Weekend w drodze to nowy cykl tekstów o podróżach w Weekend.gazeta.pl. Piszemy tylko o miejscach, które osobiście odwiedziliśmy i do których chętnie byśmy wrócili. O kierunkach, które "wszyscy" znają, i o tych, które znają nieliczni.
"New York, New York…". Marzyłam o nim, odkąd pamiętam. I jak to bywa z wielkimi marzeniami, miałam wiele wyobrażeń, które skutecznie blokowały mnie przed realizacją. Pierwsze wyobrażenie - że jeśli tam jechać, to na długo, co najmniej na trzy-cztery tygodnie, bo bilety na samolot są drogie, a na miejscu trzeba zobaczyć WSZYSTKO. Drugie - że na spędzenie tylu tygodni w Nowym Jorku nigdy nie odłożę pieniędzy, bo przecież tam jest piekielnie drogo. Błędne koło.
A potem przyszła pandemia, wojna i myśl: trzeba szybko żyć, jest później, niż się wydaje. Wyszłam z założenia, że nie ma co czekać. Bo czy ktoś powiedział, że NYC będzie istniał zawsze? Albo że więcej tam nie pojadę? Nie. A nawet gdyby, wciąż lepiej być tam przez chwilę niż wcale. I poleciałam na tydzień.
Czy wystarczyło? Tak. Przez cztery dni przeszłam ponad 80 km. Śmieję się, że jeszcze dzień i odpadłyby mi nogi, bo zanurzając się w to fantastyczne miasto, nie mogłam się zatrzymać*. Czy zobaczyłam WSZYSTKO? Ha, ha! Nie. Na to w Wielkim Jabłku trzeba by mieć kilka lat, a nie kilka dni. Czy było drogo? Tanio nie było, ale spodziewałam się większego szoku cenowego. Po pierwsze dziś na wakacjach niemal wszędzie jest drogo. Po drugie – na urlopie pieniądze wydaje się łatwiej. I po trzecie – to nie ironia, ale na tle inflacyjnej Polski nawet nowojorskie ceny przestają robić aż takie wrażenie.
Czy Nowy Jork spełnił moje oczekiwania? Tak, z nawiązką, choć nie miał łatwego zadania – przecież wszyscy tam już byliśmy, dorastając na amerykańskich filmach i serialach. Prawdą okazało się to, co mówią: że gdy przyjeżdżasz do Nowego Jorku, stajesz się jego częścią i łatwo zakochać się w nim bez pamięci. A im szybciej zrozumiesz zasady rządzące najwspanialszym (tak!) miastem świata, tym szybciej poczujesz się w nim jak w domu.
*Przez ostatnie dwa dni lało jak z cebra – mogłam bezkarnie przesiadywać na kanapie w wynajętym mieszkaniu, zamówić gofry z syropem klonowym i oglądać Netfliksa. To dopiero nowojorskie doświadczenie!
Nowy Jork – dwie zasady
Pierwsza zasada Nowego Jorku brzmi: nowojorczycy to naprawdę zapracowani ludzie, którzy stale gdzieś się spieszą. Dużo chodzą i to szybko. Przy czym Nowy Jork trzeba tu rozumieć głównie jako Manhattan, mały skrawek miasta o największym natężeniu ruchu pieszego na świecie. Nowojorczycy notorycznie przechodzą przez jezdnię na czerwonym świetle, bo tak jest szybciej, i każdy – w tym policja – to rozumie, trzeba tylko uważać na samochody. Na chodnikach i schodach należy trzymać się prawej strony – jeśli staniecie na środku ruchliwego przejścia, by zrobić sobie selfie, liczcie się z tym, że ktoś was upomni. Krok zwalnia się w parkach, których Nowy Jork ma 1700 (!), w tym 400 na Manhattanie. Ale nawet w parku obowiązuje chodnikowy savoir vivre i nikt – nawet rodzic z dzieckiem w wózku – nie zajmuje całej dostępnej przestrzeni.
Tak samo jest w metrze. Chyba jeszcze bardziej niż widok na NYC z dachu Rockefeller Center zachwycał mnie nowojorski tetris – ilekroć w metrze otwierały się drzwi, pasażerowie przesiadali się w taki sposób, by wszystkim było jak najwygodniej wsiąść, wysiąść i usiąść. Nowojorczycy, których spotkałam, patrzyli dalej niż na czubek własnego nosa, byli uważni na potrzeby swoje i innych, otwarci i chętni do pomocy. Tę ostatnią często sami proponują, na przykład gdy widzą, że turysta szuka czegoś na mapie. Wydaje się, że dzięki temu w mieście zamieszkanym przez przeszło 8 mln ludzi i odwiedzanym rocznie przez ponad 60 mln wszystkim żyje się nieco łatwiej.
Druga zasada brzmi: przygotujcie się na napiwki. W Nowym Jorku napiwki – od 15 proc. wartości rachunku wzwyż – są obowiązkowe. Deklarowaną wysokość napiwku zaznacza się na papierowym rachunku (jeśli jest) lub wybiera na terminalu płatniczym. Nawet w fast foodzie Shake Shack, gdzie hamburgery zamawia się przy ladzie, musiałam zaznaczyć, na ile dolarów oceniam obsługę. W USA stawki w gastronomii są niskie i to właśnie napiwki stanowią dużą część wynagrodzenia pracowników. Poza tym taka jest kultura. I serio, nikt z tym nie dyskutuje. W restauracji wysokość napiwku powinna wynieść 15–20 proc. rachunku. W barze 1–3 dolary za drinka.
Aktywnie – wygodne buty + metro
Chcecie naprawdę doświadczyć NYC? Zatem wygodne sportowe buty to podstawa. Do tego Metro Card umożliwiająca nieograniczone przejazdy metrem i innymi środkami komunikacji zbiorowej – i można ruszać w miasto. Odwiedziłam Nowy Jork przed tegoroczną majówką, pod koniec kwietnia, gdy wybucha zielenią i cały kwitnie, a w parkach i ogrodzie botanicznym celebruje się nowojorską wersję sakury, japońskiego święta kwitnących wiśni – wiele osób robi sobie wtedy sesje zdjęciowe pod ukwieconymi drzewkami. Chciałam chłonąć jego atmosferę, a nie tkwić z nosem w mapie, więc po prostu chodziłam, gdzie mnie oczy poniosły. Szwendanie się prawie bez planu to był mój plan.
Większość czasu spędziłam na Manhattanie, włócząc się między wieżowcami, wchodząc do każdego miejsca, które mi się spodobało, zagadując w Central Parku bardzo grzeczne psy i jedząc na ławce kanapki z omletem i bekonem tak chrupkim, że aż się kruszył. Manhattan to napakowana atrakcjami dzielnica, po której świetnie się chodzi – jest bardzo przyjazny spacerowiczom, a odległości nie są duże. Kilka razy wracałam pod ukochane budynki – Empire State Building (czy wiecie, że ma własny kod pocztowy?) oraz Flatiron – i do Central Parku. Pewnie zamiast wracać, mogłam iść gdzie indziej, ale chciałam się nimi nacieszyć.
Central Park zasługuje na osobną wzmiankę. To chłodny, kojący las w środku gorącej, tętniącej życiem metropolii – stoisz nad jeziorem, obserwujesz siedzące na kamieniach żółwie albo wyścigi małych żaglówek, a ponad drzewami sterczą drapacze chmur. Co niesamowite, Central Park, będący przedziwną (darmową dla turystów) wyrwą w (drogim) Manhattanie, to wcale nie zostawione w spokoju dzieło natury. Każdy fragment tej spektakularnej, liczącej ponad 350 ha zielonej oazy został zaprojektowany. Było tak: w drugiej połowie XIX wieku władze miasta uznały, że 700 tys. mieszkańców, w tym masowo napływający do miasta i gnieżdżący się w ciasnych kamienicach imigranci, potrzebuje miejsca do odpoczynku i integracji.
Ogłoszono konkurs na projekt. Wygrali go Calvert Vaux, angielski architekt i projektant krajobrazu, oraz Frederick Law Omsted, rolnik i pisarz z Connecticut. Chcieli parku demokratycznego, w którym stylizowany na wiejski krajobraz oraz kręte leśne ścieżki dawałyby namiastkę wakacji i biednym, żyjącym w złych warunkach, i „rockefellerom".
Przedsięwzięcie było gigantyczne. Na przyszły park wyznaczono teren skalisty i bagnisty. Robotnicy wysadzili skały, przenieśli prawie 5 mln metrów sześciennych kamienia i ziemi, zbudowali 36 mostów i łuków oraz 11 wiaduktów nad drogami. Posadzili 500 tys. drzew, krzewów i winorośli. Budowa trwała 15 lat, a zakładany budżet – 5 mln dolarów – dobił do 14 mln. Ale 160 lat później to wciąż jeden z najwspanialszych publicznych parków na świecie, który rocznie odwiedzają 42 mln osób.
W Central Parku nie sposób się nudzić, a jego władze co sezon przygotowują przewodniki z atrakcjami dla odwiedzających. Już sam różnorodny krajobraz jest atrakcją – od trawników, przez jeziora, po lasy, raz płaski, gdzie indziej wymagający. Można tu grać w gry, tańczyć do muzyki na żywo, opalać się, podglądać dziką przyrodę (ptaki, żółwie i oczywiście słynne szare amerykańskie wiewiórki, tu też mieści się nowojorskie zoo – to samo, z którego zwierzęta chciały uciec na Madagaskar w słynnej kreskówce) oraz naprawdę się zgubić. Na terenie parku działa sklepik, a część przychodów służy ochronie tutejszej flory i fauny. I tak jak chcieli twórcy Central Parku, są tu wszyscy: od przedszkolaków pochylających się nad roślinkami, przez biegaczy i rowerzystów w modnych sportowych ciuszkach, obserwatorów ptaków, jazzmanów i profesjonalnych wyprowadzaczy psów (nawet kilkunastu czworonogów naraz), po maklerów czytających na trawie bestsellery "New York Timesa" i młodzież palącą w krzakach trawkę*.
No dobrze, wyjdźmy jednak z Central Parku, choć to niełatwe. By szybko zorientować się w topografii Manhattanu, warto patrzeć na nazwy stacji metra. Wystarczy pamiętać, że "Uptown" to kierunek na Central Park, czyli w górę Manhattanu, a "Downtown" – w dół, w stronę Wall Street. Linii metra jest kilka, ale dość łatwo było mi się w nich połapać. Wszystko jest czytelne, na stacjach pracuje uczynna obsługa, a w szybkim przesiadaniu się między stacjami i pociągami bardzo pomaga aplikacja City Mapper.
*Woń marihuany to jeden z głównych zapachów Nowego Jorku.
Architektura – wjazd na Top of The Rock
W zrozumieniu skali i kształtu Nowego Jorku – położonego na wyspach, z dwóch stron oblanego rzekami Hudson i East River (za tą drugą jest Brooklyn, który gdyby stanowił osobne miasto, byłoby ono czwarte pod względem wielkości w Ameryce) – bardzo pomaga wjazd na któryś z wieżowców. Jeśli możecie pozwolić sobie tylko na jedną atrakcję za około 50 dolarów, wybierzcie właśnie punkt widokowy i zobaczcie 360-stopniową panoramę Manhattanu, przy ładnej pogodzie sięgającą daleko poza tę wyspę. Ja wjechałam na Top of The Rock, czyli dach Rockefeller Center, który jest najniższym punktem widokowym na Manhattanie (260 m), ale to z niego jest najpiękniejszy widok na mój ukochany Empire State Building oraz Central Park i całkiem niezły na Statuę Wolności. Na górze szybko zorientujecie się, gdzie jest Times Square (nie ma sensu spędzać tam więcej niż 15 minut), piękny Chrysler Building (niestety, zasłania go inny budynek, widać tylko iglicę), Brooklyn Bridge i Manhattan Bridge, w którą stronę na Bronx i do Harlemu. Widoki są oszałamiające, a na tarasie można zostać tak długo, jak się chce.
Nowy Jork ma wiele wspaniałych punktów widokowych na Manhattanie i poza nim. Na Manhattanie, oprócz Top of The Rock, to między innymi: Empire State Observatory (320 m), One World Observatory (386 m), Edge (320 m) i najnowszy Summit (427 m) z podłogą i ścianami wyłożonymi lustrami. Ceny są różne, w zależności od sezonu i pory dnia – zwykle najdrożej jest o zachodzie słońca. Oczywiście nie ma sensu wjeżdżać w pochmurny dzień – wyższe piętra wieżowców nie tyle drapią wtedy chmury, ile otulają się nimi jak szalem i niczego z góry nie zobaczycie.
Co jeszcze? Nie pojechałam pod Statuę Wolności ani do 9/11 Muzeum, które upamiętnia zamachy terrorystyczne na World Trade Center. Ograniczyłam się do zobaczenia memoriału stojącego w miejscu zburzonych bliźniaczych wież – i było to wystarczająco wstrząsające przeżycie. Pomnik to tak naprawdę dwa głębokie baseny ze spływającymi na dno wodospadami, wokół których umieszczono nazwiska ofiar. Robią piorunujące wrażenie. Zwłaszcza że przy niektórych nazwiskach leżą główki białych róż – znak, że dana osoba tego dnia obchodziłaby urodziny. Jeśli uda wam się w tym miejscu nie rozpłakać – szacun!
Kultura – MoMA, Broadway i koncerty w metrze
MoMA, Guggenheim, Whitney – wielka trójca nowojorskich muzeów sztuki. Właściwie to dla nich pojechałam do NYC. A oto efekt, najkrótsza recenzja ever: do Guggenheima warto się wybrać przede wszystkim dla budynku autorstwa Franka Lloyda Wrighta, jednego z najbardziej wpływowych architektów w historii. W środku większe wrażenie niż wystawa robią nieco futurystyczne, pełne zakamarków toalety.
W Whitney Museum of American Art jest znacznie lepiej, ale większość dzieł Edwarda Hoppera, dla których tam poszłam, leży w piwnicy i są wyciągane tylko na specjalne okazje, a na ścianach wisi zaledwie kilka jego obrazów i szkiców. Mimo to w Whitney bardzo mi się podobało – ekspozycja stała i czasowa są wspaniałe, a z licznych tarasów rozpościerają się piękne widoki na dzielnicę Meatpacking. W oddali dostrzeżecie historyczny zbiornik na wodę – z tych, jakie malował Hopper. Do domu najlepiej wrócić jednym z najmodniejszych nowojorskich parków. High Line – bo o nim mowa – powstał na dawnych torach kolejowych West Side Line. Liczy 2,33 km. Bardzo przyjemny, choć tłoczny, spacer.
Tylko Musem of Modern Art, czyli legendarna MoMA, w niczym mnie nie zawiodło, ba, rzuciło mnie na kolana. Wielka w tym zasługa wielkoformatowej instalacji "Unsupervised" Refika Anadola, turecko-amerykańskiego artysty, rocznik 1985, i projektanta nowych mediów. W MoM-ie wyszkolona przez Anadola sztuczna inteligencja w czasie rzeczywistym na wielkim ekranie przekształca zgromadzone w galerii dzieła sztuki w nieziemskie cyfrowe formy. Na widownię "wylewają się" kolorowe jęzory lawy. Hipnotyzujący spektakl, od którego nie mogą oderwać wzroku ani dzieci, ani dorośli.
W MoM-ie warto spędzić cały dzień, resztę muzeów od biedy można pominąć. Tym bardziej że w Nowym Jorku o sztukę potkniecie się na każdym kroku. Ja sporo czasu spędziłam na podziwianiu hiperrealistycznych rzeźb Carole Feuerman. Jej umieszczone w przestrzeni miejskiej – między pasami ulic – wizerunki dziewczyn i kobiet w kostiumach kąpielowych i z plażowymi piłkami wyglądają jak żywe i sprawiają, że Nowy Jork jest jeszcze bardziej szalony i łobuzerski.
Co jeszcze?
Idź na sztukę na Broadway. To nowojorskie must do i wielka przyjemność. Aktualnie wystawiane przedstawienia można przejrzeć na stronie https://www.broadway.com/. Biletów na sztuki grane od lat – "Chicago", "Nędzników" czy "Króla lwa" – nie warto kupować z wyprzedzeniem, najtaniej dostaniecie je tego samego dnia w budce TKTS przy Times Square. Najdroższe są bilety na nowe i krótko grane przedstawienia – miejsca blisko sceny potrafią kosztować nawet po 200 dolarów.
Słuchaj muzyków w metrze – występy pod ziemią są legalne (miasto je wspiera, a wiele planuje) i nigdy nie wiesz, na kogo trafisz. Jeśli ci się podoba, rzuć kilka dolarów do kapelusza.
Kulinaria – ostrygi pod Grand Central
Nowy Jork to nie tylko frytki, hot dogi i hamburgery w zimnych bułkach. To restauracje serwujące kuchnię z każdego zakątka świata (policzono, że jest ich tyle, że codziennie przez 22 lata można jeść w innej), modne śniadaniownie ze zdrowymi bowlami, koktajlami i mac’n’cheese plus tysiące budek i food trucków. Lęki przed daniami smażonymi w głębokim jak rzeka Hudson tłuszczu nie są nieuzasadnione, ale – primo – Amerykanie znają się na smażeniu jak mało kto i – secundo – mnie, posiadaczki żołądka-radaru na zmęczoną życiem fryturę, nikt nie próbował otruć. Najlepsze frytki (za 5 dolarów) dostaniecie w Central Parku, od strony głównego wejścia, a świetne hot dogi w food truckach Nathan’s* w całym mieście.
Jeśli jednak chcecie zjeść coś naprawdę nowojorskiego, skierujcie kroki do podziemi Grand Central. Pod głównym dworcem kolejowym w Nowym Jorku mieści się lokal z nieco dyskotekowym szyldem Oyster Bar specjalizujący się w daniach z ostryg. Ostrygi to sól nowojorskiej ziemi. Gdy Nowy Jork dopiero się rodził, były najłatwiejszym do zdobycia i najtańszym pożywieniem, pierwszym nowojorskim street foodem – talerz ostryg kosztował tyle, co hot dog. Przełowienie i zanieczyszczenie wód sprawiło, że dziś nowojorskie ostrygi to luksus, ale w Oyster Bar można sobie pozwolić na kilka. Sama restauracja powstała w tym samym roku co Grand Central – 1913. Wystrój jest fantastyczny i typowy dla epoki, a Oyster Bar – który przez 110 lat miał lepsze i gorsze chwile – dziś znów jest ikoną miasta, kochaną przez jego mieszkańców. Bo czy może być coś bardziej nowojorskiego niż talerz ostryg na lodzie popijanych szampanem w samo południe? To lepsze nawet od śniadania u Tiffany’ego. Ja zjadłam przy barze ostrygi grillowane, posypane startym grzybem portobello i inny nowojorski klasyk – zupę z homara. Wyśmienite.
Czytając o modnych nowojorskich knajpach, byłam przygotowana na stanie w kolejkach, nawet do food trucków. I co? Nie stałam w ani jednej. Może dlatego, że nowojorskie mody zmieniają się szybko – dziś na topie jest ten bar i knajpa, jutro co innego, a ja nie szukałam najmodniejszych. Faktem jest też, że nie poszłam na orgazmiczną kanapkę Meg Ryan do Kastz’s Delicatessen ani do słynnej pizzerii Lombardi’s Pizza, gdzie zwykle kłębi się tłum turystów. Zaskoczeniem było dla mnie raczej to, że niektóre lokale w NYC otwierają się późno (na przykład dopiero po 17), mają kilkugodzinną przerwę w ciągu dnia (jak we Włoszech) albo danego dnia są całkiem nieczynne. Nim więc napalicie się na knajpę na drugim końcu miasta, sprawdźcie zawczasu w internecie, czy nie pocałujecie klamki.
*Roczne zezwolenie na stoisko z hot dogami w Central Parku kosztuje prawie 300 tys. dolarów!
Podsumowanie
Przed podróżą do Nowego Jorku usłyszałam wiele przestróg: że Nowy Jork jest brudny i pełen szczurów, a metro skomplikowane. Szczura nie widziałam ani jednego, a z tymi śmieciami też nie przesadzajmy – w polskich lasach bywa gorzej. Metro to miasto w mieście – i w tym jego urok. Sprawdza się nie tylko jako szybki i niedrogi środek komunikacji, ale też idealne miejsce do przyjrzenia się bliżej nowojorczykom. I choć bywa zatłoczone, to właśnie w nim najwięcej uśmiechałam się do ludzi i najmniej martwiłam o swój plecak.
Gdy mówiłam, że lecę do NYC na tydzień, odpowiadały mi zdziwione spojrzenia. "Tak krótko? Niewiele zobaczysz". Zobaczyłam i przeżyłam tyle, że nie jestem w stanie opowiedzieć wszystkiego w krótkim tekście. Całkiem na serio proponowano mi diamenty u Tiffany’ego, byłam w Trump Tower (w środku ściany wyglądają jak obłożone salcesonem), szukałam wolnego miejsca na selfie na Brooklyn Bridge (ciężko) i piłam dużo lurowatej amerykańskiej czarnej kawy z dzbanka (nie taka zła!). Byłam w China Town, Little Italy i w Soho. W Bibliotece Publicznej podziwiałam jedną z najpiękniejszych książek, jakie kiedykolwiek powstały – "The Birds of America" Johna Jamesa Audubona, z ręcznie namalowanymi wielkoformatowymi akwarelami przedstawiającymi ptaki Ameryki. Nawiasem mówiąc, Biblioteka Publiczna ma najwspanialszy muzealny sklepik w całym mieście (a zajrzałam do wielu, w tym do uchodzącej za kultową księgarni Strand).
Nowemu Jorkowi (i sobie) jestem wdzięczna za wolność odkrywania tego miasta nie po czyichś śladach, ale po swojemu, bez presji. Może dlatego ani przez chwilę nie poczułam się nim zmęczona czy przytłoczona.
Nigdy też nie będę się już śmiać z zimy w Nowym Jorku, ze śnieżycami, które co roku zaskakują jego mieszkańców bardziej niż polska zima drogowców. U progu maja doświadczyłam w NYC naprawdę drastycznych zmian pogody. Ostatnie dwa dni przypominały nie wiosnę, lecz ostrą jesień, z porywistym wiatrem, oberwaniem chmury i podtopieniami – na lotnisko dotarłam totalnie przemoczona. Więc jeśli o czymś jeszcze warto pamiętać przed podróżą do NYC, to o byciu przygotowanym na najlepsze doświadczenia i najgorszą pogodę.
Czy idealizuję Nowy Jork? Tak. I – jak to u zakochanych – w ogóle mi to nie przeszkadza.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.





