Podróże
Przed covidem Wenecję odwiedzało 30 milionów turystów rocznie. Widać też wyraźnie, pod kogo były i są skrojone usługi publiczne w mieście (Fot. Jaroslav Moravcik/Shutterstock)
Przed covidem Wenecję odwiedzało 30 milionów turystów rocznie. Widać też wyraźnie, pod kogo były i są skrojone usługi publiczne w mieście (Fot. Jaroslav Moravcik/Shutterstock)

Wenecja rodzi się i rozwija jako miasto w morzu, nie nad morzem, natomiast dziś jest traktowana zupełnie jak każde inne nadmorskie miasto, zaciera się percepcja jej wyjątkowości. Z punktu widzenia litery prawa wenecka laguna nie rożni się niczym od zatoki. Jeśli chodzi o żeglugę, obowiązują tu takie same zasady jak na otwartym morzu. Biegnące przez miasto kanały podlegają nadzorowi miejscowej policji. Wynika z tego jakieś grzęzawisko, kontrole są rzadkie, anarchia powszechna – metalowe promy wbijają się w nabrzeża.*

Turystyczne łodzie, wodne taksówki i motorówki pływają z prędkościami, których laguna nie jest w stanie wytrzymać, niszczą velme i barene (te pierwsze pojawiają się i znikają wraz z przypływami, te drugie niemal zawsze ukrywają się tuż pod powierzchnią). Ponadto w świetle prawa morskiego nie istnieje coś takiego jak silniki powodujące zanieczyszczenie, natomiast o ile w Mestre samochody muszą przestrzegać przepisów o zapobieganiu zanieczyszczenia, weneckie rii nie są chronione żadnymi obostrzeniami. Wisienką na torcie jest ruch ogromnych wycieczkowców, które wprawdzie na mocy ostatnich rozporządzeń nie mogą wpływać do Basenu Świętego Marka ani do Canale della Giudecca, ale na lagunę już tak.

Laguna jest morzem z punktu widzenia prawa, lecz staje się nim również biologicznie. Powstanie Canale dei Petroli, nad którym prace rozpoczęto w 1964 roku w celu połączenia wejścia do portu Malamocco z portem Marghera, a także budowa MOSE (zapoczątkowana w 2003 roku) przyspieszyły i zwiększyły przepływ wody z morza na lagunę przy każdym przypływie. Barene zostały zmyte z południowej części laguny – od Wenecji do Chioggii. Z lotu ptaka widać już tylko jednolite lustro wody, nie ma śladu po ziemi i wodzie, przeplatających się w sieci kanałów i stawów, co wciąż można zaobserwować w północnej części laguny. Przynajmniej dopóki nie wykopią planowanych kanałów, mających przyspieszyć połączenia między Burano a stałym lądem, reklamowanych jako usprawnienie dla mieszkańców wyspy, a tak naprawdę pomyślanych jako nowa, szybka trasa turystyczna.

Z laguny znikają – wiele już zniknęło – ryby żyjące w wodach brachicznych, jak na przykład węgorze czy flądry, pojawiają się zaś gatunki typowe dla wód morskich: rybacy znajdują w sieciach dorady, widuje się samogłowy. W 2021 roku cały świat rozczulał się nad filmikiem przedstawiającym rodzinę delfinów, która bawiła się w Canal Grande, nieopodal Punta della Dogana, jednak w rzeczywistości był to kolejny symptom zmiany charakteru wód laguny.

Wenecja wpadła w szpony bardziej zawziętych mieszkańców, często starszych, którzy sprzeciwiają się każdej, nawet najbanalniejszej inicjatywie i dają ujście frustracji w mediach społecznościowych (Fot. Dan Novac/Unsplash)

Morze wdziera się do miasta coraz częściej i coraz brutalniej. Acqua alta z 12 listopada 2019 roku niemal dorównała tej z 4 listopada 1966, najwyższej w historii pomiarów. Rok później, 3 października 2020, po raz pierwszy uruchomiono system MOSE, który kosztował ponad sześć miliardów euro i kilka aresztowań za korupcję. Choć poziom morza był bardzo wysoki, Wenecja uchroniła się przed zalaniem. Ruchome zapory aktywują się, kiedy przypływ podnosi poziom wody o 130 centymetrów ponad średnią (tak czy inaczej, zalane jest wtedy już 46 procent miasta). Może się jednak zdarzyć, że prognozy okażą się błędne, szczególnie jeśli wiatr nagle zmieni kierunek, blokując cofanie wody. Taka sytuacja miała miejsce 8 grudnia 2020 roku, kiedy przewidywany przypływ okazał się niższy od rzeczywistego (ten wyniósł ostatecznie 138 centymetrów) i przez trzy godziny przekraczał poziom, powyżej którego uruchamia się system (a ten i tak potrzebuje znacznego wyprzedzenia). Wszyscy do kąpieli, a MOSE smętnie odpoczywa w swoich podwodnych komnatach.

Acqua alta była zawsze, co do tego nie ma wątpliwości. Mówią o niej kroniki, widzimy ją na obrazach i grafikach ukazujących łodzie pływające po placu Świętego Marka. Zmieniła się jednak częstotliwość. O ile w latach 1870-1929 odnotowywano od dwóch do czterech wyjątkowych acque alte (powyżej 110 centymetrów ponad średnim poziomem morza) na dekadę, od roku 2000 do 2009 było ich 52, a od 2010 do 2019 aż 95. Tendencja wzrostowa się utrzymuje.

Co może napisać historyk o przyszłości, patrząc na Wenecję teraźniejszości? Z pewnością to, że Wenecja w coraz mniejszym stopniu jest miastem, a w coraz większym atrakcją turystyczną. W 1951 roku Wenecja (miasto, nie gmina) osiąga najwyższą liczbę mieszkańców, 175 tysięcy. Pół wieku później jest ich już tylko 65 tysięcy. Kiedy w marcu 2008 roku Matteo Secchi i Stefano Soffiato – którzy w maju 2000 założyli stronę Vanessia.com, jeden z pierwszych włoskich portali społecznościowych – montują licznik mieszkańców w witrynie apteki Morelli na położonym w samym centrum campo San Bartolomeo, ten pokazuje wynik: 60 720. 31 grudnia 2021 roku licznik wskazuje 50 456. Ponieważ miasto traci około tysiąca mieszkańców rocznie, w 2022 roku ich liczba spadnie poniżej 50 tysięcy, co padewski demograf Gianpiero Dalla Zuanna określił jako punkt bez powrotu: "Tutaj potrzeba niezwykle kosztownych działań, na co nie ma widoków" – twierdzi.

Z drugiej strony przed covidem Wenecję odwiedzało 30 milionów turystów rocznie (jedynie 8,8 miliona nocowało, reszta odbywała jednodniowe wycieczki). Widać wyraźnie, pod kogo były i są skrojone usługi publiczne w mieście. Sytuacja jest zresztą niebywale zagmatwana, właściciele eksmitują lokatorów, by zwolnić mieszkania pod hostele. Gmina od dawna wystawia na sprzedaż budynki, które błyskawicznie zamieniają się w nowe hotele. Nieliczni mieszkańcy są cierniem w oku tych, którzy chcieliby wszystko, dosłownie wszystko podporządkować branży turystycznej. Należałoby odwrócić panujące powszechnie przekonanie, że Wenecja żyje z turystyki. Wenecja umiera przez turystykę, a przynajmniej przez taki jej rodzaj.

W 1951 roku Wenecja (miasto, nie gmina) osiąga najwyższą liczbę mieszkańców, 175 tysięcy. Pół wieku później było ich już tylko 65 tysięcy, a ta liczba wciąż spada (Fot. Oleksandr Zhabin/Unsplash)

Znaczna część tych, którzy pracują w Wenecji, mieszka na lądzie. Traktują miasto jak swego rodzaju zakład, biuro, gdzie trzeba pojawić się o określonej godzinie i skąd można uciec, gdy nadejdzie odpowiedni czas, są całkowicie obojętni wobec wszystkiego, co się w mieście dzieje. Sytuacja się nie zmienia, bo zbyt wielu ludziom odpowiada. Doją krowę i czasem nawet widzą, że tym samym ją zabijają, ale co tam, zanim zwierzę padnie, ich konto bankowe zdąży się jeszcze ładnie napełnić. Jeśli ktoś myślał, że brak turystów podczas covidowej pandemii cokolwiek zmieni, srodze się rozczaruje. Lockdown dobitnie pokazał, że miasto się wyludniło: puste ulice, zamknięte okna, nawet woda w kanałach zrobiła się przejrzysta, bo przestały ją wzburzać łodzie transportowe. Jednakże gdy tylko cofnięto obostrzenia, sytuacja wróciła do stanu sprzed pandemii, a dopiero się okaże, czy wręcz się nie pogorszy.

Należy jednak odnotować nieliczne próby przeciwstawienia się takiemu stanowi rzeczy. Wspominana już Vanessia.com, łącząc działania komiczne z zaangażowaniem politycznym, stała się wiarygodnym partnerem w rozmowach z miejskimi instytucjami. W 2007 roku powstała 40xVenezia, grupa około czterdziestoletnich (stąd nazwa) aktywistów zaangażowanych w sprawy swojego miasta. Przed rozpowszechnieniem się Facebooka i Twittera prowadzili zażarte dyskusje na ningu, portalu poprzedzającym rozwój mediów społecznościowych. Do stowarzyszenia zapisało się dwa tysiące ludzi, co jest oszałamiającą liczbą, zważywszy na populację Wenecji, a także na ich przedział wiekowy (głownie ludzie starsi). Pomimo całego zapału i zaangażowania propozycja nie przekształciła się w odpowiedzi, więc 40x, coraz bardziej 50x, rozwiązali się w 2013 roku. Szansa, by wenecjanie znów wzięli losy swojego miasta we własne ręce, została bezpowrotnie zaprzepaszczona.

Ostatnimi czasy Wenecja wpadła w szpony bardziej zawziętych mieszkańców, często starszych, którzy sprzeciwiają się każdej, nawet najbanalniejszej inicjatywie i dają ujście frustracji w mediach społecznościowych. Kiedy kilka lat temu zerwano stary i nieestetyczny asfalt spod portyków przy Ruga dei Oresi w Rialto i zastąpiono go bardziej adekwatnymi masegni (prostopadłościenne bloki trachitu, typowa wenecka nawierzchnia), w mediach społecznościowych doszło do rewolty, uaktywnili się zwolennicy asfaltu, który najpewniej położono pierwotnie z oszczędności.

Wystarczy zamieścić post w mediach społecznościowych ze zdjęciem supermarketu w dawnym kinoteatrze Italia lub centrum handlowego w Fondaco dei Tedeschi (co swoją drogą dzieje się dość często), by stać się świadkiem gradobicia histerycznych reakcji przedstawianych w stylistyce "kiedyś to były czasy". Siedzibę kinoteatru Italia, utrzymaną w stylu neogotyckim, zaprojektowaną przez Giovanniego Sardiego, otwarto w 1916 roku. To jeden z pierwszych włoskich budynków ze zbrojonego betonu. Główną salę, wykorzystywaną naprzemiennie jako kino i teatr, zdobią freski, stiuki, dekoracje z kutego żelaza. Miejsce przez wiele lat dogorywało jako kino porno, następnie przekształciło się w salę uniwersytecką, a później się zamknęło i długo stało opuszczone. Kapitalny remont – trwający od 2014 roku – ocalił bryłę budynku i dekoracje; w 2016 roku otworzył się tu supermarket. Wszystkie elementy wyposażenia – lady, lodówki, kasy – są ruchome, nie naruszają ścian, fresków ani stiukow. A jednak – wielkie nieba! – jak można się ośmielić skomercjalizować jeden z najpiękniejszych pomników secesji w Wenecji? Oburzają się ludzie, którzy bez wahania wyrzucili na bruk starszych mieszkańców swoich kamienic, a w nich czym prędzej otworzyli hostele.

Zobacz wideo Emma ratuje miejskie gołębie. "Są znienawidzone"

Podobne lamenty wzbudził remont Fondaco dei Tedeschi. Wspominaliśmy już o tym, ale również w tym przypadku znaleźli się tacy, którzy opłakiwali siedzibę poczty, okienko poste restante, śmierdzące kabiny telefoniczne i dostęp do wszystkich włoskich książek telefonicznych. Świat dnia wczorajszego.

A świat jutra? Wenecja mogłaby stać się rajem dla pracujących intelektualnie. Któż nie marzyłby o projektowaniu software’u w kamienicy z oknami wychodzącymi na weneckie rio? Kto nie chciałby pracować w odnowionym Arsenale? Część budynku wciąż zajmuje Marynarka Wojenna, drugą – to jest oba skrzydła – Biennale, natomiast trzecia została odrestaurowana i jest udostępniana pod takie wydarzenia jak Salone Nautico (Salon Żeglugi). Zadanie powinno polegać na zorganizowaniu w niej permanentnych inicjatyw.

Któż wie, co przyniesie przyszłość? Być może jej obraz dają nam takie osoby jak Daria Stankiewicz, polska projektantka mody tuż po trzydziestce, która mieszkała w Rzymie, mieszkała w Londynie, ale ostatecznie przeniosła się do Wenecji, gdzie w 2017 roku założyła Lido, firmę produkującą kostiumy kąpielowe dla kobiet. Jej siedziba mieści się w Wenecji, szwalnia w Veneto (czyli w Wenecji Euganejskiej), pracownicy pochodzą z Feltre i Padwy. Kostiumy trafiają do setek sklepów na całym świecie. Pomimo obiektywnych problemów z produkcją, związanych z umiejscowieniem działalności na lagunie, Stankiewicz nie odpuszcza: "Wenecja ma bardzo ludzkie oblicze, ale jest jednocześnie niesłychanie międzynarodowym miastem" – zauważa.

To karta, na którą Wenecja wciąż jeszcze może postawić. Czy ktoś zechce nią zagrać?

*Publikujemy fragment książki Alessandro Marzo Magno "Wenecja. Dzieje morza i lądu" w przekładzie Mateusza Kłodeckiego, która ukazała się 7 maja 2025 roku nakładem Wydawnictwa Znak Koncept.