarowana planami koalicji, wynika jedynie z jej naiwności, która dawniej pchała "Krytykę Polityczną" w objęcia Kaczyńskiego z powodu 500+. Polska mizeria, która doprowadza mnie do wściekłości, wynika głównie z tej przerażającej dysproporcji między rozbudzonymi oczekiwaniami i niemożliwością ich realizacji. Nie widzę tu też żadnej różnicy między obietnicami komunistów, obietnicami kapitalistów i obietnicami księży. Przez ostatnie 80 lat Polacy byli tak intensywnie karmieni obietnicami bez pokrycia, że nie znają innych form egzystencji, niż niekompletne. Pyta pan, czy tylko od 80? Dobrze, od 200! Odkąd się ten naród pojawił na scenie świata, obrywał od mocniejszych tak potężnie, że nie mogło to nie wywołać licznych traum, przekazywanych następnie z pokolenia na pokolenie, a kiedy nie działo się to za sprawą obcych, sami sobie takie traumy na mózgu wypalaliśmy. 

Mesjanizm, czyli obietnica narodowego zmartwychwstania, rajcował umysły wykształcone do tego stopnia, że nadzieja na lepsze życie mniej była związana z życiem, bardziej zaś z nadzieją. Inercja z kolei była nieustępliwą praktyką chłopstwa. Połączenie obydwu sprawiło, że historię Polski od dziesięcioleci tworzy ideologia życia niezrealizowanego. Albo dlatego, że nie czas, albo dlatego, że się nie opłaca. Polacy są mistrzami małych i wielkich rekompensat za życie, które nie miało szansy zaistnieć i takim psychologicznym zadośćuczynieniem są zawiść, małostkowość i resentyment - naczelne cechy Polaków - które przynoszą niebagatelne korzyści psychologiczne. Lepsze życie można dostać nader tanio, nie trzeba nic robić, nie trzeba niczego tworzyć, nie trzeba do niczego dążyć, wystarczy wszystko zrównać do swojego poziomu, a to co poza ten poziom wystaje, zlekceważyć, napiętnować, obśmiać. 

Dlatego wyjechałem z Polski. Żeby już nie czekać na życie, ale je mieć. Żeby żyć, a nie zmagać się z własnymi i cudzymi resentymentami. Żeby pracować nie po to, żeby jeszcze więcej pracować, ale po to, żeby czerpać radość z życia zrealizowanego. To, że przez ostatnie 35 lat nie dało się tego w Polsce osiągnąć, uważam za niewybaczalną winę polskich polityków z każdej strony.

 2. A co ci się w Polsce najbardziej podoba, co doceniasz, co cenisz, co zmienia się na lepsze (może za szybko, może za wolno, ale na lepsze)? 

Niby na lepsze zmienia się - dzięki młodym - stosunek do świata. Młodzi swobodnie podróżują, mówią językami, nie boją się już kontaktów z cudzoziemcami, które dla mojego pokolenia były jeszcze traumatyczne, bo mało kto umiał się obcymi słowami zręcznie posłużyć. Ale jednocześnie młodym się wydaje, że wszystko już wiedzą o świecie, bo byli tydzień w Nowym Jorku, piją kawę z dynią i znają kilka zwrotów po angielsku zapamiętanych z Netfliksa. Ten nowy polski kosmopolityzm, który każdego turystę zmienia nagle w obywatela świata, znającego wszystkie kuchnie, bo uwielbia Gordona Ramsey'a, niby daje nadzieję na odszpuntowanie polskiej wyobraźni, ale w gruncie rzeczy powoduje, że bywali w świecie młodzi ludzie zawieszeni są między dwiema niewiadomymi: nieznanym Zachodem, który się uwielbia, bo się go naprawdę nie doświadczyło i nie mniej nieznaną Polską, którą się gardzi, bo nie bardzo wiadomo co z nią zrobić. 

To niezdecydowanie nie pozwala młodym, których mniej straszą duchy polskiej przeszłości, budować tego, czego nie ma, a powinno być, czyli świeckiego społeczeństwa obywatelskiego, opartego na zasadach wspólnego dobra i silnych mechanizmach ekonomicznych. Problem w tym, że polska lewica, która powinna wziąć ten projekt w swoje ręce, rozumie społeczeństwo obywatelskie bardziej w kategoriach kulturowych, nie ekonomicznych, więc kładzie nacisk na poprawę losu mniejszości, nie większości. W efekcie to, co powinno w ogóle nikogo nie obchodzić z powodu swojej oczywistości (prawa i przywileje seksualnych mniejszości na przykład) nabiera demonicznego charakteru w politycznej rozgrywce między prawicą i lewicą.

Żeby jednak taki poziom oczywistości osiągnąć, trzeba zmienić ekonomiczne dysproporcje w Polsce, bo na obronę praw gejów i lesbijek do zawierania związków małżeńskich stać jedynie tych, którzy mają co do garnka włożyć. Ale lewica musi bronić swojego kulturowego kapitału, bo kapitału ekonomicznego nie jest w stanie wytworzyć i domaga się osłon społecznych, gdy dług publiczny osiągnął dawno niespłacalny poziom. Co chcę przez to powiedzieć? To, że droga do społeczeństwa obywatelskiego wiedzie jedynie przez dobrobyt, gdy nikomu nie przychodzi do głowy, żeby zajmować się LGBTQ+, bo każdy jest ze swego życia zadowolony. 

W Polsce i Ameryce prawica dostaje poparcie odwrotnie proporcjonalnie do wysokości rodzinnego budżetu: im budżet wyższy, tym poparcie niższe i odwrotnie. Im mniej pieniędzy, tym mniej swobód obywatelskich. Ureguluj budżety domowe i nie będziesz się musiała martwić o prawa kobiet. Absolutnie konieczne wyjście z patriarchatu nie prowadzi przez histeryczny atak matriarchatu, czyli podsycanie wojny kulturowej, lecz przez poprawienie ekonomicznej kondycji wszystkich obywateli, którym do głowy już nie przyjdzie walczyć o swoje prawa, bo ich prawa będą respektowane nie dlatego, że wyniknie to z nagłego przekształcenia świadomości (przerobienia zjadaczy chleba w aniołów, jak się polskim romantykom marzyło), lecz dlatego, że nikt nie będzie zainteresowany życiem innych, skoro jego własne życie będzie go zadowalało. 

A jeśli jego własne życie będzie go zadowalało, to znajdzie czas na sprzymierzenie się z innymi zadowolonymi. Społeczeństwo obywatelskie można zbudować jedynie w kraju sytym. Najpierw dajmy ludziom sprawną służbę zdrowia i godziwe emerytury, a potem zajmijmy się tęczowymi flagami na Placu Zbawiciela. Wróć! Dajmy ludziom, na co zasługują, a nie będziemy w ogóle musieli się zajmować tęczowymi flagami na Placu, nomen omen, Zbawiciela. 

3. Jak wyglądałaby Polska twoich marzeń? Jaka powinna być? I jeszcze: Jaki rząd ci się marzy? Jacy rządzący, a jaka opozycja? Jacy politycy?

Najpierw powiem, jaka Polska jest, na ulicy. Ludzie chodzą skwaszeni, z obolałymi minami, nie patrząc na innych, spuszczając wzrok, odwracając głowę. Kiedy przyjeżdżam do Polski po kilku miesiącach nieobecności, muszę się kontrolować, żeby powstrzymać wyrobione odruchy. W Ameryce ludzie pozdrawiają się wzajemnie, choć się nie znają, uśmiechają, czasem komplementują bez potrzeby, jedynie ze szczerego entuzjazmu, chyba że ktoś nosi w sobie uraz, o co także w Ameryce nietrudno. 

Gdy, nauczony tym amerykańskim doświadczeniem, z przyzwyczajenia robię to samo w Polsce, ludzie patrzą na mnie jak na wariata albo zboczeńca. Bo nie do pomyślenia jest zwyczajna sympatia do nieznanego człowieka, bo nieznany - tak nas tradycja wytresowała - znaczy potencjalny wróg. Uśmiecha się, znaczy ma jakiś interes. Bezinteresowność, brak życiowej chytrości, cwaniactwa, jest dla stuprocentowego krajana nie tylko nie do pomyślenia, ale nie do zaakceptowania. 

Bo to właśnie chęć ogrania systemu jest dla Polaków największą cnotą. Dawniej była to cnota ogrania zaborców, potem komunistów, dziś biurokracji albo Unii Europejskiej. Ta filozofia kombinowania sprawia, że każdy naturalny gest sympatii jest traktowany podejrzliwie, z niedowierzaniem lub politowaniem. Ulubioną grą Polaków, którzy na krótko zawitali do Stanów, jest pogardzanie small talkiem. W ich oczach Amerykanie to powierzchowni rutyniarze, którzy konwencją zabijają pustkę swojego dobrobytu. Wyrafinowany Polak prędzej padnie trupem niż zapyta, jak się ktoś inny ma, albo co słychać, albo jak leci, albo czym się kto zajmuje. Takie proste nawiązanie kontaktu jest poniżej jego kombinującej po cichu godności, bo nie istnieje nic prostego, wszystko jest odniesione do złożonego systemu relacji i hierarchii. 

Odwrotną stroną tej samej monety jest wstydliwość w sferze publicznej. Polak postawiony na widoku zaraz czuje się nieswojo, traci swobodę ruchów, szuka u innych schronienia przed spojrzeniem innych, gubi naturalność. Polska jest krajem ludzi spuszczających oczy na widok obcego, albo z braku zainteresowania, albo z zażenowania. Macie porównanie między kelnerami polskimi i amerykańskimi w dobrej restauracji? Ci pierwsi deklamują wyuczone formuły i gubią koncept, gdy ich o coś zapytać. Ci drudzy łapią żart, improwizują, wchodzą w naturalny kontakt. 

W Polsce staliśmy się narodem monad bez okien, zamkniętych we własnych opiniach, bojących się przestrzeni publicznej jak ognia, nieufnych, podejrzliwych, unikających rozmowy z nieznanymi. Przekłada to się idealnie na politykę: każda partia o swoim tylko myśli, nie o innych, choć każda mówi, że to właśnie interes innych ma na sercu. Potwierdzenia tego można szukać w Sejmie. Nikt nikogo nie słucha, każdy krzyczy swoje, powszechna zabawa w głuchy telefon na koszt obywateli. Na koszt? Raczej ku uciesze, bo Sejm jedynie odbija ogólną kondycję Polaków, którzy cieszą się z każdej sejmowej awantury, która dowodzi tego, że nie można się porozumieć, co cieszy każdego, kto porozumieć się nie chce. Wystarczy zerknąć na relację z Sejmu, gdzie poseł Braun, masturbując się swoją wymową, poniża wszystkich bez względu na płeć, poglądy czy pochodzenie. 

Ale pan dopytuje, jaka byłaby Polska moich marzeń? Uśmiechnięta, nie ponura i nie zaciekła. Otwarta, nie wsobna. Ciekawa innych, a nie narcystycznie skupiona na sobie. Rozmawiająca, nie wrzeszcząca. Ufna w możliwość osiągnięcia porozumienia. I przede wszystkim dobrze wychowana, bo maniery nie są mieszczańskim przejawem pustego rytuału, lecz społecznym spoiwem, bez którego żadna wspólnota nie ma prawa istnieć. Interesuje mnie minimum dobrego współżycia społecznego, które należałoby zapisać w konstytucji, na przykład, że kto nie mówi "proszę" albo "dziękuję" w przestrzeni publicznej, ten łamie konstytucję. Zacznijmy przebudowę Polski od takiego poziomu zero. Znacznie lepiej żyłoby się w Polsce, gdyby ludzie po prostu uśmiechali się do siebie na ulicy. Może trzeba za ponurość mandaty wypisywać?

"Point de rêveries", czyli "żadnych marzeń" w tej materii, jak car Aleksander II odpowiedział na zuchwałe roszczenia polskiej delegacji. Dlaczego żadnych marzeń? Bo nikogo nie obchodzi już dialektyczna wizja świata, czyli taka, która zakłada, że bez opozycji, czyli negacji mojego własnego stanowiska, nie ma ono żadnego mocnego oparcia w świecie i jest tylko pustą formułą. Dotyczy to zarówno PiS-u, jak Koalicji 15 października. I kiedy Hołownia zapewnia w Sejmie, że powinniśmy wysłuchać w spokoju każdej strony, to jest to jedynie sprytny wybieg, bo w polityce nie chodzi o to, żeby kogoś wysłuchać, ale żeby przekonać publiczność własnymi argumentami, skoro przeciwnika politycznego przekonać się nie da. 

Nie można marzyć o polityce w kraju, w którym polityka umiera w konwulsjach. Albo już - podobnie jak w Ameryce - umarła, a tylko my, widzowie oglądający żenujące przedstawienie w polskim teatrze władzy, mamy wciąż jeszcze nadzieję, że to tylko pogłoska. 

4. I jeszcze jedno ćwiczenie z wyobraźni. Wyobraźmy sobie, że przejmujesz władzę w Polsce i rządzisz. Zostajesz prezydentem lub premierem. Co robisz? Co chcesz zmienić od razu, a co trochę później? Jakie są twoje pierwsze decyzje/zmiany/reformy? Jaka byłaby "piątka" Michała Pawła Markowskiego?

Prezydentura mnie nie interesuje, bo to wydmuszka. Premierostwo też nie, bo się nie znam. Ale mógłbym zostać ministrem edukacji albo szkolnictwa wyższego. Tyle, że zaraz bym tę pracę stracił, bo moje pomysły nie nadają się do realizacji. Gdybym zaczął od edukacji podstawowej, dążyłbym do tego, by natychmiast zmienić cały system nauczania, bo ten, który obowiązuje, jest do niczego. Zależałoby mi szalenie, by wprowadzić zintegrowane wychowanie obywatelskie, które praktycznie nie istnieje w Polsce. Zmienił się cały świat, zmierzamy powoli ku katastrofie klimatycznej i społecznej, a podstawówka ciągle swoje. W związku z tym nastawałbym, by:

1. Wprowadzić jako obowiązkowy przedmiot wychowanie ekonomiczne (economic literacy w amerykańskich szkołach) w szkołach podstawowych (na poziomie wstępnym) i średnich (na wyższym poziomie). Ignorancja Polaków w sprawach ekonomicznych jest zatrważająca. Zacząć od tego, jak się układa budżet domowy, a skończyć na tym, jak działa dług publiczny.

2. Wprowadzić obowiązkowe zajęcia z ogrodnictwa czy leśnictwa, by uczyć relacji z przyrodą, a nie tylko wbijać do głowy łacińskie nazwy zwierząt czy roślin, których nikt nigdy nie zobaczy.

3. Znieść podział na historię i język polski, czyli na historię i literaturę, albowiem ten podział odkleja myślenie o literaturze od myślenia od historii, co powoduje, że literatura staje się czymś zawieszonym w społecznej próżni, historia zaś eliminuje wyobraźnię. W zamian wprowadzić przedmiot pt. Kultura, który zintegrowałby język polski, historię i sztukę, teraz funkcjonujące odrębnie. Jedna z największych słabości polskiej edukacji to dezintegracja wizji świata: nic się ze sobą nie łączy, wszystko jest na osobnych prawach. 

4. Nie uczyć języków obcych, ale w językach obcych. Uczenie się języka dla języka nie ma sensu, nawet uczenie się języka obcego jako środka komunikacji ma niewiele zalet. Trzeba umieć myśleć o tym, co cię interesuje w obcym języku, a tego za pomocą rozmówek nie da się zrobić. Pamiętam jak zazdrościłem moim licealnym kolegom (Radosław Sikorski, Mariusz Kolonko), że mieli przedmioty wykładane po angielsku! Sam angielskiego wtedy nie umiałem, ale wiedziałem, że to dokądś prowadzi, choć nie wiedziałem wtedy, że jednych dalej (Sikorski), innych bliżej (Kolonko).

5. Wprowadzić obowiązkowe zajęcia z elementów prawa, żeby zrozumieć jak wspólnota ustala granice publicznego zachowania i jak ich broni.

6. Wprowadzić zajęcia z przekładu międzykulturowego, czyli radzenia sobie między różnie zdefiniowanymi kulturami. Nie jest to koniecznie związane z językiem (to także: dlaczego mamy tak mało świetnych tłumaczy?), ale z różnymi światopoglądami, klasami i rasami. Wypracować metody myślenia porównawczego. Wysyłać dzieci za granicę, przyjmować dzieci z zagranicy, nie jako wyjątek, ale regułę.

7. Wprowadzić obowiązkowe zajęcia z dyskusji publicznej, czyli umiejętności budowania argumentu i jego obrony publicznej.

Generalnie: nie teoria, lecz praktyka; nie erudycja, lecz umiejętności; nie specjalizacja, ale gra na różnych instrumentach; nie wiedza, ale wyobraźnia. Taki program szkolny mógłby mieć ambicję wychowania nowoczesnego, światłego obywatela. 

Wszystko pięknie, tylko kto tego mógłby uczyć? To prowadzi nas do zagadnienia odrębnej natury, a mianowicie programów studiów wyższych i zgubnego podziału między dyscyplinami. Ale na to musiałbym być ministrem szkolnictwa wyższego, na co po spektakularnej porażce w ministerstwie edukacji nie miałbym już żadnych szans. (śmiech) 

5. Czy jesteś patriotą? I jak w ogóle rozumiesz patriotyzm? Jaki patriotyzm jest ci bliski, a jaki kompletnie obcy?

Jeżeli patriotyzm polegać ma na tym, że nie można z zadowoleniem mieszkać gdzie indziej niż w ojczyźnie, to nie jestem patriotą. Mieszkam w innym kraju, mówię na co dzień i myślę w innym języku, mój pies reaguje na to, co mówię po angielsku, na polszczyznę jest głuchy. Taki nieuchronny patriotyzm, wynikający z braku wyboru miejsca zamieszkania, mnie nie interesuje. Interesuje oczywiście wszystkich nacjonalistów, którzy lękają się wolności wyboru i zgadzają się potulnie na to, że decyduje za nich wspólnota. A wspólnota mówi: wyjeżdżają z Polski tylko zdrajcy narodu.

Czy jednak istnieje patriotyzm oparty na wyborze? Czy dlatego, że wybrałem Amerykę jako miejsce do mieszkania, jestem patriotą amerykańskim? Nie jestem, bo czuję więź z nielicznymi Amerykanami, tak, jak nie czuję żadnej więzi z większością Polaków, ale nie dlatego bynajmniej, że stałem się Amerykaninem, albo że mam żonę Portorykankę. Tak samo czułem, gdy mieszkałem w Polsce: rodzina, wąskie grono przyjaciół, koleżanki i koledzy z pracy, jak u każdego krąg życia jest wąski i niekoniecznie ma nazwę "ojczyzna". To, że ktoś mówi kulawą polszczyzną, nie sprawia, że jest mi bliski, wręcz przeciwnie. Ale z drugiej strony moimi najbliższymi przyjaciółmi są Polacy. Zajmuję się zawodowo polską kulturą, ale zajmuję się także kulturą niemiecką, francuską, rosyjską, amerykańską, angielską, bo bez nich polska kultura nic nie znaczy. 

Patriotyzm to pojęcie niezdolne do opisania współczesnego człowieka, który gdzie indziej niż w "ojczyźnie" umieszcza swoje życiowe inwestycje. Patriotyzm to emocjonalny mechanizm eliminujący odrębność, osobność, niezgodę na bezwarunkową dominację większości. Był dobry w czasach zaborów, kiedy ważyły się losy polskiej kultury. Dobry jest też dziś jako hasło zdziadziałych polityków, którzy nie mają żadnej innej oferty tożsamościowej. Ale tak naprawdę niczego już nie opisuje, niczego nie ujawnia, do niczego nie zachęca. To puste, złudne, widmowe hasło. Powinno się je dawno już wyrzucić do kosza albo przebić osinowym kołkiem, żeby już więcej nie straszyło. 

6. Czy dopadło cię - coraz powszechniejsze dzisiaj - zniechęcenie i zmęczenie polityką? Czy masz polityki dość? Czy przestałeś ją śledzić? Albo: nie chcesz śledzić, ale wciąż to robisz? Jak sobie z tym (ewentualnym) zniechęceniem radzisz? 

Wszystko zależy od tego, jak się rozumie politykę. Jeśli się rozumie ją jako partyjną nawalankę, to oczywiście nikt tego nie może wytrzymać, bo emocje za bardzo buzują i grożą rychłym wyczerpaniem organizmu. To zresztą sprawia, że życie polityczne w Polsce (ale też wszędzie indziej) jest do bani, bo operuje głównie afektywnym szantażem, przyćmiewającym rozumne działanie. 

Zmęczenie polską polityką nie wynika stąd, że jest jej za dużo. Wynika stąd, że jest jej za mało. Nie ma racjonalnego sporu, są połajanki. Nie ma dyskusji, są inwektywy. Nie ma planowania, jest gaszenie pożarów (albo gaszenie menory). Nie ma ideologii, są opinie. Nie ma konsensu, jest bezsens. Wszystko rozedrgane do granic możliwości, podszyte histerią, z każdej zresztą strony, może nawet bardziej ze strony liberalnej i lewicowej, niż prawicowej, przeżartej do dna cynizmem. 

Skąd to wszystko? Mam taką na to odpowiedź, niespecjalnie oryginalną, ale chyba trafną. Kształtowanie się kultury politycznej to proces długotrwały, złożony, a w Polsce powojennej proces ten został zahamowany przez "zawłaszczenie" polityki przez komunistów, którzy skutecznie wyeliminowali opozycję. Ta, nie mając do dyspozycji żadnych środków prawnych, zmuszona do życia w podziemiu, w którym jest mało zdrowego powietrza, musiała wypracować metody działania oparte na osobistym zaufaniu i emocjonalnym wsparciu raczej niż na jakiejkolwiek racjonalnej podstawie (pamiętam, jak dawny działacz opozycji demokratycznej rzewnie płakał w Ameryce, gdy opowiadałem mu, że w Polsce w czasie sprawy Rywina podejrzewano Michnika o ustawkę; nie wierzył, że Michnik mógłby to zrobić, bo przecież bronił robotników z Radomia). 

Do tego doszło masowe wsparcie Kościoła, który nie dlatego sprzeciwiał się komunie, że zależało mu na liberalizacji polskiego życia, ale dlatego, że fundował sobie w ten sposób nietykalność na przyszłość. Kto biegł śpiewać patriotyczne pieśni w krużgankach kościołów, znajdował wprawdzie emocjonalne ukojenie, ale nie znajdował żadnej intelektualnej podniety do myślenia politycznego, stając się przy okazji zakładnikiem biskupów. Wzruszenie z zasady eliminuje analizę i nawet ksiądz Tischner grał znaczonymi kartami emocji, kiedy wygłaszał "intelektualne" kazania dla robotników. I tak przez całe dekady (od, powiedzmy, 1968 roku), kiedy kształtowała się przyszła (dzisiejsza) polska klasa polityczna, powoli lecz nieubłaganie Polskę zatapiała kolejna fala polskiego sentymentalizmu. Płynęli na niej razem politycy, którzy dziś nie mogą na siebie patrzeć (Michnik z Kaczyńskim, Wałęsa z Macierewiczem, etc.), chyba właśnie dlatego, że nic poza uczuciowym traktowaniem polityki nigdy ich nic nie łączyło. Jak wiadomo, nie potrzeba wiele, żeby miłość przerodziła się w nienawiść, wystarczy ogłosić konkurs na władzę. 

Więc tak: zmęczenie polską polityką to zmęczenie emocjami, które ona budzi, afektami, które podsyca. Nie tym powinna być polityka, ale w Polsce, kraju wciąż odbijającego się czkawką romantyzmu, nie może być inaczej. Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Rzygać się chce.

7. Gdybyś miał być Nostradamusem i przewidywać przyszłość: kto wygra najbliższe wybory samorządowe, a następnie europejskie? Jak ci się wydaje i jakie masz w związku z tym przemyślenia, uwagi, obawy? 

Niestety nie mogę tu nic sensownego powiedzieć, bo nie mam w Polsce swojego samorządu lokalnego i nie będę głosował. Mam natomiast swój rejon tutaj, w hrabstwie Cook, i bardzo mnie obchodzi to, żeby demokraci obsadzili wszystkie lokalne funkcje, zwłaszcza w sądach, co ma kolosalne znaczenie. W Ameryce sędziowie albo są nominowani przez prezydenta (sędziowie federalni plus członkowie Sądu Najwyższego wedle zapisu Konstytucji Stanów Zjednoczonych), albo wybierani w wyborach powszechnych (sędziowie poszczególnych hrabstw wedle zapisów konstytucji stanowych). Wybory do sądów regionalnych odbywają się co dwa lata i co cztery są połączone z wyborami na prezydenta. 

Interesuje mnie moje hrabstwo, ale w tym hrabstwie interesuje mnie wyłącznie siódmy rejon, czyli Oak Park, miasteczko 50-tysięczne, którego polityka bardzo mnie obchodzi, bo płacę tu podatki lokalne i zależy mi na kontroli przepływu tych pieniędzy. To tu nauczyłem się prawdziwego myślenia samorządowego, patrząc, jak ludzie cieszą się, że ich pieniądze (głównie z podatku od nieruchomości) wracają do nich w postaci publicznego dobra: bibliotek, drzew i krzewów, świetnych szkół, czystych i bezpiecznych ulic, parków i sal gimnastycznych, uznania praw mniejszości każdego rodzaju, zadowolonych twarzy na ulicy. 

Ameryka może gnić od głowy, czyli Białego Domu, i może gnić w czerwonych stanach, ale w demokratycznie i liberalnie rządzonych miasteczkach życie nabiera prawdziwego wspólnotowego charakteru. Tak też ludzie wybierają miejsce zamieszkania. Nie biorą roboty tam, gdzie nie ma dobrych szkół, albo decydują się dojeżdżać do pracy z przedmieść, gdzie można lepiej kontrolować budżet miejski i dzieciaki mogą latać bezpiecznie po ulicach. Z tego powodu wybory samorządowe są tutaj piekielnie ważne, bo to rzeczywiście najbliższa ciału koszula, za którą z żoną płacimy z własnej kieszeni. Nigdy nie miałem tego poczucia w Polsce i dlatego polityka lokalna nigdy mnie nie interesowała. A w gruncie rzeczy to jedyna polityka, która powinna nas interesować. 

8. Konkretnie: na kogo głosowałeś w wyborach 15 X? A na kogo będziesz głosować w najbliższych wyborach europejskich? A może wiesz już nawet, na kogo będziesz głosować w najbliższych wyborach prezydenckich?

W wyborach 15 października głosowałem na Donalda Tuska, bo w Chicago głosuje się tak, jak w Warszawie. Nie dlatego, że to bohater moich marzeń (bynajmniej), ale dlatego, żeby Tusk dostał maksymalnie dużą liczbę głosów i zdruzgotał symbolicznie jedynkę PiS-u, czyli ministra kultury Glińskiego. I to się udało. Było to głosowanie negatywne, nie pozytywne i tak samo będzie w wyborach prezydenckich. Będę głosował przeciwko Dudzie, więc nieistotne jest na kogo. Każdy kandydat opozycji będzie lepszy od Dudy, to jasne, nawet Hołownia, na którym teraz Lewica wiesza psy za to, że jest Hołownią, a nie, dajmy na to, Barbarą Nowacką. 

Tak samo tu, w Chicago, już jako obywatel amerykański, będę głosował przeciwko Trumpowi, choć Biden nie przekonuje mnie całkiem jako prezydent (co zresztą nie ma wielkiego znaczenia, i tak Biden wygra w Illinois). Żaden kandydat nie jest idealny, każdemu można coś zarzucić, natomiast trzeba jasno powiedzieć, przeciwko czemu się opowiadamy, choć możemy niezbyt jasno wiedzieć za czym. Nie nadajemy wystarczającego znaczenia sile negacji, która nie jest tępym oporem, lecz strategią krytyczną. 

Z tym wiąże się całkiem inna kwestia: nie na kogo głosujemy, ale czy w ogóle głosujemy. Połowa kraju (zarówno Polski, jak i Stanów) nie głosuje, bo powiada "żaden z kandydatów mnie nie przekonuje". To jednak kruche alibi dla własnej głupoty albo lenistwa. Głosowanie jest ogromnym przywilejem publicznym i kto z niego rezygnuje, wymazuje całe dekady walki o to, by każdy człowiek cieszył się prawem wyborczym, a więc możliwością wpływu na wybór władzy. "I tak nic się nie zmieni, więc nie warto głosować. Jedni warci drugich": to hasło światowego fatalizmu, który podmywa od dołu fundamenty demokracji, nie tylko polskiej. Promyk nadziei to frekwencja w ostatnich polskich wyborach, ale czy ten promyk się przekształci w prawdziwe oświecenie, czas pokaże. Na razie jest dość ciemno. 

9. A na kogo na pewno NIE będziesz głosować? Na kogo nie zagłosowałbyś nigdy w życiu? I dlaczego? 

Na nikogo, kto nie ma na uwadze państwa świeckiego. Fundamentalna słabość polskiej demokracji po 1989 roku wynikała z niemożności odcięcia się państwa od Kościoła. Trzeba wciąż sobie przypominać, że pierwszy premier polskiego niekomunistycznego rządu był katolickim intelektualistą, co miało zgubny wpływ na późniejszy kierunek przemian. Określenie "katolicki intelektualista" jest wewnętrznie sprzeczne, albowiem pojęcie intelektualisty zakłada, że niczego nie przyjmuje się na wiarę i że nie ma obszarów naszego wspólnego życia, które można ochronić przed gruntowną krytyką. 

Katolicyzm, jak sugeruje nazwa (katholikos po grecku oznacza powszechny) jest religią życia wspólnego, które buduje się nie na podstawie demokratycznej (każdy ma głos), lecz hierarchicznej (nie wszyscy mają głos tej samej rangi). Istnieje radykalna sprzeczność między katolicyzmem i demokracją, która nie polega na tym, że - jak czytamy w Dziejach Apostolskich - "jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy uwierzyli" (Dz 4: 32), ale na tym, że nie wszyscy musimy się ze wszystkim i wszystkimi zgadzać. Mazowiecki był bardzo poczciwym człowiekiem, ale poczciwość czy moralne przymioty ducha w polityce na nic się nie zdają, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba wyprowadzać kraj z komunizmu za pomocą kapitalizmu. 

Jedynym bodaj politykiem, który rozumiał fatalne skutki agresywnej ekonomii neoliberalnej, był stroniący od katolicyzmu Jacek Kuroń, ale w polskim kato-kapitalizmie traktowano go jako niegroźnego idiotę, który mógł coś tam marudzić nad kotłem z zupą o chrześcijańskich ideałach społecznych, ale od "prawdziwej" polityki powinien trzymać się z daleka. Dziś widać wyraźnie, że ideologiczny mariaż katolicyzmu z kapitalizmem doprowadził do nieuleczalnych podziałów społecznych i ekonomicznej degradacji, na której oczywiście Kościół skorzystał najwięcej, więc nie można już się dalej zasłaniać tym, że wiara to sprawa prywatna i z polityką nie ma nic wspólnego (tak zresztą argumentowali komuniści, którzy chcieli całkiem sprywatyzować wiarę, by nie miała wpływu na życie społeczne). "A swoje własne przekonanie, mówi św. Paweł, zachowaj dla siebie przed Bogiem" (Rz 14: 22). 

Katolik nie może powiedzieć, że to bzdura, bo podważy w ten sposób autorytet Kościoła. Ale tylko utrzymując, że Paweł mówi tu bardzo niebezpieczne bzdury polityczne, można stanąć po stronie demokratycznej niezgody. Nie spierajcie się o poglądy, mówi w tym samym liście św. Paweł, bo w obliczu Boga spór o poglądy nie ma żadnego znaczenia. Trzeba więc zanegować istnienie Boga, żeby spór o poglądy miał sens. A tylko w państwie całkowicie świeckim spór o poglądy ma sens, bo inaczej sporu - dajmy na to - o aborcję rozstrzygnąć nie będzie można. Demokracji w Polsce nie będzie dopóty, dopóki Bóg będzie figurował w preambule polskiej konstytucji jako "źródło prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna". To, że polska ustawa główna dzieli Polaków na tych, którzy w Boga wierzą i tych, którzy nie wierzą w Boga, ale wierzą w te same wartości, co wierzący w Boga, jest prostą drogą do eliminowania dyskusji na temat wartości, która powinna napędzać dynamikę państwa świeckiego. Krótko: najchętniej głosowałbym na tych, którzy nie akceptują w pełni preambuły polskiej konstytucji. Tylko oni bowiem chcą pełnej, a nie połowicznej świeckości Polski. 

10. Czy to już - jak chętnie wieszczą niektórzy politycy i komentatorzy - koniec Jarosława Kaczyńskiego i PiS-u?

Biorąc pod uwagę geriatryczny elektorat PiS, nie powinniśmy pokładać wielkich nadziei w polityce, lecz pozwolić działać demografii. Biologia jest znacznie skuteczniejsza od programów politycznych. Od dłuższego już czasu w Polsce rodzi się mniej dzieci niż umiera starych ludzi. Mogłoby to oznaczać, że niż demograficzny działa na niekorzyść reform społecznych, a na korzyść przestarzałych światopoglądów, ale to nieprawda. Starzeje się bowiem Polska ludzi młodych, a nie ludzi starych, których, gdy nasi młodzi się zestarzeją, już po prostu nie będzie. 

Gdy dzisiejsi młodzi przeciwnicy PiS-u, czyli większość w tej grupie wiekowej, będą starzy, to nadal będą przeciwnikami PiS-u, tyle że starymi, podczas gdy dzisiejszych zwolenników PiS-u, czyli starców, już nie będzie w ogóle. Polska będzie się starzała, ale będzie się starzała godnie, bez PiS-u, i nie jest to żadna złudna nadzieja, ale twarda nauka. Trzeba więc spokojnie poczekać kilkadziesiąt lat i nie przejmować się w ogóle Kaczyńskim. Wiem: łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.

11. Czy masz jakiś pomysł na zreformowanie/zrewolucjonizowanie mediów publicznych, TVP, Polskiego Radia itd.? Czy podoba Ci się, w jaki sposób nowa władza przejęła media publiczne? I szerzej: Jakie media publiczne Ci się marzą? Jakie media publiczne chętnie byś oglądał/słuchał, do jakich chętnie byś chodził etc.? 

Każdy rząd przejmuje media, podobnie jak każdy zamach stanu zaczyna się od ataku na główną stację przekaźnikową. Nic w tym zdumiewającego. Pamiętajmy, że minister Sienkiewicz jako bodaj jedyny polski polityk miał swego czasu odwagę (gdy był jeszcze ministrem spraw wewnętrznych) powołać się na Maksa Webera, wedle którego państwo z definicji ma monopol na przemoc. Oczywiście istnieją różne stopnie przemocy i nie w każdym wypadku przemoc rządu powinna być tolerowana, ale jednak wyrzucenie z budynku pracowników, którym wypowiedziano pracę, do brutalnych działań nie należy. Pan Pereira może płakać, ile chce, że go szturchano, ale to on łamał prawo, a nie służby Sienkiewicza. 

Zastanowić się jednak należy, czy media publiczne nie powinny zostać zlikwidowane. Czy całe media publiczne? Na pewno media informacyjne. Co by się stało, gdyby nie było "Wiadomości" o 19:30? Nic by się nie stało. Ci, którzy powinni oglądać "obiektywny" przekaz telewizji, czyli gorliwi wielbiciele pani Holeckiej, pójdą za nią gromadnie do Telewizji Republika, więc „"obiektywność" nowych Wiadomości nie będzie dla nich. Tym zaś, którzy pozostaną, indoktrynowani "obiektywnością" być nie muszą. 

Nie łudźmy się: do natury mediów należy stronniczość przekazu, który musi wszystko sprowadzić do wybiórczości. Dlatego media publiczne nie różnią się wiele od mediów prywatnych. Między TVN i nową telewizją jest taki sam związek jak między telewizją Kurskiego i Radiem Maryja, czyli światopoglądowy. Proszę pamiętać, że "obiektywność" to nie neutralność, albowiem nie ma mediów neutralnych: każdy ustawia kamerę tam, gdzie chce i nie pokazuje tego, czego nie chce. Dlatego trzeba odróżnić media informacyjne od mediów spełniających jakąś społeczną misję, na przykład kulturalną. Czy likwidacja radiowej Dwójki byłaby równie niezauważalna, jak likwidacja "Wiadomości"? Oczywiście, że nie. Jestem za zlikwidowaniem telewizyjnych programów informacyjnych i przekazaniem całej kasy radiowej Dwójce i Trójce. 

W Stanach, żeby dowiedzieć się, co w trawie piszczy, jakie wiatry wieją, przerzucam się z FOX do CNN, ale jeśli chcę się czegoś naprawdę dowiedzieć, słucham wyłącznie NPR, National Public Radio i do jego przetrwania chętnie dokładam się regularnymi darowiznami.  

12. Czy po 15 X czujesz się zwycięzcą? Czy po 15 X żyjemy w nowej wspaniałej Polsce czy nic z tych rzeczy? Czy kibicujesz nowym rządom i jak bardzo (bądź jak bardzo nie)? I czy ci się te nowe rządy generalnie podobają czy też jesteś mocno sceptyczny/krytyczny? Co ci się w nich podoba, a co nie?

Proszę nie zapominać, że władza w Polsce nie zmieniła się 15 października, lecz 13 grudnia, więc przez te dwa miesiące żyliśmy wciąż w Polsce Kaczyńskiego. Rozumiem jednak, że data 13 grudnia nie pasuje do symbolu przejęcia władzy, co chętnie i sprawnie wykorzystuje PiS. 

Czy Polska Tuska jest lepsza? Jest. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, ale nie dlatego, że rząd Tuska jest "czysty", a rząd Morawieckiego był "skorumpowany". Każdy rząd robi swoją politykę, polityka jest z zasady pełna korupcji, a my, wybierając rząd, opowiadamy się za tym rodzajem korupcji, który jesteśmy w stanie zaakceptować. Rozumiem oczekiwania wrogów PiS-u, że teraz będzie wspaniale, bo poprzedni rząd był okropny, ale ich nie podzielam. Podoba mi się inteligencja i elokwencja Hołowni na krześle marszałkowskim, ale nie podobają mi się jego poglądy w sprawie aborcji. 

Zresztą w barszczu Koalicji za dużo jest różnych grzybów: bycie razem przeciwko PiS wystarcza, żeby wygrać wybory, ale nie wystarczy, żeby utrzymać wspólny front ideologiczny. Jak partia neoliberalna może się zgodzić z lewicą, ta zaś jak może się godzić z partią kierowaną przez katolika? To się wszystko nie trzyma kupy i będziemy świadkami wielu poważnych kryzysów wewnątrz koalicji, na które tylko czyha PiS. To, co było powodem zwycięstwa wyborczego (wspólny front przeciwko Kaczyńskiemu niezależnie od poglądów), okazuje się przyczyną konfliktów, a może się okazać przyczyną klęski parlamentarnej. Chyba że z biegiem czasu Koalicja zdobędzie samodzielność, zapewniającą jej zwycięstwo bez pomocy uciążliwych partnerów. 

Niestety w Polsce lewica wciąż może być albo słabym koalicjantem, albo równie słabą opozycją, a na nią, jak to wynika z moich tyrad przeciwko neoliberałom i katolikom, chętnie bym głosował. To jednak osłabiałoby partię, która może i umie realnie rządzić, czyli partię Tuska. Czy mówiłem już, że jestem politycznym pragmatykiem? 

Prof. Michał Paweł Markowski. Urodzony w 1962 roku. Wykładowca, eseista, tłumacz, krytyk literacki, publicysta, pisarz. Autor, wydawca i tłumacz ponad 50 książek oraz kilkuset artykułów z zakresu literaturoznawstwa i filozofii, przełożonych na kilkanaście języków. Opublikował m.in.: "Nietzsche: Filozofia interpretacji" (1997), "Czarny nurt: Gombrowicz, świat, literatura" (2004), "Teorie literatury XX wieku" (2 tomy, wraz z A. Burzyńską; 2006) czy "Polska literatura nowoczesna: Leśmian, Schulz, Witkacy" (2007). Książka "Polityka wrażliwości. Wprowadzenie do humanistyki" (2013) stanowi pierwszy tom trylogii egzystencjalno-politycznej, której pozostałe ogniwa tworzą "Wojny nowoczesnych plemion. Spór o rzeczywistość w epoce populizmu" (2019) oraz "Polska, rozkosz, uniwersytet. Opowieść pedagogiczna" (2021). Od roku 2023 ukazują się jego "Teksty zebrane (1988-2023)" w trzech tomach (t.1: Interpretacja, t.2: Polityka, t.3: Reprezentacja). Od 2010 roku The Stefan and Lucy Hejna Family Chair in Polish Language and Literature na University of Illinois Chicago, gdzie także kieruje wydziałem Polish, Russian, and Lithuanian Studies. Research Professor na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie w 2007 założył Centrum Studiów Humanistycznych, którego był pierwszym dyrektorem. Laureat wielu nagród i wyróżnień: Nagrody "Literatury na Świecie" w zakresie komparatystyki (1998), Nagrody Aleksandra Brücknera (1998), Nagrody Kościelskich (2000) oraz Nagrody im. Kazimierza Wyki za pisarstwo eseistyczne i krytyczne (2010). Trzykrotny laureat Nagrody Ministra Edukacji. Nominowany do Literackiej Nagrody NIKE (2004) i Nagrody im. Jana Długosza (2000, 2005). W latach 2009-2023 był Dyrektorem Artystycznym Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada oraz Przewodniczącym Kapituły Nagrody Conrada. Mieszka w Oak Park w stanie Illinois.

Grzegorz Wysocki. Od grudnia 2022 w Gazeta.pl. Wcześniej m.in. dziennikarz i publicysta "Gazety Wyborczej", szef WP Opinie, wydawca strony głównej WP, redaktor WP Książki, felietonista "Dwutygodnika" i krytyk literacki. Autor wielu wywiadów (m.in. Makłowicz, Chwin, Wałęsa, Urban, Spurek, Gretkowska, Twardoch, Świetlicki), cyklu rozmów z wyborcami PiS-u czy pisanego od początku pandemii "Dziennika czasów zarazy". Dwukrotnie nominowany, laureat Grand Pressa za Wywiad w 2022 (rozmowa z Renatą Lis). Od 2023 w kapitule Łódzkiej Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima. Prezes klubu szpetnej książki Blade Kruki (IG: bladekruki). Nałogowo czyta papierowe książki i gazety oraz ogląda seriale. Urodzony i wychowany na Kaszubach, wykształcony w Krakowie, ostatnio porzucił Warszawę na rzecz Łodzi. Profil na FB: https://www.facebook.com/grzes.wysocki/