Wieś Reginy i warszawskie krematorium dla zwierząt dzieli dokładnie 236 km. Regina pokonała ten dystans niedawno, lecz nie pamięta jak. – Wiem tylko, że prułam tak, że auto się prawie rozpadło, a łzy zalewały mi oczy. Dopiero w domu dotarło do mnie, jakie to było niebezpieczne, ale chyba tylko w ten sposób, nieświadomie balansując na linie, byłam w stanie przeżyć fakt, że wiozę do spopielenia ciało ukochanej Luftmyszy – mówi.
Jeszcze do niedawna Regina miała osiem kotów, a jej miłość do nich zaczęła się właśnie od Luftmyszy. – W grudniu 2012 roku zobaczyłam w sieci ogłoszenie: na skierniewickim blokowisku ktoś znalazł trzymiesięcznego kociaka z uszami wielkimi jak u nietoperza – wspomina.
Kotka przywiozła ze Skierniewic pociągiem, nie mając pojęcia, jak postępować z uszatym maleństwem. – Znajomi radzili: "Oddaj szybko komuś, kto rozumie koty". Na szczęście nie posłuchałam, bo Luftmysza odmieniła moje życie. Okazała się kotem idealnym: cierpliwym, troskliwym, z nieskończoną ciekawością i miłością dla świata, pozbawionym cienia agresji. To była chodząca dobroć – opowiada.
Przeżyły razem prawie 12 dobrych lat. – Że Luftmysza ma chłoniaka i umrze, dowiedziałam się w dniu moich 50. urodzin. Zamiast imprezy było dzwonienie i jazda w amoku po weterynarzach. Najpierw, żeby ją ratować, a potem, by wykonać eutanazję w domu, bo strasznie bała się wizyt w lecznicy. Odeszła w ciągu niespełna dwóch tygodni od diagnozy – mówi Regina.
Do weterynarza Regina jeździ do najbliższego dużego miasta, 50 km w jedną stronę. Jej koty chorują często. Podliczyła, że od stycznia 2022 roku, czyli odkąd wyniosła się na wieś ze stolicy, przejechała z nimi do klinik siedem tysięcy kilometrów. – Jest weterynarz bliżej, ale bez umówienia się nawet wieloletniemu pacjentowi nie zrobi zastrzyku. O wizycie domowej nie ma mowy. Ostatecznie Luftmyszę bardzo delikatnie uśpiła "rodzinna" wetka, u której leczę swoje koty. Też nie realizuje wizyt domowych, ale pokonała dla nas 100 km – Regina nie kryje wdzięczności.
Regina zdecydowała, że Luftmyszę skremuje, a jej prochy zabierze do domu. Tuż przed spaleniem ciało kotki leżało zawinięte w biały całun, na którym pracownik krematorium położył różę. Kilka lat wcześniej Regina podjęła podobną decyzję, gdy żegnała kota Dyzia. – Byłam wtedy tuż przed wyprowadzką z Warszawy, poza tym zakopanie zwierzęcia w ogródku jest w Polsce nielegalne, choć wiadomo, że wiele osób to robi. Przy Luftmyszy myślałam o tradycyjnym pochówku, ale obecny dom wynajmuję, nie mam swojej ziemi – wyjaśnia. I dodaje, że kremację zrobiła nie dla kota, lecz dla siebie. – Poczułam, że chcę domknąć naszą relację, mieć urnę z prochami, kawałek futerka, odcisk jej łapki. Bo dzięki temu tam, gdzie się kiedyś przeprowadzę, wszystkie moje koty będą ze mną – kończy.
Posoka słonia w ziemi
Iwona Kemilew, założycielka i prezeska warszawskiego krematorium dla zwierząt Dolina Spokoju, mówi tak: – Krematorium to działalność poboczna. Przede wszystkim jesteśmy biurem pogrzebowym dla zwierząt i miejscem, w którym opiekun może się godnie pożegnać. Bo jeśli żyjemy z psem czy kotem kilkanaście lat, śpimy z nim w jednym łóżku, a potem zwierzę kończy jako odpad medyczny, to tak, jakby babcię po śmierci wyrzucić na śmietnik.
Gdy zwierzę umiera, pierwsze pytanie, jakie zadaje sobie jego ludzki opiekun, brzmi: co mam zrobić z jego ciałem? Iwona Kemilew: – Niektórzy zakopują, ale trudno pochować pod blokiem 40-kilowego psa, a poza tym to jest zabronione przez prawo. Jeśli zwierzak zostaje uśpiony, zwykle lekarz weterynarii mówi: "To my oddamy do kremacji". Opiekun oddycha z ulgą, bo nie wie, co się za tym kryje. Firma utylizacyjna rzuca pozbierane od lekarzy weterynarii ciała zwierząt na hałdę wraz z odpadami medycznymi i spala.
Magdalena Siwecka z firmy kremacyjnej dla zwierząt Esthima potwierdza, że wielu Polaków nie odróżnia kremacji zbiorowej [gdy w piecu spalane są ciała kilku zwierząt – przyp. red.] od utylizacji. – Utylizacja ma miejsce w tzw. destruktorach. Pod wpływem ciśnienia i wysokiej temperatury po ciałach zwierząt pozostaje sucha mączka. Zdarza się, że opiekunowie zwierzęcia w chwili stresu związanego ze śmiercią nie zrozumieli do końca, co mówił do nich lekarz, i potem szukają ciała w różnych miejscach. I często jest już za późno – mówi.
Dolina Spokoju działa od stycznia 2019 roku, jej otwarcie zajęło pięć lat. – Znalezienie miejsca, boksowanie się z urzędami, niewiedza i niechęć… W Polsce słowo „krematorium" wciąż powoduje dyskomfort, to nie jest mile widziane sąsiedztwo – przyznaje prezeska. – Ludzie, jak czegoś nie znają, to się boją. Od mieszkańców usłyszeliśmy m.in., że na pewno będziemy ćwiartować ciała słoni i je spalać, a posoka będzie wsiąkać w ziemię.
W Polsce krematoriów dla zwierząt działa obecnie kilkanaście. – Ta mała liczba, jeśli wziąć pod uwagę, że samych psów i kotów żyje u nas około 15 mln, wynika z trudów pozyskania zgód i pozwoleń. Wiem, że wiele osób chciało otworzyć krematorium w Warszawie, ale zrezygnowali mniej więcej w trzecim roku starań – zdradza Kemilew.
Nieco więcej jest nad Wisłą zwierzęcych cmentarzy. Jeden z pierwszych – cmentarz dla zwierząt Tęczowy Most w malutkim Szymanowie nieopodal Wrocławia – w 2003 roku otworzyła wraz z mężem Marzena Jagielska, która przez 15 lat pracowała w jednej z wrocławskich lecznic dla zwierząt. O zwierzęcym cmentarzu Jagielscy pomyśleli na serio w 1998 roku, gdy kupili ziemię z widokiem na Ślężę. – Problem braku możliwości godnego pochówku pupila znałam od podszewki, a wiedzieliśmy, że w Europie jest inaczej. Tam oglądaliśmy cmentarze dla zwierząt: zielone, pełne drzew i krzewów, z psimi zabawkami leżącymi na grobach. Zamarzyło nam się takie miejsce w Polsce – mówi Jagielska.
Starania o założenie cmentarza dla zwierząt rozpoczęli w 2001 roku. – Początek nowego tysiąclecia to był czas, kiedy same słowa "cmentarz dla zwierząt" wzbudzały śmiech i niezrozumienie. Brak przepisów prawnych, świadomości i zrozumienia, że takie miejsce to po prostu potrzeba, a nie kaprys właścicieli zwierząt, to główne problemy, z którymi przyszło nam się zmierzyć. Potem były dziesiątki ekspertyz, odwiertów geologicznych, operaty środowiskowe, a nawet tak egzotyczne zaświadczenia, jak chociażby to, że Państwowa Straż Pożarna lub nadleśnictwo nie widzą przeszkód dla prowadzenia naszej działalności. Dużo stresów, tysiące przejechanych kilometrów i dwa w całości poświęcone sprawom urzędowym lata, że o ogromnych kosztach nie wspomnę. Obecnie cmentarz zajmuje powierzchnię jednego hektara i pochowanych jest na nim około 600 zwierząt. W 2010 roku, po sześciu latach starań, uruchomiliśmy też małe krematorium do kremacji indywidualnych – mówi Jagielska.
Wielki pogrzeb małej myszki
Na cmentarzu Tęczowy Most spoczywają dziś i stukilowe psy, i małe rybki. Leży tu Ares, zwycięzca psich zawodów uratowany przed znęcaniem przez wrocławską Ekostraż, Dan, gwiazda psów ratowników, czy Hektor, pies Rafała i Gabriela z serialu "Królowe życia". Jest też Hercia, ukochana suczka pana Ryszarda. – Przez osiem lat po śmierci Herci niezależnie od pogody, samopoczucia i obowiązków pan Ryszard był na cmentarzu codziennie, spędzał przy grobie Herci długie godziny i podtrzymywał na duchu innych odwiedzających. Pan Ryszard odszedł już od nas, ale więź łącząca go z Hercią była tak silna, tęsknota stale tak świeża, a słowa pocieszenia tak wyważone, że na ławeczce, gdzie siadał, umieściliśmy tablicę pamiątkową. Na grobie Herci zaś stale płoną znicze zapalane przez właścicieli innych zwierząt – mówi Marzena Jagielska.
Do Doliny Spokoju trafiają głównie psy i koty; najstarsza kotka miała 23 lata. Około 80 proc. kremacji jest indywidualnych, czyli w komorze spalane jest jedno zwierzę, a opiekun może być obecny przy ceremonii i odzyskać całość prochów. – Był u nas 160-gramowy gekon, 35-letni pyton, kilka małpek, szczurki i 60-kilowa świnka wietnamska – wylicza Iwona Kemilew. – Nigdy nie zapomnę też pana, który zażyczył sobie kremacji psa na koniec dnia. Lipcowy wieczór, ciało psa złożono do komory, a on poprosił o krzesełko. Wyjął 0,7 litra whisky, paczkę cygar, teczkę ze zdjęciami psa i zaczął je oglądać. Trzy i pół godziny spędziliśmy na stypie. Pan wyszedł ukojony, z urną pod pachą – opowiada.
A potem rozwiązuje się worek wspomnień: o yorku spod Kielc, któremu opiekun zbił trumienkę ze sklejki, a małe córeczki ozdobiły ją rysunkami; o psie ze straży pożarnej, którego przy dźwięku syren żegnało 20 strażaków; o psie ze Straży Granicznej przykrytym biało-czerwoną flagą.
W ośrodku kremacyjnym Esthima w Rudzie Śląskiej początkowo przeważały kremacje zbiorowe, dziś jest coraz więcej indywidualnych. – Wspólnie z opiekunami żegnaliśmy m.in. gołębia sportowego, ale także myszkę polną, której towarzyszyła cała rodzina. Zdarza się, że opiekunowie kładą obok ciał martwych przyjaciół listy i rysunki – opowiada Magda Siwecka.
Poskręcane ciała w ogniu piekielnym
To, że opiekun ma wiedzę i świadomość, że może pupila skremować, nie oznacza, że mija lęk i znikają wszelkie pytania. Czego przed kremacją zwierzęcia ludzie boją się najbardziej?
Magda Siwecka: – Czy na pewno odzyskają prochy ukochanego zwierzęcia. Mamy w pełni sprawdzony system identyfikacji.
Iwona Kemilew: – Wiele osób boi się być przy kremacji, bo nie wie, co je czeka – może ciało będzie poskręcane, a z pieca będzie buchał ogień piekielny? Staramy się zwierzę uczesać, umyć, widok nie może być drastyczny. Potem starszy pan mówi do żony: „Zobacz, Marysiu, wygląda, jakby spał". Ludzie się boją, że zwierzę nie zostanie godnie potraktowane. Że ktoś będzie nim rzucał jak truchłem. U nas to niedopuszczalne. Do pełnienia posługi dobieramy personel o określonej wrażliwości. Nie ma trumien, które kojarzą się ze smutkiem, tylko białe całuny. Opiekunowie boją się też tego, że prochy w urnie to nie będzie ich zwierzę. Ci, którzy nas znają i oddają do kremacji kolejnego zwierzaka, już nie zawsze przyjeżdżają na pożegnanie. Ja zalecam przyjechać i to przeżyć, bo pogrzeb to jest rytuał w kulturze ludzi. Domknięcie etapu.
Ludzie boją się też kosztów.
Regina mogła pozwolić Luftmyszy odejść godnie, bo miała na to czas. – Znajoma, gdy jej kot umierał, siedziała w pracy. Nie mogła wyjść wcześniej, szef popukałby się w głowę. Ja przez pierwszy tydzień po śmierci nie byłam w stanie pracować, więc nie pracowałam – opowiada.
Miała też środki. – Za domową eutanazję zapłaciłam 500 zł, za kremację indywidualną w Warszawie 700 zł. Ile pieniędzy zostawiłam u weterynarzy, to temat na osobną opowieść.
Pozostawienie martwego zwierzęcia u weterynarza to najtańsze legalne rozwiązanie – za zutylizowanie 17-kilowego psa jego opiekun zapłaci około 170 zł. Za kremację tego samego psa w Warszawie odpowiednio 390 (kremacja zbiorowa) lub 890 zł (kremacja indywidualna). Jeśli zwierzę jest olbrzymie (powyżej 60 kg), ceny kremacji indywidualnych nie schodzą poniżej 1100 zł. Do tego może dojść koszt transportu zwierzęcia przez firmę, usługi premium (np. wybór daty kremacji), ozdobna urna na prochy – średnio 300–500 zł, ale w ofercie są też pojemniki rękodzieła po kilka tysięcy złotych.
Podobnie kształtują się ceny pochówków na zwierzęcych cmentarzach. Na bodaj najbardziej znanym cmentarzu dla zwierząt w Polsce – Psi Los w Koniku Nowym pod Warszawą – pochówek małego zwierzęcia (do 20 kg) kosztuje 700 zł, a roczne utrzymanie miejsca – 100 zł. Kolejne zwierzę można w nim "dochować". Koszt: 400–500 zł.
Firmy pogrzebowe dla zwierząt oferują dziś też coraz szerszy wachlarz pamiątek: odcisk łapki lub nosa (100–120 zł), pukiel włosów w pudełku (120 zł), relikwiarz na prochy (200 zł), a nawet wykonany z prochów diament – tu ceny zaczynają się od 5 tys., a kończą na przeszło 120 tys. zł.
Ekshumacja kotki po 12 latach
Dr Łucja Lange, naukowczyni związana z Instytutem Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, fotografka i członkini Instytutu Dobrej Śmierci, potwierdza, że podejście Polaków do śmierci zwierząt i żałoby po nich się zmienia. – Świadczy o tym choćby to, że krematoria i cmentarze dla zwierząt przestały być novum. Nie ma już też dyskusji o tym, czy mówić "cmentarz", czy "grzebowisko", która jeszcze 10 lat temu była głośna. Mówimy "cmentarz" i nikt nie narzeka. Przy czym mam poczucie, że tych miejsc jest wciąż za mało – zaznacza.
Ale tym, czego jej zdaniem brakuje jeszcze bardziej, jest zrozumienie, akceptacja i wsparcie społeczne po śmierci zwierzęcia. – Chodzi o możliwość wygadania się. Jak z każdą śmiercią – i tu nie mamy otwartości, żeby posłuchać o trudnych doświadczeniach drugiej osoby. Mamy takie przekonanie: to nie moja sprawa, jeszcze mi się rozpłacze. Ciągle powtarzam, że jeżeli jesteśmy w stanie zaakceptować to, że zarażamy się śmiechem albo ziewaniem, to czemu nie zaakceptować tego, że można płakać, gdy ktoś płacze? To nas zbliża. Ktoś czuje, że to, co przeżywa, jest ważne i głębokie, porusza też innych – przekonuje socjolożka.
Łucja Lange organizuje kręgi żałoby po zwierzętach, żeby ludzie po stracie mieli możliwość usłyszenia też innych historii. – Czasem cała rodzina uważa, że zwierzę umarło, ale nie ma co po nim rozpaczać, mimo to i tak odczuwa stratę. Bo strata to nie jest wyłącznie śmierć człowieka. Nieważne, co i kogo tracimy, mamy prawo do przeżywania – mówi dr Łucja Lange.
Zdaniem Lange z żałobą sami stwarzamy sobie problemy. – Myślimy, że "musimy przez nią przejść". I to najlepiej szybko. Tymczasem żałobie towarzyszy wiele emocji. Może to być złość na siebie, na kogoś – np. partnera, bo nie chciał jechać do weterynarza, a to potrafi rozwalić relację – poczucie winy, zdrady, np. gdy głaszczemy inne zwierzę albo bierzemy nowe. Poza tym z naszą stratą będziemy już do końca życia. Moment żałoby to tylko czas adaptacji do straty, do tego, żebym mogła żyć dalej z tą dziurą, z tym brakiem. O tym w ogóle zapominamy, stosując np. słynne pięć faz żałoby. Trzeba je wyrzucić do kosza! Ja ze stratą mojej kotki, z którą byłyśmy nierozłączne, radziłam sobie 12 lat. 12 lat, żeby odpowiedzieć sobie na wszystkie pytania, które się we mnie tliły. A to są czasem bardzo różne pytania, nawet: żyć dalej czy wyjść z tego życia? Relacja ze zwierzęciem może być jedyną, najlepszą i najważniejszą, a śmierć to gigantyczny kryzys. W moim przypadku dopiero śmierci drugiej i trzeciej kotki pozwoliły mi zobaczyć, co mnie gryzło w temacie tej pierwszej, najważniejszej straty – zdradza.
Według Łucji Lange zakaz pochówku w ziemi przy domu nie powinien obejmować zwierząt towarzyszących, a tylko hodowlane. – Ludzie od zawsze chowali zwierzęta w obejściach, wierząc, że będą chroniły ich nawet po śmierci. Legalność takich pochówków pozwoliłaby też opiekunom uniknąć kosztów i kontynuować więź, jak w przypadku grobów ludzkich – przekonuje.
Przyznaje też, że dokonała ekshumacji swojej kotki po 12 latach i odzyskała jej kości. – Zrobiłam to, bo obok pochówku w ziemi, w grobie, i spopielenia jest jeszcze trzecia forma upamiętnienia: taksydermia [montaż skóry i kości zwierząt jak najbardziej przypominających ich naturalną budowę – przyp. red.] lub samo wypreparowanie kości. Posiadanie kości zwierzęcia domowego jest całkowicie legalne i wielu osobom może bardzo pomóc. Dla mnie było to bardzo ważne, bo gdy umrę, chcę być pochowana z Klee. Taki miałyśmy pakt – mówi.
***
Krematoria i cmentarze dla zwierząt są w Polsce wciąż nieliczne, ale już są. Realnym problemem pozostaje brak społecznego przyzwolenia na przeżywanie żałoby po zwierzęciu. Dlatego Magda Siwecka wpadła na pomysł facebookowej grupy Łąki Wspomnień. – Są w niej już prawie cztery tysiące osób. To bezpieczna przestrzeń, gdzie każdy może opowiedzieć historię swojego zwierzęcia, podzielić się smutkiem, tęsknotą i otrzymać akceptację, zrozumienie i wsparcie. Nad grupą czuwa psycholog, która daje wskazówki, jak sobie radzić w konkretnej sytuacji. Wiele osób podkreśla, że ta grupa uratowała ich w czasie wielkiego smutku, wręcz rozpaczy, i dała siłę, by iść dalej.
Regina jest w głębokiej żałobie. Nie wstydzi się o niej mówić ani jej nie ukrywa. Na razie każdy dzień to rozpacz. – W krematorium przede mną żegnał psa na oko 60-letni, prosty człowiek. Jak on płakał… Mnie to rozwaliło. Że jest miejsce, gdzie ludzie nie muszą ukrywać swojej rozpaczy. Przecież jakby taki facet się popłakał wśród kumpli, toby go wyśmiali.
Siedzi w łóżku, z którego nie wywietrzał jeszcze zapach Luftmyszy, porządkuje zdjęcia, tęskni. – Ale myślę też o tym, że każdego dnia giną i umierają za sprawą człowieka tysiące zwierząt, z których tylko nieliczne mają tak dobre życie i godną śmierć. Bezdomne i schroniskowe. Dziki, które nigdzie nie mają prawa do życia. Świnie z hodowli. Świnia nie umiera w ciszy i spokoju, tulona przez bliskiego człowieka. Jest pędzona na ubój, ogłuszana i wykrwawiana. Dla kotletów i kiełbas – kończy Regina.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl



