Społeczeństwo
Praca w biurze. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Andrzej Michalik / Agencja Wyborcza.pl)
Praca w biurze. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Andrzej Michalik / Agencja Wyborcza.pl)

Czy są osoby, które wciąż borykają się ze skutkami pandemii?

Oczywiście! Pandemia nas psychicznie przeorała. I to nie jest tak, że w momencie, w którym ogłoszono jej koniec, automatycznie wróciliśmy do normalności.

Mam wrażenie, że nikt już pandemii nie pamięta.

Człowiek po każdym kryzysie, zwłaszcza takim, który wiąże się ze stratą w wyniku śmierci kogoś bliskiego, rozpadu związku, pandemii właśnie, potrzebuje przynajmniej roku, aby go przepracować i dopasować się do nowej sytuacji.

Tak jak potrzebowaliśmy czasu, aby przywyknąć do zmian, które pandemia wywołała, tak samo potrzebujemy czasu, by zaadaptować się do świata, w którym stan pandemii już nie obowiązuje. Każda z tych sytuacji jest bowiem inna, charakteryzuje się zupełnie inną konfiguracją społeczną. Według statystyk (dostępnych tu i tu - red.) po pandemii zdecydowanie wzrosło nasilenie objawów depresyjnych i lękowych.

Od zakończenia pandemii minęło już półtora roku.

I tak naprawdę dopiero teraz nadchodzi moment pełnej adaptacji do świata po pandemii. Nie dotyczy to jednak wszystkich.

Co ma pani na myśli, mówiąc o stratach pandemicznych?

To straty rozumiane wszelako. Dosłownie – w postaci ludzi, którzy zmarli z powodu covidu. Nawet jeśli nie straciliśmy nikogo bliskiego, to ta śmierć była tuż obok nas, bo zmarł ktoś z rodziny naszego znajomego, przyjaciela. Albo byliśmy świadkami tych śmierci na co dzień, w dziesiątkach, setkach. Każdego dnia te liczby publikowane były w mediach. Wiele osób straciło pracę w czasie pandemii lub padły im biznesy, które budowali latami. Mam pacjentkę, która musiała zrezygnować z prowadzenia firmy związanej z turystyką i podróżami. Bardzo dużo w niego zainwestowała. Wszyscy utraciliśmy poczucie bezpieczeństwa.

Straciliśmy także, mówiąc językiem psychologicznym, dostęp do zasobów, które pozwalały nam na co dzień radzić sobie z sytuacjami zagrożenia, ze stresem, pozwalały się regenerować, wywoływały pozytywne emocje. Chodzi przede wszystkim o kontakty i wsparcie społeczne, aktywność fizyczną czy kontakt z naturą. Badania pokazały, że osoby mieszkające w miastach miały dużo wyższy poziom lęku i częściej przejawiały objawy depresyjne niż osoby mieszkające na przedmieściach czy na wsi. Straciliśmy możliwość podróżowania. A jednocześnie doszły nam nowe stresory w postaci covidu, ryzyka utraty pracy, przymusu łączenia pracy z opieką nad dziećmi, które non stop były w domu.

Wróćmy do tych, którzy nie zaadaptowali się do normalności po pandemii. Uderzyły mnie dwie historie, które usłyszałam. Pierwsza dotyczyła mężczyzny, który podczas pandemii wszędzie chodził w maseczce, unikał kontaktowania się z ludźmi, dezynfekował produkty ze sklepów. Po pandemii nic się nie zmieniło. Kompulsywnie dba o higienę, a lęki przenosi na swoje dziecko. Druga historia dotyczy kobiety, która po wybuchu pandemii praktycznie przestała wychodzić z domu. I tak jest do tej pory.

Pandemia była zbyt silnym kryzysem, zbyt wielu sfer życia dotknęła, abyśmy byli w stanie o niej z dnia na dzień zapomnieć. Albo nawet w miesiąc. To iluzja. A na pewno nie zapomniała o niej nasza psychika. Do tej pory mam pacjentów, którzy borykają się z jej skutkami. I są to przede wszystkim osoby młode.

Po pandemii wiele osób przejawiało objawy zespołu stresu pourazowego. Zaburzenie to zyskało nawet w pandemii własną, roboczą, nazwę - zespół stresu popandemicznego. Na zdjęciu: praca medyków podczas V fali pandemii koronawirusa (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Badania zresztą potwierdzają, że to właśnie osoby młode odczuwają częściej negatywne długofalowe skutki pandemii, choć to starsi byli bardziej narażeni na śmierć czy ciężki przebieg choroby.

Pandemia dotknęła więcej obszarów życia młodych niż starszych ludzi?

Dokładnie. Wiele osób starszych nie jest aktywnych zawodowo, nie bierze tak często udziału w różnych wydarzeniach czy aktywnościach kulturalnych, społecznych, nie mają aż tak dużych potrzeb socjalnych, ważna jest dla nich rodzina, najbliżsi przyjaciele. Wśród starszych osób najbardziej cierpiały te, które przed pandemią miały częste kontakty z wnukami, a przymus izolacji, ryzyko zakażenia sprawiły, że ten kontakt został mocno ograniczony. W przypadku wielu osób zniwelowany kompletnie.

Proszę opowiedzieć o tych osobach, które do pani trafiają, które wciąż odczuwają skutki pandemii. Z czym się borykają?

Przypadki, które pani opisała, łączy ten sam mechanizm – lęk. I osoby, które się do mnie zgłaszają, często również mają zaburzenia lękowe. Każdy człowiek odczuwa lęk i strach. O ile strach ma konkretne źródło, czyli boimy się np. węży albo wysokości, o tyle lęk może być wyobrażony, niezwiązany z niczym konkretnie i przejawiać się w bardzo różny sposób. Możemy czuć niepokój i nie wiedzieć, dlaczego go odczuwamy, z czym jest on związany. Lęk i strach to bardzo ważne emocje, których warto słuchać, bo informują nas o ewentualnym zagrożeniu. Gdy jest ich jednak za dużo na co dzień, to może dojść do momentu, w którym zaczną wprowadzać zakłócenia w naszym funkcjonowaniu i doprowadzą do sytuacji, że ktoś będzie tak nimi sparaliżowany, że nie będzie w stanie wykonywać czynności, które zawsze przychodziły mu z łatwością, jak chociażby wstanie z łóżka czy wyjście z domu.

Lęki osób, o których pani wspomniała, są bezpośrednio związane ze źródłem zagrożenia, czyli z tym, co działo się w pandemii – kobieta obawia się wyjść z domu, a mężczyzna kompulsywnie dba o higienę, bo oboje boją się zarazków. Ale te lęki mogą iść w bardzo różne kierunki.

Co ma pani na myśli?

Mam pacjentów, którzy od pandemii mierzą się ze specyficznymi rodzajami fobii, np. czują ogromny lęk przed wejściem do samochodu albo nie są w stanie podróżować.

Czy ich lęki są skutkiem pandemii?

Tak, przed pandemią takich lęków nie mieli albo nie były one tak nasilone. I fakt, że nie są one bezpośrednio związane z pandemią, nie oznacza, że ich ona nie wywołała. Pandemia wygenerowała wiele nowych lęków, z którymi musieliśmy funkcjonować przez długi czas – przed zachorowaniem, przed utratą bliskich, utratą pracy. Osoby, które przed pandemią miały problemy w obszarze zdrowia psychicznego, były bardziej narażone na negatywne skutki pandemii i zdecydowanie dłużej "regenerowały" się po jej zakończeniu.

Ale jest grupa osób, dla których pandemia była pierwszym wyzwalaczem problemów psychicznych. Tak jakby covid wcisnął przycisk "start" i nasilił objawy do tego stopnia, że przemieniły się one w zaburzenie, z którym trudno sobie radzić, które uniemożliwiają lub utrudniają codzienne funkcjonowanie. Miałam pacjentkę, młodą mamę, która doświadczała natrętnych myśli lękowych po raz pierwszy w życiu po wybuchu pandemii, bo zostanie rodzicem to kryzys życiowy – co prawda normatywny, czyli taki, przez który przechodzi większość ludzi i do którego człowiek ma wypracowanych wiele mechanizmów radzenia sobie, ale to jednak kryzys.

Udało jej się znaleźć sposób na radzenie sobie z tymi myślami, aby się one nie rozkręcały.

Pandemia wygenerowała wiele nowych lęków, z którymi musieliśmy funkcjonować przez długi czas -m.in lęk przed zachorowaniem (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

A czy miała pani pacjentów, w przypadku których lęk nie przejawia się w formie fobii czy silnego niepokoju, natrętnych myśli?

Tak, zaczynają mieć objawy psychosomatyczne. Miałam pacjentkę, która skarżyła się na szereg objawów zdrowotnych, których nie wyjaśniały badania: bóle w klatce piersiowej, bóle brzucha, osłabienie mięśni, problemy z gardłem i głosem etc. Wydawało jej się, że przyczyną takiego osłabienia odporności jest jakaś poważniejsza choroba lub nieprawidłowości natury biochemicznej, ale badania nie wykazały nic szczególnego. Okazało się, że tak jej organizm zareagował na długotrwałe przeżywanie pandemicznego lęku. To nie był jednak pierwszy raz, kiedy jej organizm zareagował psychosomatycznie na stres – miewała tego typu doświadczenia już przed pandemią.

Co ważne, podczas pandemii ogromną rolę w podkręcaniu lęku odgrywały media. Nawet osoby, które nigdy nie miały problemów z obszaru zdrowia psychicznego, wskutek bycia non stop podłączonymi do mediów również zaczęły przejawiać objawy lękowe.

Kto jeszcze mógł "nie wrócić" po pandemii do życia?

Wiele osób przejawiało objawy zespołu stresu pourazowego. Zaburzenie to nawet zyskało w pandemii własną, roboczą, nazwę – zespół stresu popandemicznego. Dotyczy to przede wszystkim osób pracujących w służbach medycznych oraz tych, w przypadku których przebieg choroby był bardzo ciężki.

Jakie są symptomy?

U każdego mogą wyglądać inaczej. Może to być silny lęk, niska motywacja, uczucie beznadziei, zaburzenia snu, apetytu, negatywne czy katastroficzne myśli – żeby wymienić kilka. Pojawiło się kilka publikacji opisujących tego typu przypadki, ale wciąż nie powstały żadne badania, które potwierdziłyby, że rzeczywiście mamy do czynienia z konkretnym zaburzeniem. Jeszcze za mało czasu minęło od pandemii.

Rozumiem, że chodzi o osoby, które mimo że od pandemii minęło już półtora roku, wciąż mogą tego typu objawy mieć?

Dokładnie. Co nie zmienia faktu, że dla wielu osób pandemia była doświadczeniem traumatycznym.

Ja również czuję, że od pandemii lęków mam więcej. Pandemia, wojna w Ukrainie, wojna izraelsko-palestyńska. Urodziło mi się dziecko, co też nadszarpnęło moją psychikę i wzmogło lęk.

Te wszystkie zdarzenia, o których pani mówi – pandemia, wojna, ciąża, urodzenie dziecka – to duże kryzysy. Kryzysy rozumiane niekoniecznie jako negatywne, ale po prostu bardzo trudne wydarzenia życiowe, które mogą powodować przeciążenie zdolności do radzenia sobie z nimi.

I ma pani rację, żyjemy w czasach kryzysów. I to kryzysów ogólnoświatowych, które są związane z zagrożeniem zdrowia czy życia, które dotykają nas bezpośrednio. Pierwszy raz od II wojny światowej jesteśmy w takiej sytuacji, a poza tym jesteśmy o tych kryzysach informowani na bieżąco, są przez to blisko nas. Bombardowania, śmierć drugiego człowieka możemy wręcz oglądać na żywo! Te poruszające relacje z jednej strony pobudzają do refleksji, uwrażliwiają, zwiększają świadomość, ale jednocześnie w bardzo istotnym stopniu nasilają lęk.

Podczas pandemii wszędzie chodził w maseczce, unikał kontaktowania się z ludźmi, dezynfekował produkty ze sklepów. Po pandemii nic się nie zmieniło (Fot. Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl)

Pandemia zapoczątkowała ten maraton lękowy, była takim pierwszym od bardzo długiego czasu ogólnoświatowym bodźcem wyzwalającym lęk. Przez to, że – jak już wspominałam – pandemia nas przeorała psychicznie, sprawiła, że zaczęliśmy zwracać uwagę na zupełnie nowe rzeczy.

To znaczy?

Przed pandemią społeczeństwo kładło zdecydowanie większy nacisk na wartości materialne, ważne było osiąganie sukcesu, robienie kariery.

Bo mieliśmy do tego zasoby. Nie byliśmy osłabieni psychicznie.

Pandemia wiele rzeczy przewartościowała i tak jak pani mówi, pokazała, że nie jesteśmy niezniszczalni, osłabiła niektórych na tyle, że zostali poniekąd zmuszeni do skupienia się bardziej na sobie, na swoim zdrowiu. Ale także pokazała, że naprawdę można w życiu zwolnić, poświęcić czas na to, co nas cieszy, poprawia nam nastrój, pasjonuje. Że można zupełnie inaczej się realizować. Była bodźcem do tego, by zastanowić się nad tym, jakie są związki, w których funkcjonujemy, czy są dla nas dobre, jak chcielibyśmy naprawdę, aby wyglądała nasza praca. Pieniądze, prestiż przestały być tak ważne jak to, żeby czuć się dobrze, być zdrowym, zadowolonym.

Miałam pacjentkę, która zrezygnowała z bardzo atrakcyjnej – i finansowo, i pod względem rozwoju – propozycji pracy w korporacji międzynarodowej tylko dlatego, że nie było tam możliwości pracy hybrydowej. W czasie pandemii tak zasmakowała w pracy zdalnej, że stał się to dla niej priorytet przy szukaniu ewentualnego nowego zatrudnienia.

Wspomniała pani, że potrzeba roku, aby wrócić do normalnego funkcjonowania po kryzysie. To ciekawe, że właśnie mniej więcej po roku od zakończenia pandemii coraz więcej firm zaczęło rezygnować z pracy zdalnej, nie zostawiając miejsca na negocjacje z pracownikami.

Trudno mi wypowiadać się za firmy o ich motywacjach biznesowych. Natomiast na pewno praca zdalna zakłóca funkcjonowanie w zespołach jako we wspólnocie. Praca online nie sprzyja realizacji kontaktów międzyludzkich i komunikacji tak, jak to się dzieje w spotkaniach bezpośrednich twarzą w twarz.

Z psychologicznego punktu widzenia?

Doskonale rozumiem tę decyzję. I bardzo ją popieram! Człowiek pracy realizuje się na kilku poziomach: zaspokaja potrzeby jawne, takie jak zarabianie pieniędzy, jak i ukryte, jak bycie w relacjach społecznych, nadawanie struktury swojemu codziennemu funkcjonowaniu. Zaspokaja także potrzebę prestiżu, przynależenia do określonej grupy społecznej. Relacje online nie są w stanie w pełni tych potrzeb zaspokoić. Oraz bardzo trudno jest zarządzać zespołami online, aby te potrzeby zaspokoić. Trzeba mieć ogromną świadomość tych mechanizmów i poświęcać na to bardzo dużo czasu. Czyli relacje z ludźmi z pracy mogą niebezpośrednio wpływać na efektywność czy poczucie przynależności do danego zespołu. Nie zapominajmy, że praca, zapewniając te społeczne relacje, uczy nas rozwiązywania konfliktów, komunikowania się, wchodzenia w relacje, nawiązywania ich, uczy wsparcia społecznego. Bardzo trudno to robić online.

Wiele osób już zaadaptowało swoje życie do pracy zdalnej. Mój przyjaciel w pandemii przeprowadził się z rodziną za miasto. Pracował cały czas zdalnie. W tej chwili jest zmuszany do jeżdżenia do biura. Zajmuje mu to półtorej godziny w jedną stronę. Po trzech miesiącach jest kompletnie wyczerpany i zaczyna szukać innej pracy.

Niektóre zmiany rzeczywiście dzieją się zbyt szybko i ludzie mają prawo czuć się zagubieni, dlatego mimo że jestem zwolenniczką powrotów do biur, to jednak należy to robić z rozmysłem i dopasowywać warunki do pracownika. Jak pani widzi, w dalszym ciągu odczuwamy skutki pandemii, nie zadomowiliśmy się jeszcze w pełni w nowej rzeczywistości, w której moglibyśmy poczuć się bezpiecznie czy która byłaby dla nas w większym stopniu przewidywalna.

Agnieszka Mościcka-Teske. Psycholożka, psychoterapeutka, biegła sądowa. Na poznańskim wydziale Uniwersytetu SWPS prowadzi zajęcia z zakresu psychologii klinicznej, psychologii zdrowia i psychologii pracy.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia.