Polska Stories
Są rodzice, którzy w małych klasach widzą szansę na to, by ich pociechy były otoczone wyjątkową troską (Fot. Artur Kubasik / Agencja Wyborcza.pl)
Są rodzice, którzy w małych klasach widzą szansę na to, by ich pociechy były otoczone wyjątkową troską (Fot. Artur Kubasik / Agencja Wyborcza.pl)

Kolejny etap drugiej edycji Polska Stories za nami. Od 26 października do 21 grudnia na łamach weekend.gazeta.pl publikujemy reportaże uczestników programu. Artykuł Kamila Różyckiego jest dziewiątym z nich.

- Gdy zaczynałam pracę, szkoła nie była odmalowana z zewnątrz jak teraz, była szara i smutna. Podłogi niepomalowane, kuchnia mniejsza, taka klitka. Tylko piec grudziądzki palony na węgiel i szafka. Teraz jest ładnie. Kuchnia dużo większa, zamiast betonowej posadzki są eleganckie płytki, piece gazowe i elektryczne, wyparzarka. Jak przychodziłam, okna były jeszcze drewniane, a teraz już są plastikowe, są żaluzje.

63-letnia Zofia Jazubska od ponad 30 lat pracuje jako woźna w Publicznej Szkole Podstawowej w Dębołęce. Wieś jest niewielka, a jej krajobraz wyznaczają droga powiatowa Radziejów–Licheń, łącząca także województwo kujawsko-pomorskie z Wielkopolską, oraz rzeczona szkoła. Ta jednak z powodu spadającej liczby dzieci w okolicy może zniknąć z pejzażu Dębołęki.

W Dębołęce nie wielu zabudowań (Archiwum prywatne)

Słowo o Dębołęce

Spotykamy się w oddalonym od Dębołęki o 6 km Piotrkowie Kujawskim, do którego Zofia przyjechała na zakupy. Jest wcześnie, ponieważ na zegarze nie ma jeszcze 6.30, a mimo to woźna zdążyła już kupić najważniejsze rzeczy. Jak się później okaże, tak wczesna pora naszego spotkania wynika z problemów Zofii z bezsennością - choć budzik ustawiony ma na szóstą, potrafi obudzić się o piątej, a nieraz nawet o trzeciej.  

- Śmiało, śmiało, co tak wolno? - wita mnie z uśmiechem i sympatyczną uszczypliwością, kiedy – tak jak prosiła – docieram na umówione miejsce spotkania. - Nie jeździsz na co dzień, co? Ja, od kiedy zdałam prawo jazdy w 2010 roku, to tylko zimą jeżdżę do pracy samochodem.

Wcześniej, czy był mróz, czy padał deszcz, wiatr albo ślisko, a ja musiałam gdzieś jechać, to tylko rower. Teraz też, jak mam się wściekać, że nie ma gdzie zaparkować, to wolę wsiąść na rower i nawet szybciej będę - opowiada, ładując siatki z zakupami na kierownicę mojego roweru.

Droga do szkoły zajmuje nam dobre 30 minut. Trasa nie jest długa, ale pozwala się przekonać, jak bardzo rozpoznawalna w okolicy jest woźna. Wiele mijanych po drodze osób ciepło ją wita, pozdrawia, zagaduje.

Nim jednak dojedziemy do placówki, robimy przystanek w domu Zofii. Tam już od progu czuć charakterystyczny, słodko drożdżowy zapach świeżo upieczonego placka. Zofia przed naszym spotkaniem zdążyła już upiec ciasto, które teraz wprawnym ruchem owija w folię i wkłada do torebki.

Już chwilę po ósmej mijamy skrzyżowanie z bogato przyozdobioną figurą Matki Boskiej i znajdujemy się w Dębołęce. Nie ma tutaj wielu zabudowań, ustępują miejsca licznym i ozłoconym o tej porze roku polom. Teraz, przykryte delikatną poranną mgłą, tworzą niepowtarzalny, sielankowy i przede wszystkim swojski klimat. To właśnie w tak malowniczym miejscu w 1967 roku rozpoczęto budowę szkoły podstawowej.

Placówka jest klasyczną bryłą epoki socrealizmu, ale nie szpeci, a wręcz przeciwnie - zdaje się idealnie wpasowywać w klimat Dębołęki (Archiwum prywatne) , Obok szkoły znajduje się zadbany przyszkolny ogród. (Archiwum prywatne)

Budynek jest klasyczną bryłą epoki PRL-u, ale nie szpeci, wręcz przeciwnie – zdaje się idealnie wpasowywać w klimat Dębołęki. Dwa lata temu szkoła przeszła całkowitą modernizację, a jej fasada zyskała ciepły, żółty kolor. Obok znajduje się zadbany przyszkolny ogród.

Zofia do kuchni wchodzi jako przedostatnia. Natychmiast wstawia wodę w czajniku, komplementuje koleżanki, składa podpis na liście i rozkłada prowizoryczne talerzyki z ręcznika papierowego. Na stole pojawia się upieczone tego ranka ciasto drożdżowe, a całość wygląda tak, jakby ten moment oznaczał oficjalne rozpoczęcie pracy wszystkich zebranych.

Pani Zosia odgrywa bardzo ważną rolę w tej szkole. Jak by nie było, pilnuje tutaj wszystkiego. Druga pani dyrektor. Teraz, w wakacje, jak mamy trochę więcej wolnego czasu i rano wszyscy razem pijemy herbatę, to właśnie pani Zosia mówi: 'Teraz wszyscy do pracy, koniec siedzenia'. I wszyscy wstają i idą. Ja też - śmieje się Elżbieta Niedziałkowska, dyrektor szkoły w Dębołęce.

Mamy jedno dziecko we wsi

Żarty jednak szybko schodzą na drugi plan. Tematem staje się usłyszana w telewizji przez jednego z uczestników porannej „rady" informacja o liczbie samobójstw wśród dzieci w wieku szkolnym w różnych krajach. Polska zajmuje w tym rankingu niechlubne drugie miejsce. Rozmowa o tyle na czasie, że właśnie dziś do szkoły ma przyjść nowa psycholog, która raz w tygodniu będzie pomagać uczniom.

- Mój Boże... Teraz te dzieci naprawdę wszystko mają. My nie mieliśmy psychologa, a tutaj jest jeszcze pedagog! - kręci głową z podziwem Zofia.

Wszystko za sprawą przepisów, które weszły w życie we wrześniu 2022 roku. Na ich mocy liczba psychologów i pedagogów w polskich placówkach miała wzrosnąć z 22 do 38 tys. Chociaż w Dębołęce wszyscy rozumieją potrzeby zmieniającego się świata, w tym konieczność zadbania o psychikę najmłodszych, to zakontraktowanie nowego pracownika jest ogromnym wyzwaniem logistycznym. Chociaż rząd zdołał wygospodarować pieniądze na ten cel, to główny problem dla szkół takich jak ta w Dębołęce stanowi brak specjalistów w okolicy, którzy mogliby oraz chcieliby nawiązać współpracę ze szkołami przy wynagrodzeniu odpowiadającemu pensji początkującego nauczyciela.

Sam fakt otrzymania przez placówkę dofinansowania na ten cel nie przykrywa także problemu małych szkół wiejskich, dla których najpoważniejszym wyzwaniem jest sposób przyznawania subwencji. - Na każde dziecko jest subwencja. Im mniej dzieci, tym ona mniejsza, a utrzymać szkołę trzeba. Płace dla nauczycieli, dla obsługi, węgiel, środki czystości, remonty i tak dalej. Wszystkie rzeczy materialne - tłumaczy mi pani dyrektor.

Wyposażenie szkoły nie odbiega od innych placówek (Archiwum prywatne) , Szkoła reaguje na potrzeby i zmieniającą się rzeczywistość (Archiwum prywatne)

Na nieszczęście szkoły w Dębołęce, ale także wielu jej podobnych, w przeciwieństwie do placówek w wielkich miastach tutaj nie ma przepełnionych klas czy ogromnych bojów o jedno miejsce. Od 2007 roku, nie licząc kilku niewielkich wzrostów, obserwuje się trend spadkowy.

W tym roku to już będzie taki spadek, że w klasach 1–8 nie będziemy mieli łącznie nawet stu uczniów. Tak źle jeszcze nie było – podkreśla Elżbieta Niedziałkowska.

Obecny rok szkolny w Dębołęce rozpoczęło 90 dzieci. W najlepszym roku w XXI wieku średnia liczba uczniów na klasę wynosiła 26, dziś spadła do zaledwie 11. Ostatni tak zły wynik, ale i tak lepszy od obecnego, był w roku szkolnym 1997/1998. Wtedy jednak w gminie Piotrków Kujawski, do której należy podstawówka w Dębołęce, znajdowało się dziesięć szkół, a dziś tylko trzy. Główną konkurencję stanowiły wówczas oddalone o 6 km Połajewo i jeszcze bliżej, bo o zaledwie 2 km, zlokalizowana Nowa Wieś. Obie placówki już jednak nie istnieją.

- Tutaj jest problem tego typu, że każda szkoła ma swój obwód, do którego należy, i dzieci z niego powinny przyjść do tej szkoły, ale rodzice decydują inaczej. Na przykład mama z Dębołęki zapisuje dziecko do szkoły w Piotrkowie Kujawskim i nie przysyła go do nas. Kiedyś było tak, że trzeba było wybrać szkołę w swoim obwodzie, a teraz po prostu rodzic decyduje i gdzie chce, tam posyła dziecko. I przez to automatycznie mamy ileś dzieci mniej, które mogłyby do nas przyjść.

Migracja dzieci do szkół z innego obwodu to jeden z elementów powodujących ogromny spadek liczby uczniów w Dębołęce, ale może też oznaczać możliwości. Są bowiem rodzice, którzy w małych klasach widzą szansę na to, by ich pociechy były otoczone wyjątkową troską. Dzięki temu placówce udaje się przyciągać dzieci z sąsiedniego Talarkowa, które nie tylko jest w innym obwodzie, ale także w sąsiednim województwie wielkopolskim. Niestety, nawet te próby nie przykryją problemu spadającej liczby nie tylko dzieci, ale i młodych ludzi na wsiach.

Migracja dzieci do szkół z innego obwodu to jeden z elementów powodujących ogromny spadek liczby uczniów w Dębołęce (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Wyborcza.pl)

- Wcale nie ma we wioskach dzieci. U mnie jest jedno, bo wprowadzili się nowi mieszkańcy, a tak żadnego. Pamiętam, jak jeszcze były w praktycznie każdym domu, a teraz nie ma ich już w prawie żadnym - dołącza do rozmowy Zofia. - W sąsiednich Szewcach faktycznie będzie teraz tylko jedno dziecko - puentuje pani dyrektor.

Kiedy praca pozwala nie myśleć

Liczba dzieci wpływa nie tylko na wysokość przyznanej subwencji. Jest to także istotny wyznacznik tego, jak duże dotacje będzie otrzymywać szkoła. Na przykład w ramach programu "Aktywna tablica" podstawówka w Dębołęce pozyskała trzy tablice interaktywne, a sąsiednia placówka w Piotrkowie Kujawskim - aż sześć.

Nie oznacza to jednak, że szkoła w Dębołęce odbiega technologicznie od konkurencyjnych placówek. Wręcz przeciwnie, dzięki uczestnictwu w wielu projektach, chociażby we wspomnianej "Aktywnej tablicy" czy „Laboratoriach przyszłości", sprzętowo może konkurować nie tylko z okolicznymi, ale także z miejskimi placówkami. Uczniowie mają do dyspozycji nowoczesną salę komputerową, wyposażoną na przykład w okulary VR czy drukarkę 3D.

W świecie nowych technologii muszą odnaleźć się nie tylko uczniowie i nauczyciele, ale także dbające o czystość woźne.

- Teraz jest lepiej. Dzisiaj mamy odkurzacze, do zmywania karchery, specjalne mopy, różne środki, po prostu wszystko. Przedtem tak nie było. Podłogi są pomalowane, więc nie trzeba ich szorować. Teraz to tylko pyk-pyk i umyte - uśmiecha się Zofia, po czym dodaje: - Na początku ciężko było się pogodzić, że jest aż tyle pracy. Myślałam: nie poradzę sobie. Koleżanka kończyła już swoje piętro, a ja miałam zrobione dopiero dwie klasy. Ale pomału, pomału, kilka razy kazała mi się nie martwić, bo przecież zaraz złapię formę i będzie mi szło dobrze i szybko. I tak było. Teraz doszłam do wprawy i już idzie.

Dwa lata temu przeszła całkowitą modernizację i zyskała ciepły żółty kolor. (Archiwum prywatne) , Na wsi spada liczba nie tylko dzieci, ale i młodych ludzi (Archiwum prywatne)

Przed laty, kiedy zaczynała pracę w szkole, Zofia była bardzo zmotywowana. Było to pierwsze miejsce, w którym po przymusowym porzuceniu edukacji mogła rozpocząć stałą pracę. Jako młoda dziewczyna chciała się dalej uczyć. Jak sama wspomina, miała nawet wybrany kierunek w jednej ze szkół handlowych w oddalonym o 15 km mieście powiatowym. Na nieszczęście moment, kiedy kończyła szkołę, właśnie tę, do której niespodziewanie powróciła po latach, zbiegł się z pierwszymi objawami gośćca stawowego, który zaatakował ręce i nogi jej matki. Z tego powodu młodziutka wówczas Zofia zmuszona była zostać na gospodarstwie, które stanowiło źródło utrzymania całej pięcioosobowej, funkcjonującej bez ojca rodziny.

Z pracą w Dębołęce miałam dużo szczęścia. Poszukiwałam pracy i traf chciał, że moim nowym sąsiadem został dyrektor szkoły w Piotrkowie Kujawskim, który powiedział, że jest etat właśnie w Dębołęce. Byłam bardzo szczęśliwa, bo nie dość, że w końcu była praca, to jeszcze tak, jak chciałam - blisko domu. Potem już tylko napisałam podanie do biura kadr z prośbą o przyjęcie do pracy.

Mogłoby się wydawać, że rozpoczęcie pracy w tym właśnie miejscu było Zofii pisane. To tutaj przed chorobą pracowała jej mama, to tutaj uczyło się jej rodzeństwo i ona sama. Jednocześnie z tego samego powodu ten powrót był trudny. W placówce wciąż pracowała chociażby ostatnia wychowawczyni woźnej czy jedna z nauczycielek, zresztą matka obecnej dyrektor.

- Kiedyś było inaczej. Teraz nauczyciele są bliżej, częściej do nas przyjdą i pogadają. Pani dyrektor przychodzi, zapyta, jak się pracuje, czy coś potrzeba. Czasami wypije z nami herbatę. A gdy zaczynałam, nauczyciele byli starsi. Teraz są nowi, młodzi, więc mają inne podejście. Równo nas traktują i nie patrzą, że to sprzątaczka, a to nauczyciel.

Wspomnienia

Dobiega południe, z klas przenosimy się do niewielkiej i dość ciemnej szkolnej biblioteki. Wiekowe regały w niesamowity sposób łączą nowoczesność, objawiającą się w literaturze współczesnej czy słownikach polsko-ukraińskich, z pamiętającą czasy słusznie minione książką o filozofii marksistowskiej. Dostrzega ją także Zofia, która choć sama nie pracowała w okresie PRL, zna ten czas z opowieści mamy.

W najlepszym roku w XXI wieku średnia liczba uczniów na klasę wynosiła 26, dziś spadła do zaledwie 11 (Archiwum prywatne) , Istnienie szkoły w Dębołęce jest zagrożone (Archiwum prywatne)

- Nie dbali o pracowników tak jak aktualna pani dyrektor. Było dużo ograniczeń, takie czasy. Teraz się czegoś potrzebuje i to jest. Ba, nawet sama pani dyrektor wychodzi z inicjatywą, by jakoś pomóc. Wtedy nie ułatwiali pracy, oj, nie.

Pytana o początki pracy za każdym razem odpowiada, że tylko obowiązki utkwiły jej w głowie. Rzeczywiście ich nie brakowało: Zofia zajmowała się schorowaną matką, jej pensja była głównym źródłem utrzymania dla jej dzieci i męża na rencie chorobowej. W trakcie rozmowy wracają pewne wspomnienia. Jednym z tych, które szczególnie mocno zapadły jej w pamięć, jest wizyta urzędniczki z sanepidu, która wykorzystując swoją funkcję, pastwiła się nad sprzątającymi, zmuszając je do uwłaczającego szorowania umytych już podłóg na kolanach.

Jak zauważa Zofia, mimo wielu udogodnień jej praca na przestrzeni trzech ostatnich dekad niemal się nie zmieniła. Mijającego czasu nie da się jednak oszukać. Szczególnie widać go po przychodzących do szkoły dzieciach. Te z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej różnią się od tych, które podobnie jak Zofia w 1993 roku zaczynały swoją przygodę z placówką w Dębołęce.

- Przedtem nie było takich ubiorów jak dziś, chodzą wystrojeni, wyelegantowani - analizuje. - Wcześniej było skromnie. Ba, nawet były mundurki jakiś czas. Zabrzmi to staro, ale nawet samo zachowanie było inne. Młodzi byli jakby grzeczniejsi, słuchali bardziej nauczycieli, tymczasem dziś często są po prostu niegrzeczni.

Za krawędzią wszystkich dni

- Zosia jest nie do zdarcia. Siedzieliśmy razem tutaj w kuchni, ja trzy razy byłam chora, miałam covid, a ona nic! - wspomina Agnieszka, koleżanka z pracy.

Nic więc dziwnego, że o emeryturze Zofia na razie nie chce słyszeć. Jak zaznacza od blisko trzech lat, każdy nadchodzący, a później przemijający rok szkolny ma być już jej ostatnim. I choć dziś emerytura odkładana na raty staje się powodem do żartów zarówno w szkole, jak i rodzinie woźnej, to nie zawsze tak było.

Szczególnie trudny okazał się rok 2020, paradoksalnie, bo pracy z powodu zamknięcia placówek było znacznie mniej. Dla Zofii rozpoczęły się wówczas nieprzespane, często przepłakane i przejęczane noce, podczas których dokuczał jej przeszywający, kłujący ból.

Dębołęce wszyscy rozumieją potrzeby zmieniającego się świata, w tym konieczność zadbania o psychikę najmłodszych (Archiwum prywatne) , Kiedyś dzieci były w praktycznie każdym domu, a teraz nie ma już w prawie żadnym (Archiwum prywatne)

- To głupie i nieodpowiedzialne, ale była taka noc, kiedy strasznie spuchły mi ręce. Bolały mnie kości w nogach, dłoniach, palcach, ogromny, rwący i kłujący ból, nie do wytrzymania. Tak jakby ci ścierpły ręce i nagle ktoś igły w nie wbijał. Zazwyczaj biorę jakieś leki i wytrzymuję, ale wtedy ból był tak wielki, że ledwo mogłam złapać kierownicę, ale i tak pojechałam do szpitala. Sama, bo nie chciałam denerwować rodziny.

Początkowo lekarze nie byli pewni, co dolega woźnej, jednak z czasem stało się jasne, że tak jak i jej mamę zaatakował ją gościec stawowy, zwany także reumatoidalnym zapaleniem stawów. Sam moment uderzenia choroby był straszny, choć jeśli chodzi o życie zawodowe, to dobrze, że stało się to akurat w okresie pandemicznym. Niestety, zbiegł się także ze śmiercią brata Zofii. Jak sama przyznaje, był to dla niej ogromny cios i jest przekonana, że to nagromadzony wówczas stres uaktywnił chorobę.

Dziś już jest lepiej, choroba co prawda wciąż mi doskwiera, ale przyzwyczaiłam się żyć i pracować z bólem. Najgorsze jest mycie podłóg, jednak na razie jeszcze jakoś i to wytrzymuję.

Poza wspomnianym myciem podłóg do obowiązków Zofii należy dbanie o czystość w klasach w trakcie lekcji i po zajęciach. Musi również zrobić i roznieść do klas jedzenie wraz ze 120 herbatami w ramach programu dożywiania czy wychodzić po dzieci dojeżdżające do szkoły autobusem, co jest szczególnie problematyczne, kiedy jest mróz.

Dawno miłość zamarła

Kiedy dzień w pracy dobiega końca, Zofia zaprasza mnie jeszcze na chwilę do siebie, by w spokoju, bez żadnych rozpraszaczy usiąść, wypić herbatę i po raz ostatni porozmawiać. Spokój nie trwa jednak długo, ponieważ już chwilę po powrocie do domu zaczyna dzwonić telefon. To znajomi, przyjaciele i rodzina. Wszyscy chcą tylko spytać, co u Zofii słychać, jak się czuje i jak mija jej dzień.

Zobacz wideo Jakie są różnice w wychowaniu dzieci między Polską a Hiszpanią? "Dzieci mówią do nauczycieli po imieniu"

- Czasami dodzwonić się do mnie jest trudniej niż do papieża! Mimo to dobrze wiedzieć, że ludzie się tobą interesują - uśmiecha się Zofia. Sens tych słów dociera do mnie, gdy rozglądając się po salonie Zofii, w którym rozmawiamy, mój wzrok pada na leżącą na łóżku książkę "Szósty etap żałoby. W poszukiwaniu sensu". 

Jak się po chwili dowiaduję, życie doświadczyło Zofię najbrutalniej, jak tylko się da. Przed rokiem straciła jedynego syna. Po jego śmierci całkowicie się załamała. Dużo płakała, mało spała, a jeszcze mniej jadła.

To właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebowała wokół siebie ludzi, wytchnienie znajdowała w szkole. To tam choć na chwilę mogła zająć się czymś innym i zagłuszyć większość myśli i cierpienia drzemiącego w środku. To właśnie tam – pomimo wiadomych wad tego miejsca – znalazła wsparcie osób, które kochają ją z siłą nie mniejszą niż rodzina.

Polska Stories

Polska Stories to kilkumiesięczne warsztaty dla młodych reportażystów i reportażystek, którzy rozpoczynają pracę w zawodzie. Dziesięciu uczestników, którzy doszli do finału, wzięło udział w bezpłatnym cyklu szkoleń dziennikarskich. Prowadziła je wielokrotnie nagradzana reportażystka Olga Gitkiewicz. Każdy reportaż przygotowany w ramach Polska Stories zostanie opublikowany na stronie głównej Gazeta.pl oraz w serwisie Weekend.gazeta.pl. Spośród dziesięciu opublikowanych reportaży jury złożone z doświadczonych redaktorów i dziennikarzy wybierze najlepszy tekst. A jego autor na minimum sześć miesięcy dołączy do współpracowników Weekend.gazeta.pl.

Więcej