Podróże
Obecnie w stolicy Krety żyje mniej więcej sto siedemdziesiąt pięć tysięcy ludzi. Na zdjęciu panorama Heraklionu (Fot. Panteris Antonio/Shutterstock)
Obecnie w stolicy Krety żyje mniej więcej sto siedemdziesiąt pięć tysięcy ludzi. Na zdjęciu panorama Heraklionu (Fot. Panteris Antonio/Shutterstock)

Dla mnie to coś naturalnego – mówi Janis, gdy z Iosifem pytamy go, czym jest kreteńska tożsamość, bo wyspiarze, mimo że uważają się za Greków, to jednak innych niż cała reszta. – Spłynęła na mnie od rodziców i z otoczenia.*

Według Janisa Kreteńczyków wyróżnia między innymi większa gościnność. Podobno gdziekolwiek się trafi, gospodarz przyjmie cię z otwartymi ramionami i podejmie napitkiem oraz strawą. Rzeczywiście, podczas pobytu na wyspie wielokrotnie spotkałem się z dużą gościnnością. To niepisane prawo stosuje się nawet do tych, którzy prawo łamią – kryminalistów.

W Elos, wiosce na drodze między Chanią a Elafonisi, dwie kobiety przyjęły nas z Iosifem w knajpie poza godzinami otwarcia. Nie mogły przecież odmówić pomocy dwóm wygłodniałym mężczyznom, którzy błagają o ratunek w postaci posiłku. Podały kwadratowe kreteńskie pierożki kalitsunia, szpinak, fasolę, smażone kozie mięso, frytki i, rzecz jasna, oliwki. Na stole postawiły buteleczkę domowej tsikudii, czyli kreteńskiej raki (wizytę skończymy z całą butelką podarowaną w prezencie). Nie wszędzie jest jednak tak miło jak u pani Marii w Elos. W kurortowych knajpach z dużą liczbą zamożnych zachodniaków kreteńska serdeczność często przeradza się w karykaturę. Staje się produktem. Masz tu kieliszeczek po posiłku, zobacz, co znaczy wyspiarska gościnność. A teraz płać, dawaj napiwek i już spadaj. Dziękujemy bardzo za wizytę, zapraszamy ponownie!

Kreta to największa wyspa Grecji. Na zdjęciu widok z lotu ptaka na wenecki zamek Fortezza w mieście Rethimno (Fot. Użytkownik o nicku Trabantos/Shutterstock)

Co wypada, a czego nie – to pytanie towarzyszy w życiu codziennym wielu Kreteńczykom. Pewnego wieczoru do tawerny Kamburakisów w Teriso przyszło ośmiu facetów koło trzydziestki. Przyjechali do innego miejsca w wiosce, żeby zjeść, ale że jeden z gości był dalekim krewnym Manolisa, to nie w porządku byłoby ominąć jego tawernę. Grupa siedziała do późna, pijane chłopaki gadały o wszystkim: najpierw śmiali się z siebie nawzajem, zaraz potem dyskutowali na tematy geopolityczno-strategiczno-wojenne. Po spożyciu grzecznie opuścili przybytek.

– Kreteńczycy ciężej pracują – uważa Janis. – Podejmują też większe ryzyko.

Najważniejsza jest jednak trzecia cecha, o której wspomni syn Manolisa.

– Duma – wymienia. – Jestem dumny z tego, skąd jestem, i nie chciałbym być z żadnego innego miejsca. – Janis unosi głowę i drapie się po brodzie. Potem kładzie rękę na nodze, która z drugą nogą tworzy rozłożystą literę V. – Wszyscy powinni być dumni ze swoich korzeni – zaznacza.

Janis ma świadomość, że podobne podejście wiąże się z egoizmem. Według niego taki egoizm nie jest jednak niczym złym. On po prostu musi istnieć, chociaż oczywiście niektórzy przesadzają, gdy kierując się dumą, na przykład nie proszą o pomoc. Janis twierdzi jednak, że to jest duma fałszywa, a ją trzeba umieć odróżnić od dumy prawdziwej.

– Gdybym mieszkał tu kilkadziesiąt lat, czy byłbym uważany za Kreteńczyka? – pytam.
– Nie sądzę – przyznaje. – Ale to nie znaczy, że byśmy cię nie kochali – dodaje. 
– A co z Grekami, którzy przyjechali na Kretę z Azji Mniejszej w czasie wymiany ludności? Czy ich potomków uważa się za Kreteńczyków? – pyta Iosif.

Mojemu przyjacielowi chodzi o popieraną przez Wenizelosa wymianę ludności, która definitywnie zakończyła historię Turków na Krecie, podbitej przez imperium osmańskie w XVII wieku.

– Pamięta się o tym, że ci ludzie nie pochodzą z wyspy. – Janis przerzuca w dłoni komboloi, sznureczek koralików, bardzo popularne narzędzie śródziemnomorskiej męskiej medytacji. – Nawet jeśli mówimy o trzecim czy czwartym pokoleniu – zastrzega.
– O samych Turkach też tak się pamięta? – pytam.

Janis krzywi się, gdy słyszy słowo "Turek".

– Nie chcemy ich widzieć. – Nie gryzie się w język. – Czasem pojawiają się u nas jacyś turyści z Turcji. Zagadują, są bardzo mili. Przekonują, że za relacje grecko-tureckie odpowiadają politycy, a wszyscy jesteśmy ludźmi…
– A nie jesteśmy? – wtrąca się Iosif.

– Rozumiem takie podejście, ale w przypadku Turków trudno mi się z nim pogodzić. – Janis kręci głową. – Może ci nieliczni Turcy, którzy do nas przyjeżdżają, czują się winni za to, co tu się działo? – zastanawia się głośno. Przyzna jednak, że z Turkami Grecy mają wiele wspólnego. – Oczywiście, obsługujemy ich tak jak wszystkich, ale nie wynika to z potrzeby serca. Podobnie, choć mniej intensywnie, jest z Niemcami – wspomina o nazistowskiej okupacji wyspy i na chwilę milknie. – Nie zapominamy – dopowiada stanowczo.

– Ja jestem Polakiem, więc jestem tu obcy. A czy Iosif jako Cypryjczyk jest tak samo obcy jak ja? – drążę.
– Czy to nie naturalne, że Grek z Peloponezu czy Cypru jest mniej obcy niż Polak? – pyta retorycznie Janis, sugerując jednak, że nie tylko Cypr, ale i reszta Grecji różni się od Krety. – Z Iosifem łączą mnie kultura, zwyczaje, język – podkreśla.

Ale Janis nie do końca jest zamknięty na nowe. Opowiada nam historię dwóch rodzin, które przyjechały do Teriso z Wielkiej Brytanii. Jedna z nich w ogóle nie chciała przyjmować kreteńskich zwyczajów. Nie nauczyła się języka. To mu się bardzo nie podoba. Druga rodzina odwrotnie: od razu po przyjeździe próbowała opanować język. Janis tę brytyjską rodzinę chwali. Przychodziła do tawerny i lokalnym zwyczajem proponowała kawę czy tsikudię. Takie oferowanie komuś poczęstunku to kerasma, grecka gościnność, która wynika z dumy, że można coś komuś dać. Jako że chodzi o dumę, nie wypada wtedy odmawiać.

Kreteńczyków wyróżnia między innymi większa gościnność. Podobno gdziekolwiek się trafi, gospodarz przyjmie cię z otwartymi ramionami i podejmie napitkiem oraz strawą (Fot. Alexandra Tran/Unsplash)

– Kreteńska tożsamość odchodzi czy wciąż żyje?  – dociekam.
– W wioskach się trzyma – odpowiada Janis. – Odchodzi w miastach. Często jeżdżę do Chanii i obserwuję młodych. Nie różnią się niczym od ateńczyków. – Dla Janisa to porównanie pewnie ma być obelżywe. – Z czasem tracą tożsamość.

Syn Manolisa narzeka, że podczas wizyt w miastach niektórzy nie podają już jedzenia, co jest sprzeczne z zasadami gościnności. Zastrzega jednak, że on sam nie jest przeciwny wszelkim zmianom. Według niego tradycję powinno się adaptować do nowoczesności, a nie odrzucać całkowicie. No i nie wolno zapominać, skąd się jest.

Duma ze stwierdzenia: "Jestem Kreteńczykiem" wybrzmi podczas wielu rozmów, które przeprowadzę na wyspie. Będą jej towarzyszyć ogólna niechęć do innego i nieufność do nowego. Ale ten pakiet, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie będzie szedł w parze z cerkwią.

– Kościół nie jest ważny – twierdzi Janis. – Nie ufamy księżom, nie ma dobrych. Wiara to coś zupełnie innego, coś, co zależy od rodziny, a nie społeczności. 

Kreta uważana jest za lewicową wyspę, chociaż przez cały pobyt nie udało mi się uzyskać odpowiedzi, co to stwierdzenie ma dokładnie znaczyć. Bardziej niż o miłość do komunizmu, socjalizmu czy socjaldemokracji chodzi chyba o niepokorność wyspiarzy, ich sprzeciw wobec władz centralnych. Kreteński bunt był tym silniejszy, im bardziej Ateny chciały wpływać na losy miejscowych, a było tak za czasów prawicowych reżimów: dyktatury Joanisa Metaksasa czy junty czarnych pułkowników. To właśnie z tej opozycji zrodziła się opinia o lewicowości Krety. (...)

Uciekajcie! 

Miasto jest schronieniem. Miasto daje anonimowość. Największe na Krecie są trzy: stołeczny Heraklion, Chania oraz Retimno (to jednocześnie stolice prefektur o takich samych nazwach; oprócz nich jest jeszcze jedna, najbardziej na wschód wysunięta prefektura Lasiti).

Za panowania Wenecjan Heraklion nazywał się Kandia. Współczesną nazwę uzyskał dopiero w pierwszej połowie XIX wieku. Obecnie w stolicy Krety żyje mniej więcej sto siedemdziesiąt pięć tysięcy ludzi, chociaż przy niskiej zabudowie się tego nie czuje. Centrum to stare miasto z weneckimi zabytkami: portową twierdzą Kules, murami miejskimi, loggią, gdzie niegdyś lokalni wielmożowie rozprawiali, kto, z kim i dlaczego, oraz fontanną Morosiniego1 z wyrzeźbionymi czterema lwami2 plującymi wodą.

Po herakliońskich zabytkach kręcą się rzesze turystów, którzy autokarami przyjeżdżają najpierw do Muzeum Archeologicznego, a dopiero potem rozpełzają się po mieście, żeby w czasie godzinnego spaceru poczuć jego "magię" czy tam inny "urok". Tak naprawdę najciekawsza część Heraklionu zaczyna się poza jego historycznym centrum. Stolica roztacza wtedy chaotyczne kręgi piekielne. Rozpościera macki z bloczków budowanych bez ładu i składu.

Port w Heraklionie (Fot. Vasileios Garganourakis/Wikipedia Commons) , Katedra św. Menasa w Heraklionie (Fot. Bernard Gagnon/Wikipedia Commons) , Twierdza Koules w Heraklionie (Fot. Radek Kucharski/Wikipedia Commons)

Ze zbitych w kupę budynków mieszkańcy Heraklionu wychodzą prosto na uliczki, na których król jest jeden – samochód. Człowiek na drodze liczy się tylko wtedy, gdy zasiada w wielotonowej maszynie. Niepełnosprawni, seniorzy, matki prowadzące wózki z dziećmi na stołecznych ulicach funkcjonują w  ciągłym poczuciu zagrożenia. Ich nerwowe spojrzenia nie zdradzają strachu przed Niemcami czy Turkami – wyrażają obawę przed znacznie bardziej rzeczywistym utrapieniem: pijanym facetem w pędzącym pikapie albo dziewiętnastoletnim Jorgosem, który postanowił z Janisem sprawdzić, jak grzeje ich fura. Oczywiście wszystko to przy akompaniamencie muzyki rozkręconej na cały regulator. Tyle dobrego, że dzięki łupaninie z głośników człowiek lepiej słyszy zbliżające się niebezpieczeństwo.

– Jest jeśli nie najwspanialszym, to na pewno jednym z najwspanialszych miast w Europie! – Tak opisze mi Heraklion jego wiceburmistrzyni do spraw kultury.

Aristea Plewri dla urzędnikowania rzuciła karierę prawniczą. Wcale nie po to, żeby mieć mniej pracy. Z Kretą związana jest cała plejada wielkich ludzi sztuki: Witsendzos Kornaros, autor Erotokritosa, najpopularniejszego poematu Krety, czy Dominikos Teotokopulos, malarz, którego świat poznał jako El Greca. To też wyspa pisarzy: autora Greka Zorby Nikosa Kazandzakisa czy Pandelisa Prewelakisa, który o Retimno napisał melancholijną Kronikę pewnego miasta. Kretę na miejsce spoczynku wybrał legendarny grecki kompozytor – Mikis Teodorakis.

– Niestety, Heraklion boryka się z tymi samymi problemami co inne miasta w Europie – przyznaje pani Plewri. Chodzi na przykład o wykupywanie przez bogatych nieruchomości w centrum i przeznaczanie ich pod najem krótkoterminowy. Przy wywindowanych cenach przeciętnych Kreteńczyków nie stać na swoje lokum. W śródmieściu nie ma już antykwariatów. – Urzędniczka kręci głową. – Nawet jeśli są jakieś sklepy z tradycyjnymi produktami, to głównie z napisem "Made in China".

Plaża w okolicach miasta Ajos Nikolaos, położonego na północno-wschodnim wybrzeżu Krety (Fot. Evangelos Mpikakis/Unsplash)

Czy tak ma wyglądać turystyka? Och, turnusowi ignoranci, po co wam w ogóle te wyjazdy, podczas których nie wyściubiacie nosów poza resortowe murzyska? Wymarzony turnus: żarło i dryfowanie w wodzie gorącej jak zupa. Z rosnącym brzuszyskiem, w malejącym świecie. I tylko żal tej Krety, która zapełnia się wakacyjnymi klitami i jadłodajniami z plastikowym żarciem wydawanym imprezowiczom szukającym seksu.

Uciekajcie! Uciekajcie z głównych miejskich traktów, jeśli chcecie poznać Heraklion! Przemknijcie przez największe deptaki, przeniknijcie przez plastiki i poliestry, zagłębcie się w boczne uliczki! Tam zobaczycie przez otwarte drzwi siwiutkie babulki tkwiące przed telewizorami, chłopaczków kopiących piłkę i dziadków w żonobijkach z papierochami przyklejonymi do kącików ust. Heraklion jest piękny w starciu spokojnej codzienności z miejskim chaosem greckiej ulicy. Urzeka, ale nie tak, jak by tego chciały foldery turystyczne. Odwagi! Dzikie koty nie gryzą, bezpańskie psy mają w upał lepsze rzeczy do nieroboty niż atakowanie przechodniów.

Wycinać, zaorać, wygładzać – natura nie ma szans w starciu z człowiekiem, który zawsze mówi "więcej". Więcej pieniędzy wiąże się przede wszystkim z jeszcze większą liczbą turystów. Tej nie sposób sprowadzić na ograniczone morzem lotniska w Heraklionie czy Chanii. Trzeba więc było wymyślić miejsce, w którym można będzie zbudować nowe, znacznie większe lotnisko. To wcale nie takie proste na górzystej wyspie. W końcu stwierdzono, że samoloty z całego świata będą lądować w Kasteli, trzydzieści pięć kilometrów od obecnego głównego lotniska w Heraklionie. 

Zobacz wideo Piesek pomaga jej zbierać śmieci w toruńskim parku

Cóż to będzie za miejsce! Drugie największe lotnisko w Grecji! Pasy startowe, najnowocześniejszy pięciopiętrowy terminal, do którego można upchnąć dziesiątki tysięcy pasażerów dziennie. W sumie lotnisko w Kasteli ma przyjmować kilkanaście milionów pasażerów rocznie! I co z tego, że trzeba było wykarczować oliwki, a z pobliskiej wioski będą musieli się wynieść mieszkańcy, gdyż nikt nie wytrzyma ryków ogromnych maszyn przelatujących nad głowami? Że to ich całe życie, że tam stoi grób matki, ojca i dziadków? Ale, przepraszam, kogo obchodzi, że budowa, że ten, tamten i jeszcze tamten grób trzeba będzie przenieść? Przecież tu Hans, John i Halina chcą obcować w hotelu z grecką kulturą: all inclusive i nad basenowym leżakiem, wszak zejście do morza jest zbyt długie i zbyt strome! To większe zyski, "Crete Development Plan 2030", chociaż raczej nie dla mieszkańców, tylko wielkiego biznesu turystycznego, który z samozadowoleniem będzie mógł otrąbić: "Mamy to! REKORD!". Dzięki nowemu lotnisku na pewno znacznie wzrośnie liczba przyjezdnych, których w 2023 roku po raz pierwszy było… pięć milionów. Wydarzenie bez precedensu. I jeszcze żeby Kreteńczycy naprawdę coś z tego mieli. Zarabiają jednak głównie molochy branży turystycznej. Giganci stawiający kurorty, gdzie przyjezdni odgradzają się od lokalnej społeczności.

1 Dzięki Francesco Morosiniemu do ówczesnej Kandii doprowadzono czystą wodę z gór. Wenecki zarządca miasta osiągnął to budową kilkunastokilometrowego akweduktu, którego zwieńczeniem jest wspomniana fontanna.
2 Skrzydlaty lew to symbol świętego Marka, czyli patrona Wenecji.

*Publikujemy fragment książki Thomasa Orchowskiego "Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety", która ukazała się 15 lipca 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.