Reportaż
Kilka razy na dzień nabiał, ryba raz w tygodniu - tak ma wyglądać szkolne i przedszkolne menu. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)
Kilka razy na dzień nabiał, ryba raz w tygodniu - tak ma wyglądać szkolne i przedszkolne menu. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Zdrowy posiłek to podstawa dla prawidłowego rozwoju młodego organizmu. Co jednak robią rodzice, jeśli menu w szkole czy przedszkolu nie oferuje tego, co dziecko mogłoby zjeść?

– Poprzednia dyrektorka w przedszkolu powiedziała mi: "Żeby pani była świadoma, że powiem wszystkim nauczycielom i dzieciom, że pani dziecko jest chore, bo nie je mięsa" – mówi mama weganka, mieszkanka Sierakowic, liczącej około 20 tys. mieszkańców gminy na Pomorzu. Po tej rozmowie kobieta zrezygnowała z zapisania syna do placówki. – Dyrektorka się zmieniła, obecna nie widzi problemu w podgrzewaniu obiadów z domu. Czekam na miejsce w tym przedszkolu – mówi kobieta.

Gotowanie własnych posiłków i liczenie na to, że w szkole czy przedszkolu zgodzą się na ich podgrzanie, to optymistyczny scenariusz, na który godzi się większość wegańskich rodziców. "Nie jest to najwygodniejsze, ale przynajmniej jest opcja" – pisze inna mama ucznia na lokalnej wegańskiej grupie na Facebooku.

Daria Krupińska, mama córek w wieku sześć i osiem lat, też mieszka w małej miejscowości na Pomorzu. – Jak mieszkaliśmy w Trąbkach Wielkich niedaleko Pruszcza Gdańskiego, to z wegańskimi posiłkami w publicznym przedszkolu nie było problemu – mówi.

Tam produkty do kuchni dostarczała firma, która specjalizuje się w mięsie, ale w ofercie ma też roślinne alternatywy.

– Chciałabym, żeby wreszcie było normalnie – dodaje Daria, która codziennie po pracy gotuje córkom zamienniki mięsa do szkolnego obiadu. Córki zazwyczaj jedzą je z ziemniakami ze stołówki. Młodsza córka, w zerówce, jest zaopatrywana przez mamę w wegańskie parówki i sery, by mogła zjeść śniadanie razem z innymi dziećmi. O przygotowaniu bezmięsnych posiłków w całości w szkolnej kuchni nie ma mowy. – Panie nie chcą współpracować. Zupy zawsze muszą być na mięsie – mówi Daria.

'Dostępne badania nad dietą wegańską u dzieci (...) wskazują również na prawidłowy rozwój dzieci oraz potencjalne korzyści zdrowotne diety roślinnej'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Paweł Sowa / Agencja Wyborcza.pl)

"Mamy jedno menu, mięsne, nie ma diety wybiórczej" – słyszę w słuchawce, gdy dzwonię do jednej z publicznych szkół podstawowych w Gdańsku. Taką odpowiedź otrzymują często wegetariańscy rodzice w całej Polsce. I nie ma tu podziału na małe i duże miejscowości. Gdy Filip Pelc, radny z Partii Zieloni z warszawskiej Białołęki, dwa lata temu szukał przedszkola dla swojego syna, dowiedział się, że na dziewięć publicznych placówek dostępnych w jego dzielnicy żadna nie zapewnia roślinnych posiłków.

– Zrobiło mi się przykro – mówi. Dziecko zapisał do niepublicznego przedszkola, które miało podpisaną umowę z miastem i było refundowane. Tam opcja wegańskiego posiłku była dostępna. Jako radny zaczął wysyłać interpelacje, zapytania do władz miasta. Wolę zmiany sytuacji wyraziła wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska. – Coś w tej kwestii ma się zmienić, ale to ciągle walka. Ciągle dostaję sygnały od innych rodziców, że mają z tym problem – przyznaje Pelc. – Nie mówimy o jakimś rocket science, tylko o przygotowaniu posiłku wegańskiego, który jest zdrowy – mówi.

O problemach ze szkolnymi posiłkami wegerodzin w swojej pracy często słyszy Iwona Kibil, dietetyczka specjalizująca się w dietach wegetariańskich, autorka książki "Wege. Dieta roślinna w praktyce" wydawnictwa medycznego PZWL.

– Think tank Green REV Institute przeprowadził badania w województwie mazowieckim. Tylko w 20 proc. przebadanych szkół bezmięsne posiłki są dostępne, wegańskie – w żadnej. Opcje wegetariańskie to były posiłki bardziej monotonne, mączne czy oparte na samych jajkach. Zupy gotowane są na mięsnych wywarach. Rodzice młodszych dzieci częściej przygotowują posiłki sami. W szkołach średnich, gdzie nie ma stołówek, młodzież bazuje na kanapkach. Bywa, że jeśli szkoła czy catering wyrażają zgodę na przygotowanie bezmięsnych posiłków, to wymagane jest od rodzica zaświadczenie od lekarza. Nie ma takiego prawa, które tego wymaga – mówi Kibil. – Zdarza się też tak, że szkoła mówi, że sanepid nie pozwala, żeby rodzic przynosił własny posiłek. Szkoła często nie wyraża zgody, bo to zbyt duży problem logistyczny, jeśli na całą szkołę są takie dwie–trzy osoby. Czasem też catering mówi, że posiłki roślinne nie są zbilansowane – wymienia doświadczenia swoich pacjentów dietetyczka.

Wegańskie dziecko – zdrowe czy nie?

Kotlet schabowy panierowany, sałata z rzodkiewką i szczypiorem, ziemniaki z koperkiem, woda, mandarynka. Taki obiad zjedli uczniowie jednej z publicznych podstawówek w Gdańsku w środę 30 października. W każdy inny dzień tego tygodnia głównym daniem było mięso. Poza piątkiem, kiedy podano mączną opcję bezmięsną – naleśniki z dżemem.

Radny Gdańska z KO Łukasz Bejm, który apelował w tej sprawie do władz miasta, mówi, że i w stolicy województwa pomorskiego ma się coś zmienić, ale nie wiadomo kiedy.

 – Umówmy się: uczniów korzystających z opcji wegańskich i wegetariańskich będzie mniej, a jest to bardziej obciążające dla budżetu szkoły, a co za tym idzie – miasta – mówi Bejm. – Niemniej władze miasta mają świadomość tej sytuacji i będą starały się wyjść naprzeciw – dodaje.

– Jak się wymieniamy pismami, to według urzędników problem polega na tym, że w kwestii diety wegańskiej dla dzieci jest bardzo mało badań, część dietetyków sugeruje, że z tego względu nie powinno się jej zalecać. Dieta wegetariańska jest za to dobrze przebadana i tutaj już nie ma wątpliwości, nawet wśród bardziej opornych osób – mówi Filip Pelc.

Opcje wegetariańskie w szkołach - red. to posiłki bardziej monotonne, mączne czy oparte na samych jajkach - zauważa Iwona Kibil, dietetyczka. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Iwona Kibil wymienia grupy naukowe na świecie i w Polsce, które diety wegetariańskie u dzieci uznają za zdrowe: Amerykańska Akademia Dietetyki i Żywienia, Stowarzyszenie Dietetyków z Kanady, Brytyjskie Stowarzyszenie Dietetyczne czy grupa robocza Włoskiego Towarzystwa Żywienia Człowieka. W Polsce w 2021 roku Polskie Towarzystwo Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci poinformowało, że dieta wegańska, tak jak wegetariańska, u dzieci jest dopuszczalna, pod warunkiem że jest właściwie zbilansowana, a dziecko znajduje się pod nadzorem dietetyka. Jednocześnie podało, że zbilansowanie diety wegańskiej u dzieci jest bardzo trudne, a ryzyko nieprzestrzegania zaleceń duże.

– Z tym bym dyskutowała, bo wszystko zależy od sposobu żywienia w rodzinie, nawyków żywieniowych dzieci i rodziców oraz współpracy rodziców z doświadczonym dietetykiem. Ponadto każdy sposób żywienia, bez względu na to, czy będzie zawierał produkty odzwierzęce, czy nie, może prowadzić do niedoborów żywieniowych, jeśli dieta nie jest dobrze zbilansowana – tłumaczy Iwona Kibil.

Pytam ją też o to, czy rzeczywiście dieta oparta na samych roślinach jest za mało przebadana wśród dzieci.

– To prawda, że na ten moment brakuje długoterminowych badań oceniających zdrowie dzieci na takich dietach, w szczególności wegańskiej. Jednak po pierwsze, nie znaczy to, że badań nie ma. Po drugie, dostępne badania nad dietą wegańską u dzieci, chociaż pokazują wyzwania, które wymagają uwagi, to wskazują również na prawidłowy rozwój dzieci oraz potencjalne korzyści zdrowotne diety roślinnej (m.in. niższy poziom cholesterolu) – odpowiada.

Złe dla zdrowia i planety

– W Polsce dzieci tyją najszybciej w Europie – wskazuje Marzena Wichniarz, szefowa i założycielka grupy Rodziców dla Klimatu, mama trójki dzieci, wegetarianka. Powołuje się przy tym na raport COSI [Childhood Obesity Surveillance Initiative – Inicjatywa Nadzoru nad Otyłością Dzieci – przyp. red.], w którym przedstawiono wyniki badań nad otyłością u dzieci w wieku siedem–dziewięć lat z całej Europy. W Polsce te dane podaje Instytut Matki i Dziecka. Wichniarz przekonuje, że już choćby odwrócenie proporcji ilości mięsa do świeżych warzyw na talerzu może w tej sytuacji mieć znaczenie.

Podkreśla, że aktywistom nie chodzi o to, by zmusić wszystkich do przejścia na weganizm. Ale oprócz tego, by wegedzieciom dać możliwość zjedzenia ciepłego posiłku w szkole, Rodzice dla Klimatu chcieliby zwrócić uwagę na ilość i jakość mięsa spożywanego w naszym kraju, również w szkolnych stołówkach.

Zobacz wideo Dlaczego boimy się zmian? Pytamy eksperta

Na potrzeby kampanii "Roślinna szkoła" oszacowano, że statystyczny Polak zjada około 80 kg mięsa rocznie. To ponaddwukrotnie więcej, niż podają najnowsze zalecenia dotyczące zdrowia (około 30 kg). Duża część mięsa podawanego na obiad, również w publicznych placówkach, to mięso niskiej jakości, przetworzone lub czerwone. Czerwone zaklasyfikowano jako "prawdopodobnie rakotwórcze" (grupa 2A), a przetworzone – "rakotwórcze" (grupa 1, w której znajdują się m.in. azbest, tytoń i alkohol).

– Grupa 1 to udokumentowany związek przyczynowo-skutkowy między ekspozycją na daną substancję czy produkt a zachorowaniem na nowotwór. W przypadku mięsa chodzi o niektóre patologie, jak rak jelita grubego. Wystarczy związek z tym jednym rodzajem choroby, by mówić o danej substancji jako powodującej raka. W pozostałych klasach mówimy o korelacji ze względu na mniejszą siłę dowodów. W nowej klasyfikacji WHO i towarzystw onkologicznych, która obowiązuje od 2015 roku, mięso przetworzone wskoczyło do klasy 1, bo zebrano wystarczającą liczbę dowodów. Mówimy tu o sile dowodów naukowych, a nie o etyce związanej z hodowlą zwierząt na mięso – tłumaczy dr Tomasz Jeżewski, kardiolog.

O wpływie produktów pochodzących z hodowli przemysłowych zwierząt na środowisko mówi się od dawna. Już w 2006 roku głośny raport ONZ ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) "Długi cień zwierząt hodowlanych: problemy i rozwiązania dla środowiska" ["Livestock Long Shadow: Environmental Issues and Options" – przyp. red.] podawał, że produkcja jedzenia pochodzenia zwierzęcego odpowiada za 18 proc. emisji gazów cieplarnianych i pochłania gigantyczne ilości wody. W 2019 roku czasopismo naukowe "The Lancet" opracowało koncepcję diety planetarnej, która oprócz tego, że jest dobrze zbilansowana i służy ludziom, ma też chronić planetę.

– Dieta planetarna bazuje na tradycjach śródziemnomorskich, świeżych, nieprzetworzonych warzywach i owocach, które stanowią 50 proc. talerza zdrowego odżywiania. Następnie w 15 proc. opiera się na produktach z pełnego ziarna i w 10–12 proc. na białku pochodzenia roślinnego: strączkach, soi czy orzechach. Jest w niej miejsce na mięso, nabiał i jaja, ale w 3–5 proc. To zdecydowanie mniej produktów odzwierzęcych, niż zjada przeciętny Polak – tłumaczy założycielka Rodziców dla Klimatu.

Ważnym elementem stołówkowej układanki są miasta. To tam zapadają decyzje, jak rozporządzać budżetem dla szkół. Miasta mają też możliwość tworzenia strategii rozwoju, w którym miejsce może znaleźć właśnie zdrowa żywność. O wprowadzeniu diety planetarnej do szkół w Lublinie w listopadzie 2024 roku z prezydentem miasta Krzysztofem Żukiem będzie rozmawiać radna Lublina Monika Kwiatkowska. Mimo że przywiązanie do schabowego na talerzu jest w jej regionie bardzo silne – Lubelskie to region rolniczy – Kwiatkowska wierzy, że coś się zmieni.

Bardziej roślinna szkoła

Monika Kwiatkowska i Filip Pelc, tak jak 42 innych radnych różnych miast Polski, poparli projekt "Roślinna szkoła" stworzony przez Green REV Institute w partnerstwie m.in. z Future Food 4 Climate*. Kampania stawia sobie za cel wprowadzenie powszechnego wyboru opcji wegańskiej do wszystkich publicznych szkół i przedszkoli w Polsce. Projekt wspierają też posłowie i posłanki, a także kandydaci w wyborach w całej Polsce. Łącznie około 200 polityków.

Marzena Wichniarz mówi, że włączyła się w kampanię, bo jej córka w szkole nie miała możliwości zjedzenia ciepłego posiłku. Jak wiele dzieci w tej sytuacji musiała czekać na kolację w domu, zapychając się przekąskami.

Działający w "Roślinnej szkole" widzą, co stoi na przeszkodzie powszechnej dostępności roślinnych posiłków w szkołach. To rozporządzenie Ministra Zdrowia z lipca 2016 roku, które określa, jak ma wyglądać szkolne i przedszkolne menu.

– Kilka razy na dzień nabiał, ryba raz w tygodniu – mówi dietetyczka Iwona Kibil.

To tymi przepisami wymawiają się dyrektorzy szkół, którzy obawiają się im sprzeciwiać.

Na potrzeby kampanii 'Roślinna szkoła' oszacowano, że statystyczny Polak zjada około 80 kg mięsa rocznie. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Zmiana rozporządzenia ma być jednym z kluczowych elementów zmiany rzeczywistości szkolnych stołówek. Projekt "Roślinna szkoła" trafił do Rzecznika Praw Obywatelskich, prof. Marcina Wiącka. Jako odpowiedź w kwietniu RPO przedstawił swoje wystąpienie minister zdrowia Izabeli Leszczynie. W piśmie Wiącek porównuje sytuację żywienia w placówkach edukacyjnych do tej w szpitalach – w sprawie poprawy jakości żywienia tam wielokrotnie apelowali RPO różnych kadencji. Wskazuje, że rosnąca liczba przedstawicieli młodego pokolenia wybiera diety bezmięsne, ale nie może liczyć na pełnowartościowy posiłek w szkole. Dlatego żywienie w szkołach wymagałoby właśnie osobnego rozporządzenia.

Jak na razie resort zdrowia nie podjął działań w tej sprawie. Anna Spurek, dyrektorka Green REV Institute, który współtworzy kampanię, przekonuje, że podejście systemowe jest możliwe. Zrobiły to inne kraje.

– Edynburg, Helsinki, Haga to miasta, które wdrażają działania na rzecz prawa mieszkańców i mieszkanek do zdrowej żywności. Widzimy też, co dzieje się w Rzymie, gdzie powstała rada ds. żywności. Tam 150 podmiotów, w tym nasz partner Terra!, dyskutuje, jak powinien wyglądać dostęp do zdrowej żywności, jak jej nie marnować, jak ją dostarczać, jak prowadzić kampanię w mieście, jak zapewnić zdrową, odpowiedzialną klimatycznie żywność w szkołach. To są bardzo konkretne narzędzia. Musimy do tego doprowadzić w Polsce, bo inaczej będziemy chodzić do różnych wydziałów w różnych urzędach w całym kraju. A jeżeli usiądziemy przy jednej, dobrze przygotowanej przez ekspertów i ekspertki i opartej na naukowej diagnozie krajowej strategii ds. żywności, to uda nam się zaplanować bardzo wiele dobrych działań – mówi.

W większości polskich szkół i przedszkoli publicznych nie ma dostępu do posiłków bezmięsnych. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

Spurek wskazuje na to, że dotknięcie tak dużego tematu jak żywność wymaga od polityków odwagi.– Rozumiem, że wszyscy boimy się rozmowy o robakach, złej Unii, że boimy się hejtu i cyberprzemocy, która czeka nas, gdy zaczniemy mówić o katastrofie na talerzu, ale my naprawdę oczekujemy od polityków i polityczek, że do debaty klimatycznej i zdrowotnej wprowadzą żywność – mówi.

Spurek odwołuje się do głośnej dyskusji o tym, że UE zakaże jedzenia schabowego i nakaże jedzenie owadów, po tym jak na europejski rynek wprowadzono mączki i inne produkty spożywcze na bazie protein z owadów, na przykład świerszczy.

Rodziców dla Klimatu wsparła też posłanka (w poprzedniej kadencji – senatorka) i lekarka, prof. Alicja Chybicka, która zaprosiła rodziców do swojego zespołu parlamentarnego. W październiku w sejmie zajęto się tam "Roślinną szkołą".

O tym, jak do "roślinnych stołówek" doszły inne kraje w Europie, opowiadał wtedy Marcin Tischner z ProVeg Polska.

– Mamy Portugalię, która po prostu wprowadziła roślinny posiłek do wyboru, dzięki czemu z tej opcji regularnie korzysta aż 72 proc. odbiorców (uczniów, studentów, urzędników). Dania mocno postawiła na żywność ekologiczną i lokalną. Mamy też Francję, która do zmiany podeszła kompleksowo, łącząc roślinne posiłki w szkołach z kwestią niemarnowania żywności i ograniczania plastiku – wymienia. Tischner zwraca uwagę, że w całej tej układance kluczową rolę odgrywają zamówienia publiczne, które muszą opierać się na zrównoważonej żywności. Dania osiągnęła to, dotując w przetargach ekologicznych dostawców, a koszty tego pokrywała, minimalizując odpady, zwiększając ilość żywności sezonowej i ograniczając mięso na rzecz strączków. Tamtejsze badania szacują korzyści finansowe takiej zmiany na poziomie 300 euro na osobę rocznie. Chodzi o długoterminowe oszczędności w mniej obciążonym systemie zdrowia.

Tylko jak przekonać dzieci i młodzież do zdrowszych nawyków? Według Rodziców dla Klimatu posiłki powinny być serwowane w atrakcyjny sposób, na przykład w formie bufetu świeżych warzyw i owoców.

– Polska kuchnia obfituje w tradycję przepisów ze strączkami. Wystarczy je atrakcyjnie nazwać i podać – przekonuje Wichniarz.

– To początek drogi w Polsce, ale wierzę, że jesteśmy na dobrym kierunku i w dobrym czasie. Prezes NIK zapowiadał, że szykują raport na przełom roku, w którym będą mówić o szkolnych posiłkach, pewnie bardziej od strony odpowiedniego wydatkowania środków publicznych (w tym kwestii marnowania żywności). To może być wartościowy materiał, żeby unaocznić decydentom, że coś z tymi posiłkami szkolnymi trzeba zmienić, żeby młodzież odżywiała się zdrowiej i lepiej – mówi Marcin Tischner.

*W projekt "Roślinna szkoła" jako partnerzy dołączyli również Rodzice dla Klimatu, Klub Myśli Ekologicznej, PROM, Fundacja Onkologiczna Rakiety.

Tekst ukazał się pierwotnie 13 listopada 2024 roku.

Sylwia Gutowska. Dziennikarka i reporterka freelance. Od kilku lat w tematach krążących wokół społeczeństwa i zdrowia psychicznego. Kulturoznawczyni i polonistka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.