Podróże
Okolice Warszawy (Fot. Łukasz Zandecki / Agencja Wyborcza.pl)
Okolice Warszawy (Fot. Łukasz Zandecki / Agencja Wyborcza.pl)

Spotkaliśmy się z Sewerynem w dość nieprzyjemnych okolicznościach, bo na egzaminie wstępnym do kieleckiego liceum. Ja zemdlałam, oddając pracę, a on stał za mną i zamiast mnie złapać, zakłopotany usunął się na bok. Ale potem było już tylko lepiej, aż w pewną listopadową środę na kieleckim placu padła romantyczna propozycja: "No to co? Chodzimy?". Na tak postawione pytanie mogłam odpowiedzieć wyłącznie twierdząco i choć dużo się od tego czasu zmieniło, to nadal chodzimy.*

Tyle że z dwójki rozmnożyliśmy się do piątki i zamiast lekkiego plecaka z winem i czekoladą nosimy ze sobą zapas ubranek na zmianę, flipsy, minimum trzy resoraki i lizaka na wypadek, gdybyśmy musieli przekonać Młodego do przerwania strajku okupacyjnego chodnika.

Urodziliśmy się oboje w Kielcach i do Warszawy przyjechaliśmy klasycznie, na studia – ja polonistyczne, Seweryn ekonomiczne – i nie obrazimy się, jeśli nazwiecie nas "słoikami". Zresztą z wielką nostalgią wspominamy czasy, kiedy starym srebrnym peugeotem kursowaliśmy co trzy tygodnie do domu i w niedzielne popołudnia wracaliśmy do wynajmowanego na Wierzbnie mieszkania przesiąknięci zapachem gołąbków i bitek wieprzowych. Choć Warszawa na początku nieco nas przytłoczyła, to szybko zaczęliśmy ją oswajać najlepiej sobie znanym sposobem – chodzeniem. Z czasem zataczaliśmy coraz większe kręgi: Żoliborz, Mokotów, Praga, Kampinos, zamki, Linia Otwocka, Łódź, parki pałacowe i krajobrazowe, skanseny. Bywały weekendy, kiedy chcieliśmy zostać w domu, ale zwykle w okolicach południa zaczynało nas nosić i ruszaliśmy w trasę.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje >>>

Kiedy urodzili się Najstarsza, Średnia, a na koniec Młody, zmieniło się wszystko i nie zmieniło się nic. Doszły nam trzy nowe osoby i każda coś ze sobą wniosła. Średnia element szaleństwa i magii, bo ta dziewczyna nigdy się nie zatrzymuje, zaklina zwierzęta i wyczuwa błoto w promieniu pół kilometra, a jeśli na wycieczce ktoś ma coś zgubić, rozlać albo uderzyć kijkiem przechodnia, to w 70 procent przypadków będzie to ona. Najstarsza jest dla nas dużym oparciem i zawsze możemy na nią liczyć, chyba że akurat się rozmarzy albo wkurzy. W tym drugim przypadku lepiej przeczekać i nie wchodzić jej w drogę. Młody to z kolei nasz nadworny radża, władca wózka i resoraków, potrafi w 5 sekund popsuć atmosferę całej wycieczki, żeby potem w sekundę ją naprawić. Odkąd jeżdżą z nami, częściej się denerwujemy, mamy trzy razy tyle bagażu, jest dużo więcej śmiechu, niespodziewanych zwrotów akcji, płaczu i fakapów. Ale mikrowyprawy pozostały i to, co z początku było pomysłem na związek, stało się pomysłem na życie.

Hala dla nietoperzy w Kampinoskim Parku Narodowym (Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl)

Koncepcja mikrowypraw nie jest nowa i nie uzurpujemy sobie żadnych praw do jej autorstwa. Termin ukuł i rozpropagował na świecie Alastair Humphreys, a w Polsce spopularyzował go Łukasz Długowski. Żyjemy w czasach, kiedy hasła "więcej, lepiej, dalej" równocześnie nas motywują i frustrują. A mikrowyprawa to stan umysłu: nie musi być ani dalej, ani więcej, wręcz przeciwnie – może być krótko, prosto i tanio, bo wszędzie można przeżyć przygodę i znaleźć coś ekscytującego, nawet 500 metrów od domu. Wszystko zależy od naszego nastawienia i warto pomiędzy spektakularnymi urlopami dać szansę mikrowyprawom.

Przyjechaliśmy na Mazowsze cokolwiek uprzedzeni, z wewnętrznym przekonaniem, że nie będzie w stanie dorównać górzystym kieleckim okolicom, a ono od lat nas zaskakuje i zachwyca. A kiedy w pandemii odcięci od centrów handlowych znajomi zaczęli nas bombardować pytaniami o ciekawe miejscówki pod stolicą, postanowiliśmy przygotować gotowe i proste przepisy na niezwykłe kilkugodzinne wycieczki i od razu odpowiedzieć na pytania: ile się jedzie?, gdzie zaparkować?, czy można komunikacją zbiorową?, jak długi spacer?, czy nadaje się dla dzieci? I okazało się, że jest na tego typu lokalną turystykę ogromne zapotrzebowanie, choć gdybyście nam dwa lata temu powiedzieli, że będziemy o tym pisać książkę, spadlibyśmy z krzeseł ze śmiechu. Ale właśnie tak jest z mikrowyprawami – nigdy nie wiesz, dokąd cię zaprowadzą.

(…)

Mikrowyprawy w Warszawie

Zalew Bardowskiego i kładki w lesie na Targówku

Z pewnym zakłopotaniem przyznajemy, że przez długi czas myśleliśmy, że co jak co, ale Targówek to nas niczym nie zaskoczy. Bloki, zakłady przemysłowe, kolej, centra handlowe.

A potem odkryliśmy Zalew Bardowskiego i las na Elsnerowie i trochę nas zatkało. Tym sposobem Targówek z końca listy naszych ulubionych dzielnic wskoczył do pierwszej piątki.

I to z przytupem, bo nie dość, że mają tu plażę i kąpielisko, to jeszcze pobliski, częściowo podmokły las można by nazwać kampinosko-mazurską filią w Warszawie. Są tu zbawienne dla ekosystemu bagna, kolory od ochry po świeżą zieleń, smukłe drzewa przeglądające się w tafli wody i sieć długich drewnianych kładek. Szczerze mówiąc, zupełnie nie wiem, dlaczego wcześniej tu nie dotarliśmy, skoro poszukiwanie kładek na Mazowszu zajmuje nam większą część wolnego czasu.

Do lasku znad zalewu prowadzą dwa mostki przerzucone nad Kanałem Bródnowskim i już samo to dodaje miejscu nieco romantyczności. Las, choć stosunkowo młody, ma swoją historię. W międzywojniu ten teren pokrywały łąki i pola. Nieopodal stał też niewielki folwark Antoninów, po którym pozostały tylko pachnące kępy bzów. Śladem dawnych bocznic, biegnących niegdyś do pobliskich zakładów przemysłowych, wytyczono szerokie alejki spacerowe.

I rzeczywiście, ich łagodne łukowate skręty mają w sobie coś z torów. Jednak gdyby nie tutejsze kładki, byłaby to jedynie jedna z wielu zielonych enklaw w Warszawie. Pomosty ciągną się tu przez kilkaset metrów po obu stronach głównej alejki, pomiędzy drzewami i przez podmokły las. Do tego są ławki i wiaty, choć te ostatnie wyglądają, jakby swoje już w życiu przeszły. Fenomen kładki to pojęcie dobrze znane w środowisku lokalnych podróżników. Trudno je skwantyfikować, ale nasze osobiste doświadczenie pokazuje, że spacer z kładką jest średnio dwa do trzech razy fajniejszy niż spacer bez kładki. I ta reguła także tutaj ma swoje zastosowanie. Kładka wśród drzew i wody momentalnie przenosi nas trochę w Bieszczady, a trochę na podlaskie podmokłe łąki. Jest w chodzeniu po kładce coś z wakacyjnej wędrówki, a piknik na kładce nie ma sobie równych.

Tego dnia dotarliśmy na Targówek naprawdę wcześnie. Młody zrobił nam bardzo poranną pobudkę, bo przecież wiadomo, że spanie jest mocno przereklamowane. Przez to byliśmy może z lekka niewyspani, ale za to mieliśmy cały lasek tylko dla siebie.

Kładki w lesie na Targówku (fot. Z książki 'Mikrowyprawy z Warszawy') , Zalew Bardowskiego (fot. Z książki 'Mikrowyprawy z Warszawy')

Zresztą szybko zostaliśmy otrzeźwieni przez chłodne poranne powietrze, kawę z termosu i przede wszystkim Młodego odprawiającego na kładce swój rytuał. Ja do niego: "Uważaj, kochanie, nie przechylaj się tak, bo wpadniesz". On –zgodnie ze scenariuszem: "Nie wpadnę, zobacys". Po czym 5 minut później: "Mamu, mam cały lękawek mokly, wlacajmy".Szczęśliwie dzięki dwóm kostkom czekolady i paczce chusteczek higienicznych udało nam się zażegnać kryzys i mogliśmy ruszyć na plażę, żeby niechybnie zmoczyć się po raz kolejny.

Zalew Bardowskiego powstał w 2015 roku jako zbiornik retencyjno-rekreacyjny z pieniędzy, jakie dzielnica dostała w ramach rekompensaty za wybudowanie spalarni śmieci. W tych umiarkowanie poetyckich okolicznościach stworzono miejsce, które co roku daje nam dużo radości. Jest tu wszystko, czego rodzina z trójką dzieci potrzebuje do szczęścia w letnie weekendy: woda, spora plaża, bar i plac zabaw. I nawet wieża widokowa, ale ta akurat przeważnie jest nieczynna.

Do domu z Elsnerowa wracaliśmy 20 minut. Było to trochę jak teleportacja, bo przez cały czas wydawało nam się, że jesteśmy poza miastem. Przez te 2 godziny byliśmy nad jeziorem, w Kampinosie, w malowniczym podmokłym lesie i na bieszczadzkim szlaku, ale na pewno nie w dużej, mieszkaniowo-przemysłowej dzielnicy Warszawy.

(…)

Mikrowyprawy do dwóch godzin z Warszawy

Niebieskie Źródła

Hipnotyzujące podwodne gejzery, ptasi rezerwat i malutki skansen, w którym każdy znalazł coś dla siebie A może do Tomaszowa?", pomyśleliśmy wieczorem i zabrzmiało to jak dobry pomysł. Pamiętam, że natknęłam się kiedyś na czarno-białe zdjęcie podpisane "Tomaszowskie gejzery" i chyba od tamtego czasu wycieczka do Niebieskich Źródeł była nam pisana. Wiedzieliśmy, że dolina Pilicy to malownicze miejsce, ale tutejszy rezerwat, będący kombinacją niezwykłego lasu, ptasich wysp i turkusowo-zielonych geologicznych osobliwości, cokolwiek nas zaskoczył. Pojechaliśmy do Tomaszowa, a znaleźliśmy się w miejscu wyglądającym trochę jak Mazury, a trochę jak bagienne lasy Luizjany.

Do źródeł z parkingu idzie się niespełna kwadrans szeroką leśną aleją wzdłuż jeziora. Leżą na nim trzy wyspy, których nazwy wspaniale oddają nieco fantastyczny klimat tego miejsca – najdłuższa, wąska Wyspa Kacząt, dalej Wyspa Płaczących Wierzb i Wyspa Samotnego Modrzewia. My dotarliśmy do rezerwatu rano i poza nami były tu tylko ptaki i zwielokrotnione odbiciami w tafli jeziora drzewa. Same źródła to zjawiska naprawdę wyjątkowe, na nasze dzieci podziałały niemal hipnotyzująco. Są to wywierzyska krasowe, czyli zakończenia systemu podziemnych kanałów. Ze spękanych jurajskich wapieni wytryskuje tu woda niezwykle czysta, o lekko kwaśnym odczynie. Pochłania ona światło czerwone, dzięki czemu przybiera kolor zielono-niebieski.

Wygląda to naprawdę piękne, a barwa wody zmienia się pod wpływem słońca, zachmurzenia i pory dnia. Jeśli dobrze się przyjrzeć, to widać, że rzeczywiście są to gejzery – na dnie jeziora placki jasnego, delikatnego piasku lekko pulsują poruszane przez wypływające podziemne strumienie. Na miejscu spędziliśmy aż 1,5 godziny.

Niebieskie Źródła - poczekalnia w skansenie (fot. Z książki 'Mikrowyprawy z Warszawy') , Wywierzyska (fot. Z książki 'Mikrowyprawy z Warszawy')

Mogło być szybciej, ale najpierw pochłonęły nas źródła, a potem musieliśmy zebrać z 40 patyków, sprawdzić, czy cienką gałązką da się złowić tutejsze ryby, i wyżąć z błota i wody parę dziecięcych bucików ze skarpetkami, bo przecież chodzenie mokrą drogą jest o wiele bardziej ekscytujące niż chodzenie drogą suchą.

Wracaliśmy, obchodząc rezerwat wąską ścieżką przez podmokły las. Tutejsza roślinność jest niesamowicie bujna i różnorodna aż do granicy egzotyczności. Ku ogólnemu zachwytowi udało nam się też podejrzeć żyjące tu ogromne czaple i dostojne, nieco groźne łabędzie oraz przestraszyć całe stado kaczek.

Na koniec wybraliśmy się na drugą stronę drogi, do Skansenu Rzeki Pilicy, bodajże jedynego tego typu obiektu w Polsce poświęconego wyłącznie rzece. Skansen jest naprawdę nieduży i uznaliśmy, że uwiniemy się ze wszystkim w kwadrans. Tymczasem okazał się zaskakująco interesujący i po półgodzinie wciąż byliśmy daleko od końca.

Dzieciaki od razu objęły w posiadanie tutejszy poniemiecki bunkier typu Tobruk, zachwycone możliwością nieograniczonego wstępu do każdego z zakamarków. Poza bunkrem w skansenie znaleźliśmy także dwupiętrowy młyn z dość różnorodną ekspozycją, z którego poganiany przez wszystkich Seweryn wyszedł z wielkim niedosytem, sporo militariów, w tym wyłowiony z Pilicy pojazd pancerny ("Kupis mi taki, mamu?"), i wystawę łodzi. Jednak na mnie największe wrażenie zrobił nie bunkier, nie młyn, ani nawet nie pojazd pancerny, tylko jakby wyjęty z bajki, misternie zdobiony drewniany budyneczek poczekalni kolejowej z XIX wieku. Rodziców uczulam na niebezpieczeństwo w postaci sklepiku z pamiątkami przy wejściu. My na chwilę straciliśmy czujność i wyszliśmy stamtąd z 1,5-metrową dzidą, rewolwerem i kałasznikowem ("On scela i błyska, mamu"). Podróż powrotna do Warszawy, podczas której cała trójka dzieciaków bawiła się w tubylców, policjantów i złodziei, na długo pozostanie w naszej pamięci

*Fragmenty książki "Mikrowyprawy z Warszawy. 57 nieoczywistych wycieczek, które uratują twój weekend" Moniki i Seweryna Masalskich