Społeczeństwo
Kino Luna (Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)
Kino Luna (Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Zakończenie współpracy Mazowieckiego Instytutu Kultury z operatorem warszawskiego kina Luna wywołało ożywioną dyskusję na temat jego przyszłości. Pojawiły się obawy, czy nie podzieli losu Feminy, którą przerobiono kilka lat temu na supermarket.

Kino Luna należy do naszej sieci, więc też zaniepokoiły nas doniesienia, że nie udało się znaleźć nowego operatora. Rozmawiałam w tej sprawie zarówno z dyrektorką Mazowieckiego Instytutu Kultury Magdaleną Ulejczyk, jak i wicemarszałkiem województwa mazowieckiego Wiesławem Raboszukiem. I chciałabym wszystkich uspokoić: nie ma planów, by budynek kina został sprzedany na inną działalność, niemniej jego sytuacja nie jest łatwa.

To znaczy?

Kino przede wszystkim wymaga gruntownego remontu. To budynek z lat 50. XX wieku, który nigdy takowego nie przeszedł. Ponadto rozpoczęcie prac utrudnia fakt, iż należy on do trzech podmiotów: wejście do kina jest własnością Agencji Mienia Wojskowego, środek i foyer – Mazowieckiego Instytutu Kultury, a wyjścia – wspólnoty mieszkaniowej budynku.

Zamknięte kino Luna przy ulicy Marszałkowskiej (Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Z jednej strony to zabawne, ale z drugiej niestety dość smutne, bo doprowadzenie do sytuacji, w której rzeczywiście będzie można dokonać renowacji obiektu, może jeszcze trochę potrwać – zdaniem wicemarszałka województwa nawet dwa lata. Wykonanie prac remontowych zajmie kolejnych kilka lat.

Sytuacja ta niesie ogromne ryzyko dla potencjalnego operatora zewnętrznego kina. Mazowiecki Instytut Kultury robi jednak wszystko, by kino wróciło na mapę kulturalną stolicy jeszcze przed rozpoczęciem kapitalnego remontu.

Luna nie jest jednostkowym problemem. Coraz częściej mówi się o tym, że przyszłość kin – zarówno studyjnych, jak i komercyjnych – jest niepewna. Także w stolicy po 25 latach działalności zniknęło Multikino, które zadłużona spółka, będąca właścicielem gruntu, na którym stał budynek, sprzedała deweloperowi. Powstanie tam osiedle mieszkaniowe.

Budowa mieszkań to w tych czasach znacznie łatwiejszy biznes niż prowadzenie działalności kinowej. Niestety, to dotyczy wszystkich – i małych kin, i dużych, i tych artystycznych, i komercyjnych. Sytuacja kin jest trudna. Wciąż nie udało nam się odbudować widowni z 2019 roku.

Pandemia była strasznym doświadczeniem dla naszej branży. Przypomnijmy, że kina zostały zamknięte jako pierwsze i otwarte jako ostatnie, i to przy dużych obostrzeniach sanitarnych, co czyniło doświadczenie kinowe nieszczególnie przyjemnym: obowiązywały maseczki, siedzenie w dużych odstępach od siebie, nawet jeśli na seans przychodziliśmy z rodziną. Nie można było spożywać napojów. 

To, co wówczas pozwoliło nam przetrwać, to wsparcie finansowe wynegocjowane w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej.

Gdy pandemia się skończyła, to i wsparcie się skończyło. Mimo że widzowie mogli wrócić do kin, to do nich nie wrócili, przynajmniej nie w takiej liczbie jak przed pandemią. W 2019 sprzedaliśmy 61 mln biletów, w 2023 – 50 mln. To bardzo duży spadek. W 2024 roku prawdopodobnie będzie jeszcze gorzej.

Dlaczego nie udało się odbudować widowni po pandemii?

Z bardzo wielu powodów. Po pierwsze, w ciągu ostatnich lat bardzo rozwinęły się platformy streamingowe. Oczywiście istniały już przed pandemią, ale nie były aż tak popularne. W tej chwili jest ich naprawdę sporo, ludzie korzystają nie z jednej, ale z kilku, ponieważ każda ma inną ofertę. Nierzadko jest tak, że to, co w kinie, za chwilę pojawia się na platformie streamingowej.

A nawet jeśli się nie pojawia, to wierzymy, że się pojawi.

Należy jednak pamiętać, że filmy wyświetlane w kinach studyjnych rzadziej trafiają na te platformy. Obejrzenie ich w kinie czy na festiwalu jest często jedyną możliwością. Przy czym kina nie konkurują wyłącznie z platformami streamingowymi czy innymi kinami, ale walczą przede wszystkim o coś innego. O czas widzów.

Czyżbyśmy nie spędzali w kinach długich godzin?

Po pandemii ludzie bardzo zmienili podejście do sposobu spędzania czasu wolnego – wolą kontakt z człowiekiem niż siedzenie w ciszy przed ekranem. O wiele lepiej niż przed pandemią sprzedają się dziś seanse, którym towarzyszy spotkanie z twórcami lub dyskusja po filmie czy takie, które poprzedzone są wykładem eksperta od tematyki poruszanej w obrazie.

Multikino na Ursynowie w Warszawie (Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl)

To, co nie zmieniło się od pandemii, to zainteresowanie widzów festiwalami. To jednak bardzo specyficzne wydarzenia. Przyciągają tak dużo osób, ponieważ łączą ludzi o wspólnej pasji. Podczas festiwalu można wziąć udział w wielu spotkaniach z twórcami, to również niepowtarzalna okazja, by obejrzeć filmy, których prawdopodobnie nigdzie indziej nie zobaczymy. 

Dużo słabiej radzą sobie seanse repertuarowe. Zauważamy, że zmieniła się potrzeba doświadczania kina. Nie chcemy iść tylko na film, chcemy przeżyć coś wyjątkowego.

Bo to, co zwyczajne, mamy w domu. Koleżanka, z którą przed laty często chodziłam do kina, powiedziała mi, że obecnie jest w kinie praktycznie wyłącznie w trakcie festiwalu filmowego, a przez pozostałą część roku filmy ogląda w swoim domowym kinie razem z rodziną. Mają wysokiej jakości projektor.

Myślę, że nie jest odosobnionym przypadkiem. Ludzie w czasie pandemii nie mieli wyjścia – musieli stworzyć sobie w domu warunki, w których mogliby korzystać z dobrodziejstw kultury. Jedni kupili projektory, inni duże telewizory z dobrym nagłośnieniem, których ceny są bardzo przystępne.

Skutek jest taki, że obecnie oczekują od kina czegoś „wow". Nie bez powodu coraz częściej używa się w jego kontekście pojęcia „event". Rozumiane jest ono dwojako. Po pierwsze, jako doświadczenie widowiska na dużym ekranie – stąd popularność „Diuny", która na laptopie, a nawet na projektorze nie robi takiego wrażenia – a po drugie, jako doświadczenie wspólnotowości, przeżywania razem emocji, wymiany myśli.

Zdjęcie ilustracyjne (Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl)

Co jeszcze wpływa na trudność w odbudowaniu frekwencji sprzed lat?

Wzrost kosztów życia. W piramidzie ludzkich potrzeb kino jest na szczycie, czyli gdy trzeba zacisnąć pasa, jest dobrem, bez którego można się obejść, podobnie jak bez innych rozrywek. A jeśli już się zdecydujemy na zapłacenie za rozrywkę, to wybieramy prędzej coś mniej dostępnego i bardziej wyjątkowego, jak koncert czy teatr.

Może to złudzenie, ale wydawało mi się, że nas na więcej stać.

Wydaje mi się, że się jakoś szczególnie nie bogacimy. Mój kredyt wzrósł o 100 proc., natomiast moja pensja nie. W sklepach też ceny skoczyły. Najwolniej rosną ceny biletów do kin.

Kolejna rzecz, która nie ułatwia odbudowania się branży kinowej – niezbyt porywający line up filmowy.

To znaczy?

Pandemia to przestój w produkcji filmowej. Sytuację jeszcze pogorszył trwający dość długo strajk scenarzystów w 2023 roku, do którego z czasem dołączyli także aktorzy. Cykl produkcyjny filmu trwa około trzech lat – to stosunkowo długo. Teraz wyświetlalibyśmy filmy, które powinny były powstać w pandemii. Tymczasem do końca roku nie spodziewamy się żadnych spektakularnych produkcji, może z wyjątkiem "Gladiatora II" Ridleya Scotta, którego premiera już w listopadzie. Bardzo rozczarował wynik "Jokera", na którego liczyły zarówno multipleksy, jak i kina studyjne. Nie sprzedają się już też tak dobrze jak kiedyś franczyzy komiksowe.

Oczywiście nie jest tak, że nie ma żadnych interesujących propozycji filmowych – tygodniowo mamy około siedmiu–dziewięciu premier. Problem polega na tym, że w większości są to małe tytuły z niewielkimi budżetami przeznaczonymi na promocję, które w związku z brakiem zainteresowania widzów szybko schodzą z ekranów.

Kino polskie jest w bardzo kiepskiej sytuacji – widzowie wybitnie się nim nie interesują. Dobrze radzą sobie jeszcze produkcje dla dzieci, takie jak "Smok Diplodok" czy "Za duży na bajki", ale kino dla dorosłych niestety przeżywa ogromny kryzys. Ostatnia premiera "Sezonów" ze świetną obsadą w weekend premierowy przyciągnęła 1600 widzów!

W porównaniu z 2018 rokiem w 2023 mieliśmy w kinach 25 premier więcej, czyli w sumie 66, ale frekwencja wyniosła nieco ponad 9 mln widzów, czyli o ponad połowę mniej niż na 41 tytułach w 2018! To bardzo niepokojące zjawisko. I ogromne ryzyko dla kin.

Więc co dalej?

Musimy zastanowić się wspólnie jako branża nad obecną sytuacją, bo niskie przychody z kin to mniejsze wsparcie dystrybucji i produkcji. A koszty produkcji filmów też drastycznie wzrosły, w wielu przypadkach o 100 proc. Wzrosły też koszty promocji filmów. Producent ma jeszcze możliwość zarobienia na filmie chociażby na platformach czy w telewizji. Kina takiej alternatywy nie mają.

Zobacz wideo Ile kosztował najdroższy polski film? Ludzie do tej pory zastanawiają się, na co poszły te pieniądze

W jakim stopniu trudna sytuacja kin wiąże się z dużymi kosztami ich utrzymania?

Wszystko podrożało – energia, czynsze najmu, koszty napraw, wzrosła też pensja minimalna, co oznacza, że pracownikom kin musimy zapłacić ponad dwa razy więcej niż jeszcze kilka lat temu. Obecnie pensja kasjera to nie 12 zł za godzinę, ale 30 zł, a wszystko to w sytuacji, gdy kino ma się gorzej niż kiedyś.

Praca w kinie nie jest lekka, tak jak w ogóle praca w kulturze. Kina działają 14 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, najwięcej pracy jest wieczorami i w weekendy. Trzeba zapewnić odpowiednio duży zespół do ich obsługi. A to są gigantyczne koszty. Jedna trzecia kin naszej sieci to kina prywatne, które muszą się utrzymać wyłącznie ze sprzedaży biletów. Mają obecnie naprawdę ciężko. Aby pokryć same koszty realizacji dwugodzinnego seansu, potrzebują sprzedać minimum 40 biletów! To w obecnych czasach naprawdę wyzwanie.

Jako stowarzyszenie dysponujemy dotacją roczną od PISF-u w wysokości 1,5 mln zł. Tyle musi nam wystarczyć na wsparcie wszystkich kin w naszej sieci, a jest ich 250. To zdecydowanie za mało! Obecnie prowadzimy rozmowy z PISF-em, aby to wsparcie zwiększyć. Jeśli się nie uda, jest duże ryzyko, że kina zaczną się zamykać.

Wiele kin studyjnych to staruszki, które wymagają gruntownego remontu. Niestety, możliwości opłacenia prac ze środków publicznych są ograniczone. Przykładowo PISF w programach operacyjnych [system dofinansowania dedykowany branży kinematograficznej - przyp. red.] zmienił kategoryzację dofinansowań do wymiany foteli. W tej chwili można otrzymać dofinansowanie do wymiany foteli w kinach, które mieszczą się wyłącznie w budynkach zabytkowych. Takich kin jest garstka. Kina mogą starać się o dofinansowanie projektorów, wentylacji, nagłośnienia czy ekranu, ale tylko w wysokości 50 proc. Przykładowo koszt projektora to 200 tys. zł. Większość kin, zwłaszcza prywatnych, na to nie stać. Kina nie zostały także wpisane na listę podmiotów, które mogą starać się o dofinansowanie z Krajowego Planu Odbudowy.

Może nie warto walczyć za wszelką cenę o każde kino? Świat się zmienia, potrzeby widzów również.

Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Trudna sytuacja kin to wynik wielu czynników, które spotkały się w jednym momencie. Wierzymy, że widownia się odbuduje, ale potrzebujemy na to więcej czasu. I przede wszystkim świetnych propozycji filmowych z dobrą promocją.

Kina pełnią bardzo ważną funkcję – to nie tylko miejsca wyświetlania filmów, ale przede wszystkim centra kultury, edukacji, miejsca spotkań lokalnych społeczności. W kinach, zwłaszcza studyjnych, prezentowane są filmy, które uczą wrażliwości, podejmują ważne współczesne tematy. 

W naszej sieci, jak wspomniałam, jest 250 kin. Kiedyś tyle kin było w samej Warszawie. To oczywiście naturalna kolej rzeczy, że ich liczba z czasem malała – to skutek rozwoju technologii – telewizji, internetu. Natomiast to nie oznacza, że kina nie są potrzebne.

Gdy tylko przyszłość jakiegoś kina staje pod znakiem zapytania, ludzie zaczynają się burzyć. Pytanie, ile naprawdę z tych osób rzeczywiście do kina chodziło...

Kina studyjne, którym przyświeca szczególny rodzaj misji, nigdy nie będą odnosić wielkich kasowych sukcesów. Powinny być otoczone specjalną opieką, i finansową, i prawną, dotowane adekwatnie do ich potrzeb czy – jak to jest we Francji – wpisane na listę dziedzictwa narodowego i traktowane jak świątynie kultury, a nie biznesy, które muszą sobie radzić same i być zmuszone do wynajmowania przestrzeni na działania komercyjne, by w ogóle przetrwać.

Czy już jakieś kina studyjne się zamknęły z powodu braku środków?

Na razie nie, ale to tylko dlatego, że tak bardzo o nie walczymy. Przyznam, że wiele nas to kosztuje. Bardzo blisko zamknięcia było kino Pionier w Szczecinie – jedno z najstarszych kin w Europie. Na szczęście udało się je uratować.

Kino Pionier (Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Co tam się wydarzyło?

Nie chodziło o to, że kino sobie nie radziło – miało swoją dużą i wierną publiczność. Jego właściciel przeszedł jednak na emeryturę, a w związku z tym, że żadne z jego dzieci nie chciało przejąć prowadzenia kina, wystawiono je na sprzedaż. Nikt nie był jednak zainteresowany kupnem. Ostatecznie kino wykupiło miasto, a jego prowadzenie przejęło lokalne stowarzyszenie.

Bardzo się cieszyliśmy, że tak się stało, bo oprócz kina Pionier w okolicy funkcjonowało wyłącznie małe, 50-miejscowe kino Zamek.

W trudnej sytuacji jest także kino Patria w Rudzie Śląskiej, które od 1937 roku prowadzone jest przez tę samą rodzinę. Tam z kolei z uwagi na brak prawnej opieki nad kinami władze miejskie potraktowały jego działalność nie jak kulturalną, lecz komercyjną – podatki, jakie trzeba płacić, gdy prowadzi się taką działalność, są dużo wyższe.

Którym kinom z państwa sieci idzie najlepiej, a którym najgorzej?

Największe problemy mają kina zlokalizowane w mniejszych miejscowościach lub takich, które się wyludniają. W dość trudnej sytuacji są kina, które są częścią jakiejś większej instytucji, ośrodka kultury i kino jest tylko jednym z elementów działalności, oraz takie, które raz grają kino artystyczne, a raz bardzo mainstreamowe – bo przykładowo są jedynym kinem w obrębie 60 km i muszą odpowiedzieć na oczekiwania wszystkich.

Takie kina nie mogą sobie pozwolić na regularność i przewidywalność repertuarową, co ma wpływ na relacje z dystrybutorami, ale i zainteresowanie widzów jego ofertą.

Tajemnica sukcesu kin studyjnych tkwi w przewidywalnej i szytej na miarę bardzo konkretnego widza ofercie, bo to pomaga zbudować stałą i wierną publiczność. Gdy pracowałam w kinie Elektronik w Warszawie, często spotykałam się z tym, że odwiedzały nas te same osoby, które nie sprawdzały nawet wcześniej naszego repertuaru, bo wiedziały, że na pewno będzie w ofercie coś, co je zainteresuje.

To którym kinom idzie najlepiej?

Kinom w największych miastach z kilkoma salami. Kinu pod Baranami czy Kika i Agrafka w Krakowie, kinu Muranów w Warszawie, Nowe Horyzonty we Wrocławiu, Muza w Poznaniu, wrocławskiemu Dolnośląskiemu Centrum Filmowemu czy Gdyńskiemu Centrum Filmowemu – wszystkie te kina mają bardzo sprofilowany repertuar i zbudowaną stałą widownię.

Kino Muranów w Warszawie (Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl) , Kino Agrafka w Krakowie (Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl)

Ale też mamy wiele mniejszych kin, które wykonują genialną pracę i są chlubą SKS – Kinokawiarnia Stacja Falenica, Kameralne w Gdańsku czy Mikro w Krakowie.

Jaka jest pani zdaniem przyszłość kina?

Niepewna, myślę, że dwa kolejne lata wiele nam powiedzą. Jeśli chodzi o kina studyjne, to jestem przekonana, że one zawsze będą miały swoich widzów.

Sytuacja nie jest najlepsza, ale też nie chciałabym wszystkiego kreślić w tak ciemnych barwach. Kina studyjne na razie się nie zamykają, co więcej, w ostatnim roku otworzyło się kilka nowych. I są to miejsca, które mają na siebie zupełnie inny pomysł niż te starsze. To chociażby kino Spektrum w Gdańsku, Kino w Końskich, Kreska w Bielsku-Białej czy NCKF w Łodzi. A kino Żeglarz w Jastarni po otwarciu drugiej sali walczy o funkcjonowanie całoroczne.

Co je wyróżnia?

Problemem wielu starszych kin studyjnych jest to, że są one za duże na obecne potrzeby rynkowe. Dysponują salami na kilkaset osób, których po prostu nie sposób dziś wypełnić. A tak duża przestrzeń wymaga dużych nakładów finansowych.

Marlena Gabryszewska, prezeska Stowarzyszenia Kin Studyjnych (fot. Michał Sierszak)

Te nowe kina są małe, butikowe. W związku z tym nie generują tak dużych kosztów. To kierunek, w którym idą nie tylko polskie kina, ale także te zachodnie – w Niemczech, we Francji. Odpowiadają na zmieniające się potrzeby widzów, którzy obecnie szukają miejsc kameralnych, zlokalizowanych blisko ich miejsca zamieszkania. Mocno je wspieramy!

Marlena Gabryszewska. Filmoznawczyni, polonistka, menedżerka kultury. Od grudnia 2019 r. prezeska Stowarzyszenia Kin Studyjnych, od 2021 członkini Rady PISF.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, z wykształcenia psycholożka i kulturoznawczyni. W mediach od 2011 roku.