Od kilku tygodni mam psa. Byłam przekonana, że sprzątanie po swoim pupilu to dziś norma, szczególnie w dużym mieście. Pomyliłam się! Aż trudno uwierzyć, jak wyglądają trawniki na moim osiedlu.
I to panią bulwersuje.
Bardzo! Zwłaszcza że problem nie dotyczy tylko mojego osiedla. Kilka dni temu, kładąc się w parku na trawie, w którym często rozkładają się ludzie na kocach, nie zauważyłam, że kładę się na kupie... Następnego dnia poślizgnęłam się na psich odchodach leżących na chodniku.
Jakiś czas temu również miałem podobne nieprzyjemne doświadczenie - i to dwukrotnie. Wychodząc wieczorem z samochodu na parkingu na zamkniętym osiedlu, wdepnąłem w niespodziankę, którą ktoś zostawił po swoim psie. Było ciemno, niewiele było widać. Więc nawet w takiej, wydawałoby się, ograniczonej przestrzeni, gdzie ludzie sprowadzają się, aby do pewnego stopnia minimalizować ryzyko wystąpienia tego typu zdarzeń, gdzie powinni mieć w teorii jakieś poczucie wspólnej tożsamości, do takowych sytuacji dochodzi.
I co pan zrobił?
Miałem kilka wyjść. Mogłem się zezłościć i szukać winowajcy, próbować złapać go na gorącym uczynku. Mogłem skontaktować się z administratorem i poprosić o przypomnienie mieszkańcom o zasadach czystości. Wybrałem jednak inne wyjście. Gdy tylko spotykałem jakiegoś sąsiada – właściciela psa, opowiadałem mu, co mi się przydarzyło. Nie sugerowałem oczywiście, że mam do czynienia z osobą odpowiedzialną za to zdarzenie, ale jednocześnie podkreślając swoje rozczarowanie takim zachowaniem. Powtarzałem, że na pewno nikt nie chciałby znaleźć się na moim miejscu.
Liczył pan na to, że może akurat trafi na winowajcę, który przemyśli to, co pan mówi i się zrehabilituje.
Dokładnie. Celem było raczej wzbudzenie współczucia i refleksji niż oskarżanie. I wie pani co? Od tamtej pory nie zdarzyło mi się wdepnąć na osiedlu w żadną kupę.
Mógł pan zachować się jeszcze inaczej, tak jak radzili pewnej osobie mieszkańcy mojej dzielnicy w grupie na Facebooku.
Czyli?
Żeby podrzucić kupę psa jego właścicielowi… pod drzwi.
Tego typu reakcje wskazują na to, że ludzie są bezradni wobec zaistniałej sytuacji. Wydawałoby się, że pierwszym odruchem powinna być po prostu próba porozmawiania z osobą, która nie stosuje się do zasad, zadania jej pytania, dlaczego tego nie robi. Może nie jest świadoma tego, że należy to do jej obowiązków.
Od 30 lat? Bo obowiązek sprzątania po psie wprowadzono w 1996 roku…
A czy mamy pewność, że wszyscy o tym wiedzą? Powiem szczerze – ja nie wiedziałem. Na moje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że nie mam psa. Jestem też pewien, że gdybym go miał, od razu wyposażyłbym się w woreczki do sprzątania po nim. Ale nie z powodu jakiegoś przepisu czy strachu przed tym, że dostanę mandat. Przepis nic tu nie wskóra, samo jego istnienie, bez względu na to, jak długo on funkcjonuje, nie wpływa na zmianę zachowania. Wynikałoby to jednak ze zwykłego poczucia solidarności, tego, że przynależę do jakiejś zbiorowości i w związku z tym nie chcę narażać nikogo na wdepnięcie w niespodziankę – sam nie chciałbym, aby mnie to spotkało.
W Polsce głównym problemem jest brak poczucia wspólnoty. I to się przejawia nie tylko w zostawianiu psich kup na trawnikach i chodnikach, ale także w śmieceniu w miejscach publicznych, hałasowaniu czy prywatyzowaniu przestrzeni wspólnych w sposób nielegalny – czyli ktoś jest właścicielem domku blisko jeziora i rości sobie prawo do linii brzegowej. Buduje pomost, grodzi teren, uniemożliwiając korzystanie z tej przestrzeni innym, mimo że według prawa to nie jego działka. Byłem ostatnio na wyjeździe w miejscu, gdzie mieszkańcy mają taki właśnie problem.
Dlaczego w takim razie Polacy nie mają poczucia wspólnoty?
Bo jesteśmy społeczeństwem bardzo podzielonym.
Pod jakim względem?
Nie mamy wspólnych wartości, jesteśmy bardzo podzieleni światopoglądowo. Interesy jednej grupy przyćmiewają interesy większej zbiorowości. W dużych miastach jest to wyjątkowo widoczne. Rdzennych mieszkańców metropolii jest coraz mniej, przyjezdnych coraz więcej. Ani pierwsi, ani drudzy nie integrują się za bardzo ze sobą. Życie przyjezdnych często ogranicza się do pracy, studiów, nie mają potrzeby nawiązywania relacji z miejscowymi, a nawet jeśli mają, to trudno im jest te więzi budować, bo z drugiej strony jest brak zainteresowania. Atomizacja i izolacja ludzi jest zjawiskiem bardzo charakterystycznym przede wszystkim dla dużych miast.
Niewiele się także dzieje, aby tych ludzi ze sobą jakoś połączyć, zbudować między nimi więź. W Niemczech odbywają się na przykład w wielu miejscach tzw. święta ulicy.
W Polsce również się zdarzają. W Warszawie znane jest święto ulicy Stalowej na Pradze.
Są to jednak pojedyncze eventy – w Niemczech odbywają się stosunkowo często. Prężnie działają tam zarówno rady dzielnic czy kluby sąsiedzkie, które je organizują. Tradycją jest tam także, aby przywitać się jako nowy mieszkaniec bloku z pozostałymi jego mieszkańcami. Albo na odwrót – mieszkańcy witają nowego lokatora, wręczają mu jakiś prezent powitalny.
U nas też tak bywa, choć nie jest to regułą.
Oczywiście, że mamy zalążki tej wspólnotowości, ale to naprawdę na razie tylko zalążki. Tego typu zwyczaje to powinien być standard.
Nie potrafimy jednoczyć się we wspólnej sprawie, pracować na to, aby nam wszystkim żyło się ze sobą dobrze. Bo przestrzeń wspólna nie jest miejscem, gdzie każdy może robić, co chce. Żyjemy w pewnej zbiorowości i nie powinny nam być potrzebne prawne przepisy na tzw. "dobre życie". Zasady tego dobrego życia możemy ustalać sobie sami, w ramach swojej lokalnej zbiorowości. A my na wszystko potrzebujemy jakiegoś paragrafu, żeby móc jakieś zachowania egzekwować.
Rzeczywiście moją pierwszą myślą może nie było sprezentowanie sąsiadowi kupy jego psa na wycieraczce, ale zgłoszenie takich osób do służb.
I co, chodziłaby pani z telefonem i nagrywała filmiki, jak ktoś kup nie sprząta, a potem wysyłała je na straż miejską?
Raczej oczekiwałabym, aby straż miejska od czasu do czasu ukarała kogoś mandatem podczas rutynowego patrolu. Rozmawiałam ze strażą miejską na ten temat. Do pewnego stopnia przyznaje się, że jest to martwy przepis, bo trudno egzekwować niestosowanie się do niego – strażnik musiałby być świadkiem jak właściciel trzymający psa na smyczy nie sprząta po swoim psie. Rzecznik prasowy jasno powiedział, że odpowiedzialność za sprzątanie psich odchodów leży po stronie jego właściciela. Nie wysłał mi danych na temat liczby wystawionych mandatów z tego tytułu, ale podkreślił, że na pewno nie było ich zbyt wiele.
I ja się z tym poniekąd zgadzam. Ta droga nigdy nie będzie wystarczająco skuteczna, bo przerasta możliwości służb, biorąc pod uwagę ilość kup, jaka pojawia się w przestrzeni miejskiej. A po drugie, z punktu widzenia prawa, jest to bardzo niska szkodliwość czynu. Inaczej to wygląda z perspektywy współżycia społecznego.
Raczej skupiłbym się więc na tym, co mogą zrobić ludzie w ramach własnych działań. Czyli jak zaktywizować lokalnych mieszkańców, aby zaczęli działać we własnym interesie, poczuli sprawczość.
Bo na tym etapie pani może nawet nie wiedzieć, czy potrzeba, którą pani ma, czyli czystość w okolicy, jest tylko pani, czy może podzielają ją także inni, a może większość pani sąsiadów. Rzadko mamy okazję się ze sobą spotkać, aby podyskutować o tym, jaka jest nasza wizja "dobrego życia". A dopiero wtedy powstaje tzw. świadomość zbiorowa.
Poza tym dużo większą siłę rażenia ma grupa niż indywiduum. Co innego jak zwróci komuś uwagę dziesięć osób, a co innego, jeśli zrobi to jedna.
Albo nie zrobi. W dalszym ciągu takie obywatelskie zachowania są traktowane albo jak niemalże bohaterstwo albo przeciwnie – nadgorliwość.
Poczucie odpowiedzialności obywatelskiej jest w Polsce bardzo niskie. My uważamy, że wszystko jest rolą państwa, że to ono powinno rozwiązywać wszystkie nasze problemy. Nie chodzi oczywiście o to, że państwo może być "z kartonu" i cała odpowiedzialność ma spadać na mieszkańców, ale jakiś poziom sprawczości mamy i powinniśmy czuć.
W wielu krajach na Zachodzie prężnie działają ruchy miejsce, dzielnicowe, istotną rolę pełni tzw. animator społeczności lokalnej. To osoba, której rola polega na integrowaniu i aktywizowaniu mieszkańców do wspólnych działań, pomocy w rozwiązywaniu różnego rodzaju problemów socjalnych, ułatwianiu kontaktu między urzędem a mieszkańcami, organizowaniu szkoleń czy warsztatów, tworzenia przestrzeni do integracji grup, które rzadko się spotykają.
W Polsce także funkcjonują takie osoby, ale podstawowa różnica polega na tym, że działają oni zazwyczaj projektowo – ich zatrudnianie zależy od dotacji czy grantów, a nie stałego etatu finansowanego z budżetu samorządu miasta. Nie jest tak, że każda dzielnica ma swojego prężnie działającego animatora.
Za to w czasach PRL-u tacy opiekunowie dzielnicowi spotykani byli znacznie częściej – państwo zapewniało budżet na ich działania. A miało ono obowiązek zapewniać życie kulturalne na każdym poziomie, oczywiście zgodne z ideologią.
Co ciekawe takimi osobami, które często przejmują pałeczkę i starają się aktywizować lokalne społeczności, są ludzie powracający z emigracji. Zazwyczaj dotyczy to ludzi, którzy wyjechali do Niemiec czy Wielkiej Brytanii.
Dlaczego właśnie oni?
Bo oni doświadczyli tego życia w zbiorowości lokalnej i wiedzą, jak ważne jest budowanie więzi z sąsiadami. Rozumieją ideę posiadania "prawa do własnego miasta", wiedzą, że mogą przeciwstawiać się np. "patodeweloperce" czy innym działaniom, które naruszają dobre życie lokalnej zbiorowości (A. Domaradzka-Widła: Klucze do miasta. Ruch miejski jako nowy aktor w polu polityki miejskiej. 2021, Warszawa).
W Polakach wciąż brakuje świadomości, że przestrzeń publiczna jest naszym wspólnym dobrem, że możemy mieć wpływ na to, co dzieje się w naszym mieście czy najbliższej okolicy.
Ale jest jeszcze jedna przyczyna, bardzo podstawowa, dla której przestrzeń publiczna wygląda jak wygląda.
Jaka?
Nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Umiejętność prowadzenia dialogu w naszym społeczeństwie wciąż bardzo kuleje, bo nie jesteśmy tego uczeni na żadnym etapie socjalizacji – ani w domu, gdzie rodzice nie traktują w rozmowie swoich dzieci jak partnerów, ani w przedszkolach, w szkołach czy nawet na uczelniach. Oczywiście się to zmienia, bo bardzo dużo się o tym mówi, ale następuje to bardzo powoli.
Długo pracowałem na uczelniach niemieckich i tam ogromny nacisk kładziony jest na to, aby studenci wyrażali swoją opinię, nie zgadzali się z nauczycielem. Gdy wróciłem do Polski, chciałem przełożyć takie podejście na polski grunt. Pojechałem z wystąpieniem na jedną z prywatnych uczelni, gdzie wydawałoby się podejście do nauczania jest bardziej progresywne niż na uczelniach państwowych, przekonywałem studentów, że mają pełne prawo zadawać mi pytania. Na sali przez cały czas panowała śmiertelna cisza. W końcu zapytałem – dlaczego ze mną nie dyskutują? Ktoś odpowiedział: "Bo to wykład, panie profesorze".
Nie wypada przerywać profesorowi.
Jeżeli nie będziemy rozwijać tej kultury dialogu, to będzie nam bardzo trudno się dogadać, nawet w takich prozaicznych kwestiach jak to, czy ktoś sprząta czy nie sprząta po swoim psie. Będziemy albo tego unikać ze strachu przed odrzuceniem, aktami agresji, albo prowadzić go w sposób mało konstruktywny, konfliktowy, przepełniony emocjami, co będzie prowadziło do dalszych podziałów. Gdybyśmy potrafili prowadzić dialog, to moglibyśmy korygować zachowania, edukować tych, którzy są nieświadomi. A tak nic się nie zmienia.
prof. dr hab. Piotr Sałustowicz. Socjolog. Specjalizuje się w tematyce polityki społecznej. Naukowo interesuje się kwestiami socjalnymi oraz wykluczeniem ze względu na ubóstwo.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, z wykształcenia psycholożka i kulturoznawczyni. W mediach od 2011 roku.