"Weekend w drodze" to cykl tekstów o podróżach w Weekend.gazeta.pl. Piszemy tylko o miejscach, które osobiście odwiedziliśmy i do których chętnie byśmy wrócili. O kierunkach, które "wszyscy" znają, i o tych, które znają nieliczni.
Dlaczego warto?
Bo Amsterdam jest męczący i zatłoczony, a prawdziwe wakacje czekają w Hadze
Pływanie łódką po amsterdamskich kanałach to bez wątpienia dobry pomysł na spędzenie popołudnia. Przyjemność przejażdżki mogą jednak popsuć dwie rzeczy. Pierwsza to wypisane sprayem pod wiekowymi mostami gniewne słowa mieszkańców: Enough tourists (tłum. Dość turystów). Druga – fakt, że po godzinie, półtorej trzeba opuścić pokład i kojące wody i na własnej skórze doświadczyć tego, o czym mówią napisy: zanurzyć się w morzu turystów i spróbować nie utonąć. Sunąć wąskimi uliczkami niczym ślimak, co 15 sekund przystając, bo ktoś tamuje ruch, robiąc selfie. Nie dać się potrącić ludziom, którzy ostatni raz jechali na rowerze 25 lat temu, ale właśnie jadą i kręcą o tym filmik na Instagram.
Dla osób, które nie lubią tłumu, hałasu i nieokrzesania, przebywanie w turystycznych dzielnicach Amsterdamu będzie nie lada próbą. Miasto zasiedlone przez niespełna milion mieszkańców jest dziś ofiarą własnego marketingowego sukcesu – rocznie odwiedza je ponad 20 mln gości. I nie każdy przyjeżdża po to, by podziwiać niderlandzkie malarstwo Złotego Wieku. Masowa popularność Amsterdamu w dużym stopniu wyrosła z przekonania, że to wielki plac zabaw dla niegrzecznych dorosłych – w cieniu wąskich kamieniczek od rana do nocy powinna trwać impreza i generalnie wszystko wolno.
Stolica Holandii od lat robi wiele, by przekonać rozbrykane hordy, że nie jest wyłącznie kierunkiem na city break z legalną trawką i pracownicami seksualnymi, ale też miejscem, w którym ludzie żyją na co dzień. Z podobnymi problemami mierzy się dziś wiele miast świata, ale to Amsterdam naprawdę ostro wziął się do ograniczenia masowej turystyki. Zakazuje budowy nowych hoteli, nakłada restrykcje na platformy typu Airbnb i Booking.com oraz rejsy wycieczkowe, podnosi podatki turystyczne i kary za publiczne picie, sikanie czy palenie marihuany. Sprzed Rijskmuseum zniknął słynny napis "I <3 Amsterdam", z którym każdy turysta chciał sobie zrobić zdjęcie. Przebąkuje się nawet o likwidacji słynnej dzielnicy czerwonych latarni. A w 2023 roku miasto wypuściło specjalną "zniechęcającą kampanię" zatytułowaną po prostu "Trzymaj się z daleka" (ang. Stay Away). Skierowało ją do "Liamów" czyli 18–35-letnich mężczyzn, głównie z Wielkiej Brytanii, którzy przylatują do Amsterdamu, by ostro zaszaleć podczas wieczorów kawalerskich.
Już w 2018 roku na łamach brytyjskiego "Telegraph" dziennikarz Rodney Bolt ubolewał, że "Amsterdam staje się nową Wenecją, miastem skradzionym przez turystów" ("Amsterdam is becoming the new Venice, a city stolen by tourists". Wspominał, że gdy sam przeniósł się do stolicy Holandii (sic!) w 1990 roku, miasto było idealne – dawało wielkomiejskie możliwości, ale żyło się w nim łatwo i przyjemnie jak na wsi. W małych sąsiedzkich kawiarniach nikt nie witał go od progu po angielsku i było zdecydowanie mniej sklepów z serami, w których żaden szanujący się Holender nie postawi stopy. To już kombatanckie opowieści. W 2023 roku Amsterdam pobił kolejny rekord – odwiedziło go 22,1 mln turystów, o 2,1 mln więcej niż założona przez miasto górna granica. Niektórzy szacują, że w ciągu kolejnych lat ta liczba może wynieść 30 mln.
Dlatego jedźcie prosto do Hagi
Jeśli Amsterdam jest nową Wenecją, to Haga jest Amsterdamem utraconym – dużym miastem (ale bez przesady, mieszka tu około pół miliona osób), w którym żyje się trochę jak na wsi, zawsze blisko zieleni i morza. To, że połączenie światowości i prestiżu z naturą i spokojnym tempem życia jest możliwe i udane, najłatwiej poczuć w nadmorskiej dzielnicy Scheveningen. Sądzący najcięższe zbrodnie Międzynarodowy Trybunał Karny sąsiaduje tu z kilometrami złotych, piaszczystych plaż. I wystarczy otworzyć furtkę, by z osiedla niskich czerwonych bloków wkroczyć do rezerwatu przyrody. Haga to miasto stworzone do chodzenia pieszo, jazdy na rowerze i jazdy konnej – niekończące się trasy dla każdej z tych aktywności wiodą od rezydencji rodziny królewskiej do krowich pastwisk i od klimatycznych beach barów do galerii sztuki nowoczesnej.
Przez to, że Haga leży w cieniu słynnych miast – pięknego Amsterdamu i nowoczesnego Rotterdamu – może się wydawać numerem trzy, miejscem z cyklu "może zajrzymy, jeśli starczy czasu". Lecz dla tych, którzy lubią i naturę, i kulturę, nie chcą biegać z wywieszonym językiem, tracić czasu w kolejkach i odhaczać atrakcji z listy, właśnie Haga będzie numerem jeden i miejscem, do którego chce się wracać o każdej porze roku (nawiasem mówiąc, holenderska pogoda w różnych porach roku jakoś diametralnie się nie różni).
W Hadze możecie też liczyć na sporo tańsze niż w Amsterdamie noclegi. Średni koszt noclegu w hotelu 3-gwiazdkowym to ok. 70 euro (w Amsterdamie ok. 100 euro), ok. 77 euro w hotelu 4-gwiazdkowym (Amsterdam – ok. 150 euro) i ok. 118 euro w hotelu 5-gwiazdkowym (Amsterdam – od ok. 250 euro). W Hadze tańsze będą też oferty na Airbnb – ok. 80-120 euro/noc (w Amsterdamie ok. 130-200 euro/noc).
Aktywnie: Scheveningen – złote plaże, morska piana i ścieżki między wydmami
Wielu rzeczy można Hadze pozazdrościć: wysokiego standardu życia jej mieszkańców, statusu jednego z najzieleńszych miast Europy, poffertjes – małych, puszystych naleśników podawanych z cukrem pudrem, a niekiedy z adwokatem… Ale dla mnie na samej górze tej listy jest Scheveningen – dawna wioska rybacka, która od 1818 roku, czyli odkąd stanął tu pierwszy hotel Badhuis, przyciąga do Hagi śmiałków w słomkowych kapeluszach chcących zanurzyć stopę w lodowatym i dziwnie spienionym Morzu Północnym.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tej pianie, bo nie zobaczycie jej ani w Bałtyku, ani w Adriatyku. Co to? Głównie szczątki alg, śniętych ryb i wodorostów zmiksowane przez silne wiatry i prądy. Piana to nie sinice – można dotknąć bosą stopą, nie odpadnie – ale bywa zdradliwa. Jak w maju 2020 roku, gdy stała się tak gęsta i wysoka, że stworzyła "efekt cappuccino" i utopiła pięciu młodych, doświadczonych holenderskich surferów. To właśnie piana – nawet na plaży sięgająca ratownikom do pasa – prądy wsteczne i silny wiatr sprawiły, że akcja ratownicza się nie powiodła, a ciało jednej z ofiar morze wyrzuciło dopiero po trzech tygodniach od tragedii. Uważajcie więc na pianę i miejcie respekt przed Morzem Północnym, które poza tym, że bardzo zimne, prawie zawsze jest porządnie wzburzone. Pewnie dlatego tak zachwycało niderlandzkich malarzy.
Mijamy pianę, idziemy dalej. By szybko zorientować się w topografii Scheveningen, najlepiej od razu pomaszerować na molo – De Pier. Stoi na nim głęboko wcięty w morze i wysoki na prawie 50 m diabelski młyn SkyView. Z klimatyzowanych gondoli przez około 15 minut będziecie podziwiać panoramiczne widoki na kilometry złocistego wybrzeża, szarobure fale (siedząc w wagoniku przodem do morza, można odnieść wrażenie, że wjedzie się do wody), majaczące w oddali centrum i dwa wspaniałe rezerwaty przyrody: Meijendel i Westduinpark. Obydwa leżą na terenach wydmowych i oferują malownicze trasy spacerowe, rowerowe i konne oraz jedne z najlepszych w regionie miejsc do obserwacji ptaków. Ścieżki są wygodne i szerokie i pozwalają spędzić godziny w otoczeniu dzikiej przyrody – może spotkacie na drodze królika albo lisa. Na wydmy wolno wchodzić wyłącznie w wyznaczonych miejscach.
Spacerując po plaży, dostrzeżecie jeszcze zanurzone w zieleni i wrośnięte w wydmy bunkry. To pozostałość Atlantikwall, niemieckiej linii umocnień z czasów II wojny światowej, która miała chronić zajętą przez nazistów Europę przed aliantami. W jednym z bunkrów przy Badhuisweg mieści się muzeum Atlantikwall przybliżające jego historię, codzienność stacjonujących w bunkrach żołnierzy i życie w okupowanej Holandii. Oprócz stałej wystawy muzeum oferuje również wycieczki z przewodnikiem po bunkrach i terenach wokół nich.
Niemal przez całą długość Scheveningen biegnie tętniąca życiem w weekendy i znacznie spokojniejsza w tygodniu promenada. Od strony miasta góruje nad nią Kurhaus – zabytkowy hotel z końca XIX wieku, symbol luksusu i kurortowej historii dzielnicy. Dziś działa w nim Grand Hotel Amrath Kurhaus. Wzdłuż promenady ciągną się dziesiątki restauracji i beach barów, w których można zmitrężyć cały dzień, zakopawszy nogi w chłodnym piasku.
Moje dwa ulubione miejsca, serwujące pyszne sezonowe jedzenie, to Het Puntje i The Fat Mermaid (Tłusta Syrenka). Het Puntje sąsiaduje z plażą nudystów, więc jedząc burgera, może czasem dojrzycie wbiegającego do wody golasa – żadna sensacja. Miejsca są oddalone od siebie o mniej więcej pół godziny spaceru plażą, można więc zacząć śniadaniem w jednym i do drugiego dojść na lunch. Kolejność dowolna!
Bardzo blisko Tłustej Syrenki działa też nadmorskie muzeum Beelden aan Zee – gratka dla wielbicieli rzeźby nowoczesnej. Galerię dostrzeżecie z oddali – na szczycie wydmy góruje wielka maska autorstwa Igora Mitoraja.
Kultura: zobacz więcej niż tylko "Dziewczynę z perłą"
Jest w Hadze jedno miejsce, w którym trzeba odstać swoje – ściana w muzeum Mauritshuis, na której wisi "Dziewczyna z perłą" (hol. "Meisje met de parel") pędzla Johannesa Vermeera. Na żywo to płótno zaskakująco niewielkie – zaledwie 44,5 na 39 cm – lecz jego rozmiar jest odwrotnie proporcjonalny do siły oddziaływania spojrzenia "holenderskiej Mona Lizy". O "Dziewczynie z perłą" napisano już całe tomy, a mimo to nadal prawie nic o niej nie wiemy – ani kim była, ani na co patrzy. Wiadomo natomiast, że jakiekolwiek ruchy wokół tego obrazu wywołują kontrowersje. Gdy Mauritshuis wypożyczyło go na kilka miesięcy do Rijksmuseum – przy okazji największej zorganizowanej tam wystawy Vermeera – a w jego miejsce zawiesiło wyłonione w konkursie kopie-inspiracje, w internecie, jak to się mówi, wybiło szambo. Powód: oryginał zastąpiła "dziewczyna ze świecącymi kolczykami" nadesłana przez Juliana van Diekena, niemieckiego artystę cyfrowego, który swoją wersję stworzył w aplikacji opartej na sztucznej inteligencji.
Ludzie pisali, że pierwsze dzieło AI w Mauritshuis jest "śmieszne", nieuczciwe i to nie jest sztuka. Samo muzeum broniło się tym, że chodziło o inspirację, a komputerowa dziewczyna z żarówkami w uszach spodobała się pracownikom. Jakoś rozeszło się po kościach. W każdym razie dziś w Mauritshuis zobaczycie już oryginał.
Cokolwiek by mówić, "Dziewczyna z perłą" to prawdziwa it girl i zdecydowanie warto chwilę poczekać, by wymienić z nią przeciągłe spojrzenie. Dla mnie jednak numerem jeden Mauritshuis jest "Lekcja anatomii doktora Tulpa" (1632) Rembrandta van Rijna, obraz, który trzasnął mnie między oczy już w podstawówce. Taka niespodziewana makabra w podręczniku do plastyki to bowiem coś, co dzieci bardzo lubią. Uwieczniona przez Rembrandta sekcja zwłok jest dla odmiany płótnem dużym – 169,5 cm x 216,5 cm – ale nie tylko dlatego zasługuje na uwagę. Krążąc między dziełami niderlandzkich i flamandzkich mistrzów, nie przegapcie też malutkiego "Szczygła" (1654) Carela Fabritiusa. Fabritius namalował ten mistrzowski pod względem iluzji optycznej obraz – ptak wydaje się niemalże trójwymiarowy – na krótko przed tragiczną śmiercią w wyniku wybuchu prochu w Delfcie. "Szczygieł" przetrwał eksplozję, stając się dziełem symbolem – przetrwania i cudu, który może się kryć w małym szczygiełku.
Do Mauritshuis trzeba iść, ale radziłabym na nim nie poprzestawać. Jeśli w Hadze będzie padać (a będzie!) i zapragniecie iść do miejsc, w których poczujecie się beztrosko jak dzieci, odwiedźcie moje trzy ulubione muzea: Escher in Het Paleis, Panoramę Mesdag i Voorlinden. Dwa pierwsze znajdują się w centrum Hagi, trzecie na przedmieściu, w Wassenaar, ale można tu szybko dotrzeć autobusem, rowerem lub pieszo.
Escher in Het Paleis to galeria poświęcona twórczości Mauritsa Cornelisa Eschera (1898–1972), najbardziej znanego artysty w świecie nauki. Od dziecka fascynował się matematyką, geometrią, symetrią i iluzją optyczną. Kochał też podróże – przez wiele lat, nim do władzy doszedł Mussolini, mieszkał we Włoszech, które stały się jednym ze stałych motywów jego twórczości. Żelazną matematyczną logikę łączył z nieokiełznaną wyobraźnią i poczuciem humoru. Efektem tej wybuchowej mieszanki były tzw. rysunki niemożliwe – formy, które oszukują nasze zmysły, bawiąc się perspektywą, przestrzenią, proporcjami. U Eschera schody nie mają początku ani końca, a ryby płynnie przekształcają się w ptaki. Nawet do swojego autoportretu podszedł jak nikt inny. Jak? Trzeba to zobaczyć. Co ciekawe, Escher za życia nie zdobył sławy ani uznania. Świat odkrył go dopiero po śmierci. Dziś ma miliony fanów.
Kolejna cudowna iluzja kryje się w Panoramie Mesdag – muzeum z najstarszą zachowaną panoramą w Europie. W specjalnie stworzonym budynku wisi okrężny obraz, który ma 120 m długości i 14 m szerokości. Przedstawia "Plażę w Scheveningen" w 1881 roku, a namalowała ją grupa malarzy szkoły haskiej pod wodzą Hendrika Mesdaga. Panorama to więcej niż obraz, raczej oszałamiające doświadczenie bycia na plaży w ciepły letni dzień pod koniec XIX wieku. Pośrodku budynku usypano sztuczną wydmę, widz staje na niej pod zadaszonym plażowym pawilonem i ma wrażenie, że znajduje się w środku pejzażu (zdjęcia zupełnie nie oddają tego wrażenia). Słychać szum fal, ptaki, wiatr. Wrażenie realizmu potęgują "wyrzucone przez morze" fragmenty statków, muszle, kamienie, porzucone sieci i kosze rybackie, pogubione buty. Iluzja absolutna.
Trzecie muzeum – Voorlinden – to coś dla tych, którzy uważają, że nie znają się na sztuce nowoczesnej, nie rozumieją jej i nie lubią. Miejsce, które udowadnia, że nie trzeba być specem, by poczuć emocje, zmienić perspektywę i pysznie się bawić. Misją Voorlinden jest połączenie totalne – sztuki, architektury, natury i ludzi. I wiecie co? To się naprawdę udało. Zacznijmy od tego, że udostępniona zwiedzającym prywatna kolekcja sztuki Joopa van Caldenborgha mieści się w parku krajobrazowym, a widzów wkraczających na rozległy teren wita stadko szkockich krów Galloway – czarnych z białym paskiem. Mijamy krowy, ostrożne kaczki, ogród z rzeźbami, restaurację z pyszną kawą i już po godzinie (żart) dochodzimy do pawilonu wystawienniczego.
Stała ekspozycja jest dosłownie galerią gwiazd sztuki nowoczesnej – od Ellswortha Kelly’ego, przez Damiena Hirsta, po Yayoi Kusamę. Obok form "tradycyjnych" wiele dzieł to nowatorskie instalacje. Zapewniam, że nie będziecie mogli odejść od "windy dla myszek" ("Untitled", 2001) Maurizia Cattelana, hiperrealistycznej i dwukrotnie większej od człowieka "Pary pod parasolem" (2013) Rona Muecka (obejdziecie ją wiele razy, wciąż nie wierząc, że para staruszków nie jest żywa, lecz ulepiona z sylikonu i poliestrowej żywicy), pewnie kilka razy zanurzycie się w "Open Ended" (2007–2008) Richarda Serry’ego – konstrukcję z sześciu sklepionych stalowych płyt uformowanych w przedziwny labirynt.
Ale chyba najtrudniej opuścić zaprojektowany specjalnie dla Voorlinden przez Leandra Elricha "Basen" ("Swimming Pool", 2016). Basen jak basen – z niebieskimi ściankami, wodą, marmurowym brzegiem. Ale schodkami można zejść na jego dno i stojąc w suchym, spojrzeć do góry przez taflę wody. To przekształcenie znanej basenowej sytuacji w radosne i absurdalne przeżycie, które rodzi się wyłącznie dzięki temu, że widz chce go doświadczyć.
Co zjeść: uzależniający kibbelling
O Hadze można długo, a miejsce już mi się skończyło. Na koniec więc ostatnia pychota – kibbeling. Nie wiem, w czym kryje się tajemnica kawałków świeżego dorsza smażonych w cieście na głębokim tłuszczu i podanych z sosem, ale mogłabym to jeść bez końca. Kiedyś kibbeling robiono z resztek, np. policzków dorsza, a z biegiem lat stał się tradycyjną uliczną przekąską.
Gdy usiądziecie na ławeczce w centrum Hagi, niedaleko Mauritshuis, przed waszymi oczami rozegra się spektakl: wielkie polowanie mew na kibbeling. Z mewimi gangami, które czatują na turystów, nie ma żartów. Pół biedy, gdy zaatakują, ale mogą naprawdę zabrać jedzenie. Mnie, gdy jadłam kibbeling po raz pierwszy, uratowali miejscowi – wciągnęli mnie pod dach i machając rękami, odganiali mewy. Kto mądry, kibbeling połyka szybko pod daszkiem odwrócony do mew plecami. Przy stolikach jedzą tylko ryzykanci.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl





