Podróże
Bydgoszcz 'pozostała 'małym Berlinem', kiedy ten duży Berlin przestał istnieć - i tyle nam powinno wystarczyć' - pisze Michał Tabaczyński (Fot. Patryk Kosmider/Shutterstock)
Bydgoszcz 'pozostała 'małym Berlinem', kiedy ten duży Berlin przestał istnieć - i tyle nam powinno wystarczyć' - pisze Michał Tabaczyński (Fot. Patryk Kosmider/Shutterstock)

Dziadkowie zabierali mnie ze sobą wszędzie, więc także na cmentarze, a właściwie głównie na jeden cmentarz – parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, co bardzo lubiłem (moja babcia zawsze mówiła: "Serca Jezus", i inaczej nie potrafię o tym kościele myśleć, więc kiedy go mijam, to mijam zawsze Serca Jezus, a nawet: Sercajezus). Mimo że była to ich parafia, częściej chodzili do poewangelickiego kościoła na placu Wolności, ja jednak, chociaż akurat do kościołów zabierali mnie rzadko, tak rzadko, że incydentalnie, pamiętam właśnie wizytę w Serca Jezus z moją babcią, która ulokowawszy mnie na chórze, sama zeszła na dół, żeby uczestniczyć w mszy.*

Był środek dnia, który zapamiętałem jako powszedni, nudziłem się strasznie, ale na szczęście jakąś rozrywkę stanowiło podpatrywanie organisty, którego ślepota w tej sytuacji pomagała – w tym znaczeniu, że nie przeszkadzał mu mój natarczywy wzrok. Bawiło mnie trochę i to, że beczał komicznie i niemiłosiernie fałszował. Długo więc byłem przekonany, że wszyscy co do jednego kościelni organiści są niewidomi, co więcej – że ślepota jest warunkiem koniecznym grania na organach w katolickich świątyniach. 

Żeby dojść na parafialny cmentarz położony raczej dość daleko od kościoła (ta sama okolica, owszem, ale przy tak rozległym mieście nie gwarantuje to jeszcze bliskości; dość powiedzieć, że bliżej znajdował się inny zupełnie cmentarz, komunalny, i jeszcze jeden, ewangelicki), trzeba było przekroczyć tory kolejowe po zawieszonej ponad nimi przedziwnie wijącej się kładce, chodniku, który mijał się w górze z masywnymi rurami instalacji ciepłowniczych.

Kładki –  bo nawet dwie, jedna po drugiej – były wąskie i sprawiały wrażenie prowizorycznych, sunął nimi zazwyczaj nieprzerwany korowód ludzi, którzy klęli, kiedy stawałem pośrodku jednego z tych chodników, rytualnie wgapiając się w mój ulubiony widok; we mnie, dziecku, nie było wystarczająco dużo bezczelności, żeby ignorować niezadowolenie tego tłumu, ale mój dziadek stawał za mną, chwytał barierkę, jednocześnie mnie obejmując, i patrzył przed siebie; demonstrował w ten sposób marudom, że odbywa się tu coś ważnego, coś w każdym razie ważniejszego niż ich marudzenia i pretensje. Widok był tego wart: z zawieszonego kilka metrów nad ziemią chodnika widzieliśmy rozchodzące się, a czasem i na nowo schodzące się tory, które połyskiwały w ostrym słońcu i przypominały deltę niewielkiej rzeczki rozszczepiającą się na małe strumyczki uchodzące do jakiegoś wielkiego i groźnego, bo północnego, morza w okolicach nieodległego dworca głównego. 

Zdaniem autora książki Bydgoszcz 'nie umie się cieszyć ze swojej doskonałości jako kopii właśnie, jako uroczego falsyfikatu'. Na zdjęciu: pierzeja północna Starego Rynku (Fot. Mariusz Guć/Wikipedia Commons)

Wszystkie te tory, rozplatające się i splatające lśniące szyny w towarzystwie jakichś semaforów, wszystkich tych tajemniczych, nieznanych mi ani z nazwy, ani tym bardziej z przeznaczenia urządzeń sterowania ruchem pociągów, tych zamków przy napędzie zwrotnicy, przypominających karłowate latarnie wskaźników świetlnych położenia zwrotnicy, przeciwwag w kształcie czarno-białych ogromnych pastylek, rezonatorów torowych zaopatrzonych w – niewidoczne z tej odległości, ale przecież być tam musiały – tabliczki znamionowe, no i unoszącego się ponad tym wszystkim, rozsnutego ponad okolicą gąszczu przewodów sieci trakcyjnej, to wszystko w moich oczach stanowiło szczytowe osiągnięcie ludzkiej myśli. I zdawało mi się, a nawet byłem o tym absolutnie przekonany, że na całym świecie nie ma nic bardziej skomplikowanego ani imponującego. Stałem tam z  szeroko otwartymi oczami do czasu, kiedy – czy to od nadmiaru przestrzeni, czy też od nadmiaru emocji – zaczynało mi się kręcić w głowie. Dziadek jakby to wyczuwał, więc brał mnie wtedy za rękę, mocno ściskał moją dłoń w swojej dłoni i ruszaliśmy, znów włączając się w ludzki strumień i odchodząc w stronę wrażeń znacznie słabszych, mianowicie w stronę cmentarza.

Gdybyśmy może postali trochę dłużej, na dłużej się zapatrzyli w ten pleniący się chaos stali kiełznany przez brawurę ludzkiej myśli, moglibyśmy postradać rozum zupełnie jak Fryderyk Wilhelm IV Pruski. 

Niderlandzki manieryzm w królestwie pruskiego muru

Z tym królem to, oczywiście, nie było tak, nie było, chociaż być mogło, co jasne; nie idzie mi o to, że nie zwariował, bo faktycznie zwariował, ale żadnej siedziby Dyrekcji Królewskiej Pruskiej Kolei Wschodniej w Bydgoszczy, Königliche Direktion der Ostbahn in Bromberg, budować nie nakazał, tym bardziej że kiedy budowa ruszyła, król już nie żył od kilkunastu lat. Zaczęto ją za panowania jego następcy, Wilhelma I Hohenzollerna (już zresztą pierwszego cesarza Drugiej Rzeszy), kontynuowano za cesarza Fryderyka III, a ukończono za ostatniego cesarza niemieckiego Wilhelma II – mimo że budowa postępowała błyskawicznie i trwała tylko trzy lata: od 1886 do 1889 roku. Tak przynajmniej głosi inskrypcja umieszczona w zdobnym kartuszu i doprawdy nie ma żadnych powodów, żeby temu zapisowi nie wierzyć. 

W przewodniku po Bydgoszczy z 1920 roku – w dziale "Budowle monumentalne, część b (okres niemiecki)" – napisano o tym: "olbrzymi dom z czerwonej cegły", i sam nie wiem, czy dowodzi to niezwykłej wyobraźni twórcy tej publikacji i jego ponadprzeciętnej stylistycznej finezji, czy właśnie wręcz przeciwnie. 

Budynek dawnej dyrekcji Kolei Wschodniej w Bydgoszczy przy ul. Dworcowej 63. Widok od frontu (Fot. Mariusz Guć/Wikipedia Commons) , Zwieńczenie szczytu jednego z ryzalitów budynku (Fot. Użytkownik o nicku Pit1233/Wikipedia Commons) , Widok od strony Brdy. Platany przed budynkiem są pomnikami przyrody (Fot. Użytkownik o nicku Pit1233/Wikipedia Commons)

Budynek można by uznać za zupełnie kuriozalny, niepasujący do niczego innego w tym mieście (może oprócz małego i uroczego pałacyku nad rzeką w samym centrum) i właśnie dlatego to najjaskrawszy znak ówczesnej chwały Bydgoszczy. Znaczy on jeden z tych nielicznych momentów w dziejach, kiedy miasto pojawia się na mapie i na tej mapie może być zauważone – moment to tym rzadszy, że owo pojawienie się na mapie nie jest związane z żadnym tragicznym ani dramatycznym zdarzeniem, z żadną katastrofą, czy to naturalną, czy historyczną; zresztą, te pierwsze się właściwie Bydgoszczy nie przydarzały, te drugie, niestety, i owszem. I chociaż może nie były zbyt częste, to jednak osiągały całkiem solidną skalę, na którą to skromne i wstydliwe miasto sobie nie zasłużyło. 

Jest takich znaków w postaci monumentalnych budynków kilka (a znów kilku już nie ma, ale to inna historia): kilka kamienic, kilka finezyjnych gmachów użyteczności publicznej. Jest gmach sądu, który wygląda co najmniej tak okazale, jakby powstał, żeby w nim sądzić, jeśli nie żywych i umarłych na ostatecznym sądzie, to przynajmniej jakichś wyjątkowo okrutnych zbrodniarzy o międzynarodowej złej sławie, powiedzmy: rzeźników całych sąsiednich i bratnich narodów, wojennych ludobójców, władców krwawych wschodnioeuropejskich satrapii.

Budynki państwowe czasów niemieckich – kilka przynajmniej: poczta, która też wygląda tak monumentalnie, jakby tu miały się krzyżować najważniejsze szlaki korespondencji z całego świata, jakby to tu miał zostać zarejestrowany każdy list i każda paczka, jakby tu schodziły się kable wszystkich telegrafów świata; gazownia i stacja miejskich wodociągów oraz przynajmniej dwa gimnazja królewskie – mają banalny (nie mówię "zły", nie mówię "brzydki", mówię tylko, że "banalny") neogotycki kształt, ówcześnie modny i powszechnie akceptowalny jako jednocześnie pryncypialnie germański i odpowiednio poważny dla gmachów publicznych. Inne budynki – jak choćby siedziba rejencji – zapewniały państwu należny prestiż za sprawą swojego nudnawego klasycystycznego oblicza. Ale nie gmach Królewskiej Dyrekcji Kolejowej. 

Przedwojenna Bydgoszcz. Na zdjęciu pochodzącym z lat 1919-1939 widać stare spichlerze zbożowe nad Brdą (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Wkroczenie wojsk polskich do Bydgoszczy. Na zdjęciu widać, jak w 1920 roku wyglądał Stary Rynek (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Tu oprócz monumentalności Bydgoszcz dostała jeszcze szczyptę szaleństwa, którego jej zawsze tak dramatycznie brakowało (i, myślę sobie, brakuje także teraz wcale nie mniej dramatycznie). Mówią, że to manieryzm, dodając, że niderlandzki, a dokładniej jego późnodziewiętnastowieczna interpretacja – cokolwiek mówią, godzę się na to, bo im dziwniej mówią, tym lepiej, chociaż nigdy nie dościgną dziwności samego budynku. Jedynym, co ją całkiem dobrze reprezentuje, jest szaleństwo architektonicznego opisu: że cegła klinkierowa i glazurowana; że narożne bonie – podobnie jak gzymsy, portale, ościeże, węgary – wykonane z piaskowca; że portale w formie płaskich pilastrów wspierających archiwoltę z serią klińców i rozet oraz z kimationem; że ościeże ozdobiono muszelkowymi edykułami na wolutowych konsolkach; że szczyt środkowego ryzalitu flankują dwie wieżyczki o baniastych hełmach z ośmiokątnymi latarniami; że szczyty bocznych ryzalitów mają kształt trójkątów z ujętymi w ozdobne klińce biforiami na osiach…

Oto pewnego dnia zstąpiła na ten kawałek Bydgoszczy pomiędzy rzeką Brahe a Bahnhofstrasse niespodziewana a gęsta jak mleko mgła, a kiedy się podniosła, oczom ludzi ukazało się dziwo, którego ani pochodzenia, ani przeznaczenia nie znali, jednak z braku lepszego pomysłu (albo w przebłysku geniuszu) postanowili tu umieścić dyrekcję kolei. 

Znakiem Bydgoszczy, jej pospolitym, choć przecież uroczym, obliczem jest pruski mur i nie ma doprawdy niczego bardziej odeń odległego niż mury olbrzymiego domu przy Dworcowej 63. 

A Martin Gropius, który ten "olbrzymi dom" zaprojektował, zdawał mi się zawsze – sądzę po innych jego, głównie berlińskich, realizacjach – architektem nieobarczonym łaską szaleństwa. Do tego też go pewnie sumiennie przyuczył jego mistrz i nauczyciel, sam Karl Schinkel, duża sława swoich czasów, który w Bydgoszczy i okolicach zaprojektował nam kilka udanych, choć nudnawych zabytków – można więc powiedzieć, że Gropiusa "przyuczył", choć można też powiedzieć, iż "skaził ucznia klasycyzmem". Ale jednocześnie to nazwisko, które w każdym miłośniku architektury wywołuje od razu łaskoczące pamięć echo, nie jest przypadkowe – Walter Gropius był wnukiem jego brata. Coś w genomie tej rodziny raz na jakiś czas objawiało się osobliwą ekscentrycznością i zamiłowaniem do oryginalnego zabudowywania wolnej przestrzeni.

Panorama Bydgoszczy widziana z lotu ptaka. Na pierwszym planie widoczna jest Opera Nova (Fot. Mariusz Guć/Wikipedia Commons) , Budynek Poczty Głównej w Bydgoszczy, widok znak Brdy (Fot. Użytkownik o nicku Pit1233/Wikipedia Commons)

Bydgoskie małpowania 

Miron Białoszewski musiał jednak odbić w bok, nim dotarł do dyrekcji kolei, bo też nic nie wspomina o tej osobliwości, a przecież na architekturę jest wyczulony w stopniu szczególnym: "Spojrzałem na najbliższą kamienicę. Z balkonami, z siłaczami, giętymi gzymsami. Bardzo mi się podobała. Czy w ogóle nie zaczynają nam się za bardzo i za poważnie podobać te neoneoklasyczności? secesje? małpowania małpowań?". 

Te małpowania małpowań…

Większość bydgoszczan by się pewnie z tym odruchowo nie zgodziła, bo odruchowa niezgoda jest w takiej sytuacji najbardziej oczywistą reakcją. Ale w tym właśnie doszukiwałbym się prawdziwego charakteru tego miasta, którego tak się wszyscy obawiają, że nie chcą tej banalnej (nie powiedziałem "przykrej", nie powiedziałem "bolesnej", powiedziałem jedynie, że "banalnej") prawdy zaakceptować. 

Miasto nazywane – i co więcej: samo się tak z niejaką dumą nazywające – "Małym Berlinem" i "Wenecją Północy"1 nie potrafi zaakceptować tego, że jest kopią, oraz nie umie się cieszyć ze swojej doskonałości jako kopii właśnie, jako uroczego falsyfikatu, jako kunsztownego surogatu i finezyjnego pastiszu, nie chce i nie umie docenić swojego imitacyjnego piękna, plagiatowej maestrii. Dwa są pocieszenia, myślę sobie, dwa co najmniej pocieszenia dla tych zawiedzionych poszukiwaczy oryginalności, dla tych śmiesznych erzacofobów. 

Po pierwsze, nasze nawarstwienie kalk i odbić. Ten graniczny obszar, podpowiadam tubylcom i przyjezdnym, na styku Śródmieścia, Skrzetuska i Bielawek to brawurowy fenomen: willowa dzielnica ogród z rasowym modernizmem, monumentalne germańskie kamienice pokazujące dowodnie, że dawno temu już Bydgoszcz była metropolią, dwie szacowne stare szkoły, no i pruska dostojność instytutu rolniczego stanowią zaledwie część tego żywego atlasu architektury początku XX stulecia. To ten obszar jest najdoskonalszą imitacją oryginalności, na jaką stać nasz świat – owa wielopiętrowa kopia, studium wielokrotnych odbić, okazały wtórnik naszej cywilizacji odgrywający właściwie rolę ilustracji do ontologicznego traktatu. 

Zobacz wideo Polacy robią karierę nie tylko w Hollywood! Historie polskich sukcesów na całym świecie

Po drugie, będąc kopią tych wszystkich germańskich, pruskich, niemieckich miast, staliśmy się – za sprawą bezbrzeżnego doprawdy poczucia najczarniejszego humoru ducha dziejów – kopią bez oryginału, który to oryginał setki tysięcy milionów ton bomb burząco-zapalających starły z powierzchni ziemi. I teraz to te odbudowane mozolnie oryginały są młodsze od swojej bydgoskiej kopii, którą – mniej lub bardziej udolnie – naśladują. Kopia bez oryginału, odnośnik do strony, która nie istnieje, martwy przypis – jedyny prawdziwy ślad przeszłości, który przetrwał i trwać będzie, dopóki ktoś nie postanowi znów wprowadzić w życie maksymy, że historia lubi się powtarzać. Więc my pozostaliśmy "małym Berlinem", kiedy ten duży Berlin przestał istnieć – i tyle nam powinno wystarczyć.

Nie powiem przecież, że spragnieni jeszcze jesteśmy zagłady Wenecji, że podnoszący się stale na skutek pogłębiającej się wciąż katastrofy ekologicznej poziom wód światowego wszechoceanu nas cieszy (przy okazji: wszystkie symulacje pokazują, że kiedy zmaterializuje się zły scenariusz, Bydgoszcz będzie miastem nadmorskim, co jest śmieszne, ale tylko trochę i tylko do czasu). Nie powiem, że woda na placu Świętego Marka przyprawia nas o dreszcz ekscytacji – nie, nic z tych rzeczy: powinniśmy być, zaryzykuję, nasyceni tą grą odbić, czemu jeszcze sprzyja spokojne i gładkie lustro przepływającej przez środek miasta Brdy.

Przypisy:
1 W przedwojennych jeszcze "Szpilkach", chociaż nigdy nie zlokalizowałem dokładnego adresu bibliograficznego (ale cytowała go Danuta Buttler w swojej klasycznej książce Polski dowcip językowy), pokazał się taki uroczy dowcip: "Zwiedzajcie Wenecję, tę Bydgoszcz Południa"

*Publikujemy fragment książki Michała Tabaczyńskiego "Kieszonkowa metropolia. W rok dookoła Bydgoszczy", która ukazała się 23 kwietnia 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.