Kolejny etap drugiej edycji Polska Stories za nami. Od 26 października do 21 grudnia na łamach weekend.gazeta.pl publikujemy reportaże uczestników programu. Artykuł Christiana Cieślaka jest piątym z nich.
Algorytm Instagrama podsunął mi filmik pod tytułem "Nie przejmuj się, teraz jest rynek pracownika, na pewno szybko coś znajdziesz". Później na ekranie mojego telefonu pojawiały się osobliwe cytaty. "Młodym dziś nie chce się pracować". "Przyjdzie taki, poklika na komputerze i chce za to 4000 zł". "Ale dlaczego ty wychodzisz po 8 h? Praca dalej nieskończona". "K*rwa, ci młodzi niczego dziś nie potrafią!".
Postanowiłem zapytać swoich rówieśników o ich stosunek do tych paru zdań.
Tamara niejednokrotnie słyszała podobne opinie o swojej pracy. Tak samo Pola, której przełożeni charakteryzowali się zbliżonym typem myślenia. Nie inaczej wyglądało to u Emila i Anastazji. Zosia dodałaby do tego zestawu zdanie: "Najpierw pokaż, na co cię stać, potem porozmawiamy o wyższym wynagrodzeniu". Piotr ma pozytywne doświadczenia, ale słyszał od znajomych o takich historiach. A Ludwik odpisał krótkie, choć dosadne "XD".
Czy mogę dostać swoją umowę?
Pierwsza praca to zwykle praca na czarno – plecenie warkoczyków nad Bałtykiem, kelnerowanie, pomaganie zaprzyjaźnionemu rolnikowi. Według Eurostatu stopa bezrobocia w Polsce wynosi ok. 3 proc., jednak stopa bezrobocia wśród osób młodych (15–24 lata) jest od lat kilkukrotnie wyższa i wynosi 10,8 proc. Natomiast według informacji z serwisu ciekaweliczby.pl w roku 2020 największy odsetek osób przyznających się do działania w szarej strefie obejmował grupę wiekową 18–24 lata i wynosił 32 proc. Co jednak w przypadku, gdy nigdy nie pracowało się na podstawie umowy o pracę?
Pola, lat 25, z wykształcenia logistyk, z zawodu specjalistka ds. obsługi klienta w firmie kurierskiej. Nie ma dnia, żeby nie sięgnęła po książkę. Kiedy skończyła 18 lat, zaczęła pracować w sklepie spożywczym w swoim miasteczku nieopodal Gorzowa Wielkopolskiego. Chciała zarobić na samochód. Jeszcze wtedy mieszkała z rodziną, nie ponosiła dużych kosztów utrzymania, więc potrzebną kwotę zebrała po dwóch miesiącach. Szybka radość zaczęła się powoli zamieniać w przykry obowiązek, który trwał kolejne cztery lata.
Właściciele - małżeństwo - lubili rzucać docinkami w stronę pracowników. - Niby neutralne, jednak wypowiedziane tak, żeby pocisnąć – wspomina Pola. Nie była szanowana, choć starała się tym nie przejmować, a nawet odpłacała szefowi pięknym za nadobne
- Kiedy nie było komu pracować, szefostwo było do rany przyłóż. Jak już było nas wystarczająco dużo, atmosfera robiła się nieprzyjemna. Z czasem zaczęło ją denerwować również przerzucanie między pozostałymi sklepami, a tych właściciele mieli trzy. - Musiałam znać rozkłady tych sklepów, bo każdy był inny. Musiałam też jakoś do nich dojechać.
To nie brak umowy czy trudności z łączeniem studiów z pracą były dla Poli największym problemem, tylko stawka. Przez wszystkie lata pracy w sklepie nie dostała żadnej podwyżki, a zdarzało się, że pracowała w niedziele, święta, po godzinach i nawet, kiedy była chora.
- Pytałam, kiedy ta umowa. Raz mi jej nie dali, bo argumentem były moje studia. Potem, że mają gorszy okres i muszą się jakoś utrzymać. W końcu stwierdziłam, że nie będę się prosić. Jak nadarzy się okazja, po prostu pójdę do innej pracy. Czara goryczy przelała się, gdy Pola dowiedziała się, że inne pracownice miały lepsze stawki za pracę w święta. Odeszła ze sklepu na początku pandemii. Próbowała znaleźć coś w okolicy – bez skutku. Szukając wtedy pracy, doszła do jednego wniosku.
Najlepiej, żeby student miał 10 lat doświadczenia, tylko gdzie i kiedy można je złapać? A ja niby miałam już jakieś doświadczenie i byłam w stanie poświęcić czas, żeby zrozumieć nowe obowiązki, przyzwyczaić się. Nie jestem osobą, która zmienia pracę po jednym niepowodzeniu.
Wreszcie została zwerbowana do pracy w telemarketingu, przepracowała tam jednak tylko cztery miesiące. Ponad 70 ogłoszeń później Pola przeprowadziła się do większego miasta i błyskawicznie znalazła tam zatrudnienie – w biurze obsługi klienta firmy dostawczej, jednak na umowę-zlecenie.
Pierwsze trzy miesiące przebiegły bez zarzutu. Wszystkim mogła mówić po imieniu, nie krępowała się pytać, a odbieranie telefonów nie okazało się szczególnie trudne. Dziś czuje się już zmęczona klientami, choć nie jest bezpośrednio związana z ich obsługą, bo została tzw. opiekunką sali. Na zmianie zwykle jest tylko dwóch takich opiekunów. Wspólnie muszą zająć się ponad 50 pracownikami, z czego około 10 jest nowych, wymagają więc wdrożenia. Pomimo przejścia wszystkich możliwych do zaliczenia szkoleń Pola zarabia nierzadko mniej niż świeżo zatrudniony konsultant. Aby uzyskać godziwą płacę, musi pracować czasami po 10–12 godzin dziennie, nierzadko w weekendy czy święta.
– Nie rozumiem, jak to możliwe, że pracownik z moim stażem jest aż tak niedoceniany – rzuca z goryczą. Jest gotowa złożyć wypowiedzenie w każdej chwili, ale nie szuka aktywnie innych ofert. Na razie jest zbyt zmęczona nieregularnymi godzinami pracy.
Wszystko zaczyna się od rozmowy
Jak podaje firma Grant Thornton, w lutym 2023 roku polscy pracodawcy opublikowali prawie 300 tys. ogłoszeń o pracę. Ile z nich skończyło się zatrudnieniem nowych pracowników i na jak długo? Takich danych w raporcie zabrakło. Nawet z CV napisanym wedle wytycznych rekrutera Google trzeba być ostrożnym, bo na portalach coraz częściej pojawiają się oferty widmo.
Ludwik ma 28 lat i burzę loków. Z wykształcenia jest biotechnologiem medyczno-przemysłowym, z zawodu młodszym specjalistą ds. regulacji produktu. Nie było mu łatwo znaleźć obecną pracę. Był rok 2022. Szukał łącznie osiem miesięcy. Zaczął na pół roku przed zakończeniem swojej ówczesnej umowy z laboratorium diagnostycznym.
- Z dnia na dzień straciłem pracę. Nie dano mi nawet możliwości pożegnania się ze współpracownikami.
Niemal do ostatniego dnia był przekonywany, że zostanie w firmie na kolejny rok. Stało się jednak inaczej. Do dziś nie wie dlaczego.
Ludwik uważa, że informacja dotycząca procesu rekrutacyjnego to brak informacji. W ciągu ośmiu miesięcy rozesłał przeszło 200 CV. Zaproszeń na rozmowy rekrutacyjne otrzymał trzy–cztery. Najwięcej było milczenia, czasami słyszał: "Dziękujemy za zainteresowanie" lub: "Ma pan zbyt małe doświadczenie". Największe wrażenie zrobił na nim e-mail o takiej treści: "W nawiązaniu do Pana procesu rekrutacyjnego, w imieniu osób decyzyjnych, informuję, że rozmowa kwalifikacyjna, w której Pan brał udział, wypadła dobrze. Jednak ze względu na brak projektów odpowiadających Pana umiejętnościom, będziemy musieli zrobić pauzę w procesie rekrutacyjnym. Chcielibyśmy oczywiście pozostać z Panem w kontakcie w razie możliwości kontynuowania procesu".
Szukanie pracy nie było dla Ludwika łatwe. Wreszcie w jednej firmie dostał konstruktywny feedback: powiedziano mu wprost, że to stres podczas rozmowy przeważył o decyzji o jego niezatrudnianiu. Rekruterka poradziła mu wyciszać się przed spotkaniami.
Dwa miesiące po odejściu z laboratorium znalazł pracę w firmie branży FMCG, jednak musiał się przeprowadzić na południe Polski. Już pierwszego dnia rzucono go na głęboką wodę – do pracy wdrażały Ludwika szeregowe pracowniczki. "Kult zapierdolu" oraz brak jasnego określenia zakresu obowiązków doprowadziły go do bezsenności, którą leczył przez trzy miesiące na zwolnieniu lekarskim.
- Nie mogę ufać swojej kierowniczce. To, co mi mówi, nie pokrywa się z tym, co dostaję potem w mailu. Po prostu nie wiem, co mam robić w tej pracy. Obecnie zajmuje się analizą kosmetyków, jednak ma poczucie, że jako jedyny chłopak w zespole jest inaczej traktowany. Znowu szuka pracy. Jest już zmęczony ciągłą niepewnością.
Pierwsze wrażenie jest najważniejsze
Umowa o pracę nie zawsze oznacza uczciwość pracodawcy. Anastazja, lat 22, przyszła magister ekonomii, aktualnie stażystka w banku. Na początku 2023 roku szukała pracy, aby zdobyć trochę zawodowego doświadczenia jeszcze przed końcem studiów. Po wysłaniu kilkudziesięciu CV odbyła trzy rozmowy kwalifikacyjne: w fundacji prowadzącej niepubliczną szkołę zawodową, w banku i w prywatnej firmie, gdzie miałaby pełnić funkcję analityczki.
W fundacji miała zostać menedżerką finansową. Nie dość, że rozmowa odbyła się z opóźnieniem, to wzięły w niej udział aż trzy osoby: dyrektor, będący jednocześnie prezesem fundacji, wicedyrektor oraz koordynator praktyk uczniowskich. - Jak tam weszłam i ich zobaczyłam, poczułam się trochę osaczona. Rozmowa była chaotyczna, jednak przyszły pracodawca chciał podpisać z Anastazją umowę. Na dzień przed zatrudnieniem chciała zrezygnować.
- Stwierdziłam, że to duża odpowiedzialność i nie czuję się na siłach, żeby prowadzić finanse fundacji sama. Brakowało mi praktyki. Jednak prezes zapewniał mnie, że on i wicedyrektor mają duże doświadczenie w prowadzeniu przedsiębiorstw. Poza tym mam się nie przejmować, bo przyjdzie księgowa i mnie wszystkiego nauczy.
Ugięła się. W dniu podpisania umowy dostała też pracę analityczki, jednak nie mogła przyjąć już tej propozycji. Żałuje, że nie zmieniła zdania w ostatniej chwili.
Czy wiesz, kto cię zatrudnia?
Na początku było nieźle, jednak z czasem atmosfera w fundacji zaczęła się psuć. Brakowało pieniędzy na wypłaty oraz podstawowe artykuły do pracy, na przykład papier do ksero. Pojawiły się dysproporcje w obowiązkach pracowników. Wspomniana księgowa nigdy nie przekroczyła progu fundacji – zwolniła się w grudniu 2022 roku.
W czasie trzech miesięcy zatrudnienia Anastazja nigdy nie dostała pełnej wypłaty. Jeden z nauczycieli pomimo umowy o pracę nigdy nie dostał swojej pensji – pracował jednocześnie w innym miejscu, więc według prezesa nie potrzebował pieniędzy z fundacji. Pracownicy etatowi nie byli zgłoszeni do ZUS-u, nie mieli opłacanych składek ani prawa do świadczeń medycznych.
- Czułam, że coś jest nie tak, bo zatrudniali głównie osoby o statusie studenta albo z orzeczeniami o niepełnosprawności – zaznacza Anastazja.
Fundacja działa na zasadach przedsiębiorstwa społecznego, nacisk kładzie się na angażowanie do pracy osób zagrożonych szeroko rozumianym wykluczeniem społecznym. Dla samego pracodawcy wiąże się to z dotowaniem takich stanowisk przez państwowe instytucje.
Pomimo dofinansowania jednym z głównych zadań Anastazji było sporządzenie wniosku o pożyczkę płynnościową na rzecz fundacji. - Trzeba było do niego dołączyć bilans oraz rachunek zysków i strat. Nigdy sama tego nie robiłam, więc nie wiedziałam, co mam wpisać w rubryki i skąd wziąć te informacje.
Księgowa już tam nie pracowała, we wszystkim miał pomóc Anastazji sam prezes, lecz nigdy nie znalazł na to czasu. Dziwił się, że Anastazja sobie nie radzi. Przydzielił jej do pomocy szkolnego pedagoga, który ukończył studia z edukacji artystycznej.
Skąd problemy z wypłatami dla pracowników i długi prezesa w pobliskim barze? Obecny prezes fundacji dwie dekady temu piastował publiczne stanowisko w jednym z miast województwa kujawsko-pomorskiego. W trakcie pełnienia funkcji miał używać służbowego auta do celów prywatnych. Ten sam samochód został okradziony ze sprzętu, podczas gdy mężczyzna miał wyjść wcześniej z pracy i pojechać do baru. Zapytany przez lokalną prasę o ocenę jego działalności ówczesny przełożony za pracę i gospodarność wystawił mu dwa z plusem w pięciostopniowej skali.
Ochrona pracownika...
Przełomowym momentem dla Anastazji było zwolnienie jednego z pracowników. - Jednego dnia go chwalono, mówiono mi, że powinnam pracować tak jak on, a następnego go zwolniono. Czuła, że będzie następna, nie spodziewała się jednak, w jaki sposób się z nią pożegnają.
- Przyszedł wicedyrektor i poprosił mnie na rozmowę do prezesa. Dali mi dokument zakończenia umowy, a ja na to, że w porządku, w sumie może lepiej. Nagle została mi podsunięta druga kartka – opowiada Anastazja. Okazało się, że to odszkodowanie na rzecz fundacji. – W związku z tym, że nie wywiązałam się ze wszystkich obowiązków, zostało odliczone odszkodowanie. To były dokładnie te kwoty, których brakowało mi we wszystkich wypłatach. Anastazja nie podpisała pisma, bo nie wszystkie zapisy rozumiała. Prezes oznajmił, że wyśle je pocztą.
W tym czasie w fundacji toczyło się już postępowanie Państwowej Inspekcji Pracy z wniosku wcześniej zwolnionego pracownika. Anastazja zadzwoniła do inspektor zajmującej się sprawą. Ta obiecała wyjaśnić sytuację, ale prezes wszystkiemu zaprzeczył. Dokument dotyczący odszkodowania nigdy do Anastazji nie dotarł. Pomimo kilku kontroli oraz wykazania nieprawidłowości w działaniu fundacji przez PIP inspektor nie nałożyła żadnej kary.
Mimo wszystko Anastazja pozytywnie ocenia te trzy miesiące. - Nauczyłam się być czujną. Nie ma sensu czekać, gdy ktoś w pracy chce cię wykorzystywać. Warto od razu szukać czegoś lepszego. Nie czekać. Na początku nowego roku akademickiego chciałaby ponownie spróbować swoich sił w pracy na pełen etat.
Praca na saksach (z Polakami) szkodzi na maksa!
Jeśli lokalny rynek jest mało przyjazny, może warto szukać szczęścia za granicą? Według badania "Migracje zarobkowe Polaków" przygotowanego przez Gi Group 17 proc. Polaków aktywnie rozważa wyjazd w poszukiwaniu pracy w ciągu najbliższego roku. Emil jednak tego nie rozważał, wyjechał do Holandii za miłością.
Dziś ma 26 lat, lubi szydełkować, akurat szydełkuje flagę tzw. skórzaków. Edukację zakończył na szkole średniej, zawodowo natomiast związał się z handlem. Zanim opuścił Polskę, pracował w McDonaldzie, Biedronce i Auchan. To w tym ostatnim najdłużej zagrzał miejsca, bo blisko rok. Gdyby nie miłość, pewnie pracowałby tam dalej. Kierownicy byli z niego bardzo zadowoleni, bo umiał dobrze face’ować – tak układać produkty, żeby wszystkie znalazły się na sklepowej półce. - Tak zwana zasada: jak się popieści, to się wszystko zmieści – tłumaczy.
W Holandii oficjalnie zaczął pracować 1 listopada 2020 roku, na stanowisku order pickera w magazynie spożywczym. Zadaniem Emila było przyjmowanie zamówień online, a następnie ich realizowanie – zbierał do specjalnego wózka produkty, które później były pakowane i wysyłane do klientów.
- Jeśli nie wyrobiłeś normy, zwracali ci uwagę, że trochę brakuje. Najlepiej było zakończyć około 30 zamówień w ciągu godziny, jednak nie zawsze się to udawało. Przewinął się przez trzy różne magazyny tego typu i przepracował w Holandii ponad dziewięć miesięcy. Zatrudnienie w magazynach było możliwe dzięki polskiej agencji pracy. - Zdzierali sporo, jak ktoś nie miał tzw. numeru podatkowego. Obcinali ci też 100 euro tygodniowo za mieszkanie, które dla ciebie znaleźli.
W samych magazynach kierownikami zmiany byli Polacy. Kontakt z nimi był bardzo dobry, jednak holenderski zwierzchnik zarzucił Emilowi wykorzystanie zbyt wielu dni chorobowych i powiedział, że w związku z tym współpraca nie będzie kontynuowana. Emil po zakończonym dniu spakował swoje rzeczy i wrócił do Polski. Gdy już dotarł do kraju, w aplikacji służącej do wglądu w paski wynagrodzenia dostrzegł, że zaznaczono mu nieobecność w pracy, zadzwonił więc do swojego koordynatora z agencji. "Sam mi mówiłeś, że nie ma już dla mnie pracy". Koordynator odparł: "Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że możesz pracować jeszcze do końca miesiąca". Emil nie skorzystał z propozycji i został już w Polsce, jednak to nie był koniec.
- Kazali mi napisać, że sam rezygnuję z pracy – wspomina najdziwniejsze zwolnienie w swojej karierze.
Z wyjazdu do Holandii wyciągnął dwie lekcje. Po pierwsze, nauczył się tolerancji i porozumiewania się z innymi, bez względu na język. - Po drugie, Polacy za granicą są najgorsi, bo każdy pilnuje swojego nosa, a jak ktoś może podciąć komuś skrzydła, zrobi to przy najbliższej okazji.
Teraz Emil pracuje w Żabce, we wrześniu zaczął chodzić do szkoły, aby za trzy lata iść na studia. Jeszcze nie jest pewny kierunku, ale chce zostać profesjonalnym trenerem zumby.
To nie kwestia wieku, tylko tytułu
- Jeśli zachowana jest w pracy hierarchia stanowisk, siłą rzeczy pracownicy niższego szczebla będą traktowani inaczej niż specjaliści, i to niezależnie od wieku.
Tak uważa Tamara, lat 26, chodząca encyklopedia internetowych powiedzonek. Dyplomowana licencjatka stosunków międzynarodowych, z zawodu specjalistka ds. social media w firmie kosmetycznej. Zanim jednak się nią stała, w marcu 2021 roku została specjalistką ds. sprzedaży internetowej. Zadanie było stosunkowo proste – wystawiać produkty w portalach aukcyjnych. Zanim znalazła to zajęcie, w ciągu dziewięciu miesięcy wysłała ponad 300 CV.
- Proszę na mnie spojrzeć jak na taki nieoszlifowany diament – nie mam swoich nawyków, może mnie pani więc wszystkiego nauczyć, a zatem oszlifować – powiedziała na jednej z rozmów i to się chyba spodobało. Nie wie, skąd przyszła do niej taka myśl.
Praca w sklepie internetowym zapowiadała się obiecująco. Pierwsze dwa tygodnie minęły dobrze, choć zarobki nie były uczciwe. Dostawała 2000 zł na rękę, choć powinna zarabiać ponad 3000. Była jednak zmotywowana, więc skrupulatnie przyswajała nową wiedzę. Po trzech miesiącach problemy zaczęły się piętrzyć – odeszła jedna z trzech osób. Zaczęło się małostkowe kontrolowanie wszystkiego, co Tamara robiła. Czy wychodziła do domu dokładnie o 16.00. Czy po zapalonym papierosie doliczała sobie pięć minut czasu pracy. Czy przerwa trwała dokładnie kwadrans. W pracy Tamara w zasadzie nie chodziła do toalety. Kiedy miała dość i rzuciła wypowiedzeniem, usłyszała: "Jesteś gówniarą, która nie umie podjąć decyzji". Ze względu na niekorzystną umowę musiała przepracować jeszcze cały listopad za ustaloną wcześniej stawkę. Na szczęście miała już wtedy umówioną pracę w nowym miejscu.
W grudniu Tamara trafiła do firmy kosmetycznej z branży MLM. Pełniła tam funkcję młodszej specjalistki ds. komunikacji marketingowej. Podobnie jak poprzednio początek był obiecujący. Sytuacja zaczęła się zmieniać w maju 2022 roku. Ze względu na problemy finansowe w firmie doszło do czystek. Zwalniano do 10 osób miesięcznie, żeby uniknąć przepisów prawa o zwolnieniach grupowych. Na pierwszy ogień poszedł dział Tamary – marketing. Wręczono wypowiedzenia trzem osobom, a ona została sama. - Byłam najtańsza w utrzymaniu – kwituje.
Miesiąc później dostała przełożoną z innego działu, która w zasadzie nią dyrygowała.
- Gdybym była pięć lat starsza, to sądzę, że niektóre obowiązki nie byłyby mi narzucone bądź w ogóle ich bym nie miała. Na młode osoby często nakłada się pewne obowiązki, bo nie powiedzą nie – zgodzą się i je wykonają.
Przetrwała do sierpnia, aby we wrześniu również dostać wypowiedzenie.
Przez te cztery miesiące żyła w ciągłym stresie. Czuła się wykorzystywana przez przełożonych. Początkowy zapał gasł z każdym kolejnym dniem. Nie była w tym jednak sama, bo relacje między pracownikami z tego samego pokoju się zacieśniły.
Tamara pozostała w branży kosmetycznej, specjalizuje się w pracy w mediach społecznościowych. Co prawda do nowej pracy musi codziennie dojeżdżać, ale jest zadowolona, bo jej pomysły są realizowane przez przełożonych.
Międzypokoleniowa łączniczka
Pomimo trudności jest szansa na porozumienie między szefem a przełożonymi, nawet gdy pracownicy są wyjątkowo młodzi, a szefowie zbliżają się do wieku emerytalnego. Zosia, lat 24, uwielbia tańczyć i nie przepuści okazji, aby podróżować. Z wykształcenia magistra ekonomii, z zawodu księgowa, już od dwóch lat. Ale początki w biurze rachunkowym wcale nie były łatwe. - To była tragedia. Chciałam się zwolnić po tygodniu, tempo pracy było zabójcze, a moja wiedza na jej temat zerowa.
Wkurzało ją wiele małych rzeczy. Szybkie tempo przy jednoczesnym braku wystarczającego wdrożenia. Dla jej przełożonych wszystko było oczywiste. Jednak największym problemem były trudności komunikacyjne. - Ich język był typowo księgowy, pozostałych pracowników nieco bardziej pospolity. Nie potrafiłyśmy się zrozumieć.
Zosia jednak się nie poddała, mimo że nie dostała wystarczającego wsparcia ze strony szefowych. Postanowiła to zmienić. - Ja miałam źle, ale mnie to czegoś nauczyło, przede wszystkim podchodzić do nowych osób i tłumaczyć im to, czego po prostu nie muszą umieć.
Wystarczył jeden mały żart, a napięcie od razu spadało. - Kiedy dziewczyny się stresowały, ja umiałam z tego żartować. Przecież jeszcze nikt nie umarł od tego, że czegoś się nie zrobiło.
Jednak to nadal było za mało, żeby złapać nić porozumienia. Na ratunek przybyła jedna z pracownic, księgowa, która została cichym łącznikiem między szefostwem a pozostałymi dziewczynami. Gdy dochodzi do nieporozumienia, najpierw zwracają się do niej. - Prędzej powiesz takiemu łącznikowi, w czym problem, niż swojej szefowej.
Tym sposobem nie budzi się w zespole niepotrzebnych emocji, a konfliktów jest zdecydowanie mniej. Zosia nie zamierza zmieniać pracy, cieszy się, że w końcu może się w niej rozwijać.
W czepku nikt się nie rodzi
Charlie Munger to 98-letni miliarder i inwestor giełdowy. Stwierdził, że młodym ludziom jeszcze nigdy nie było tak trudno dorobić się majątku. Być może jest coś na rzeczy, bo Piotr, jako jedyny bohater tego reportażu, może pochwalić się pracą, która przyniosła mu sukces finansowy. Ma 27 lat, z wykształcenia jest magistrem chemii, z zawodu ekspertem ds. integracji w firmie przeprowadzającej audyty dla przedsiębiorstw.
Pracę znalazł dzięki swojemu promotorowi pracy magisterskiej: to on zorganizował dla seminarzystów spotkanie z przedstawicielami korporacji, którzy mieli opowiedzieć o tym, jak w praktyce biznes przenika się ze światem informatyki. W trakcie wydarzenia okazało się, że firma rekrutuje stażystów, Piotr uznał, że spróbuje swoich sił. - Na rozmowie kwalifikacyjnej sprawdzano moje myślenie analityczne, jak sobie radzę w grupie, jaki mam styl pracy.
Udało mu się dostać na staż wraz z innymi czterema osobami.
Spędził na nim prawie rok, głównie przepisując i przesyłając zgłoszenia problemów technicznych do konkretnych specjalistów w firmie. - Nie było to dla mnie szczególnie dużym wyzwaniem, bo nie wymagało specjalnego wysiłku.
Na stażu otrzymywał wypłatę, co ułatwiło mu utrzymanie się w akademiku – wcześniej miał jedynie stypendium socjalne z uczelni. Kiedy dostał umowę o pracę, musiał zmienić zespół. W praktyce oznaczało to dla niego nowy start, co działo się za każdym razem, gdy zmieniał stanowisko. W ciągu czterech lat współpracy był także analitykiem funkcjonalnym i analitykiem integracji. Dlatego też lubi swoją pracę, bo nie może narzekać na rutynę. - Uważam, że jest naprawdę super. Zarówno jeśli chodzi o kwestie moich zainteresowań, jak i możliwości rozwoju.
Choć nadgodziny nie są mu obce, nigdy ich na nim nie wymuszano. – Jedyną kwestią do poprawy jest mój work-life balance, nad którym muszę popracować.
Być może stanie się to, gdy wprowadzi się do mieszkania, którego remont skończy się lada dzień. Choć musiał wziąć kredyt, żeby je kupić, czuje się usatysfakcjonowany: udało mu się to dzięki ciężkiej pracy. - Jeśli pomyślę sobie, że ktoś dostaje na rękę tyle, ile ja mam raty kredytu, to mogę uznać to za swój sukces.
W firmie nie jest tajemnicą, ile Piotr zarabia jako jeden z najlepiej opłacanych pracowników. Jednak nie byłoby to możliwe, gdyby nie uczciwość jego przełożonych oraz dobra atmosfera w zespole. Dlatego Piotr nie obawia się, że jego umiejętności pójdą na marne.
- Chcę być wyciskany jak cytryna, jednak nie po to, aby ten sok się zmarnował.
Czego ty chcesz, młody człowieku?
Pewna trenerka biznesu na łamach magazynu dla bizneswoman stwierdziła, że ma patent na zetki, czyli ludzi pokolenia Z. Ten patent to bycie mentorem dla pracowników, którzy dopiero zaczynają pracę. Brzmi całkiem rozsądnie. Jednak ta sama trenerka nie zaoferuje młodszym pracownikom stabilności, bo ci jej rzekomo nie szukają. Po wszystkich przeprowadzonych rozmowach odnoszę inne wrażenie. Młodzi ludzie szukają też szacunku i mówią o tym wprost, tak jak Anastazja i Pola.
- Musi mi się chcieć chodzić do tej pracy. Spędzamy przecież tam pół dnia. Chcę być traktowana tak jak wszyscy pozostali – mówi Anastazja.
Podobnie uważa Ludwik, dla którego wyznacznikiem dobrej firmy jest dobry zespół. - Świetni ludzie – świetna atmosfera. To jest dla mnie siła napędowa. Drugą taką siłą jest sens mojej pracy, chcę widzieć jej efekty. Oczywiście nie muszą być natychmiastowe, ale chcę wiedzieć, że moja praca jest dla kogoś przydatna.
Warto się wzajemnie doceniać – tylko tyle albo aż tyle. Ważna jest też zgoda, przynajmniej według Tamary, która wspomina o wewnętrznej chęci do działania. Nie można zapomnieć również o komunikacji między ludźmi, co ceni Emil. Według niego rozmowa to klucz do porozumienia się dwóch osób. - To jest jak wychowywanie dziecka. Trzeba mówić najprościej jak tylko możliwe i wprost – tym bardziej gdy nie rozumie się bądź nie pamięta pewnych rzeczy.
Piotr już to wszystko w swojej pracy ma. - Złapałem szczęście za nogi, więc będę się ich trzymać. Urozmaicam sobie pracę, jak tylko mogę, i nie planuję tego zmieniać w najbliższym czasie.
Jak zatem będzie wyglądać rynek pracy, kiedy Tamara, Ludwik, Pola, Piotr, Anastazja, Emil i Zosia staną się zwierzchnikami swoich młodszych kolegów?
Zosia wie, że różnice pokoleniowe są nie do uniknięcia. - Ważne, żeby chcieć podążać za zmianami, a nie zmieniać siebie pod ich wpływem. Niezależnie od wieku niech starsi nie próbują być jak młodzi, bo to nie ma sensu.
- Jesteśmy w stanie wiele zmienić. Żyjemy w takich czasach, że doświadczenie możemy zdobywać bardzo wcześnie, nawet nie będąc pełnoletnimi osobami. Już 19-latek może zdobyć stanowisko specjalisty. Myślę, że wraz z naszym starzeniem się przeminie patrzenie z pogardą na młode osoby – dodaje Tamara.
Zapowiada się, że przez moich rozmówców lemoniada będzie wyjątkowo słodka.
*Imiona bohaterów zostały zmienione na ich prośbę.
Polska Stories
Polska Stories to kilkumiesięczne warsztaty dla młodych reportażystów i reportażystek, którzy rozpoczynają pracę w zawodzie. Dziesięciu uczestników, którzy doszli do finału, wzięło udział w bezpłatnym cyklu szkoleń dziennikarskich. Prowadziła je wielokrotnie nagradzana reportażystka Olga Gitkiewicz. Każdy reportaż przygotowany w ramach Polska Stories zostanie opublikowany na stronie głównej Gazeta.pl oraz w serwisie Weekend.gazeta.pl. Spośród dziesięciu opublikowanych reportaży jury złożone z doświadczonych redaktorów i dziennikarzy wybierze najlepszy tekst. A jego autor na minimum sześć miesięcy dołączy do współpracowników Weekend.gazeta.pl.


