Rozmowa
Jan P. Matuszyński (Jan Rusek / Agencja Gazeta)
Jan P. Matuszyński (Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Twój film "Żeby nie było śladów" przyjęto na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji owacją na stojąco.

Sam udział w tym konkursie to ogromne wyróżnienie. Festiwal w Wenecji zawsze kojarzył mi się z prawdziwym świętem kina i naprawdę czułem dumę, że mogłem tam być.

Co jeszcze czułeś?

Pierwszy raz w życiu założyłem smoking. Szyty na miarę. W sali, w której pokazywano mój film, byłem pierwszy raz o siódmej rano, żeby ustalić sprawy techniczne, między innymi poziom dźwięku. Pokazano mi wtedy, że będziemy siedzieć na takim jakby półpiętrze, i zastanawiałem się, dlaczego tak jest. Gdy film się skończył, zrozumiałem. Cała widownia odwróciła się do nas i biła nam brawo, tak jakbyśmy wyszli na scenę w teatrze, żeby się ukłonić. To było przepiękne.

Poza tym, wiesz, jak ktoś przez 10 minut bije ci brawo na stojąco, trudno pozostać obojętnym. Miałem poczucie spełnienia i radości, choć przyznam, że tylko przez chwilę. Teraz, po powrocie z Wenecji, znów myślę o bardziej przyziemnych sprawach.

Jan P. Matuszyński podczas pokazu swojego filmu w Wenecji (mat.prasowe)

Ale smoking na Oscary już masz. Zastanawiałeś się, co by było, gdybyś zdobył tę nagrodę?

Założenie jest takie, żeby zakładać go częściej. Mam nadzieję, że jeszcze mi się kiedyś przyda, bo to pierwsza rzecz szyta na miarę w moim życiu.

Ale nad tym, co będzie, w ogóle się nie zastanawiam. Nauczyłem się mocno stąpać po ziemi. Jakieś 10 lat temu zainteresowałem się pewną książką. Dogadałem się ze scenarzystą i producentem, że zrobimy na jej podstawie film. Zapewniono mnie, że mamy do niej prawa, ale gdy po trzech miesiącach pracy skontaktowałem się z autorką, okazało się, że producent nigdy tych praw nie miał.

Zdradzisz, jaka to była książka?

To była książka Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych". W tym czasie już powstawał na jej podstawie film "Pokot" Agnieszki Holland. Odebrałem wtedy bardzo cenną lekcję, żeby nie antycypować tego, co mogłoby się wydarzyć. Nie ma po co. Skupiam się na tu i teraz, tym bardziej że mam dwójkę dzieci. Co nie znaczy, że nie mam planów. Lubię je snuć i pilnować terminów.

Zdjęcia do "Żeby nie było śladów" mieliśmy zacząć w marcu zeszłego roku, ale 13 marca ogłoszono lockdown i zmiotło nas na trzy miesiące. Nie było wiadomo, czy film w ogóle powstanie. Gdy pandemia zaczęła odpuszczać, pod koniec lipca weszliśmy na plan i kręciliśmy do połowy listopada. To, że pomimo pandemii i szeregu wynikających z niej perturbacji zakończyliśmy zdjęcia, traktuję trochę w kategoriach cudu. W filmie jest bowiem parę scen masowych, które były bardziej skomplikowane w realizacji właśnie przez pandemię. Mam nadzieję, że nie widać tego na ekranie.

Kadr z filmu 'Żeby nie było śladów'. Po prawej Tomasz Ziętek w roli Jurka Popiela (Łukasz Bąk)

Nie widać.

A widać, że zawsze ciągnęło mnie do kina gatunkowego? Mam na myśli zaczepienie w thrillerze szpiegowskim, w stylu "Autora widmo" Romana Polańskiego. Ten film ciągle we mnie siedzi. Podobnie jak na przykład "Rozmowa" Coppoli. W sumie mógłbym tak wymieniać filmy przez całą noc pewnie.

A we mnie wciąż siedzi twoja "Ostatnia rodzina".

Fajnie. Miło. "Żeby nie było śladów" zaczyna się od sceny, która mogłaby być w "Ostatniej rodzinie" – długi mastershot po całym mieszkaniu. Ale później już chłopaki wychodzą na miasto i jest inaczej. Choć to także film, którego punktem wyjścia były prawdziwe wydarzenia.

Ciągle startuję z pozycji reżysera tak zwanego niepiszącego, to znaczy, że nie piszę scenariuszy. Na moje szczęście przez archiwa historii Grzegorza Przemyka przekopał się najpierw Czarek Łazarewicz i to on znalazł najwięcej faktów, których wcześniej nie znaliśmy. A później Kaja Krawczyk-Wnuk po raz drugi, gdy pisała scenariusz.

Naszym konsultantem historycznym był profesor Antoni Dudek. Zależało mi na przykład na tym, żeby panowie z KC zwracali się do siebie tak, jak to kiedyś wyglądało, ważne też było, kto z nich kiedy wstaje czy siada.

Kiedy potrzebowaliśmy wsparcia, Czarek Łazarewicz był zawsze chętny do pomocy. Konsultowaliśmy się także z Michałem Wysockim, sanitariuszem, który brał udział w tamtych wydarzeniach.

Tomasz Ziętek jako Jurek Popiel (Łukasz Bąk)

Skoro już jesteśmy przy prawdziwych postaciach, mnie urzekł realizmem generał Wojciech Jaruzelski grany przez Tomasza Dedka.

Ta postać pojawia się w filmie raz, a dobrze. Mieliśmy długą dyskusję dotyczącą jego okularów, bo generał raz zakładał przyciemniane, raz takie, w których było widać oczy. W końcu postawiliśmy na wersję nie do końca zgodną historycznie i pokazaliśmy go w przyciemnionych, choć pewnie na tę okazję założyłby zwykłe. Ale to właśnie ten jego wizerunek był najbardziej kojarzony, widz nie mógł mieć wątpliwości, że to on.

Powiedz mi, dlaczego historia o niewyjaśnionej śmierci syna opozycyjnej poetki, tak bardzo osadzona w realiach PRL-u, miałaby zainteresować świat?

Kiedy przeczytałem książkę Czarka Łazarewicza "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka", zrozumiałem, że jest w niej ogrom rzeczy, o których chciałbym opowiedzieć. Także dlatego, że dostrzegłem pewne paralele do współczesności.

Pomyślałem wtedy, że jest to historia, którą może chcieć poznać i zrozumieć każdy z nas. Mimo że jest zawiła i wymaga wielowątkowego, wielopłaszczyznowego opowiadania.

Nie bałem się pójść w tę opowieść, choć wiem, że niekoniecznie jest to film, który może porwać wszystkich. Cenię sobie wolność widza. Może z projekcji wyjść, z czym chce. To od niego zależy. Ode mnie już nie. Oddałem "Żeby nie było śladów" widzom. I ten film już nie jest mój.

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Od lewej Jan P. Matuszyński, Aleksandra Konieczna i Tomasz Ziętek (Michał Ryniak / Agencja Gazeta)

Oddałeś widzom opowieść nie tyle o Grzegorzu Przemyku, ile o jego przyjacielu Jurku Popielu, który ze swoją prawdą jest bezsilny wobec bezwzględnego aparatu ówczesnej władzy.

Grzegorz Przemyk zdecydował się nie pokazać milicjantowi swojego dowodu osobistego. Stan wojenny był zawieszony i wiedział, że nie musi. Skorzystał ze swojego obywatelskiego prawa. Udowodnił, że jest wolny i stanowi sam o sobie.

Jurek Popiel stara się dowieść tego samego, i to przez cały film. Musi dojrzeć do tego, by samodzielnie podejmować decyzje, a jest mu cholernie trudno, bo wszyscy mu mówią, co ma robić. W tym znaczeniu jest to film o dojrzewaniu.

To jest dla mnie główny przekaz. Jurek walczył o prawdę, bez względu na konsekwencje, które dla niego były okrutne. To właśnie chciałeś powiedzieć młodym ludziom?

Uciekam od odpowiedzi na takie pytania. Nie chcę nikomu narzucać interpretacji. Wolę, by każdy wziął z tego filmu to, co jemu wydaje się najważniejsze, to, co akurat do niego przemówi. Dobre kino nie jest po to, żeby mówić ludziom, jak mają żyć. Ma pozwolić im odnaleźć własną drogę.

Jest w filmie taka ważna scena, w której Jurek, grany przez Tomasza Ziętka, rozmawia z rodzicami. Jego mamę gra Agnieszka Grochowska, a ojca Jacek Braciak. W tle, co ważne, słychać piosenkę grupy VOX. Pierwotnie miała to być tylko rozmowa między ojcem a synem, ale doszliśmy do wniosku, że powinna w niej wziąć udział także matka. Kulminacja tej sceny jest nie do końca jasna, jest otwarta na interpretacje i właśnie to jest dla mnie najbardziej intrygujące. Czuć tam ogrom emocji, ale trudno te emocje jednoznacznie nazwać. Czasem to, czego nie można opisać słowami, można opisać w filmie w scenach. To jest niezwykłe.

Jakiś czas temu obiecałem sobie, że chcę przede wszystkim robić fajne sceny, które będą się składały na dobry film.

Skoro znów jesteśmy przy emocjach, to bardzo uderzająca jest dla mnie retoryka władz PRL-u, którą doskonale pokazałeś. Władza zatruwa życie Jurkowi Popielowi, wchodzi z buciorami w jego intymne sprawy. Jest niewygodnym świadkiem, więc wciąż pada coś nieprawdziwego, co ma go zdyskredytować. Że jest "menelem", "narkomanem", "homoseksualistą mającym kontakty z prostytutkami". Kojarzy mi się to z aktualną polityczną narracją i nie mogę się od tego uwolnić.

Czytając książkę "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka", czułem coś w rodzaju powinności. Wiedziałem, że muszę o tym zrobić film, żeby pewne rzeczy już się nie powtórzyły.

Mój film powstał z lęku o świat. Uważam, że sprowadzenie go do polskiej polityki byłoby zwykłym uproszczeniem. Chciałem przekazać widzowi te emocje, które towarzyszyły mi, gdy czytałem książkę Czarka.

Tomasz Ziętek jako Jurek Popiel i Mateusz Górski jako Grzegorz Przemyk (Łukasz Bąk)

"Te wydarzenia będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości" – mówi Barbara Sadowska, matka Grzegorza Przemyka. I sporo w tym racji, bo przecież śmierć jej syna nigdy nie została wyjaśniona. A sprawa się przedawniła.

Poczucie sprawiedliwości czy niesprawiedliwości jest względne. Nie ma możliwości, aby się dowiedzieć, kto na komisariacie przy ulicy Jezuickiej w Warszawie doprowadził do śmierci Grzegorza Przemyka. Dzisiaj też byśmy tego nie ustalili. Z prostej przyczyny – ciosów było bardzo wiele. Ta historia jest niczym wyjęta z powieści Kafki, a jednocześnie ten świat wydaje się w wielu aspektach bardzo bliski współczesnemu.

Powiedziałeś, że zrobiłeś ten film po to, by pewne złe rzeczy już nigdy się nie powtórzyły. A jaki jest powód, dla którego zostałeś reżyserem?

Gdy miałem cztery lata, poszedłem z mamą na film "Krótkie spięcie 2", który był przygodową parafrazą "Pinokia". Żadne arcydzieło, ale dla mnie przełomowe. Robot, który jest głównym bohaterem, nagle pod koniec filmu umiera, a ja zaczynam tak płakać, że mama nie potrafi mnie uspokoić. Przez łzy nie zauważyłem nawet, że w następnej scenie robot dostał nową baterię, wymalowano go na złoto i ożył. Często wracam do tego wspomnienia, bo wtedy dokładnie poczułem, czym może być kino.

Później, mając lat 10 czy 11, zacząłem się zastanawiać, czy nie chcę być aktorem. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że wolę być kimś, kto będzie mówił tym aktorom, co mają robić.

Sandra Korzeniak jako Barbara Sadowska (Łukasz Bąk)

Rodzice, jak rozumiem, cię nie powstrzymywali?

Bardzo wcześnie mieliśmy w domu magnetowid, który mój tata przywiózł chyba z Japonii. To był Sharp, którego dosłownie zajechaliśmy. Potem rodzice kupili kolejny i tym sposobem jeden magnetowid był w dużym pokoju, a drugi w kuchni.

Z serii TVP "100 filmów na stulecie kina" nagrałem na kasety chyba 85 filmów. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem "Sokoła maltańskiego" i "Lot nad kukułczym gniazdem". Dalej uwielbiam te filmy zresztą. W tamtej serii puszczali też "Ojca chrzestnego", ale nie znaną wszystkim wersję kinową, tylko wersję telewizyjną, która jest chronologicznie ułożonym ciągiem scen z dwóch pierwszych części trylogii. Parę lat później, gdy wróciłem do filmów Coppoli, nieźle się tym rozwiązaniem zdziwiłem. To była jedna z pierwszych lekcji montażu filmowego dla mnie.

Pamiętam, że nigdy nie interesowało mnie nic poza kinem. Owszem, miałem taki moment, że śladem brata chciałem pójść do szkoły muzycznej, ale nie dostałem się do podstawówki. Zresztą w ogóle mnie to nie dziwi, bo dalej strasznie fałszuję.

Śpiewając przy goleniu?

Śpiewając różne piosenki z bajek z moimi dziećmi, na przykład "Jadą, jadą misie". Na szczęście nasza niewiele ponadroczna córka nie zauważa mojego fałszowania.

Mówię to trochę przewrotnie, bo kontekst muzyczny w moich filmach jest dla mnie szalenie istotny. Do "Żeby nie było śladów" wybrałem tylko te utwory, które mi się podobają i są z epoki.

Tomasz Ziętek jest bardzo obiecującym aktorem (Bartosz Bańka / Agencja Gazeta)

A co się stało z tymi dwoma magnetowidami?

Sharp został zakatowany i trzeba go było w końcu wyrzucić. Natomiast drugi, wydaje mi się, że jest jeszcze u mojej mamy gdzieś na strychu. Jeśli chodzi o kasety wideo, to na pewno sporo z nich przetrwało. Na jednej jest nagrany "Sokół maltański" i "RoboCop" Paula Verhovena, czyli skrajnie różne filmy, które darzę taką samą estymą.

Jak kiedyś wybudujemy z żoną dom, to chciałbym mieć w nim salę kinową z prawdziwego zdarzenia. A za szklaną ścianą ustawię moje kasety wideo z dawnych czasów. Taka pamiątka, żeby nie zapomnieć, jak kiedyś było.

Jan P. Matuszyński. Reżyser filmowy. W 2016 r. zadebiutował fabułą "Ostatnia rodzina", za którą dostał nagrodę Orła w kategorii odkrycie roku. Jego najnowszy film "Żeby nie było śladów" został zakwalifikowany do konkursu głównego 78. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Jest też polskim kandydatem do Oscara. Wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, ma stopień doktora w dziedzinie sztuki.