Ważą się polityczne losy Roberta F. Kennedy’ego Jr., który ma za sobą dwa dni burzliwych przesłuchań w amerykańskim Senacie. Czy to zaskoczenie, że Trump na stanowisko sekretarza ds. zdrowia nominował antyszczepionkowca i zwolennika medycznych teorii spiskowych?
Szczerze mówiąc, dziwię się, że Trump dotrzymał słowa i jednak postanowił się odwdzięczyć Kennedy’emu za to, że ten po zawieszeniu kampanii prezydenckiej udzielił mu poparcia. Nieraz bowiem się zdarzało, że Trump coś obiecywał, a potem o tym zapominał.
Być może ta nominacja była mu na rękę. Kennedy to idol coraz bardziej popularnego wśród amerykańskiej prawicy ruchu wolności medycznej. Popiera on alternatywne metody leczenia oraz sprzeciwia się nakazom szczepień i innym regulacjom w kwestiach zdrowotnych.
Ruch, o którym mowa, nabrał wiatru w żagle w czasie pandemii. Skapitalizował gniew Amerykanów wywołany lockdownami, nakazami szczepień na koronawirusa i noszenia maseczek w miejscach publicznych. Liderzy rozwijającego się od ponad 20 lat ruchu wykorzystali moment, by ich walka o wolność medyczną zdominowała dyskurs Partii Republikańskiej. Do tego stopnia, że nienoszenie maseczki podczas wieców i zwalczanie covidowych restrykcji stało się dla polityków swego rodzaju manifestem politycznym.
Robert F. Kennedy Jr. oskarża rząd federalny o zbyt ostry kurs wobec medycyny niekonwencjonalnej. Z lektury twojej książki wynika jednak, że jest na odwrót. Jeden z bohaterów, Larry Lytle, przez lata bezkarnie wmawiał klientom, że jego laser do naświetlania ludzkich komórek leczy raka. Jakim cudem dopuszczono ten produkt do obrotu?
Lytle we wniosku do Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) podał jedynie, że laser ma służyć do uśmierzania bólu związanego ze zwyrodnieniem stawów rąk. Były przypadki stosowania takiej terapii, dlatego agenci FDA nie mieli obiekcji. Lytle wykorzystał więc system i okłamywał klientów, wmawiając im, że jego laser leczy ponad 200 chorób, w tym AIDS. Mógł to robić przez długie lata, bo system nadzoru nad medycznymi hochsztaplerami jest niewydolny. Przeciążeni urzędnicy agencji są w stanie pociągnąć do odpowiedzialności tylko nielicznych. I to najczęściej po długich latach walki.
Przypomina mi się historia Toby’ego McAdama. Sprzedawał ziołową maść mającą właściwości żrące i przekonywał, że służy do wypalania raka skóry. Mężczyznę skazano dopiero dziewięć lat po tym, jak FDA po raz pierwszy nakazała mu przerwać sprzedaż produktów.
Toby McAdam jest dobrym przykładem tego, jak wadliwe są amerykańskie przepisy. Wszystko za sprawą ustawy z 1994 roku rozszerzającej definicję suplementów diety w ten sposób, iż obejmuje ona praktycznie wszelkie witaminy, rośliny, minerały czy hormony. Jednocześnie producenci suplementów przed wprowadzeniem ich do obrotu nie muszą dowieść ich bezpieczeństwa i skuteczności. To na FDA ciąży obowiązek przedstawienia dowodów na to, że produkt jest szkodliwy. Dzięki reformie sprzedaż suplementów stała się niezwykle dochodowa: wystarczyło niskim kosztem wypuścić na rynek produkt, nie przejmując się wyśrubowanymi regulacjami, tak jak ma to miejsce w przypadku leków. W efekcie skład suplementów ma się niekiedy nijak do informacji zawartych na etykiecie. Czasem do środków trafiają nawet szkodliwe substancje.
Piszesz, że w procesie produkcji do suplementów trafiały niekiedy farba drukarska, kwas borowy czy trutka na szczury. To przerażające.
Równie straszne jest to, że czasem producenci nie zdają sobie nawet sprawy ze składu swoich suplementów. W książce opisuję historię Erba Avore, który wprowadził na rynek naturalną viagrę o nazwie Stiff Nights. Jego produkt okazał się strzałem w dziesiątkę i przynosił astronomiczne zyski ze sprzedaży. Do czasu, aż jeden z konsumentów zmarł i viagrą zainteresowała się Agencja ds. Żywności i Leków. Okazało się, że produkt nie zawierał wyciągu roślinnego, tylko syntetyczny analog sildenafilu, farmaceutyku stosowanego w niektórych środkach na erekcję. Erb Avore, przedstawiający się jako wegański aktywista, twierdził potem, że w błąd wprowadził go dostawca z Chin. Czasem zresztą na rynek trafiają produkty, których pracownicy FDA nawet nie mogą skontrolować, bo nie mają do tego uprawnień.
O jakich produktach mowa?
Na przykład o napoju ze sfermentowanego soku z kapusty i soli, który według jego twórczyni Jillian Epperly leczy autyzm i pomaga zregenerować… utracone kończyny. Kobieta opisuje miksturę w swojej książce. Jej fani mogą też zapisać się do niej na szkolenie. Technicznie rzecz biorąc, Epperly nie wprowadziła więc żadnego produktu do obrotu i nie podlega kontroli Agencji ds. Żywności i Leków. Ostatecznie jej działalnością zainteresowała się stanowa prokuratura.
Jaki jest finał tej sprawy?
Szczerze mówiąc, dalej tego nie śledziłem. Nie sądzę, by doszło do postawienia tej kobiecie zarzutów karnych lub nałożenia na nią kary pieniężnej. W takich przypadkach najczęściej kończy się na wysyłaniu kolejnych pism z ostrzeżeniem. Medyczni hochsztaplerzy to wykorzystują i albo całkowicie ignorują upomnienia, albo nieznacznie modyfikują swoją działalność, tak by nie drażnić władz. To walka z wiatrakami. Kiedyś natknąłem się na badania, z których wynika, że niebezpieczne suplementy wycofane z rynku przez FDA niekiedy powracają do obrotu już po kilku latach. Na przykład niektórzy, tak jak Larry Lytle, dalej sprzedają swoje produkty poprzez sieć spółek wydmuszek i partnerów biznesowych. I to pomimo sądowego nakazu wstrzymania działalności.
Lasery Lytle’a kosztowały grube tysiące dolarów. Ale czy nie jest tak, że po tańsze środki, jak np. ziołowe leki "wypalające raka", sięgają ludzie, których nie stać na opiekę medyczną? W Stanach leczenie raka bez dobrej polisy zdrowotnej to prosta droga do bankructwa.
Na pewno jest taka zależność. Trudniejszy dostęp do opieki mają szczególnie mieszkańcy wsi i mniejszości etniczne. Żerują na tym medyczni hochsztaplerzy ciągnący od takich ludzi ostatnie pieniądze. To smutne, bo zarówno świat medycyny niekonwencjonalnej, jak i systemu opieki zdrowotnej jest w USA zwyczajnie chory. Sam pamiętam, jaką poczułem ulgę, gdy dzięki reformie Obamacare [wprowadzonej w 2010 roku przez prezydenta Baracka Obamę – przyp. red.] wreszcie miałem ubezpieczenie i mogłem pójść do lekarza.
W ramach reformy wprowadzono dopłaty do polis ubezpieczeniowych dla Amerykanów o niższych i średnich dochodach. Wcześniej wykupienie polisy było dla ciebie nieosiągalne?
To było jeszcze zanim moja kariera nabrała tempa. Razem z żoną byliśmy tuż po ślubie i ledwie wiązaliśmy koniec z końcem. Pamiętam, że w tamtych czasach miałem problem z powracającym ropniem zęba. Ból był straszliwy. Nie stać mnie było na stomatologa, tym bardziej bez wykupionej polisy, dlatego sam przebijałem ropień zdezynfekowaną agrafką. Dzięki Obamacare po raz pierwszy od wielu lat mogłem pójść do lekarza. To była wielka zmiana w moim życiu.
Ile płacisz teraz miesięcznie za polisę zdrowotną?
Wolałbym nie podawać konkretnych kwot. Jestem ubezpieczony dzięki mojej żonie, która pracuje w szpitalu jako pielęgniarka. Ale mogę powiedzieć, że oprócz miesięcznych stawek za polisę cała nasza rodzina płaci dodatkowo około 5–6 tys. dolarów rocznie.
Mowa o tzw. deductible, czyli kwocie, jaką trzeba opłacić co roku z własnej kieszeni, zanim firma ubezpieczeniowa zacznie pokrywać koszty leczenia.
Na szczęście to są koszty do udźwignięcia. Dzięki dobrej polisie ubezpieczeniowej stać nas było na leczenie niepłodności. Nasza dwójka dzieci została poczęta metodą in vitro. Mam nadzieję, że już nigdy nie wylądujemy bez ubezpieczenia.
Czasem jednak posiadanie polisy nie wystarcza. Szczególnie jeśli mieszka się na amerykańskiej wsi, gdzie brakuje szpitali. Opowiesz, jak celowo zmniejszono liczbę lekarzy na prowincji?
To efekt strategii rozpoczętej w połowie XIX wieku przez Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne. Chcąc zmniejszyć konkurencję i tym samym wywindować zarobki swoich lekarzy, organizacja blokowała powstawanie nowych uczelni medycznych. W efekcie było coraz mniej medyków, a ci, którzy byli już w zawodzie, zarabiali coraz więcej. Pensja dla początkującego lekarza wynosi dziś około 350 tys. dolarów rocznie. Niektórzy specjaliści zarabiają nawet milion dolarów. To są zawrotne stawki.
Dorobić się można też na terapiach alternatywnych, czego przykładem jest bohaterka twojej książki Alicja Kołyszko. To Polka, która po przyjeździe do USA wyspecjalizowała się w leczeniu pijawkami. Czy wiesz, z jakich grup społecznych pochodzą jej klienci?
Myślę, że jest duży rozstrzał. Są ludzie, których nie stać na dobre ubezpieczenie zdrowotne, ale są też celebryci zainteresowani nowymi trendami, np. zabiegami kosmetycznymi z wykorzystaniem pijawek. Albo amerykańska klasa średnia, która ceni wszystko, co naturalne, czyli także medycynę niekonwencjonalną.
Czy korzystałeś kiedyś z terapii alternatywnych? Albo ktoś z twojej rodziny?
Ja nie, ale moi bliscy poszli kilka razy do chiropraktyka. Uważam, że taka terapia może być pomocna przy schorzeniach kręgosłupa. Z drugiej strony niektórzy chiropraktycy przekonują, że zabiegi zwiększają poziom energii w ciele i są skuteczne w leczeniu także innych chorób. A to już jest niebezpieczne.
Brak polisy zdrowotnej, deficyt lekarzy, a czasem zwykła moda – co jeszcze nakręciło w USA biznes medycyny niekonwencjonalnej?
Nieufność Amerykanów do rządu, w tym instytucji medycznych. Najbardziej znani z tego są zwolennicy Partii Libertariańskiej, którzy w imię wolności medycznej postulowali wręcz całkowity rozdział medycyny od państwa. Szukając sprzymierzeńców, stopniowo wchodzili w komitywę z lewicującymi uzdrowicielami spod znaku New AgeLibertarianie przekonywali ich, że mając hasło wolności medycznej na ustach, zarobią więcej, bo nie będą musieli przejmować się skutecznością swoich preparatów. Zawsze mogą powiedzieć, że Amerykanie mają prawo leczyć się tak, jak chcą. Rozwój ruchu wolności medycznej podsyciły dodatkowo problemy z dostępem do tradycyjnego leczenia i poluzowywanie restrykcji dotyczących suplementów diety. To wszystko tylko pomogło zbudować sieć aktywistów w całym kraju. Aż przyszła pandemia, która zaraziła wolnością medyczną establishment Partii Republikańskiej.
Niektórzy dali się zarazić wcześniej, tyle że pieniędzmi od producentów suplementów. Piszesz o republikaninie Mike’u Huckabee, który sprzedawał im bazę mailingową swoich zwolenników. Nie tylko na tym zarobił, ale jeszcze brał od takich firm darowizny.
Niestety, tak właśnie funkcjonuje mechanizm finansowania kampanii politycznych w USA. W przypadku Mike’a Huckabee cały dramatyzm polegał na tym, że jego nazwisko niekiedy pojawiało się w reklamach podejrzanych suplementów. Jego zwolennicy, widząc, że poleca jakiś środek, mogli uznać, że rzeczywiście jest on skuteczny. Huckabee to tylko jeden z wielu amerykańskich polityków biorących pieniądze od producentów suplementów diety.
Jak donosi serwis Politico, był wśród nich także Robert F. Kennedy Jr., który brał darowizny na kampanię prezydencką od terapeutów medycyny niekonwencjonalnej. Odwdzięczy im się, jeśli Senat zatwierdzi go na stanowisko sekretarza ds. zdrowia?
Należy się spodziewać, że federalna Agencja ds. Żywności i Leków pod okiem Kennedy’ego jeszcze słabiej kontrolowałaby działalność producentów suplementów diety i uzdrawiaczy. Robert F. Kennedy Jr. już kilka miesięcy temu proponował, by medycynie niekonwencjonalnej poświęcić aż połowę federalnego budżetu na badania medyczne. Mówimy o funduszach do tej pory przeznaczonych na badania nad rakiem i innymi ciężkimi chorobami.
Amerykańscy lekarze obawiają się, że Robert F. Kennedy Jr. może chcieć odkręcić decyzję FDA, która w 2020 roku wycofała zgodę na stosowanie leku na malarię – hydroksychlorochiny – do leczenia COVID-19. Choć badania wskazują, że lek jest nieskuteczny, Kennedy twierdzi, że wycofano go, by pompować zyski producentów szczepionek na koronawirusa.
Nie zdziwiłbym się, gdyby od teraz leczenie covidu hydroksychlorochiną miało poparcie amerykańskiego rządu. Jeśli Robert F. Kennedy Jr. stanie na czele Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej, możemy być świadkiem wielu decyzji podważających porządek amerykańskiego establishmentu medycznego. Dla wszelkiej maści uzdrawiaczy to może być złoty czas.
Matthew Hongoltz-Hetling – amerykański dziennikarz, finalista Nagrody Pulitzera w 2012 r. w kategorii dziennikarstwo lokalne, laureat Nagrody im. George'a Polka. Publikował m.in. na łamach "Popular Science", "Foreign Policy", "USA Today" i "Atavist Magazine". Autor książek "Niedźwiedzia przysługa" oraz "Inwazja uzdrawiaczy ciał", która ukazała się 15 stycznia nakładem Wydawnictwa Czarne.
Marta Zdzieborska. Dziennikarka "Press", stała współpracowniczka "Tygodnika Powszechnego", korespondentka w USA w latach 2018–2020. Publikowała również w "Wysokich Obcasach", "Polityce" i stołecznej "Gazecie Wyborczej". Autorka książki "Tamtego życia już nie ma" (Świat Książki, 2019), zbioru reportaży o uchodźcach w Polsce. Laureatka honorowego wyróżnienia Nagrody im. Adolfa Bocheńskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2016) oraz Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka (2017). Twitter: @MartZdzieborska



