Podróże
Dzięki soli, szkle i przyprawom była gospodarczą potęgą. Dziś Wenecja zmienia się w turystyczny Disneyland (Fot. Użytkownik o nicku Mistervlad/Shutterstock)
Dzięki soli, szkle i przyprawom była gospodarczą potęgą. Dziś Wenecja zmienia się w turystyczny Disneyland (Fot. Użytkownik o nicku Mistervlad/Shutterstock)

Gdy wyrusza się do Wenecji w poszukiwaniu jej niepowtarzalnego ducha, od którego miejsca warto rozpocząć wędrówkę?

Jednym z moich ulubionych zakątków jest weneckie getto – to właśnie tutaj w 1516 roku, po raz pierwszy w historii, zamknięto społeczność żydowską za murem, nadając temu miejscu nazwę, która potem obiegła cały świat. Spacerując wąskimi Calle del Ghetto Vecchio i Ghetto Nuovo i mijając maleńkie synagogi skryte za żelaznymi bramami, warsztaty złotników i piekarni, z których rozchodzi się zapach gorących chałek, można usłyszeć echo minionych wieków. To tu zbiegają się ślady wielu kultur – od sefardyjskich uchodźców po kupców z Lewantu – i to właśnie w sercu getta najpełniej odczuwam, jak różnorodne społeczeństwa tworzyły Wenecję.

Dla mnie prawdziwy duch miasta objawia się, gdy ruszymy z tego miejsca w kierunku laguny – nie w głąb turystycznego labiryntu Rialto, lecz ku szerokim widokom wodnych kanałów. Alternatywnie warto zacząć od dzielnicy Castello, przy której na północ od Arsenale wciąż stoją domy zamieszkane przez Wenecjan, nie tylko przez turystów. W tych kamienicach słychać gwar rodzinnych kolacji, dziecięcy śmiech w zaułkach i szelest starych żagli w porcie – to tam, między mieszkaniami a starymi stajniami galerowymi, miasto żyje własnym, niepowtarzalnym rytmem.

Co wpłynęło na to, jak pan postrzega Wenecję?

Najbardziej – bezgraniczna miłość do tego miasta. Urodziłem się tu, wychowałem i choć od lat mieszkam w Mediolanie, w Wenecji wciąż stoi mój dom rodzinny, a formalnie zachowałem tu prawo stałego pobytu. Nigdy nie zerwałem więzi z ulicami i placami, które widziały moje pierwsze kroki – to związek przypominający trwałą miłość, niepoddającą się sile czasu czy odległości.

Wiele też zawdzięczam profesorom z Uniwersytetu Ca’ Foscari, których seminaria sprzed czterech dekad otworzyły przede mną świeże spojrzenie na La Serenissimę [Najjaśniejszą Republikę Wenecką – przyp. red.]. To oni zaszczepili we mnie pasję do sięgania nie tylko do dokumentów z XVI wieku, ale i do opowieści zwykłych mieszkańców – rybaków, tkaczy czy szklarzy – których historie czyniły Wenecję tak żywą i nieustannie odnawianą.

Plac św. Marka (wł. Piazza San Marco) znajduje się w najstarszej części Wenecji i jest jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych symboli (Fot. Michael Heise/Unsplash) , Innym rozpoznawalnym kadrem z Wenecji jest Bazylika Santa Maria della Salute widziana z Kanału Grande (Fot. Kent Wang/Wikipedia Commons)

O tych historiach opowiada pan w swojej książce "Wenecja. Dzieje morza i lądu".

Książka zbudowana jest z dwóch splecionych wątków: rzetelnej opowieści historycznej oraz reporterskich relacji z podróży. Wyruszyłem śladem dawnej Republiki Weneckiej – odwiedziłem nie tylko labirynt ulic Giudecci czy Pałac Dożów, lecz także odległe zakątki weneckiego imperium morskiego: porośniętą gajami oliwnymi Kretę, pachnący goździkami Cypr, a nawet strategiczną przełęcz na granicy z Lombardią i Szwajcarią, gdzie niegdyś stacjonowały garnizony weneckie. Czytelnik może nie tylko użyć książki jako przewodnika, ale też zanurzyć się w opowieści o wielowiekowej potędze morskiej, kunsztownych intrygach i niegasnącym duchu tego miasta na wodzie.

W książce pisze pan, że Wenecja nigdy nie narodziła się w jednym akcie, lecz kształtowała się stopniowo. Jak więc powstawało Miasto Słońca na lagunie?

Legenda głosi, że Wenecja narodziła się 25 marca 421 roku, w dzień Zwiastowania Pańskiego. Jednak prawdziwe narodziny miasta na wodzie to opowieść o wiekach nieustannego ruchu, migracji i konieczności. Gdy Longobardowie w VI wieku niszczyli zabytki Aquilei i Concordii, rozproszeni uchodźcy szukali schronienia na rozległej lagunie. Najpierw osiedlili się w Grado, gdzie patriarchalny tron kusił autorytetem kościelnym, lecz nie oferował bezpieczeństwa, bo zbyt blisko były wciąż silne bastiony imperium wschodniorzymskiego [bizantyjskiego – przyp. red.]. Wkrótce zaczęli docierać do Torcello – wyspy, która w VII–VIII wieku tętniła życiem dzięki siedmiotysięcznej społeczności, otwartej katedrze i rozległym targom, o których dziś przypominają jedynie skryte wśród trzcin fundamenty.

Z czasem coraz więcej osad powstawało na terenie Rialto, gdzie na wapiennych palach wznosiły się pierwsze domy kupieckie, a na wąskich uliczkach odbywał się tętniący życiem targ. Kanały pełniły funkcję fos, a podwaliny z milionów dębowych pali zabezpieczały miejsce przed falami. Między wyspami Świętego Marka, Castello i Cannaregio zaczęło wyrastać zwarte miasto.

Do dziś, gdy stąpam po marmurowych płytach placu Świętego Marka czy przyglądam się złoconym stiukom Pałacu Dożów, czuję puls tej powolnej ewolucji. Wenecja powstawała w rytmie kroków kolejnych pokoleń – od uciekinierów kładących pierwsze pale w trzcinach laguny, przez mieszczan budujących pałace i flotę, aż po architektów, którzy potrafili połączyć sztukę i inżynierię, tworząc miasto nie do zdobycia.

Most Rialto to najstarszy wenecki most na Kanale Grande. Znajduje się on na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO wraz z historycznym centrum Wenecji oraz lagunę wenecką (Fot. Martin Falbisoner/Wikipedia Commons)

Co sprawiło, że Wenecja stała się gospodarczo potężna i zdominowała region? Czy fundamentem jej bogactwa był handel solą? A może eksport słynnego szkła?

Kluczem do potęgi Wenecji były przede wszystkim strategiczne położenie i umiejętność czerpania korzyści z każdego skrawka laguny. Już w średniowieczu sól, nazywana "białym złotem", płynęła kanałami do serca Europy, przynosząc miastu olbrzymie dochody. Republika dzięki soli z Lido i Chioggii zdobyła monopol, co pozwoliło jej finansować flotę, umacniać fortyfikacje i rozwijać handel dalekomorski.

Obok soli równie słynny był eksport szkła – i to nie byle jakiego, lecz tego z wybrzeży Murano. Już od XIII wieku tajemnica weneckich hut przyciągała rzemieślników z całego Półwyspu Apenińskiego.

Mistrzowie z Murano strzegli swych sekretów jak najcenniejszych skarbów: za ucieczkę poza granice Republiki groziła utrata palców lub wygnanie. Ich umiejętność wytwarzania bezbarwnego szkła niemal tak czystego jak kryształ zyskała rangę cudowności – mnogość barw, delikatność filiżanek, wreszcie kunsztowne zdobienia wazonów i luster uczyniły z weneckiego szkła synonim luksusu. Już w czasach renesansu monarchowie całej Europy otrzymywali weneckie wazony i kielichy jako dowód najwyższego szacunku.

Co więcej, to tu, na brzegach laguny, pierwsze soczewki optyczne powstawały nie z naturalnego kryształu, lecz z mistrzowsko formowanego szkła, otwierając drogę ku nowoczesnej nauce. Doskonalono również metody wytwarzania soczewek do okularów – ich krystaliczna czystość i misterna precyzja rzemiosła uczyniły z Wenecji niekwestionowane centrum optycznej doskonałości, dzięki któremu świat mógł oglądać rzeczywistość w nowym, ostrzejszym świetle.

Campo de Ghetto Novo, czyli główny plac getta weneckiego. To właśnie tutaj w 1516 roku, po raz pierwszy w historii, zamknięto społeczność żydowską za murem (Fot. Didier Descouens/Wikipedia Commons) , Synagoga Lewantyńska w Wenecji (Fot. Didier Descouens/Wikipedia Commons)

Handel sięgał aż Konstantynopola, czego dowodem są m.in. drobne paciorki i fragmenty barwionego szkła, które do dziś są wydobywane przez archeologów z ładowni statku z transportem wyrobów z Murano, który zatonął w 1583 roku u wybrzeży Zatoki Kotorskiej.

Nie sposób pominąć wpływu muranowskich mistrzów na resztę Europy – to oni przeszczepili swe tajniki do czeskich hut, dając początek słynnej hucie w Czechach, która później rywalizowała z Wenecją o palmę pierwszeństwa w produkcji szkła.

Dziś, spacerując wąskimi kanałami wyspy, możemy wciąż poczuć ducha tej wiecznej sztuki: każdy fragment kolorowego szkła i każdy refleks światła przypominają, jak wielką rolę odegrało Murano w epoce, gdy piękno i technika splatały się tu nierozerwalnie.

Ale sól i szkło to jeszcze niepełny obraz…

Prawdziwą rewolucję przyniósł handel przyprawami. Wenecja jeszcze przed Portugalczykami opanowała szlaki do Orientu, sprowadzając pieprz, cynamon, gałkę muszkatołową czy goździki. Każda z tych przypraw była w Europie na wagę złota – i to Wenecja decydowała, kto i po jakiej cenie mógł je nabyć. Dzięki temu miasto stało się pośrednikiem między Wschodem a Zachodem, a weneckie magazyny tonęły w workach wonnych ziaren.

Wenecja swoją potęgę zawdzięcza m.in. eksportowi szkła. Na grafice uwieczniono wizytę doży (władcy Republiki Weneckiej) u mistrzów z Murano (Fot. Louis Figuier/Jules Férat, Wikipedia Commons) , Wenecja do dziś słynie z produkcji różnokolorowych szklanych wyrobów (Fot. Mark Gusev/Wikipedia Commons)

W XV i XVI wieku gospodarka zaczęła się dywersyfikować: handel drogocennymi kamieniami złożył się na potęgę jubilerską, a drukarnie – zwłaszcza te rodów Giunta i Aldo Manuzio – wydawały połowę wszystkich książek drukowanych w ówczesnej Europie. Tu, w cieniu dzwonnicy Świętego Marka, narodziła się nowoczesna prasa, a Wenecja stała się "stolicą słowa drukowanego".

Warto też wspomnieć o perfumach – to tutaj w XVI wieku opatentowano pierwsze alkoholowe esencje zapachowe, używane przez arystokratki z całego kontynentu. Historycy świętych rytuałów dworskich odnotowują, że ówczesne damy, pachnące różą i jaśminem, sprowadzały je wyłącznie z laguny, bo tylko Wenecjanki znały sekretne receptury.

Nie da się jednak nie wspomnieć o handlu niewolnikami…

To prawda – Wenecja uczestniczyła w handlu niewolnikami, sprowadzając jeńców ze Wschodu i Afryki. Wykorzystywano ich jako tanią siłę roboczą przy pracach portowych i w słynnych arsenaleńskich dokach. Choć dokumenty są fragmentaryczne, wiadomo, że kupcy współpracowali w tym zakresie z arabskimi pośrednikami.

Wszystkie te gałęzie – sól, szkło, przyprawy, druk, perfumy, ale i niewolnicy – splatały się w jeden mechanizm wzrostu i bogacenia się. Arsenal, w którym wenecka galera stawała się flagowcem handlu i wojny, był sercem tej machiny. Bez portowej mocy, bez magazynów pełnych egzotycznych skarbów i bez nieustannego poszerzania zasięgu wpływów na Morzu Śródziemnym Wenecja nie stałaby się legendarną republiką morską, której echa przetrwały aż do dziś.

Prognozy przewidują, że za 100-120 lat Wenecja przestanie istnieć w formie, jaką dziś znamy. Na zdjęciu 'acqua alta' (wł. 'wysoka woda') w Wenecji w 2008 roku (Fot. Catullo Roberto/Wikipedia Commons) , Problemem Wenecji są nie tylko zmiany klimatyczne, ale też turyści, którzy wypierają z miasta stałych mieszkańców (Fot. Hubert Buratynski/Unsplash)

Czy Pana zdaniem to balansowanie między lądem a morzem, Wschodem a Zachodem ukształtowało niepowtarzalną tożsamość i charakter Wenecji?

To pytanie sięga sedna weneckiego paradoksu – w czasach świetności Republiki nie istniało jeszcze pojęcie "tożsamości" w takim kształcie, w jakim rozumiemy je dziś. Wenecjanie nie definiowali się przez język czy etniczne więzy, ale przez lojalność wobec symbolu Świętego Marka i wspólnoty, która chroniła ich przed falami lądu i morza. Giacomo Casanova, choć podróżował po Europie i bywał w Warszawie, zawsze powtarzał, że jest z Wenecji – nie z Bergamo czy z Zadaru. Był markianinem, obywatelem Świętego Marka.

Podobnie obcokrajowcy służący weneckim galernikom – chorwaccy żołnierze z Dalmacji czy kupcy z Lewantu – nie musieli zmieniać języka ani zwyczajów, by stać się częścią tej mozaiki: wystarczyło uczestniczyć w codziennym rytmie miasta-państwa, dbać o jego flotę i handel oraz finanse, a przede wszystkim uznać prawo i honory Republiki.

To ta elastyczność – zdolność asymilacji obcych kultur bez utraty fundamentalnej więzi ze Świętym Markiem, bycie jednocześnie "u siebie" i "gdzie indziej" – nadała Wenecji unikalny charakter. To ona wykształciła tożsamość opartą nie na krwi czy słowie, ale na wspólnym doświadczeniu życia na lagunie i solidarności wobec zewnętrznych zagrożeń. Niepowtarzalnego ducha Wenecji, który do dziś przyciąga tych, którzy potrafią docenić piękno w niejednoznaczności.

Przenieśmy naszą rozmowę ku przyszłości Wenecji: czy jako obywatel i badacz tego miasta obawia się pan o jego los w obliczu globalnego ocieplenia i podnoszącego się poziomu morza? Jak wyobraża pan sobie kolejne etapy życia "miasta na wodzie" wobec tych wyzwań?

Pewne prognozy klimatologów – mniej lub bardziej alarmistyczne – podają, że za sto, maksymalnie sto dwadzieścia lat Wenecja przestanie istnieć w formie, jaką dziś znamy. Być może to prawda, choć nikt z nas tego nie doczeka. Z pewnością jednak już teraz stoimy wobec o wiele bliższego widma: miasta, które musiało stać się atrapą, zapełnioną jedynie turystami, bez mieszkańców i życia.

Zobacz wideo Emma ratuje miejskie gołębie. "Są znienawidzone"

Wyobraźmy sobie uliczki Rialto i Cannaregio spowite mgłą porannej laguny, bez śmiechu bawiących się dzieci, bez zapachu pieczonych ciabatt i gotującej się fasoli w kamienicach, których drzwi nie otwierają lokalsi, lecz klienci Airbnb. Wtedy Wenecja przestanie być miastem – stanie się Disneylandem na wodzie, scenografią dla instagramowych kadrów, straganem wspomnień o tym, czym kiedyś była. Niegdyś tętniąca życiem republika, w szczytowym okresie połowy XX wieku miała ponad 170 tys. stałych mieszkańców – dziś ta liczba skurczyła się do nieco ponad 49 tys. Każdego dnia Wenecja traci około trzech mieszkańców.

Patrzę ku przyszłości przez pryzmat Dubrownika – mniejszego, lecz ostatnio przeradzającego się w kolejny złoty skansen. Jeśli nasze mury wkrótce poddadzą się turystycznej presji i stracą stałych mieszkańców, to za kilka lat niewiele będziemy się różnić od chorwackiej perły Adriatyku.

A przecież nie brakuje ludzi, którzy tę sytuację karmią: pośrednicy noclegowi, biura wycieczek, firmy wynajmujące gondole. Władze miejskie, świadome wpływów z branży turystycznej, nie znajdują politycznego impulsu, by przyciągnąć z powrotem mieszkańców.

Jestem pesymistą, bo nie widzę rządu, który – ponad krótkoterminowym zyskiem – postawiłby na przywrócenie codzienności zapomnianym dzielnicom, na wsparcie rodzin i rzemieślników, na otwarcie szkół i aptek. Jeśli Wenecja nie obudzi się z letargu, przestanie być "miastem na wodzie", a stanie się tylko sceną dla teatru pustki.

Alessandro Marzo Magno. Włoski historyk, dziennikarz. Autor książki "Wenecja. Dzieje morza i lądu".

Radosław Korzycki. Dziennikarz, który zajmuje się polityką zagraniczną, głównie amerykańską, oraz relacjami transatlantyckimi. Publikował m.in. w "Polityce", "Tygodniku Powszechnym", "Gazecie Wyborczej" i "Dwutygodniku". Regularnie komentuje tematy amerykańskie na antenie TOK FM. Autor korespondencji i reportaży z USA.