Kolejny etap drugiej edycji Polska Stories za nami. Od 26 października do 21 grudnia na łamach weekend.gazeta.pl publikujemy reportaże uczestników programu. Artykuł Joanny Koślickiej jest siódmym z nich.
– Parę razy doświadczyłem niebezpiecznych sytuacji na ulicy. Przeważnie zagrożeniem jest młodzież wracająca z imprezy. Mieszkał ze mną kiedyś w schronisku człowiek, który miał pół twarzy w bliznach. Siedział na ławce i pił denaturat. Podeszli do niego, wyrwali mu butelkę, oblali i podpalili. Raz, jak siedziałem na klatce, zaczepiło mnie kilku takich młodych chłopaków. Pytają, czy nie widziałem jakichś lumpów, bo chcą się zabawić. Ja na to, że nie, nie widziałem. Dbałem o siebie, żeby nie wyglądać jak bezdomny. Szybko się zwinąłem i uciekłem – opowiada Radosław.
O osobach bezdomnych rzadko mówi się jako o ofiarach przestępstw. Jak pisze Emilia Truskolaska w pracy pt. "Kryminologiczne aspekty bezdomności", zbyt często o osobach w kryzysie mówi się wyłącznie jako o sprawcach, choć są narażone na przestępstwa znacznie częściej niż reszta społeczeństwa, zazwyczaj jednak nie zgłaszają się na policję. Tymczasem stają się ofiarami napadów czy zabójstw, a problem przemocy wobec tej grupy wciąż narasta.
Równia pochyła
– Wyszedłem z więzienia, rodzina mi się rozsypała. Spałem na klatkach. Miałem śpiwór, ale mi go ukradli, więc zimą szukałem ogrzewanych klatek schodowych. Jakiś czas mieszkałem też w starym, zawalonym bunkrze, zrobiłem sobie tam legowisko. Któregoś razu przyszły łebki i zaczęły wrzucać do środka suche gałęzie. Podpalili to, ale dałem radę się wydostać i uciec. Myślę, że nie wiedzieli, że tam byłem, po prostu taki mieli kaprys – opowiada, a w oczy od razu rzucają się charakterystyczne uwypuklenia na jego przedramieniu. Powstają po wykonaniu przetoki tętniczo-żylnej u pacjentów dializowanych.
Radosław pierwszy raz znalazł się na ulicy w 2000 roku, miał wtedy 32 lata. Sześć lat później, podobnie jak jego mama, dwaj bracia i siostra, zachorował na niewydolność nerek i rozpoczął dializoterapię, którą kontynuuje do dziś.
– Raz poszedłem do noclegowni, ale po dwóch nocach uciekłem. Zimą jest tam bardzo dużo ludzi, spaliśmy na materacach, jeden koło drugiego. Poza tym większość tam nie dba o siebie, podłapałem wszy odzieżowe i powiedziałem: koniec.
Przez pewien czas dojeżdżał na dializy z ulicy, teraz mieszka w jednym z mieszkań wspieranych we Wrocławiu, gdzie ma zapewniony jednoosobowy pokój ze szpitalnym łóżkiem regulowanym na pilota.
Ostatnie ogólnopolskie badanie liczby osób bezdomnych odbyło się w nocy z 13 na 14 lutego 2019 roku. Ankieterom udało się dotrzeć do ponad 30 tys. osób pozostających w kryzysie. Niespełna 20 proc. osób przebywało w tym czasie poza placówkami instytucjonalnymi, w przestrzeniach publicznych i miejscach niemieszkalnych, które stanowią codzienną przestrzeń pracy streetworkerów.
– Wyszukujemy miejsca niemieszkalne i odwiedzamy je trzy albo cztery razy w tygodniu. Czasami znajdujemy zwłoki, czasami wzywamy ambulans, bo widzimy, że coś poważnego się dzieje, ale duży odsetek naszych wyjść jest zwyczajnie towarzyszących. W przypadku wielu z naszych klientów jest to czysta redukcja szkód. Niewiele da się zrobić, ale oczywiście nikogo nie skreślamy. Duża część naszej pracy polega na tym, że chodzimy do osób, które znamy od lat i które zapierają się, żeby nie pójść do placówki. Nie mają wiary, że coś się uda, bo próbowali już wiele razy. Są zadłużeni, ich życie leży w gruzach – opowiada Marcin Blicharz, koordynator streetworkerów w Towarzystwie Brata Alberta i kierownik ogrzewalni.
Streetworking to jedna z metod pracy socjalnej z osobami wykluczonymi. Umożliwia pomoc izolowanym i odtrąconym przez społeczeństwo w miejscach, w których na co dzień przebywają, takich jak pustostany, dworce, działki. Streetworkerzy docierają do osób, które z różnych powodów nie korzystają ze wsparcia instytucjonalnego. Cykliczność spotkań w środowisku osoby w kryzysie i indywidualne podejście mają na celu budowanie zaufania i nawiązywanie relacji.
– Nasza metoda mocno opiera się na tym, żeby niczego nie rozdawać na ulicy. To bardzo trudne zadanie, bo najprościej jest dać, kiedy spotykamy człowieka, który ma jakąś potrzebę. Nasza metoda celowo ma się wyróżniać. Nic nie dajemy, żeby wchodzić w relacje. Jak człowiek nie odczuje braku, a ja przyjdę i mu dam telefon, jedzenie, ubranie, to go utwierdzę tylko w miejscu, w którym się znajduje. Jednym z najczęstszych błędów streetworkerskich jest też powtarzanie komuś: "Jeszcze wszystko się uda, wszystko w twoich rękach". Pracujemy z ludźmi, którzy mają za sobą próby samobójcze, po kilkadziesiąt razy byli już na terapiach i wiedzą, że nie za bardzo im one pomogły. Trzeba uważać na takie teksty, bo to nie jest takie proste.
Kobiety poza marginesem
Według wspomnianego badania z 2019 roku to właśnie konflikt rodzinny jest najczęściej podawaną przyczyną bezdomności. Jednocześnie liczba mężczyzn w kryzysie znacznie przewyższa liczbę kobiet, które stanowią nieco ponad 16 proc. badanych. Sylwia Góra, autorka książki "Kobiety, których nie ma. Bezdomność kobiet w Polsce", potwierdza, że stereotypowo, myśląc o osobach w kryzysie bezdomności, widzimy najczęściej uzależnionego mężczyznę.
– Kobiet na ulicy nie widzimy i nie chcemy widzieć, bo mamy bardzo mocno wyśrubowane społeczne oczekiwania względem nich. Kobiety powinny dawać radę zawsze i we wszystkich obszarach życia. Oczekujemy, że będą zarówno dbały o rodzinę, dzieci, cały ten obszar nazywany ogniskiem domowym, jak i robiły karierę zawodową, świetnie wyglądały, zdrowo żyły, generalnie dawały przykład. Kiedy kobieta "nie daje rady", to spada z piedestału, społecznie coś zaczyna nam się nie zgadzać. Kiedy kobieta znajdzie się na ulicy, na ławce w parku, w pustostanie, to natychmiast zapytamy: jaką ona musi być żoną, matką i kobietą jako taką. Kobieta w kryzysie bezdomności nie mieści się w naszym społecznym sposobie postrzegania kobiety. Stąd jej niewidzialność – opowiada Sylwia Góra.
Z jej doświadczeń z pracy nad książką wynika, że zazwyczaj to nie uzależnienia, lecz trudności natury psychicznej były problemami kobiet w kryzysie. Schizofrenia, nerwica, depresja powodują, że trudno jest wyciągnąć te kobiety z bezdomności ulicznej. Częste doświadczenia to również wieloletnie przebywanie w niesformalizowanych związkach, gdy kobieta mieszkała u partnera.
– Po jego śmierci – nawet jeżeli relacje z jego rodziną były bardzo dobre – kobieta stawała się obca. Nie była już członkiem rodziny, z którym jadało się wspólne obiady i organizowało wyjazdy. Stawała się obcą panią, której mówiło się "do widzenia". Jako że związek nie był sformalizowany, to nie należał im się żaden spadek. W ten sposób trafiały na ulicę.
Bezdomność jest trudnym doświadczeniem dla każdego, a przemoc fizyczna dotyka wiele osób w kryzysie, bez względu na płeć. Jednak kobietom dużo trudniej żyje się na ulicy. Są narażone na agresję, szybciej się starzeją i trudniej regenerują po tym, czego doświadczyły. Według Sylwii Góry są też dodatkowo narażone na inne rodzaje przemocy niż mężczyźni. Ta bardziej oczywista to przemoc seksualna, molestowanie, gwałty. Kobiety rzadko o tym mówią albo nie mówią wprost.
– Bardzo często zdarza się, że kobieta pozostająca w bezdomności ulicznej wiąże się z mężczyzną również w kryzysie bezdomności. W ten sposób stara się zapewnić sobie minimum bezpieczeństwa. Związki na ulicy bardzo często są związkami przemocowymi, jednak przemoc od jednej osoby jest – jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – znana, oswojona, mniej niebezpieczna niż ta potencjalna przemoc od wielu osób. Jest ona ograniczona do jednego partnera. Drugi rodzaj przemocy, której często doświadczają kobiety w kryzysie, to przemoc ekonomiczna. Wiele bohaterek mojej książki miało jakiś dochód: pracę, rentę albo emeryturę. Często mężczyzna, z którym taka kobieta jest w związku, zabiera jej te pieniądze. W drugą stronę się z tym nie spotkałam. Doświadczanie przemocy ekonomicznej i przemoc seksualna to to, co na pewno wyróżnia właśnie kobiety w kryzysie bezdomności.
Prawo do prywatności, korzystania z przestrzeni publicznej, równego traktowania w przypadku osób bezdomnych to najczęściej nic nieznaczące slogany. Obelgi skierowane bezpośrednio lub pośrednio to dla osób w kryzysie bezdomności codzienność. W marcu tego roku w odpowiedzi na tego typu przemoc werbalną w sieci Ogólnopolska Federacja na rzecz Rozwiązywania Problemu Bezdomności i inne organizacje działające w Polsce wystosowały apel "Można lepiej".
Zwracają w nim uwagę na rozpowszechnienie przemocy słownej skierowanej do osób w kryzysie i odbieranie im ich podstawowych praw. Są piętnowane i izolowane społecznie. Rzadko bierze się pod uwagę możliwe przyczyny ich sytuacji życiowej.
– Ci ludzie doświadczyli bardzo ciężkich traum i zachodzi w nich trudny proces. Najczęściej źle się urodzili, byli bici, gwałceni. Bardzo duży odsetek ludzi na ulicy to osoby z domu dziecka. Bezdomność i uzależnienie to objawy bardzo głębokiej traumy – tłumaczy Marcin Blicharz. – Jeszcze nie spotkałem na ulicy człowieka, który nie doświadczył traumy czy w dzieciństwie, czy w życiu dorosłym. Alkohol i bezdomność są następstwem, najpierw jest trauma. Czasami nogi się uginają, jak się człowiek dowiaduje, ile wielu z nich przeszło. Poznałem chłopaka z domu dziecka, który był cztery razy adoptowany i cztery razy oddawany z powrotem, któremu ojciec wiązał ręce, bił go i zamykał w piwnicy. To jest tylko jedna z traum, których doświadczył.
System
– Nie wszyscy chcą korzystać ze schroniska, bo trzeba tam być trzeźwym, posprzątać koło siebie i w jakichś ramach funkcjonować. W niektórych schroniskach trzeba chodzić na terapię, a oni tego po prostu nie chcą. Po to jesteśmy my, streetworkerzy, żeby czekać, aż im się zachce. Te wolne ptaki fruwają, póki mają zdrowie. Zdrowie oczywiście w ich mniemaniu, bo oni zdrowia już dawno nie mają. Szybko umierają na ulicy – opowiada Marcin Blicharz.
– Olbrzymi problem to osoby chorujące psychicznie. Przyjęcie takiej osoby do placówki zależy od kierownika. Ja przyjmuję, bo nie segreguję ludzi ze względu na ich orientację, religię czy stan zdrowia. Jeśli tylko ta osoba jest w miarę samodzielna i jest w stanie funkcjonować, to przyjmujemy, ale de facto osoby chore psychicznie nie nadają się do placówek tego typu. Bo tu nie ma mowy, że ona dostosuje się do regulaminu. Nie dlatego, że nie chce, bo jest zła, jest po prostu bardzo chora. Mogę usunąć taką osobę ze schroniska albo w ogóle jej nie przyjmować, ale w efekcie mamy ją na ulicy. System jest niewydolny, a osób chorych psychicznie jest coraz więcej. Przyjmując ją do schroniska, chronimy i ją, i społeczeństwo.
We Wrocławiu działa kilkanaście instytucji pomocowych dla osób w kryzysie. Jedną z nich jest Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta, które prowadzi w mieście trzy schroniska, noclegownię i sezonową ogrzewalnię. Tym samym zapewnia schronienie dla ponad 400 osób. Według danych z 2019 roku we Wrocławiu było wówczas ponad 900 osób w kryzysie bezdomności. Specyfika samego środowiska badanych i ich duża mobilność sprawiają jednak, że trudno dokładnie zbadać rozmiary tego zjawiska. Szczególnie dotkliwym okresem dla osób w kryzysie bezdomności jest jesień i zima. Ze statystyk policyjnych wynika, że w okresie od 1 listopada 2022 do 31 marca 2023 z powodu wychłodzenia organizmu doszło na terenie naszego kraju do 28 zgonów. Osoby bezdomne są na to szczególnie narażone.
– Zimą naginamy limity miejsc i ludzie śpią wszędzie. W najcięższe zimy mieliśmy około setki osób w samej ogrzewalni. W ostatnim sezonie było też bardzo mało zapić. Jak ktoś zapije, to musi opuścić placówkę i wrócić, jak będzie trzeźwy. Tym razem większość ludzi przebywała u nas przez cały okres działania, bo utrzymywali abstynencję. Fajna była ta ekipa, dużo remontów zrobiliśmy, byli pomocni. Ta obserwacja bardzo optymistycznie mnie nastraja i zastanawiam się też, z czego to wynika, bo zima nie była najgorsza. Jestem też ciekawy, czy powtórzy się to w tym sezonie. Z roku na rok to się trochę zmienia, ale nie ma tu klucza. Tym razem duża część tych ludzi utrzymywała trzeźwość do samego końca. Może dlatego, że w ogrzewalni jest trochę większy luz. W innych naszych placówkach muszą spełnić więcej warunków, na przykład są zobowiązani do uczestniczenia w terapii, a jak nie mają sił do zmian i nie są na to wewnętrznie gotowi, to to nie pyknie. W ogrzewalni po prostu spędzają sobie czas. Główny wymóg to trzeźwość.
Poza systemem
– Nie korzystam już z instytucji. Grunt to nie siedzieć z innymi bezdomnymi. To środowisko ciągnie w dół, bo na dziesięciu bezdomnych jest jeden, któremu zależy. W instytucjach wku*wiają mnie też kradzieże, nawet gaci czy skarpetek. W bezdomności, jak człowiek ma pięć par tego i pięć par tego, to jest królem. Mija tydzień i nie masz nic, bo wszystko ci ukradli po cichu z suszarki. Jak ktoś sobie coś fajnego kupił, to też mu zaraz ginęło. Jeden się w końcu telefonu dobrego dorobił, mijają dwa dni i telefonu nie ma. Wszyscy wielcy koledzy mu szukać pomagają, a na końcu okazuje się, że sąsiad, który mu najbardziej pomagał szukać, mu to zaj*bał – opowiada 25-letni Patryk, którego post przeczytałam na jednej z grup pomocowych na Facebooku.
Prosił w nim o wskazówki, gdzie we Wrocławiu można skorzystać z prysznica i pralki, bo dwa tygodnie wcześniej znalazł się na ulicy. Imię i nazwisko było zmyślone, a zdjęcie profilowe prezentowało animowaną postać. Pod postem było 100 komentarzy z radami, kilkadziesiąt reakcji, 11 udostępnień. Napisałam do niego wiadomość na Messengerze z prośbą o spotkanie. Idąc na nie, wyobrażałam sobie zagubionego chłopaka, który nieoczekiwanie znalazł się w trudnej sytuacji. Patryk okazał się dorosłym mężczyzną, mimo młodego wieku zaprawionym w boju.
Cały swój dobytek miał przy sobie, spakowany w dwóch torbach, bo w tamtym okresie mieszkał w namiocie nad rzeką w mało uczęszczanej części miasta. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na osobę, która nie ma dachu nad głową. Co prawda T-shirt i dresy nie były pierwszej nowości, ale starannie przystrzyżone włosy i zarost sprawiały, że jego wygląd nie odbiegał od normy.
– Miałem 17 lat, jak uciekłem z domu. Alkohol tam był, patologia totalna. Od tamtej pory co jakiś czas jestem na ulicy. Wynajmuję sobie coś, trzymam się parę miesięcy i to tracę. Po ucieczce z domu zaczęły się też przygody z narkotykami. Amfetamina, mefedron, pigułki. Miałem cztery próby samobójcze, byłem w kilku psychiatrykach. Trzy razy podejmowałem odwyk w Monarze. To nie miejsce dla mnie. Postanowiłem, że sam z tego wyjdę. Często, jak już mam wynajęty hostel albo pokój, to po jakimś czasie wszystko się psuje, z różnych powodów. Szybko podejmuję decyzje i zazwyczaj są one złe. Nie potrafię wyciągnąć wniosków. Na początku najwięcej psuły mi narkotyki, później przestałem ćpać, tylko paliłem, ale tu pieniędzy zaczęło brakować, tu człowiek źle wybrał. Poszedłem na imprezę, nastawiałem i się okazuje, że nie mam na mieszkanie. Po drodze zdarzy się mały wypadek, zleceń zabraknie, tych pieniędzy jest mniej i zaczyna się sypać. Zdarzało się też tak, że coś mi strzeliło do głowy i się wyprowadziłem. Było łatwiej uciec przed problemami, niż się z nimi mierzyć, więc pojechałem w piz*u, wracałem za miesiąc. I znowu od początku. A później wynajęcie pokoju z poziomu ulicy, nie mając nic, nie jest łatwe. Te chwile pozornej normalności to dla mnie nie jest stanięcie na nogi. To dalej jest tułaczka. Ta tułaczka będzie trwała do końca życia albo dopóki nie postawię sobie domu za własne pieniądze.
Raport "Dodaj mnie" Fundacji Po Drugie wskazuje, że młodzi bezdomni unikają zinstytucjonalizowanych form wsparcia lub wręcz czują silną niechęć do korzystania z tego typu pomocy. Z tego powodu trudno określić skalę zjawiska bezdomności wśród młodych ludzi. Według badania przeprowadzonego w lutym 2019 roku w samym Wrocławiu na 921 osób bezdomnych 142 miały mniej niż 18 lat. Młodzi w kryzysie często dbają o wygląd, spędzają czas w galeriach handlowych czy kawiarniach i pozornie nie odbiegają od rówieśników. Różni ich jedynie brak stałego miejsca zamieszkania. Noce spędzają w klubach lub na podróżach komunikacją miejską. Czasami zatrzymują się w squatach, nocują u znajomych albo znajdują zatrudnienie oraz nocleg u sezonowych pracodawców. Każdego roku do Fundacji Po Drugie trafia około 180 młodych osób. Większość stanowią byli wychowankowie i wychowanki placówek lub osoby z rodzin z problemami.
– Ze znalezieniem pracy najczęściej nie mam problemu. Najgorzej jest ją utrzymać – przez to, że nie ma się gdzie mieszkać i przychodzi się czasami brudnym, śmierdzącym. Jak pracuję z kimś w moim wieku i słucham, jak narzeka, że mu się nie chce, to myślę sobie: człowieku, żebyś ty wiedział, że ja śpię w namiocie. Nikomu o tym nie mówię. Czasami pracuję też z zamieszkaniem, ale zazwyczaj nie ma umowy, więc jak stracisz pracę, to od razu jest wyjazd, nie masz gdzie mieszkać. Warunki mieszkaniowe w takich miejscach też są różne. Przy zatrudnianiu mówią, że dobry standard, a tak naprawdę to speluna. Raz tak trafiłem. Miało być super, telewizor, internet, zajeżdżam, a tam zimno. Kupiłem zapas mięsa, bo na wyposażeniu była zamrażarka. Zostawiłem to na chwilę, wyszedłem, wracam, a tam koty wpieprzają mi to mięso. Okazało się, że dziurą w ścianie wchodzą – mówi Patryk.
Umówiliśmy się na kawę, ale on kawy nie pija. Pije więc sok i opowiada o sobie. Bezdomności doświadczył w wielu miejscach. Warszawa, Poznań, Szczecin, Trójmiasto, Bełchatów, Kraków. Jeździł do innych miast sprawdzać, czy może tam pójdzie mu lepiej. Nie szło. Zwykle dlatego, że – jak sam mówi – 'wywijał jakiś numer'. Nie wydaje się skrępowany, wręcz przeciwnie. Jest pewny siebie i wie, o czym mówi. Nie chce jednak upubliczniać nazwiska. Tłumaczy, że się go wstydzi.
– Zła passa zaczęła się od Warszawy. Mieszkałem tam niecałe trzy lata i doświadczyłem kilku wzlotów i upadków. Na początku trafiłem do ośrodka dla bezdomnych. Miałem wtedy 18 lat, pracowałem. W pracy nie mówiłem, gdzie mieszkam. Podawałem po prostu adres zamieszkania, ale nikt nigdy nie sprawdził, co się tam znajduje. Gdy odebrałem pierwszą wypłatę, wynająłem sobie hostel. Później zaczęło się kombinowanie. Nie zważałem na konsekwencje, robiłem tak, żebym ja miał dobrze. Oszukiwanie, kradzieże, grubsze problemy z policją. Zdarzyło mi się parę razy trafić do aresztu. Na krótko, ale wystarczająco, żeby się dowiedzieć, że człowiek już nie chce tam wracać. Życie jest ku*ewsko trudne. Rodzice bardzo dużo tego zła zabierają. Do pewnego wieku masz okres ochronny, a później radź sobie sam.
Patryk podkreśla, że z jednej strony przyzwyczaił się do życia na ulicy, z drugiej – z każdym miesiącem narasta w nim poczucie, że jest sam. Brakuje mu normalności, prozaicznych rzeczy, takich jak wyjście na kawę ze znajomymi, żeby porozmawiać.
Ale zapytany o to, czy dobrze by się czuł ze stałą pracą, mieszkaniem, stabilizacją, zamyśla się na dłużej.
– To byłaby w pewnym sensie złota klatka. Z jednej strony bardzo bym chciał dojść do czegoś takiego, ale z drugiej wtedy będzie mnie coś trzymało. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Już nie będzie tak, że jak coś mnie zdenerwuje, to założę plecak i pojadę na drugi koniec Polski. Może być trudno. Będę miał jakieś zobowiązania. Myślę, że jak się z tym zmierzę, to będę mógł na to pytanie odpowiedzieć.
Polska Stories
Polska Stories to kilkumiesięczne warsztaty dla młodych reportażystów i reportażystek, którzy rozpoczynają pracę w zawodzie. Dziesięciu uczestników, którzy doszli do finału, wzięło udział w bezpłatnym cyklu szkoleń dziennikarskich. Prowadziła je wielokrotnie nagradzana reportażystka Olga Gitkiewicz. Każdy reportaż przygotowany w ramach Polska Stories zostanie opublikowany na stronie głównej Gazeta.pl oraz w serwisie Weekend.gazeta.pl. Spośród dziesięciu opublikowanych reportaży jury złożone z doświadczonych redaktorów i dziennikarzy wybierze najlepszy tekst. A jego autor na minimum sześć miesięcy dołączy do współpracowników Weekend.gazeta.pl.


