Społeczeństwo
W serialu 'Matki Pingwinów' Barbara Wypych gra Ulę Wojtal, mamę dwójki dzieci z niepełnosprawnościami (Piotr Litwic/Netflix)
W serialu 'Matki Pingwinów' Barbara Wypych gra Ulę Wojtal, mamę dwójki dzieci z niepełnosprawnościami (Piotr Litwic/Netflix)

Serial "Matki Pingwinów" zdobył serca zarówno polskich, jak i zagranicznych widzów. Po tym sukcesie Netflix postanowił kontynuować produkcję – symbolicznie informacja została ogłoszona 26 maja, w Dzień Mamy.

Jak to się stało, że ten serial powstał?

Klara Kochańska-Bajon: Wszystko zaczęło się od przypadkowej rozmowy z moją dobrą koleżanką, która tak jak ja ma dziecko atypowe. Plotkowałyśmy o naszej codzienności, pełnej wyzwań, będącej takim emocjonalnym rollercoasterem, trochę na poważnie, trochę żartobliwie. I nagle powiedziałam: z tych wszystkich opowieści matek czy rodzin będących w takiej samej sytuacji jak my można by stworzyć naprawdę superserial o rodzicielstwie. Taki, który podważyłby stereotypy na temat matek, który pokazałby zupełnie inne spojrzenie na rodzicielstwo.

Chwilę później, kiedy prezentowałam Netfliksowi inny projekt, przy okazji opowiedziałam o tym pomyśle. Anna Nagler, ówczesna dyrektorka ds. lokalnych seriali oryginalnych Netfliksa w Europie Środkowo-Wschodniej, odpowiedziała: "To jest świetne! Znajdź producenta i pisz!". Byłam w szoku.

Zainteresowała ją ta tematyka?

K.: Myślę, że i tematyka, i moje zaangażowanie emocjonalne, które było ewidentne, gdy o tym opowiadałam. Od dłuższego czasu nie byłam do niczego tak bardzo przekonana. Po studiach moja droga kariery była dość wyboista, wiele projektów, które chciałam zrealizować, z różnych powodów padło. Po urodzeniu dziecka dodatkowo było mi trudno wrócić do realizacji autorskich projektów. Bardzo tęskniłam za zrobieniem czegoś, o co chciałabym zawalczyć.

A historie "Matek pingwinów" - bo tak się nazwali bohaterowie serialu, rodzice dzieci z różnego rodzaju ograniczeniami - to także twoja historia.

K.: Tak. Czułam, że prędzej czy później ten temat da o sobie znać i będę chciała o nim opowiedzieć. Do projektu zaprosiłam Jagodę, z którą znamy się ze studiów. Bardzo chciałam, by się zgodziła, bo cenię jej talent i poczucie humoru.

Klara Kochańska- Bajon (materiały prasowe Netflixa) , Jagoda Szelc (Karolina Foltyn)

Jagoda Szelc: Lubię projekty, które są zgodne z moją wizją świata. Najpierw spodobała mi się idea "Matek pingwinów", a potem przeczytałam scenariusz, który okazał się zabawny i inteligentny. W dodatku nie romantyzował rodzicielstwa, żadnej z bohaterek nie stawiał na piedestale. Jest w tym scenariuszu wiele czułości.

Ile jest ciebie, Klaro, w "Matkach pingwinów"?

K.: Żadna z bohaterek serialu nie jest mną, żaden z bohaterów nie jest moim synem. To, co jest i moje, i bohaterek, to emocje, procesy i mechanizmy psychiczne, które zachodzą w głowie osoby borykającej się z różnymi wyzwaniami związanymi z tym, że ma dziecko inne niż większość. Albo po prostu z tym, że ma dziecko.

Na przykład?

K.: Chociażby to, jak wygląda mechanizm wyparcia, w tym przypadku diagnozy dziecka, i jak może przebiegać proces jej akceptacji. Scenariusz, który tworzyłam nie tylko ja, ale też dwie młodsze ode mnie scenarzystki – Nina Lewandowska i Dorota Trzaska, które nie mają dzieci – oparty jest na szerokiej dokumentacji, rozmawiałyśmy z wieloma mamami. I z tych wszystkich historii ulepiłyśmy kilka wyrazistych postaci.

J.: I dzięki temu ten serial i problemy w nim pokazane są uniwersalne. Nie mam dzieci, ale jak my wszyscy byłam czyimś dzieckiem. Jednak dla mnie ten serial jest przede wszystkim o przyjaźni. Jak powiedział William Blake: "Prawdziwa przyjaźń opiera się na odmienności". Nasz serial jest o tym, jak buduje się relacja między, wydawałoby się, bardzo różnymi ludźmi. Nawet nie pomimo różnic, ale właśnie dzięki nim. Bardzo mnie to wzrusza.

K.: Serial czy film, nad którym pracuje wiele osób, nigdy nie należy do jednego reżysera czy jednego scenarzysty. Każdy w ekipie dokłada swoją cegiełkę. Nie oznacza to jednak, że w serialu nie pojawiają się sceny z mojego życia.

Zdradzisz jakie?

K.: Na przykład ta, kiedy Kama [w tej roli Masza Wągrocka – przyp. red.] wkurza się na Tatianę [w tej roli Magdalena Różczka – przyp. red.], bo ta codziennie zastawia podjazd do szkoły swoim wielkim vanem. W pewnym momencie dowiaduje się, dlaczego tak właśnie robi, i postanawia do niej zagadać. Dokładnie w ten sam sposób ja poznałam pewną mamę.

Tatiana musi czekać pod szkołą przez cały dzień, ponieważ nikt ze szkoły nie potrafi obsłużyć jej niepełnosprawnego chłopca przy korzystaniu z toalety. A podróżuje vanem, ponieważ tylko w tak dużym samochodzie jest w stanie przewieźć wózek, na którym porusza się chłopiec.

Tworząc i realizując ten serial, miałyście w głowie jakieś inne seriale o rodzicielstwie?

K.: Na pewno, ale nie wolno nam o tym mówić. (śmiech)

J.: Ten serial jest w pewnym sensie unikatowy.

Na pewno tym, co jest w nim podobne do anglojęzycznych seriali o strudzonych matkach, jest to, że o trudnych sprawach opowiada w sposób lekki i komediowy. Pojawiają mi się w głowie tytuły takie jak "Pracujące mamy" czy "The Letdown".

K.: Bo życie rodzica, a tym bardziej rodzica dziecka z trudnościami, jest po prostu tragikomedią! Są smutki, trudności, ale i sytuacje absurdalne albo tak przytłaczające, że nie pozostaje już nic, tylko się śmiać. Dzieci wywracają życie do góry nogami, kroczą swoimi ścieżkami, nie chcą się dopasować do naszego życia, zawsze mają sprzeczne interesy z interesami rodzica.

Dla mnie to było kluczowe, że jeżeli w ogóle zabierać się do tego tematu, to z takim podejściem.

Temat dzieci z niepełnosprawnościami kojarzy się też w Polsce przede wszystkim z interwencyjnymi reportażami prasowymi czy telewizyjnymi, ciężkimi dokumentami. Nie chciałam powielać tego klimatu, chciałam odczarować temat humorem. Co nie znaczy, że to, co na ekranie, jest nieprawdziwe czy wymyślone. Nie wiem, dlaczego tego typu perspektywa jest u nas tak niepopularna. Może dlatego, że ludzie boją się, że do tego tematu trzeba podchodzić ostrożnie, ze współczuciem, bo jeśli ktoś się zaśmieje, to zostanie posądzony o brak szacunku, empatii. Humor to jednak jest często to, co pozwala takim rodzicom jak "Matki pingwinów" przeżyć kolejny dzień.

Barbara Wypych w roli Uli i Tola - scena z serialu (materiały prasowe Netflixa) , Kama z synem Jaśkiem (w roli Kamy Masza Wągrocka, w roli Jaśka Jan Lubas) (materiały prasowe Netflixa)

J.: Trudno jest "odromantyzować" rodzicielstwo, szczególnie rodzicielstwo rodziców dzieci atypowych czy z niepełnosprawnością. Chciałyśmy pokazać rodzicielstwo z perspektywy ludzi, którzy mają swoje ambicje, marzenia, stają przed trudnymi decyzjami, a nie tylko z perspektywy heroicznej matki czy ojca, którzy poświęcają całe swoje życie dla dziecka. To już widzieliśmy w wielu filmach i to nie jest całe spektrum.

K.: Taka jednostronna perspektywa jest zresztą zakłamana. Bez względu na to, jakie masz dziecko, musisz non stop lawirować między potrzebami swoimi i jego, bo ty też masz swoje cele zawodowe, marzenia czy potrzeby. Nie znam rodzica, który nie doświadczałby tego typu rozdwojenia. Chciałam, żeby nasi bohaterowie byli prawdziwi – mieli wady, ciągle się potykali, podejmowali złe decyzje, byli egoistyczni. Chciałam ich zdjąć z tego pomnika męczeństwa.

Serial jest zabawny, bo stoi na dobrze napisanych postaciach.

K.: Takie było założenie. Chcieliśmy stworzyć cztery złożone postaci, które widz będzie odkrywał powoli i które będą się między sobą różnić praktycznie wszystkim: statusem społecznym, ekonomicznym, poglądami, środowiskiem, z jakiego pochodzą. Ich drogi się przecinają ze względu na ich dzieci.

Żyjemy w świecie złożonym z baniek. Gdyby mój syn nie mierzył się z takimi, a nie innymi wyzwaniami, to prawdopodobnie poszedłby do prywatnej szkoły na Górnym Mokotowie, do której chodziłby z dziećmi moich znajomych ze studiów czy innych filmowców. A w związku z tym, że ma różne trudności i nie mógł iść zwykłą ścieżką edukacji, trafiłam do miejsc, do których nigdy bym nie dotarła, i poznałam zupełnie różnych od siebie ludzi. I to było bardzo wzbogacające. I wzbogacające jest także dla głównej bohaterki, na którą wpływ mają nowe w jej życiu osoby, a ona ma ogromny wpływ na nie.

Mimo że często między nimi zgrzyta.

K.:  Wiadomo – konflikt napędza dramaturgię. Bardzo długo pracowaliśmy nad stworzeniem takich postaci, zarówno na papierze, jak i potem, na etapie charakteryzacji, kostiumów i prób. Mam nadzieję, że widzowie będą mieli swoich faworytów.

'Matki Pingwinów' (materiały prasowe Netflixa) , Krystyna Janda w roli mamy Jerzego (materiały prasowe Netflixa)

Moją faworytką zdecydowanie jest Ula, którą gra Barbara Wypych. Gdybym w prawdziwym życiu ją poznała, to pewnie bym jej nie znosiła, a w serialu ją pokochałam.

K.: Bo poznałaś jej motywacje, dowiedziałaś się, co przeżywa.

J.: Basia Wypych, wcielająca się w rolę Uli, to wybitna aktorka dramaturgiczna i być może dlatego tak dobrze rozumie też komedię. Ciągle coś udoskonala. Bardzo ją podziwiam. Wymyśliła sobie na przykład, że jej bohaterka będzie miała specyficzny tik, który polega na nerwowym poprawianiu sobie grzywki.

K.: I ten tik czyni tę postać kompletną. Basia bardzo cieszyła się na tę rolę i uważam, że jest ona wręcz pod nią skrojona. Subtelnościami potrafi wydobyć czający się pod pozorami idealnego życia UIi dramat.

Bardzo ważnymi bohaterami serialu są także dzieci, które do pewnego stopnia grają siebie, czyli osoby atypowe, z niepełnosprawnościami.

J.: Nie trzeba być reprezentantem danej grupy, aby wiarygodnie odegrać daną postać. W tym wypadku bardzo chciałyśmy, żeby bohaterów zagrały dzieci nieneurotypowe i z niepełnosprawnościami – aby pokazać, jak świetnie sobie radzą jako aktorzy dziecięcy. Należy pamiętać, że nie każda atypowość jest widoczna na pierwszy rzut oka i podpada pod jedną kategorię.

K.: Żadne z tych dzieci nie gra jednak siebie. Każde dziecko wzięło udział w castingu. Na planie przez cały czas była z nami druga reżyserka Magda Glapińska, specjalizująca się w pracy z dziećmi, która dbała o to, aby czuły się dobrze, aby wiedziały, co i jak zagrać. To ona przez cały czas się z nimi komunikowała i przekazywała wszystkie informacje.

Zakładam jednak, że wyzwań było co niemiara? Poproszę o jakieś zakulisowe historie z planu.

J.: Co chwila działo się coś zaskakującego, śmiesznego albo wzruszającego! Jednak paradoksalnie obecność na planie dzieci, które mogą być faktycznie nieprzewidywalne, dyscyplinuje zespół filmowy. Wszyscy przypominamy sobie o tym, że jesteśmy dorośli. Osobiście o wiele bardziej lubię pracować na planach, gdzie są dziecięcy aktorzy.

K.: Magda Glapińska stosowała różne metody i triki, aby zachęcić dzieci do pracy, głównie poprzez zabawę. Ale wyzwań nie brakowało. Jedna dziewczynka miała na przykład tak, że średnio co tydzień wymyślała sobie coś nowego, co ma zrobić ekipa, żeby ona zajęła pozycję i zagrała. W jednym tygodniu kazała nam udawać, że płaczemy. Ile ja tego tygodnia wylałam łez!

J.: Traktowaliśmy dzieci z szacunkiem, ale poważnie, bo miały swoje zadanie do wykonania.

K.: Podczas kręcenia trudnej sceny w górach jedna dziewczynka chciała, żeby każdy z członków ekipy odegrał to, co ona ma wykonać w scenie. W ten sposób oswajała sytuację. Tej procedurze jednak nie było końca. Po 40 minutach stwierdziłam, że tak być nie może, bo ze zdjęć nici, i postawiłam wszystko na jedną kartę. Trudno, najwyżej nie zagra. Powiedziałam jej: "Słuchaj, nie mamy już niestety na to więcej czasu, musisz podjąć decyzję, czy grasz, czy nie. I jedna, i druga opcja jest w porządku, nikt nie będzie miał do ciebie pretensji. Masz dublerkę, która może cię zastąpić". Odpowiedziała: "Dobra". I zagrała.

J.: Dzieci to pestka. Są poważniejsze problemy w życiu filmowca.

Co na przykład?

J.: Pogoda! W filmie czy serialu ważna jest ciągłość. Jeśli kręcimy coś, co ma się wydarzyć na przykład jednego popołudnia, to nie może być tak, że co ujęcie raz świeci słońce, a raz pada deszcz.

Zobacz wideo Bareja - kochany przez widzów, nienawidzony przez środowisko filmowe

Nigdy nie zapomnę, jak kręciliśmy scenę w stadninie. Na planie było 65 aktorów pierwszo- i drugoplanowych, w tym 25 dzieci, do tego zwierzęta... A pogoda ciągle się zmieniała – a to słońce, a to deszcz, znów słońce, grad, wiatr… Rozważaliśmy z Maćkiem Sobierajem, operatorem, wzięcie nervosolu! Musieliśmy ciągle przepisywać sceny pod pogodę. Po kilkunastu godzinach walki z zacinającym deszczem usłyszałam, jak Basia Wypych mówi do innych aktorów: "Kocham tę robotę!". Wtedy pomyślałam: "OK, jest hardcore’owo, ale dajemy radę!".

Zespół stojący za powstaniem serialu jest stricte kobiecy. Kobiety pisały scenariusz, kobiety reżyserują. O to chodziło? Aby dać kobietom głos?

K.: Nie było moim zamysłem, żeby to była kobieca produkcja. Operator, kompozytorzy, montażyści czy twórca dźwięku w "Matkach pingwinów" to mężczyźni. Przy doborze ludzi do jakiegokolwiek projektu kieruję się przede wszystkim tym, jakie kto ma umiejętności, czy projekt z nim rezonuje, czy bawią go te same rzeczy co mnie, czy czujemy, że chcemy powiedzieć to samo.

J.: Dotychczasowe doświadczenie raczej utwierdzało mnie w przekonaniu, że to całe "siostrzeństwo", o którym się tak dużo mówi, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Kiedyś jeszcze w nie wierzyłam, ale potem przestałam mieć złudzenia. Jednocześnie muszę podkreślić, że ten projekt przywrócił mi trochę wiarę w niektóre kobiety, bo udało nam się stworzyć naprawdę dobry, dojrzały i profesjonalny girl team.

K.: Mnie też, z czego bardzo się cieszę. Świetnie mi się współpracowało z Jagodą. To niestety jednak prawda – i to bardzo smutne – jak często w tym zawodzie kobiety sobie nie pomagają, jednocześnie deklarując tę pomoc na protestach, w publicznych wypowiedziach.

Dlaczego tak jest?

J.: Nasza półeczka jest wąska. Dużo się mówi o wspieraniu kobiet w filmie, ale prawda jest taka, że kobiety cały czas dostają mniej szans. Może dlatego często czujemy, że musimy ze sobą rywalizować.

K.: To też wina złych wzorców. W tej branży kobiety bardzo długo otoczone były przede wszystkim mężczyznami, więc musiały się nauczyć ich dość agresywnego stylu komunikacji i zagryzania zębów, gdy ci traktowali je z góry, poniżali. W przeciwnym razie by nie przetrwały. I potem ten styl zaczęły przenosić na młodsze koleżanki, które wchodziły w branżę.

Klara Kochańska-Bajon z Tolą (materiały prasowe Netflixa) , Klara Kochańska-Bajon i Michał (materiały prasowe Netflixa)

Mam taką obserwację – i nie tylko ja to widzę – często na spotkaniach, w których biorą udział zarówno kobiety, jak i mężczyźni, wypowiadająca się kobieta patrzy wyłącznie na mężczyzn. Nawet jeżeli te kobiety są wyżej w hierarchii niż oni. To jest po prostu silniejsze.

Czyli trudno być w Polsce reżyserką?

J.: Nie byłam reżyserką w żadnym innym kraju, ale mogłoby być łatwiej. 

Rzucałyście kiedyś zawód?

K.: Myślę, że reżyser średnio kilka razy w roku ma ochotę rzucić ten zawód.

J.: Ja na pewno już trzy razy! Powstrzymuje mnie mój partner, który we mnie bardzo wierzy.

K.: Wielokrotnie próbowałam zająć się czymś innym. Jak mieszkałam na Wyspach Kanaryjskich, to prowadziłam biuro turystyczne, przez chwilę zastanawiałam się, czy nie przebranżowić się na fizjoterapeutkę, m.in. ze względu na potrzeby mojego syna. Ale potem pomyślałam: przecież ja się w ogóle na tym nie znam. Znam się na robieniu filmów, więc siłą rzeczy do tego wracam.

Dlaczego to tak trudny zawód?

J.: Jesteś kompetentna, profesjonalna i zdyscyplinowana. Potrafisz zarządzać zespołami filmowymi. Ludzie lubią z tobą pracować. Mówią ci o tym. Angażujesz się i wkładasz niebywałą ilość energii w pracę. I ciągle słyszysz "nie". Upadki są bardzo bolesne. Ile razy dostałam po ryju, nawet nie zliczę.

K.: Dokładnie tak jest. I po ryju dostajesz nie tylko ty, ale i wszyscy twoi bliscy. Ten zawód wymaga ogromnego poświęcenia. To nie jest robota od 8 do 16. 

Gdy kończyłam szkołę filmową, byłam pełna wiary w to, że wszystko, co dobre, dopiero przede mną. Mój film dyplomowy "Lokatorki" otrzymał świetne recenzje, zdobył studenckiego Oscara. Dostałam propozycję zrobienia debiutu i nagle, mimo dotacji na rozwój projektu i dobrych ocen,  na jednym z ostatnich etapów starania się o pieniądze z PISF film przepadł. Szybko się nauczyłam, że w tym zawodzie pewne jest tylko jedno: że nic nie jest pewne. Wszyscy mogą ci mówić, że projekt powstanie, i nagle z jakiegoś powodu któregoś dnia słyszysz: nic z tego. Podają jakieś powody, ale czy zgodne z prawdą? W sumie nie wiesz. Gdy taka sytuacja się powtarza, w pewnym momencie po prostu nie masz już siły się dalej starać.

Dlatego doceniam współpracę z Netfliksem, bo jest ona przynajmniej przejrzysta i jak ktoś ci mówi, że projekt powstanie, to tak się rzeczywiście dzieje.

J.: Często zadaję sobie pytanie, czy za kilkadziesiąt lat będziemy wspominać obecne czasy z dumą, mówić: wtedy mieliśmy taką wspaniałą kinematografię. Mam pewne wątpliwości.

"Matki pingwinów" was wypaliły czy wręcz przeciwnie – dobrze się przy nich bawiłyście?

K.: Na pewno zapamiętamy, żeby w przyszłości postarać się zachować lepszy work-life balance, ale wspaniale wspominam czas na planie.

J.: Wszyscy się zaprzyjaźniliśmy. Mamy do tej pory grupę na jednym z komunikatorów Kupa, Siki, Bąki – bo to dzieci ciągle śpiewały na planie.

K.: Jesteśmy jedną wielką rodziną. I już bardzo za sobą tęsknimy.

Będzie kolejny sezon?

K.: Przede wszystkim nie możemy doczekać się konfrontacji naszych bohaterów i ich historii z widownią.

J.: Mamy nadzieję, że wiele osób odnajdzie w tym serialu autentyczność i dowcip, niezależnie od tego, czy jest, czy nie jest rodzicem.

Jagoda Szelc na planie (materiały prasowe Netflixa)

K.: Plan "Matek pingwinów" był dla nas niesamowitym doświadczeniem i myślę, że nie tylko my, ale też dzieciaki chętnie by to powtórzyły. Spotykam je co tydzień na warsztatach teatralnych prowadzonych przez Magdę Glapińską, na które uczęszcza teraz także mój syn. I to też jest taka wzruszająca puenta tej całej historii: wyszłam na chwilę z roli mamy i zamieniłam się w reżyserkę, aby opowiedzieć historię swoją i innych rodziców, by ponownie wrócić do roli mamy, która wraz z innymi rodzicami siedzi we foyer i czeka, aż z zajęć wyjdzie jej syn. Historia zatoczyła koło.

Tekst został po raz pierwszy opublikowany 14 listopada 2024 roku.

Klara Kochańska-Bajon. Reżyserka i scenarzystka. Absolwentka reżyserii PWSFTviT w Łodzi. Za krótkometrażowy film "Lokatorki" otrzymała studenckiego Oscara (Student Academy Award), a jej fabularny debiut "Via Carpatia" otrzymał nagrodę za reżyserię na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i film". Jest członkinią Europejskiej Akademii Filmowej, a także pomysłodawczynią, reżyserką i współscenarzystką serialu "Matki Pingwinów".

Jagoda Szelc. Reżyserka i scenarzystka. Absolwentka Wydziału Grafiki ASP we Wrocławiu oraz reżyserii PWSFTViT w Łodzi. Jej pełnometrażowy debiut fabularny "Wieża. Jasny dzień" nagrodzono na 42. FPFF w Gdyni za scenariusz i debiut reżyserski. Jego premiera odbyła się na 68. Międzynarodowym Festiwalu Berlinale. Jest laureatką "Paszportu Polityki". Wyreżyserowała 4. i 5. odcinek serialu "Matki Pingwinów".

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, z wykształcenia psycholożka i kulturoznawczyni. W mediach od 2011 roku.