Społeczeństwo
Watykan w przededniu konklawe. Główny balkon Bazyliki Św. Piotra ozdobiony czerwonym suknem na powitanie nowego papieża (Fot. Jakub Orzechowski/Agencja Wyborcza.pl)
Watykan w przededniu konklawe. Główny balkon Bazyliki Św. Piotra ozdobiony czerwonym suknem na powitanie nowego papieża (Fot. Jakub Orzechowski/Agencja Wyborcza.pl)

Już przed konklawe kongregacje kardynalskie spotykały się w Watykanie, by rozmawiać o przyszłości Kościoła. Czy podczas tych obrad mogło się wykrystalizować nazwisko nowego papieża?

To mało prawdopodobne. Mamy tym razem sytuację wyjątkową: spośród 135 kardynałów elektorów [tych poniżej 80. roku życia – przyp. red.] aż 108 mianował papież Franciszek. Ale podczas jego pontyfikatu rzadko zwoływano konsystorze, czyli publiczne zgromadzenia kardynalskie, na których elektorzy mieli okazję się poznać. W efekcie większość z nich przybyła na konklawe właściwie bez wspólnej przeszłości – z odległych zakątków świata, często z maleńkich wspólnot. Nie mieli okazji zbudować zaufania ani zrozumieć wzajemnych priorytetów. Oczywiście kardynałowie należą do nieformalnych frakcji, można się domyślać, kto z kim współpracuje i w jaki sposób nowych uczestników zaprasza się do tych grup. Jednak dopóki te więzi nie będą wystarczająco mocne, trudno zakładać, by ktokolwiek wiedział, na kogo padnie ostateczny głos.

Proszę powiedzieć, czym się różnią wspomniane frakcje?

Wyróżniają się wśród nich trzy zasadnicze obozy. W pierwszym znajdują się kościelni konserwatyści – grupa niezmiennie kładąca nacisk na tradycję, optująca za zachowaniem dotychczasowego dziedzictwa i powściągliwym podejściem do wszelkich zmian we współczesnym świecie.

Na drugim biegunie mamy dość szeroko pojętą frakcję progresywną. Kardynałowie skupieni w tym obozie dostrzegają palące problemy, z którymi mierzy się Kościół, zwłaszcza te związane z etyką seksualną ujętą w szerokim kontekście. Podkreślają potrzebę refleksji nad błogosławieniem związków jednopłciowych, nad możliwością dopuszczenia do komunii osób rozwiedzionych, żyjących w ponownych związkach, nad celibatem duchownych, w którym upatrują potencjalne źródło napięć i braku autentyczności w życiu Kościoła. Drugi filar ich programu to postulaty decentralizacji władzy kościelnej – znak rozpoznawczy pontyfikatu Franciszka. Chodzi o odejście od monopolu rzymskiego centrum na rzecz większej swobody decyzyjnej episkopatów lokalnych, które w różnych krajach lepiej rozumieją kontekst kulturowy i społeczne uwarunkowania.

A trzecia frakcja?

To zespół watykańskich biurokratów i technokratów, którzy gwarantują instytucjonalną ciągłość Kościoła i neutralizację napięć, jakie może wywołać wybór skrajnie konserwatywnego lub bardzo postępowego papieża. W obliczu narastającego podziału – praktycznie potencjalnej i bardzo realnej schizmy w Kościele – ich rola staje się kluczowa. Są buforem między frakcjami bardziej ideologicznymi. I prowadzą dyplomację, dzięki której spór słabnie i utrzymuje się status quo. Na czele tego obozu stoi kardynał Pietro Parolin, od października 2013 roku Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej, odpowiedzialny za wszystkie polityczne i dyplomatyczne funkcje Kurii Rzymskiej. To najbardziej doświadczony watykański dyplomata. I to on jest uznawany za kluczową postać nadchodzącego konklawe.

Kardynałowie w czasie mszy świętej podczas novemdiales - okresu żałoby po śmierci papieża, który trwa od jego pogrzebu do rozpoczęcia konklawe (Fot. REUTERS/Stoyan Nenov) , Jaki powinien być następca papieża Franciszka? - Nikt już nie spodziewa się kogoś zbyt młodego - mówi doktor teologii Sebastian Duda. Na zdjęciu kardynał Jorge Mario Bergoglio tuż po ogłoszeniu jego wyboru na nowego papieża 13 marca 2013 roku (Fot. REUTERS/Dylan Martinez)

Dlaczego?

Bo budzi dużą sympatię wśród kardynałów, zwłaszcza tych, którzy oczekują uniknięcia nowych napięć. To wyjątek, że lider frakcji jest jednocześnie poważnym kandydatem na papieża – zbyt wyraziste postaci rzadko zyskują niezbędne dwie trzecie głosów.

W konklawe bierze udział czterech polskich kardynałów. Czy któryś z nich ma realną szansę na wybór?

Kardynał Stanisław Ryłko to klasyczny przykład kurialnej kariery z czasów papieża Jana Pawła II. Nie cieszył się zbytnio sympatią papieża Franciszka i bywał odsuwany na dalszy plan, co sprawia, że może popierać go frakcja konserwatywna lub technokratyczna. Ale nie ma raczej szans na wybór. Kardynał Kazimierz Nycz, któremu najbliżej do konserwatystów, jeszcze przed osiągnięciem wieku kanonicznego [75 lat – przyp. red.] złożył rezygnację z urzędu metropolity warszawskiego. Z uwagi na jego słaby stan zdrowia i fakt, że zakończył już aktywną posługę biskupią, raczej trudno oczekiwać, by odgrywał rolę realnego kandydata. Trzecim polskim elektorem jest kardynał Grzegorz Ryś, metropolita łódzki, który jawi się jako osoba mogąca stanowić pomost między centrum a bardziej progresywnymi środowiskami Kościoła. Jednak on wprost przyznaje, że jedzie na konklawe, by się uczyć – w purpurze jest bowiem dopiero od dwóch lat. Jako kardynał nowicjusz nie zdążył jeszcze wypracować sobie pozycji w wewnętrznych sporach czy sojuszach, co raczej wyklucza go z grona pretendentów.

Zostaje – jak się o nim mówi w Rzymie – Don Corrado, czyli jałmużnik papieski, kardynał Konrad Krajewski.

W zestawieniach kandydatów pojawia się czasem jego nazwisko, choć raczej w drugim czy trzecim szeregu. To osoba, która w trakcie "szachowych" rozgrywek i klinczów mogłaby zostać wskazana jako kandydat kompromisowy, akceptowalny zarówno przez pluralistów, jak i liberałów. Jednak kluczowa jest tu przesłanka negatywna – ledwie 20 lat temu Kościół miał papieża Polaka, któremu przypadło zadanie budowania mostów po trudnym okresie zmian społeczno-politycznych w znacznej części Europy. Wybór kolejnego papieża z Polski – i to w stosunkowo młodym wieku, z perspektywą długiego pontyfikatu – wydaje się mało prawdopodobny.

Wszystko to oczywiście spekulacje. Ostatecznie siły mogą rozłożyć się zupełnie inaczej.

Kardynał Pietro Parolin jest najbardziej doświadczonym watykańskim dyplomatą. To właśnie on jest uznawany za kluczową postać konklawe (Fot. REUTERS/Susana Vera) , Oficjalną siedzibą konklawe jest Kaplica Sykstyńska. Na zdjęciu widać stół z drewnianą urną, do której zbierane będą karty do głosowania (Fot. REUTERS/Vatican Media)

Jest 7 maja 2025 roku. Ceremoniarz ogłosił formułę extra omnes. Rozpoczęło się konklawe.

Ono faktycznie rozpoczyna się już przed wejściem do Kaplicy Sykstyńskiej. Najpierw odprawiana jest msza święta w intencji dobrego wyboru papieża. Po niej formuje się uroczysta procesja z Kaplicy Paulińskiej do Kaplicy Sykstyńskiej – kardynałowie przechodzą w dwóch rzędach, śpiewając hymn do Ducha Świętego Veni Creator. Gdy dotrą do Kaplicy Sykstyńskiej i złożą przysięgę, główny ceremoniarz zamyka za nimi drzwi i wypowiada wspomnianą formułę extra omnes – "wszyscy na zewnątrz". Odtąd w obrębie Kaplicy pozostają wyłącznie kardynałowie elektorzy.

Główną zasadą konklawe jest klauzura i przysięga milczenia – kardynałom nie wolno kontaktować się ze światem zewnętrznym. Jak to zatem możliwe, że znamy przybliżone wyniki drugiego konklawe z 1978 roku, kiedy papieżem został Karol Wojtyła oraz informacje o drugim miejscu Jorge Bergoglio w konklawe w 2005 roku? Czy nie świadczy to o tym, że kardynałowie de facto łamią zasadę tajności?

Owszem, przecieki się zdarzają, lecz nie w trakcie samego konklawe. Dopiero po zakończeniu obrad – kiedy zapada już decyzja i drzwi Kaplicy Sykstyńskiej zostają otwarte – część kardynałów, zwłaszcza w rozmowach z watykanistami, pozwala sobie na ujawnienie fragmentów przebiegu głosowań. Powinno się to odbywać za wyraźną zgodą nowego papieża, choć można domniemywać, że bywa z tym różnie. Wiemy o tym z licznych relacji i opowieści, które docierają do mediów.

Trudno jednak wyobrazić sobie sytuację, w której kardynał jeszcze w trakcie konklawe poinformowałby na przykład CNN czy inny serwis o szczegółach głosowań. Taki wyciek natychmiast zburzyłby fundamenty tajności tego zgromadzenia i zmusił Stolicę Apostolską do wprowadzenia nadzwyczajnych środków zaradczych.

Co prawda prawo kościelne przewiduje na wypadek złamania klauzury surowe konsekwencje – różnorodne kary kanoniczne nakładane przez nowego papieża. Scenariusz natychmiastowej interwencji podczas konklawe wydaje się mało realny. To ścisła dyscyplina i wzajemna odpowiedzialność elektorów stanowią najlepsze zabezpieczenie przed ujawnianiem przebiegu obrad.

W konklawe bierze udział czterech polskich kardynałów. Kard. Stanisław Ryłko (na zdjęciu) nie ma jednak zbyt dużych szans na wybór. - Nie cieszył się zbytnio sympatią papieża Franciszka i bywał odsuwany na dalszy plan - mówi nasz rozmówca (Fot. REUTERS/Hannah Mckay) , Kardynał Kazimierz Nycz (na zdjęciu) zakończył już aktywną posługę biskupią, nie cieszy się też dobrym zdrowiem. - Raczej trudno oczekiwać, by odgrywał rolę realnego kandydata - mówi dr Sebastian Duda (Fot. REUTERS/Eloisa Lopez)

A jednak stosowane są najróżniejsze zabezpieczenia.

W tym roku obsesja dyskrecji i bezpieczeństwa głosowania podczas konklawe doszła do głosu jeszcze mocniej. Na oknach Kaplicy Sykstyńskiej zawieszono specjalne folie, by zagłuszyć sygnał telefonii komórkowej. Samą Kaplicę kilkakrotnie już przeszukano pod kątem ewentualnych podsłuchów. Kardynałowie będą musieli oddać przed wejściem na konklawe wszelkie urządzenia elektroniczne. Mówi się wręcz o rewizji osobistej.

Co dzieje się potem w murach Kaplicy Sykstyńskiej?

Najpierw, jeszcze przed właściwym głosowaniem, wybierana jest komisja wyborcza – kardynałowie skrutatorzy, którzy będą liczyć głosy i czuwać nad przestrzeganiem procedur. Ponieważ elektorzy już przeszli fazę kongregacji, podczas których omawiają najważniejsze sprawy Kościoła i wypracowują swoje stanowiska przed wyborem papieża, popołudniowe pierwsze głosowanie pełni funkcję testu. Ujawnia, kto tak naprawdę liczy się w wyścigu, choć wymóg dwóch trzecich głosów – ustanowiony jeszcze przez Sobór Laterański III w 1179 roku – nadal obowiązuje.

A potem głosowania mogą być wielokrotnie powtarzane – w przeszłości dochodziło do nawet ponad 30 tur, ale w ostatnich kilkuset latach rzadko było ich ponad 10 – aż do momentu, gdy w grze pozostaną już tylko dwaj kandydaci. Po 32 bezskutecznych głosowaniach do swoistego finału przechodzi dwóch pretendentów, którzy otrzymali w 32. głosowaniu najwięcej głosów. Ta formuła nazywana jest balotażem. Wtedy kardynałowie głosują wyłącznie na jednego z nich, aż któryś zgromadzi niezbędną większość dwóch trzecich. Pomiędzy głosowaniami kardynałowie naradzają się dalej, dyskutują nad kompromisem, niektórzy kandydaci proszą, by na nich nie głosować i cedują poparcie na innych. Zasadą jest, by każdy oddawał głos według własnego sumienia, nie pod wpływem frakcyjnych czy zewnętrznych nacisków.

Jak w praktyce wygląda głosowanie podczas konklawe?

Komisję skrutacyjną stanowi zwykle jeden kardynał skrutator wraz z dwoma skrutatorami sekretarzami, odpowiedzialnymi wyłącznie za bezbłędne liczenie głosów. Każdy elektor wywoływany jest z imienia. Następnie otrzymuje kartkę, na której pismem możliwie trudnym do zidentyfikowania przez osoby postronne wypisuje imię wybranego kandydata i wrzuca ją do urny na ołtarzu. Skrutator i dwaj sekretarze zebrani za stołem przy ołtarzu starannie mieszają karty, a potem jedna po drugiej odczytują na głos nazwiska na nich napisane, nanizują każdą kartę po kolei na sznurek, żeby głosy się nie pogubiły albo jednego nie policzono dwa razy. W końcu sumują głosy i podają wyniki.

Grzegorz Ryś, metropolita łódzki, wprost przyznaje, że jedzie na konklawe, by się uczyć - w purpurze jest bowiem dopiero od dwóch lat (Fot. Tomasz Stańczak/Agencja Wyborcza.pl) , W zestawieniach kandydatów pojawia się czasem nazwisko 'Don Corrado', czyli kardynała Konrada Krajewskiego. Mógłby on zostać wskazany jako kandydat kompromisowy, akceptowalny zarówno przez pluralistów, jak i liberałów (Fot. Marcin Stępień/Agencja Wyborcza.pl)

Jeżeli żaden z kandydatów nie uzyska wymaganej większości dwóch trzecich, zużyte karty są natychmiast spalane w Kaplicy Sykstyńskiej przy użyciu specjalnych substancji chemicznych – wówczas z komina unosi się czarny dym. Gdy któryś z papabili [kandydaci na papieża – przyp. red.] zyska niezbędne poparcie, do mieszanki dołącza się inny związek, dzięki któremu pojawia się biały dym, oficjalnie oznajmiający wybór nowego papieża.

Co się dzieje, gdy jeszcze przed zakończeniem liczenia kart staje się jasne, że dany kandydat zgromadził wymaganą większość dwóch trzecich głosów?

Od razu rozlega się spontaniczny aplauz – znak uznania i podziękowania za przebieg głosowań. Jednak należy zaczekać na oficjalne zakończenie liczenia głosów. Dopiero wtedy kardynał dziekan podchodzi do wybranego kandydata i pyta: "Czy przyjmujesz wybór na biskupa Rzymu?". Po potwierdzeniu i ogłoszeniu przybranego imienia przyszłego papieża zasiada on na tronie, a kardynałowie kolejno podchodzą do niego i składają hołd. Potem zapada krótka chwila oczekiwania – niektórzy wspominają, że w cieniu Kaplicy Sykstyńskiej pojawia się nawet symboliczny toast winem, choć nikt tego nie potwierdza oficjalnie.

Następnie nowo wybrany papież kieruje się do tzw. Komnaty Łez, małej, przylegającej do Kaplicy Sykstyńskiej salki, gdzie dokonuje się zmiany stroju. Przygotowane są tam trzy rodzaje białych sutann – różniące się rozmiarem i krojem – aby dopasować pontyfikalny habit do wzrostu i sylwetki.

Ostatecznie, odziany w białą sutannę oraz charakterystyczne insygnia, udaje się na balkon Bazyliki św. Piotra, by po raz pierwszy ukazać się światu i udzielić błogosławieństwa urbi et orbi. To właśnie ten moment – pełen emocji i nadziei – rozpoczyna nowy pontyfikat.

Plac Świętego Piotra na kilkadziesiąt godzin przed rozpoczęciem konklawe. Na dachu Kaplicy Sykstyńskiej zamontowano już komin, z którego po wyborze papieża zacznie wydobywać się biały dym (Fot. REUTERS/Alkis Konstantinidis)

Jakie czynniki – duchowe, historyczne i osobiste – decydują o wyborze imienia, które przyjmuje nowo wybrany papież?

Wybór imienia papieskiego zawsze odzwierciedla głęboką więź z przeszłością Kościoła i osobiste upodobania nowo wybranego biskupa Rzymu.

Dla przykładu Jan Paweł I (Albino Luciani), pragnąc podkreślić ciągłość z Janem XXIII i Pawłem VI, połączył oba imiona, a Jan Paweł II (Karol Wojtyła) umocnił tę linię, chcąc kontynuować dzieło soborowej odnowy i misyjny zapał swych poprzedników. Benedykt XVI, czyli Joseph Ratzinger, wybrał imię Benedykt na cześć św. Benedykta z Nursji, patrona Europy i ojca życia monastycznego, którego reguła przez wieki kształtowała duchowość Zachodu. Franciszek zaś – Jorge Mario Bergoglio – przyjął imię św. Franciszka z Asyżu, by wskazać na swój program prostoty, ubóstwa oraz troski o ubogich i stworzenie; gest ten uczynił z niego papieża "ubogiego dla ubogich" i symbol Kościoła bardziej otwartego i miłosiernego.

Jaki – zdaniem watykanistów i osób zbliżonych do Kurii Rzymskiej – powinien być następca papieża Franciszka?

W obliczu burzliwych doświadczeń ostatnich lat w Kościele wyłaniają się klarowne kryteria "za" i "przeciw" przy typowaniu nowego papieża. Po pierwsze, kardynałowie wyznaczają sobie granice negatywne – nikt już nie spodziewa się kogoś zbyt młodego. Kandydat w wieku około 60 lat, dysponujący potencjałem zarządzania przez 20, a może i 30 lat teoretycznie brzmiałby dobrze, ale w realiach obecnej polityki watykańskiej jego wybór wydaje się mało prawdopodobny. Dziś kolegium kardynalskie chce pontyfikatu najwyżej dziesięcioletniego, przejściowego, takiego raczej na uporządkowanie spraw, a nie na nową wizję Kościoła.

Zobacz wideo Czy świadomość posiadania wyboru może być obciążeniem dla człowieka?

Według ekspertów dziś Kościołowi potrzeba kogoś, kto ukoi napięcia i wprowadzi w nim spokój. Jednocześnie oczekuje się od nowego papieża otwartości na świat, podobnie jak u Franciszka, ale bez skoków w nieznane. Czyli papieża, który uporządkuje doktrynalny chaos i przywróci klarowność systemu kościelnego.

Europa, gdzie liczba katolików systematycznie maleje, przestaje być naturalnym kalejdoskopem wyborczym. Znacznie silniejsze żywioły wiary pulsują w Afryce i w Azji, a także – choć już mniej – w obu Amerykach. Stąd naturalną tendencją może być sięgnięcie do tych regionów, gdzie Kościół wciąż rośnie i ma przed sobą perspektywy rozwoju. Jednak jeśli przeważy opcja "kurialno-porządkowa" – czyli priorytet instytucjonalnej stabilności nad egzotycznością – wybór padnie na Europejczyka.

Sebastian Duda. Doktor teologii, filozof, publicysta. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim oraz religioznawstwo i teologię na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium. Członek zespołu redakcyjnego kwartalnika "Więź" i Zespołu Laboratorium "Więzi". Ekspert Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie. Wykładowca na podyplomowych studiach gender w Instytucie Badań Literackich PAN. Był publicystą tygodnika "Newsweek Polska" i redaktorem "Przeglądu Powszechnego". Autor książek "Reformacja. Rewolucja Lutra" i "Przesilona wątpliwość". Autor podcastu "Pomiędzy". Mieszka w Warszawie.

Radosław Korzycki. Dziennikarz, który zajmuje się polityką zagraniczną, głównie amerykańską oraz relacjami transatlantyckimi. Publikował m.in. w "Polityce", "Tygodniku Powszechnym", "Gazecie Wyborczej" i "Dwutygodniku". Regularnie komentuje tematy amerykańskie na antenie TOK FM. Autor korespondencji i reportaży z USA.