Dlaczego warto?
San Diego, położone na samym krańcu południowej Kalifornii, działa jak magnes na miliarderów. Domy w tym mieście lub jego okolicach mają współtwórca Microsoftu Bill Gates, słynny skateboardzista Tony Hawk oraz Deepak Chopra, guru medycyny naturalnej, którego poradniki zawojowały cały świat.
To drugie największe miasto w Kalifornii, liczące ponad 1,3 mln mieszkańców, przyciąga również amerykańskich turystów, którzy chcą odpocząć na wybrzeżu słynącym z klifów, słońca i malowniczych plaż. Podczas gdy Amerykanie ze wschodnich i środkowych stanów przeklinają los w smaganych śnieżycami miastach, w San Diego temperatura zimą rzadko spada poniżej 10 stopni.
Oprócz grudnia, który jest wyjątkowo deszczowy, oraz maja i czerwca, które słyną z zachmurzenia (stąd mieszkańcy miasta ochrzcili te miesiące mianem May Gray i June Gloom), niemal każdego dnia można cieszyć się słońcem. Do tego stopnia, że latem niektórzy wspominają te "gorsze" miesiące w roku. Gdy mieszkałam w San Diego, zdarzało mi się wspomnieć podczas small talku z sąsiadami lub przechodniami, jak było wspaniale, gdy tydzień/dwa/trzy tygodnie temu był pochmurny dzień. Dziwnym trafem moi rozmówcy wiedzieli dokładnie, o który dzień mi chodzi. Najlepszy czas na przyjazd to marzec–kwiecień lub okres od września do listopada. Ominie nas wtedy najgorszy upał.
San Diego nie jest przy tym typowym kurortem, gdzie wszystko znajdziemy w jednym miejscu. Jeśli zamierzamy się tu wybrać, musimy albo wypożyczyć samochód, albo zacisnąć zęby i poruszać się komunikacją miejską, co jest wersją dla cierpliwych. Jest jednak i zaleta tej opcji: zobaczymy prawdziwe oblicze południowej Kalifornii (z osobami w kryzysie bezdomności na czele), a nie tylko największe atrakcje turystyczne.
Dla fanów „Top Gun"
San Diego ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami położone jest w niezwykle ciekawym rejonie Stanów Zjednoczonych. Oddalone o 25 km od granicy z Meksykiem, odgrywa kluczową rolę ze względów obronnych. W mieście i jego okolicach znajduje się kilka baz wojskowych, w tym słynna baza lotnicza piechoty morskiej w dzielnicy Miramar, gdzie do 1996 roku mieściła się elitarna szkoła dla pilotów wojskowych Top Gun (stąd tytuł kultowego filmu z 1986 roku z Tomem Cruise’em w roli głównej).
O tym, że ta część Kalifornii jest niezwykle istotna dla USA, przypominają statystyki: w San Diego i jego okolicach stacjonuje niemal 100 tys. wojskowych, co drugi żołnierz amerykańskiej piechoty morskiej odbywa tutaj szkolenie, a co trzeci na pewnym etapie swojej kariery zawodowej nazywa właśnie to miasto swoim domem.
Grzechem byłoby nie wstąpić do muzeum zorganizowanego na okręcie wojennym USS Midway, który był najdłużej służącym amerykańskim lotniskowcem w XX wieku. Nazwany na cześć wygranej przez Amerykanów bitwy o Midway w czerwcu 1942 roku, odegrał potem istotną rolę podczas wojny w Wietnamie i operacji "Pustynna burza" w 1991 roku. Rok później okręt przeszedł w zasłużony stan spoczynku, a w 2004 roku stał się siedzibą muzeum na nabrzeżu w San Diego.
Na ogromnym lotniskowcu, o 305 m długości i około 78 m szerokości, poznamy realia, w których funkcjonowała około 4,5-tysięczna załoga. Najwyższy poziom zarezerwowany był na pas startowy i kabiny dla admirałów oraz kapitanów. W hangarach na niższej kondygnacji trzymano transportowane na okręcie samoloty. Pod pokładem zaś tętniło życie. Mieściło się tam całe zaplecze potrzebne do funkcjonowania ogromnego statku: pralnia, magazyny, poczta, mesa oficerska, kaplica, izba chorych i rzecz jasna maszynownia. USS Midway był sprawnie funkcjonującą machiną, gdzie 225 kucharzy wydawało 13 tys. posiłków dziennie. Szacuje się, że na lotniskowcu każdorazowo znajdowało się od 200 do 300 pilotów, a średnia wieku marynarzy wynosiła zaledwie 19 lat.
Z kolejnych ciekawostek: wśród wolontariuszy muzeum spotkamy emerytowanych wojskowych. Mało tego, niektórzy z nich to absolwenci wspomnianej szkoły pilotów wojskowych Top Gun. A Tom Cruise wraz z obsadą sequela "Top Gun: Maverick" odwiedził USS Midway i promował tu nową produkcję w maju 2022 roku.
Skoro już jesteśmy na nabrzeżu, to wpadnijmy do pobliskiego Tuna Harbor Park, gdzie nie sposób pominąć Kissing Statue, czyli niemal ośmiometrowego pomnika przedstawiającego marynarza całującego pielęgniarkę. To nawiązanie do słynnej fotografii Alfreda Eisenstaedta, który zarejestrował spontaniczny pocałunek na nowojorskim placu Times Square 14 sierpnia 1945 roku, czyli w dniu, w którym Japonia ogłosiła kapitulację. Pomnik z San Diego to dzieło artysty Sewarda Johnsona, wykonane na Wschodnim Wybrzeżu, w stanie New Jersey. Aby dotrzeć do San Diego, pomnik musiał przemierzyć 4,5 tys. km na przyczepie ciężarówki. Pod Kissing Statue tłumnie zatrzymują się pary, które chcą odtworzyć słynny nowojorski pocałunek. Mieszkańcy San Diego traktują pomnik nie tylko jako atrakcję turystyczną: dla nich to swego rodzaju hołd dla żołnierzy, którzy narażają swoje życie dla ojczyzny.
Po kilku godzinach zwiedzania przyda się odpoczynek. Warto wybrać się na Broadway Pier, który znajduje się tuż obok USS Midway. Aby w spokoju nacieszyć się widokiem na zatokę San Diego, wystarczy minąć budynek terminalu statków wycieczkowych wzdłuż jego lewego boku i dotrzeć na sam skraj molo. Po zmroku dodatkową atrakcją jest widok na rozświetlone wieżowce w downtown i niebiesko-czerwone oświetlenie na lotniskowcu USS Midway.
Plażowanie przy bazie wojskowej
Kolejnym moim faworytem w okolicach San Diego jest miasteczko Coronado położone na półwyspie o tej samej nazwie. Można tu nie tylko poleżeć plackiem na plaży, ale także przy okazji pooglądać latających nad głową myśliwców, oczywiście jeśli rozłożymy się w pobliżu bazy lotniczej Naval Air Station North Island. Atrakcyjne są także rejony Naval Amphibious Base Coronado, gdzie przy odrobinie szczęścia podejrzymy na plaży, jak wygląda trening najsłynniejszej jednostki komandosów Navy SEALs.
Dotarcie na Coronado samo w sobie jest przygodą. Mamy do wyboru 15-minutową przeprawę promem przez zatokę San Diego lub jazdę monumentalnym, ponad trzykilometrowym Coronado Bridge. Ta druga opcja zapewnia niezwykły widok z obu stron: po prawej widzimy zatokę i wieżowce San Diego, a po lewej – stocznię i majaczące w oddali wzgórza. Efekt jest piorunujący, również po zmroku, gdy światła San Diego odbijają się w wodach zatoki. Jeśli jedziemy autobusem komunikacji miejskiej, koniecznie usiądźmy na siedzeniu z lewej strony.
Niemal 20-tysięczne Coronado ma ciekawą historię: miasteczko rozwinęło się na półwyspie kupionym w 1885 roku za 110 tys. dol. przez trójkę inwestorów. Elisha S. Babcock Jr, Hampton L. Story i Jacob Gruendike wpadli na ekstrawagancki pomysł, by pomimo braku doświadczenia w biznesie wybudować hotel na malowniczo położonym półwyspie. Aby mieć na to środki, zorganizowali aukcję, podczas której sprzedali 350 działek ziemi, zarabiając na tym 110 tys. dol. Inwestorzy nie czekali długo na budynek: niecałe trzy lata po zakupieniu półwyspu monumentalny hotel w wiktoriańskim stylu otwierał się na pierwszych gości. W budynku wykonanym całkowicie z drewna nocowało między innymi 11 amerykańskich prezydentów, w tym Franklin D. Roosevelt, George W. Bush i Bill Clinton, oraz hollywoodzkie osobistości, jak Frank Sinatra, John Wayne czy Marilyn Monroe. Ta ostatnia spędziła tutaj dużo czasu przy okazji pracy na planie filmu komediowego "Pół żartem, pół serio". Hotel do dziś przyciąga celebrytów, w Coronado nocowali między innymi: Brad Pitt, Shakira, Oprah Winfrey, Robert Downey Jr, Kevin Costner i Steven Spielberg. Nic dziwnego, że noc w najtańszym pokoju bez widoku na ocean kosztuje nawet 700 dolarów.
Nie trzeba jednak wydawać fortuny, by poczuć blichtr tego kurortu: wystarczy usiąść z drinkiem w hotelowej restauracji Sun Deck tuż przy plaży. Mnie jednak lepiej obserwowało się zachody słońca w mniej zaludnionych rejonach plaży, a wbrew pozorom takie w Coronado można znaleźć. Wystarczy pójść w kierunku Stan’s Beach lub cofnąć się na Coronado Beach. Moja ulubiona miejscówka znajduje się niedaleko bazy lotniczej Naval Air Station North Island.
Coronado to nie tylko plaża. Polecam spacer okolicznymi uliczkami, gdzie możemy podziwiać wiktoriańską architekturę i podejrzeć, jak żyją mieszkający tu emerytowani wojskowi. Lubiłam tu zaglądać przed wyborami prezydenckimi w 2020 roku. W liberalnej Kalifornii Coronado jest przyczółkiem zwolenników Partii Republikańskiej, dlatego podczas ówczesnej kampanii na trawnikach roiło się od tabliczek z napisem "Donald Trump".
Z San Diego absolutnie nie można wyjechać bez odwiedzenia La Jolli. Choć w tym miejscu Europejczykowi może być trudno zamieszkać, co przetestowałam na własnej skórze (zawrotne ceny najmu, kiepsko rozwinięta komunikacja miejska), to jednak warto je odwiedzić. Kto w końcu nie chciałby podejrzeć, jak żyją amerykańscy bogacze, którzy na luzie w ciągu dnia pracy paradują po ulicach w markowych dresach i okularach przeciwsłonecznych za kilkaset dolarów? Nierzadko towarzyszą im pudle lub inne rasowe psy, którym zapewne trudno wytrzymać w kalifornijskim upale. A tutejsze słońce jest dużo bardziej bezwzględne niż polskie. W drogeriach można kupić mleczko do opalania z faktorem ochronnym SPF 100 i uwierzcie mi – to nie jest fanaberia.
Zanim dotrzemy na kultowe plaże La Jolli, proponuję zrobić sobie dłuższy spacer. Wyruszmy z kampusu Instytutu Oceanografii im. Scrippsa. To jedna z najstarszych i najbardziej prestiżowych jednostek badawczych na świecie, która przy okazji ma malowniczo położony kampus. Jeśli wybieramy się tutaj samochodem, pamiętajmy, by zaparkować go poza terenem uczelni, gdyż miejsca parkingowe zarezerwowane są tylko dla jej pracowników. Najłatwiej zostawić auto na ulicach La Jolla Shores Dr albo La Jolla Farms Road.
Wycieczkę zacznijmy od okolic laboratorium MESOM przy ulicy Biological Grade. Naprzeciwko budynku mieszczą się drewniane schody, którymi dotrzemy na niewielki plac z ławkami. Rozciąga się stamtąd przepiękny widok na Pacyfik – siedząc na wysokim klifie, mamy wrażenie, jakby cały ocean był u naszych stóp. Ciekawie bywa też, jeśli spojrzymy pod nogi. W tych okolicach często kicają po trawie króliki i czasem jest ich naprawdę mnóstwo. Możemy być pewni, że idąc dalej w dół kampusu, nie uwolnimy się od widoku małych kulek biegających po równo przystrzyżonych trawnikach.
Kolejne kroki skierujmy w stronę molo im. Ellen Browning, z którego naukowcy prowadzą badania. Obiekt zamknięty jest dla zwiedzających i można tam wejść tylko z osobą, która ma do niego autoryzowany dostęp. Ciekawą perspektywę daje również spacer pod molo, oczywiście kiedy akurat jest odpływ. Trudno nie skusić się na zrobienie kilku zdjęć, i to najlepiej o zachodzie słońca.
Kolejne fotki warto zrobić, sącząc sok lub pijąc kawę w słynnej knajpce Caroline’s Seaside Cafe. To zdecydowanie moja ulubiona miejscówka do posiedzenia nad oceanem. Serwowane tu jedzenie nie jest wykwintne – zjemy burgera, kanapkę z tuńczykiem na gorąco (tuna melt) lub kultowe amerykańskie naleśniki – ale za to widok na Pacyfik i kołyszące się na wietrze palmy jest obłędny! Przy okazji można podsłuchać rozmowę naukowców wpadających tu na szybki lunch (ulubiona pora Amerykanów to 11.30).
Skoro już jesteśmy bezpośrednio przy oceanie, to kierujmy się dalej w stronę popularnej wśród turystów La Jolla Shores Beach. Na jej krańcu zawsze można spotkać ludzi szykujących się do wypłynięcia kajakiem. Jest mnóstwo biur oferujących wycieczki wzdłuż wybrzeża, podczas których można odwiedzić jedną z okolicznych jaskiń morskich i poobserwować pod wodą ławicę występujących w tej części Pacyfiku ryb Garibaldi.
Jeśli o zwierzęta chodzi, to moim ulubionym miejscem jest plaża La Jolla Cove, gdzie lubią wylegiwać się foki i lwy morskie. Nie ma nic bardziej relaksującego niż przyglądanie się rozleniwionym ssakom, które przewracają się z boku na bok, szukając dogodnej pozycji. Mniej relaksujące jest za to obserwowanie fotografujących je tłumów turystów, dlatego polecam schowanie się w jednej z pobliskich zatoczek, gdzie w spokoju popatrzymy na ocean i pojedyncze grupki ssaków. Tylko uwaga: tam, gdzie znajdują się największe skupiska zwierząt, przygotujmy się na intensywny zapach w powietrzu. Mieszkańcy tej części La Jolli narzekają na smród odchodów kormoranów i pelikanów brunatnych koczujących na pobliskich skałach. Wszystko w życiu ma swoją cenę: chcesz podziwiać kalifornijską przyrodę, to zatkaj nos.
Nosa zatykać nie trzeba za to w pobliskim downtown, będącym prestiżową wizytówką La Jolli. Na Girard Avenue i Prospect Street mieszczą się butiki luksusowych marek, modne galerie sztuki, zakłady jubilerskie i obrzydliwie drogie restauracje, do których wieczorami zaglądają kalifornijscy bogacze. W przeciwieństwie do przeciętnego zjadacza chleba w Polsce nie zaprzątają sobie głowy, gdzie zaparkować samochód. Wystarczy, że skorzystają z powszechnej w USA opcji valet parking, polegającej na tym, że kierowca zostawia pojazd w wyznaczonym punkcie, a parkingowy odstawia auto w bezpieczne miejsce. Uwaga: koncentracja bogactwa w tej części La Jolli bije po oczach.
Kierunek: Meksyk
Południowa Kalifornia – jak i całe Stany – to miejsce kontrastów. Wystarczy wsiąść w centrum La Jolli do autobusu linii nr 30, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Głównymi pasażerami transportu publicznego są Meksykanie, którzy dojeżdżają tu do pracy u amerykańskich bogaczy. Od dekad zasilają lokalny rynek pracy, robiąc to, czym Amerykanie nie chcą się zajmować: koszą trawę i przycinają krzewy, sprzątają domy, opiekują się cudzymi dziećmi i pracują w fast foodach. Gdy mieszkałam w San Diego, zdarzyło mi się spotkać kobiety dojeżdżające codziennie do La Jolli prosto z Tijuany, oddalonego o niemal 50 km meksykańskiego miasta tuż przy granicy z USA. Oznaczało to dla nich co najmniej dwie godziny spędzone w amerykańskim transporcie, nie licząc czasu na przekroczenie przejścia granicznego w San Ysidro. Nawet jeśli kogoś stać na samochód, co skraca czas dojazdu (do około 33 minut), to i tak skazany jest na stanie w korkach na granicy. Kto się decyduje na taką mordęgę? Meksykanie, którzy mają amerykańskie obywatelstwo lub zieloną kartę (status stałego rezydenta w USA), ale dla obniżenia kosztów życia mieszkają w Tijuanie.
Codziennie granicę przekraczają także osoby posiadające tzw. border crossing card – to wydawane na 10 lat pozwolenie uprawniające do krótkich wizyt w celach turystycznych lub biznesowych na obszarze oddalonym maksymalnie 40 km od amerykańskiej granicy. Niektórzy łamią przepisy i posługują się tą kartą, aby jeździć do Stanów w celach zarobkowych.
Przejście graniczne w San Ysidro uznawane jest za najbardziej ruchliwe na zachodniej półkuli. Jak wskazują statystyki amerykańskiej Administracji Usług Ogólnych (General Services Administration), codziennie granicę pokonuje tutaj pieszo 20 tys. osób, a samochodem – 70 tys. W zeszłym roku przejście w San Ysidro przekroczyło ponad 31 mln ludzi. Lepiej wybrać się tu komunikacją publiczną, niebieską linią kolejki podmiejskiej z San Diego , gdyż ceny parkingów powalają. W piątki i weekendy zaparkowanie auta na kilka godzin kosztuje około 18 dol. W ten sposób unikniemy także nerwów związanych z dość skomplikowaną organizacją ruchu – chyba nikt nie chciałby znaleźć się przez przypadek na pasie wiodącym do przejścia granicznego z Meksykiem. Przy takiej drodze stoi znak z napisem "Mexico only. No USA return" (Tylko Meksyk, brak powrotu do Stanów).
Będąc w San Ysidro, warto pokręcić się w okolicach pieszych przejść granicznych – PedEast – to trzy minuty spacerem od pętli kolejki podmiejskiej San Ysidro Trolley Station. Mniej uczęszczany PedWest znajduje się pobliżu centrum handlowego Las Americas Premium Outlet. W tym drugim miejscu nie jest rzadkością widok przechodniów, którzy wracają do Meksyku po szale zakupów w amerykańskich sieciówkach.
San Ysidro to też dobre miejsce, by w jednym z okolicznych barów zamówić tacos lub burrito, czyli danie w postaci pszennego placka z mięsnym farszem i dodatkami, jak czerwona fasola, ryż, pomidory i pasta guacamole. Bliżej Meksyku zjeść się nie da.
Marta Zdzieborska. Dziennikarka "Press", stała współpracowniczka Tygodnika Powszechnego, korespondentka w USA w latach 2018-2020. Publikowała również w Wysokich Obcasach, Polityce i stołecznej Gazecie Wyborczej. Autorka książki Tamtego życia już nie ma (Świat Książki, 2019), zbioru reportaży o uchodźcach w Polsce. Laureatka honorowego wyróżnienia Nagrody im. Adolfa Bocheńskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2016) oraz Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka (2017).



