Tekst został opublikowany w 2023 roku. To jeden z najchętniej przez Was czytanych artykułów Weekendu
"Weekend w Drodze" to nowy cykl tekstów o podróżach w Weekend.gazeta.pl. Piszemy tylko o miejscach, które osobiście odwiedziliśmy i do których chętnie byśmy wrócili. O kierunkach, które "wszyscy znają", i o tych, które znają nieliczni.
Dlaczego warto?
La Gomera – to tutaj Krzysztof Kolumb zrobił ostatni postój przed odkryciem Ameryki. Druga najmniejsza w archipelagu Wysp Kanaryjskich; z jednej strony za sąsiadkę ma największą Teneryfę, z drugiej najmniejszą El Hierro. Widać stąd jak na dłoni idealną sylwetkę wulkanu Teide na Teneryfie, a przy dobrej pogodzie wybrzeże Maroka. La Gomera jest niemal okrągła – czym zyskała sobie przydomek "Isla Redonda" – lecz pocięta górskimi wąwozami. Przez to z lotu ptaka przypomina wyciskarkę do cytryn. Jej opadające do oceanu brzegi rzeźbią tarasy, na których mieszkańcy uprawiają banany (na Kanarach to nie owoc, lecz życie), awokado i mango, a wokół rosną palmy kanaryjskie i bujne rośliny.
Mówi się, że to "wyspa szczęśliwa" – tutejszy klimat uchodzi za najlepszy na świecie, latem temperatura utrzymuje się w okolicach 24 stopni C, zimą – 18. Przy tym nierzadko – zwłaszcza w centrum – mży lub pada deszcz, a światło i chmury dają niesamowite spektakle, dzięki którym te same miejsca za każdym razem wyglądają inaczej.
Największy skarb La Gomery to oszałamiająca przyroda. Cała wyspa jest Światowym Rezerwatem Biosfery UNESCO i przyrodniczym topem topów. Spośród 4182 występujących tu lądowych gatunków roślin i zwierząt aż 1021 to endemity – nie ma ich nigdzie indziej na świecie. Środek wyspy pokrywa jeden z nielicznych pozostałych na ziemi lasów laurowych z trzeciorzędu, czyli sprzed epoki lodowcowej! Na jego terenie utworzono Park Narodowy Garajonay, wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. Na brzegach wyspy zaś przycupnęły kanaryjskie miasteczka, w których można poplażować, ruszyć z nich na trekking w góry albo wypłynąć na Atlantyk w poszukiwaniu delfinów i wielorybów.
La Gomera na liście UNESCO ma coś jeszcze – jedyny na świecie gwizdany język zwany "silbo gomero". Wreszcie tutejsza kuchnia – ważny element wakacji – jest prosta, zaskakująca i pyszna.
Prawdą jest, że każda z siedmiu Wysp Kanaryjskich jest inna. La Gomera jest jeszcze do tego przewrotna. Niby wulkaniczna, ale ostatni raz wulkan dał tu o sobie znać dwa miliony lat temu. Niby turystyczna – populacja wyspy liczy 22 tys. mieszkańców, a większość mieszkańców utrzymuje się z tej gałęzi – ale na wyspę dociera zaledwie jeden procent wszystkich turystów odwiedzających Kanary i zwykle tylko na jeden dzień. Niby mała – średnica lądu liczy 22 km – ale w górzystym terenie prawie nie zdarzają się proste odcinki dróg, a niemal same serpentyny, jak nitki spaghetti rzucone na talerz*.
*Jazda po tych nitkach bywa ryzykowna – przekonałam się o tym już pierwszego dnia. Akurat piłam kawę z widokiem na plantację bananów, gdy rozległ się nagły huk. Na zakręcie wąskiej drogi błękitna chmurka fiata 500 wbiła się w szarą chmurę volvo. Winowajczyni – angielska turystka o srebrnych włosach – zakryła oczy dłońmi w międzynarodowym geście "nie wierzę". Głupia stłuczka, pewnie się zapatrzyła. Na szczęście nikomu nic się nie stało.
Kiedy, jak i na ile?
Turyści zazwyczaj docierają na Gomerę w ramach jednodniowej wycieczki z Teneryfy lub Gran Canarii. To stanowczo za krótko. Nie wahajcie się obrać La Gomery za główny cel wakacji.
Najlepszy sezon na Wyspy Kanaryjskie to ten czas, kiedy w Polsce pogoda jest straszna, czyli od października/listopada do lutego/marca. Ale można się tu wybrać przez okrągły rok.
La Gomera ma w zasadzie tylko jedną wadę – którędy by na nią nie lecieć, podróż zajmuje calutki dzień. Wyspa wynagrodzi wam jednak trudy lotów, rejsów promem, przesiadek.
Jeśli chcecie pojeździć po wyspie, na miejscu trzeba wynająć auto. Program minimum można zrobić w cztery–pięć dni. Na zwiedzanie bez pośpiechu, z przystankami przy licznych punktach widokowych i odpoczynkiem na plaży warto przeznaczyć nawet dwa tygodnie.
Aktywnie: trekking w lesie sprzed epoki lodowcowej
Park Narodowy Garajonay – powiedzieć, że jest baśniowy, to nic nie powiedzieć. To las jak z "Parku jurajskiego", minus dinozaury. Jak z "Władcy pierścieni", minus hobbity. Zajmuje całą centralną część wyspy, więc nie da się go ominąć. I nie wolno!
Nasz busik pnie się po "asfaltowym spaghetti" coraz wyżej i wyżej. Ze skąpanej w słońcu wyżyny wjeżdżamy w półmrok i mgłę. Po obu stronach drogi wyrasta las. Ale jaki! Puszcza, lecz inna od polskich puszcz. Cienkie, powykręcane konary drzew wyciągają się w górę i na boki jak ramiona leśnych istot. Te ramiona porastają długie kosmate mchy, powiewające na wietrze. Drzewne stwory to faktycznie staruszkowie, mają do 200 lat, a ich korzenie nawet 500–600. Około 70 proc. parku Garajonay porasta las laurowy, a mówiąc precyzyjniej wawrzynowy, tzw. laurisilva.
La Gomera powstała około 10–12 mln lat temu. Laurisilva pokrywała wówczas znaczną część Europy, dopóki nie nadeszła epoka lodowcowa. Prehistoryczna puszcza zachowała się tylko w Makaronezji (oprócz Wysp Kanaryjskich to Wyspy Zielonego Przylądka, Azory, Archipelag Madera i sąsiednie Wyspy Selvagens), na południu Półwyspu Iberyjskiego i północy Maroka, ale to na Gomerze jest dziś największa na świecie. I choć nie pokonał jej lód, mało brakło, by przepadła w ogromnym pożarze, który rozszalał się tu w 2012 roku. Spłonęło ponad trzy tysiące hektarów lasów i łąk – zostały po nich szare kikuty – a 600 osób ewakuowano. Do dziś nie wiadomo, kto wywołał pożar: susze czy człowiek.
Laurisilva przypominają liście laurowe, ale to nie te, które wrzucamy do zupy. Są zawsze zielone, lecz określenie "zieleń" to też mało powiedziane. To cała paleta jej odcieni – od ciemnej, prawie czarnej po niemal żółtą i fosforyzującą. Bujna roślinność jest efektem małych rocznych amplitud temperatury i stałej wilgotności. Nie jest to las deszczowy, lecz mglisty. Mgła przesuwa się po lesie niemal cały czas, a mchy i porosty chłoną wodę jak gąbka i oddają do poszycia i ziemi. Powykrzywiane omszałe drzewa, gigantyczne paprocie, bluszcze i pnącza to idealna sceneria do mrocznej baśni. Ale w Garajonay nie jest mrocznie – wręcz przeciwnie, przebywanie w prehistorycznym otoczeniu budzi euforię dziecka. Naprawdę brakowało mi tylko dinozaurów. Ostatecznie mogą je zastąpić wielkie gomeryjskie jaszczurki, lecz te raczej unikają turystów.
Park narodowy Garajonay ma powierzchnię 3984 ha i składa się z kilku lasów. Jednym z najpiękniejszych jest El Cedro, położony na skraju rezerwatu, w miejscowości Hermigua. Celem niedługiego trekkingu jest tu leśna pustelnia zbudowana w 1935 roku na prośbę angielskiej guwernantki, która pracowała dla zamożnej kanaryjskiej rodziny. Całą trasę pokonuje się wzdłuż potoku.
Koniecznie trzeba też wejść na najwyższy szczyt parku, Alto de Garajonay, z którego roztacza się widok na CAŁĄ La Gomerę i inne wyspy archipelagu (najlepiej zostawić samochód na parkingu przy El Contadero, trasa w górę jest łatwa i zajmuje 35–45 minut). Wiele wspaniałych szlaków zaczyna się w okolicy La Laguna Grande, które jest też idealnym miejscem na piknik.
Garajonay to trzeci najpopularniejszy park narodowy na Kanarach – po Teide na Teneryfie i Timanfayi na Lanzarote. Rocznie odwiedza go nawet milion turystów, ale w parku tego nie czuć – w listopadzie, czyli kanaryjskim wysokim sezonie, spotykaliśmy w lasach nieliczne osoby (i jedną ekipę filmową z USA). Na terenie parku nie ma osiedli ludzkich, są jedynie na jego obrzeżach. Wytyczono tu 18 szlaków trekkingowych i spacerowych (głównie łatwe), ale infrastruktura turystyczna jest ograniczona – wszystko z uwagi na jak najwyższy stopień ochrony przyrody. Nie wolno schodzić ze szlaków.
Na wyznaczonych trasach nie sposób się zgubić. Dodatkowo przez cały rok w każdy piątek, a latem też w środy, z centrum turystycznego parku w Juego de Bolas wyruszają bezpłatne wycieczki z przewodnikiem. Przewodnik mówi po hiszpańsku, trzeba się zapisać i potwierdzić obecność dzień wcześniej, grupy liczą góra 15 osób.
Kultura: silbo gomero – góralskie gwizdanie z listy UNESCO
Oprócz baśniowego lasu La Gomera ma jeszcze jeden skarb wpisany na listę UNESCO. To silbo gomero, język gwizdów używany wyłącznie przez mieszkańców tej wyspy do porozumiewania się na dużych odległościach. Jak dużych? Wytrawnego silbadora można usłyszeć z pięciu, a niektórzy mówią, że nawet z ośmiu kilometrów. Silbo gomero jest chronione, bo teoretycznie zamiera, a z drugiej strony dziś, w dobie telefonów komórkowych i internetu, jest coraz bardziej żywy. Posługują się nim już nie tylko pasterze – po latach zaniedbań uczą się go obowiązkowo również dzieci w podstawówkach.
Skąd się wziął? Nim Wyspy Kanaryjskie podbili katoliccy Hiszpanie, ziemie te zamieszkiwali Guanczowie, lud o berberyjskich korzeniach. La Gomera, jak już wiemy, pocięta jest wąwozami, jarami i dolinami, tzw. barrancos, między którymi komunikacja jest utrudniona. Dlatego zaczęto do siebie gwizdać, z czego z czasem powstał najprawdziwszy język. Gdy Hiszpanie wymordowali Guanczów, przejęli wszystko. Język z biegiem lat ewoluował, a dziś jest de facto gwizdaną wersją kastylijskiego – badacze potwierdzili, że gwizdy są odbierane przez tę samą część mózgu co zwykła rozmowa. Gwiżdże się na specjalnie ułożonych w ustach palcach i jest to bardzo trudne!
By usłyszeć silbo gomero można udać się do któregoś z pasterzy. Wersja łatwiejsza to wizyta w tradycyjnej wiosce Caserío de Las Hayas, nieopodal parku Garajonay, gdzie można zjeść lunch w restauracji Casa Amparo Las Hayas. Tutejsza obsługa wygwiżdże wszystko, w tym wasze imiona. Jeśli nie chcecie zostać wygwizdani, zostawcie przyjemny napiwek.
Co jeszcze?
Birdwatching. Na La Gomerze można zobaczyć 300 gatunków ptaków, z czego spora część to gatunki endemiczne, jak na przykład gołębie laurowe i kanaryjskie.
Szlaki trekkingowe i wspinaczkowe. Wytyczono ich tu ponad 600 km. Najpiękniejsze widokowo trasy – od plaż, przez gaje palmowe, po wąwozy i góry – znajdziecie tutaj. Trzeba pamiętać, że jest się w górach – niektóre szlaki są trudne, trzeba mieć dobre buty, odpowiedni sprzęt, zapas wody i jedzenia.
Architektura: adrenalina na "balkonie Atlantyku"
Na La Gomerę nie przyjeżdża się dla światowej sławy muzeów czy pałaców, tym kusi kontynentalna Hiszpania. Na wyspie najpiękniejszą architekturę wyrzeźbiły żywioły, a człowiek co najwyżej lekko im pomaga. Jedną z zapierających dech w piersi atrakcji wyspy są tzw. miradores, czyli punkty widokowe. To zazwyczaj drogowe zatoczki, gdzie można bezpiecznie zatrzymać samochód – roztaczające się z nich widoki zwalają z nóg. Na La Gomerze spektakularnych miradorów jest aż 25 plus cztery przygotowane specjalnie do obserwacji ptaków (Playa de La Cueva, Roque Blanco, Playa de Vueltas i Presa de La Encantadora). Który zobaczyć? Najlepiej wszystkie, i to o różnych porach dnia. Jeśli na wyspie spędza się minimum tydzień, można to zrobić bez problemu i pośpiechu.
A jeśli wszystkich się nie da? Wtedy trzeba podjechać przynajmniej do Agulo i wejść na Mirador de Abrante. To oszklona siedmiometrowa platforma z przezroczystą podłogą zawieszona 400 m nad położonym w dolinie miasteczkiem. Człowiek, który odważy się na nią wejść, ma wrażenie, że lewituje. Mirador de Abrante – inaczej niż większość miradorów – leży nieco dalej od głównych dróg, ale wart jest małej wycieczki.
Leniwie: plaże i wieloryby
Urlop nad Atlantykiem nie liczy się bez zaznania atlantyckich atrakcji. Na La Gomerze to obowiązkowy rejs z oglądaniem delfinów i wielorybów i oczywiście wizyta na plaży. Po obie te przyjemności najlepiej jechać do Valle Gran Rey. Miasteczko leży dokładnie po przeciwnej stronie wyspy co jej stolica San Sebastián, podróż autem (bez przystanków) zajmuje ponad godzinę.
W porcie Valle Gran Rey działa wiele agencji organizujących rejsy widokowe. Warto wybrać taką, która troszczy się o dobro zwierząt. My wsiadamy na pokład statku Excursiones Yani, bilety kupujemy na nabrzeżu. Pod względem szans zobaczenia wielorybów La Gomera to jeden z najlepszych kierunków na świecie. Jest tzw. whale heritage site – obszarem ochronnym tych ssaków. W naturalnym środowisku wokół wyspy pływa kilka gatunków waleni, między innymi grindwale krótkopłetwe (piloty), płetwale Bryde’a, kaszaloty spermacetowe, dziobowale zwartopyskie i zadziwiające zyfie gęsiogłowe; różne rodzaje delfinów: butlonose, długonose, delfinki pręgobokie; a także rekiny, płaszczki czy żółwie morskie.
Rejs trwa parę godzin, a już po kilkunastu minutach walenie ukazują nam się w pełnej krasie. "Przedszkole" – mówi przewodniczka i wskazuje ręką na grupkę mierzących po sześć metrów grindwalich mam. Pilnują pluskających się w wodzie maluchów. Nieopodal z migoczącej w słońcu wody wyskakują w górę delfiny. To jeden z tych widoków, że chce się płakać ze wzruszenia. I tylko jedno może popsuć wycieczkę – choroba morska. Pamiętajcie, że na łódce buja nawet przy pięknej pogodzie. Ja zapomniałam. Jednak nakarmiona sucharkami z rybnym pasztetem, które kapitan zaordynował mi jako lekarstwo na mdłości (i o dziwo to działa), zeszłam na ląd zachwycona.
Pora na plaże. Jedne z najpiękniejszych na wyspie to Playa de Valle Gran Rey i sąsiednia Playa de Ingles. Są typowe dla wulkanicznych Kanarów, z czarnym piaskiem. Dokoła strome skalne ściany. Każda część La Gomery ma swoje urokliwe, bardzo spokojne rybackie miasteczka i mniej lub bardziej ustronne, często ulokowane w zatoczkach plaże. Na południu wyspy, niedaleko Alajero, warta polecenia jest duża Playa de Santiago, gdzie jest dobra baza hotelowa, można spróbować tradycyjnych dań i sportów wodnych, na przykład kitesurfingu.
Miejcie respekt przed wodą – nawet jeśli jest spokojna, to w oceanie szybko tworzą się silne fale i niewidoczne podmorskie prądy.
Jedzenie: tak smakuje palma
To miód, ale nie miód, pszczoły nie maczały w nim niczego. Miód palmowy, kanaryjska specjalność, jest tak naprawdę gęstym sokiem z wierzchołka kanaryjskiej palmy. To złoto La Gomery.
Jej "chlebem powszednim" zaś jest gofio – mąka z prażonych ziaren jęczmienia, prosa, pszenicy, a nawet kłączy paproci. Przypieczone zboże ma specyficzny smak i zapach, nieco orzechowy, lekko spalony. Gofio stanowiła podstawę diety Guanczów, a mieszkańcy Wysp Kanaryjskich zajadają się nią do dzisiaj, od śniadania (mąkę wystarczy zmieszać z mlekiem) po lody. Gofio dostaniecie w każdym sklepie, kosztuje grosze. Dobrze smakuje wymieszane z jogurtem naturalnym i polane miodem palmowym.
Podstawą diety na La Gomerze jest też almogrote, czyli pasta z dojrzewającego lokalnego sera, papryki, czosnku, oliwy i przypraw, którą zwykle smaruje się grzanki. Różne rodzaje almogrote i ostrych sosów, tzw. mojo, również są wszędzie, jak u nas masło.
Mieszkańcy La Gomery uwielbiają także gęste zupy gulasze, tzw. potaje. Jedne z najbardziej typowych to potaje de berros z rukwi wodnej i potaje de coles z białej kapusty i fasolki pinto. Do talerza z potaje zwykle wrzuca się kukurydzę w kolbie.
Daniem, z którego mieszkańcy są bardzo dumni, jest puchero Canario gomero – dobrze się rymuje, a jeszcze lepiej smakuje. To bogaty gulasz z różnych warzyw (w tym ciecierzycy, batatów, dyni, cukinii, marchwi itd.), gruszek i kilku rodzajów mięsa. Wśród dań z ryb i owoców morza zdecydowanie wyróżniają się dwa: papugoryba na parze oraz gambas al ajillo, czyli krewetki z ostrymi papryczkami, które wjeżdżają na stół, wciąż gotując się we wrzącej oliwie.
Na deser zamówcie lody z gofio, torta de cuajada (ciasto twarogowe), kruche ciasteczka galletas gomeras, torta de vilana (deser z pozostałych po obiedzie ugotowanych ziemniaków), rosquetes morones, czyli smażone na smalcu obwarzanki, tradycyjne bułeczki bollos gomeros albo "prażone mleko" – coś à la kisiel z mleka skondensowanego z cynamonem, jajkami i skórką cytrynową. Dla mnie najpyszniejszym deserem było barraquito – mocne espresso ze skondensowanym mleczkiem i likierem cytrusowym udekorowane spienionym mlekiem, cynamonem i startą skórką z cytryny lub limonki. Barraquito – jak cytryna i Shrek – ma warstwy, a wszystkie te delicje mieszczą się w wysokiej szklance. Nie chcę nawet liczyć, ile ich wypiłam.
Podsumowanie
Mówi się, że na La Gomerze czas wstrzymał oddech, że ta wyspa jest nie z tego świata. Czeka na turystów z otwartymi ramionami, lecz pozbawiona udręk masowej turystyki – tłumów i drożyzny. Pozwala przenieść się nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie, aż do prehistorii. Trudno się z niej wyjeżdża. Wyjątkowych warunków klimatycznych, jakie tu panują, nie spotka się gdzie indziej. A jednak ta tak inna La Gomera przypomina, jak pięknie i miło mogłoby być wokół nas, gdybyśmy cenili i szanowali przyrodę, różnorodność, gościnność i spokój.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.






