Społeczeństwo
'Odejście babci, mojego ostatniego łącznika ze starowierskim światem, sprawiło, że usiadłam do pisania książki'. (Fot. Mirka Gmaj)
'Odejście babci, mojego ostatniego łącznika ze starowierskim światem, sprawiło, że usiadłam do pisania książki'. (Fot. Mirka Gmaj)

Druga część tytułu twojej książki to "Opowieść o polskich starowierach". O polskich?

Tak, bo starowierzy to wbrew temu, co mogą sądzić niektórzy, są Polakami – i to już od dłuższego czasu. Są częścią historii Polski i polskiej kultury, choć mało widoczni. Kiedy pisałam książkę, zależało mi na tym, żeby ich oddzielić od Rosji, z której się wywodzą.

Mówisz, że są Polakami "od dłuższego czasu", czyli od kiedy?

Myślę, że od międzywojnia, kiedy zostali uznani przez państwo polskie za równoprawny podmiot – związek wyznaniowy – i zaczęli być polonizowani. To jest czas, w którym starowierzy zaczęli być bilingwalni, mówić również po polsku. Dlatego uważam, że od II Rzeczypospolitej można mówić o polskich starowierach.

Katarzyna Roman-Rawska, autorka książki 'Zaśnięcie Anisy'. (Fot. Bartosz Bańka dla IKM w Gdańsku)

Polskich na własnych zasadach?

W pewnym sensie tak, bo wtedy jeszcze tożsamości polskiej raczej nie mieli, stawali się coraz bardziej równoprawnymi obywatelami Rzeczypospolitej, których tożsamość z rosyjsko-polskiej przechodziła w starowiersko-polską, co nie znaczy, że Rzeczpospolita przestała patrzeć na nich podejrzliwie. Nadal byli mniejszością pograniczną, na cenzurowanym.

Mniejszością religijną?

Często się tak o nich mówi, ale uważam, że to jest mniejszość etnoreligijna. W tym sensie można ich porównać do Żydów, u których element religijności (żydzi małą literą) miesza się z elementem etniczności (Żydzi dużą literą). Za to nie są na pewno starowiercy mniejszością narodową, nie tęsknią do swojej dawnej ojczyzny i są bardzo mocno osadzeni w kontekście lokalnym.

Korzeń starowierców jest rosyjski. To tam dochodzi w drugiej połowie XVII wieku do wielkiego rozłamu w łonie prawosławia. O co poszło?

Zacznę od tego, że często myśli się o starowierach jak o szaleńcach, którzy wyczyniali wtedy, w XVII-wiecznej Rosji, różne dziwne rzeczy: oczekiwali końca świata, chowali się po lasach i wytwarzali anarchistyczno-pacyfistyczne wspólnoty. Częściowo tak, częściowo nie. W ten sposób na przykład unikali pańszczyzny i po czasie nieźle się w tych lasach urządzili. W tym było jednak coś znacznie więcej. Starowierzy są w dużej mierze wytworem silnych napięć społeczno-politycznych ówczesnej Rosji, przygotowującej się do budowy imperium. Wiązało się to z wieloma zmianami ustrojowymi, których zadaniem było skonsolidowanie władzy i podporządkowanie jej wszystkiego, włącznie z wiarą. Rozpoczęła się więc reforma Cerkwi, firmowana przez patriarchę Nikona, która dla wielu była nie do zaakceptowania – tak doszło do podziału.

Anisa w młodości. (Fot. Zdjęcie pochodzi z domowego archiwum autorki książki)

Dlaczego te reformy tak dużo ludzi odrzucało?

Bo religijność była dla nich ostatnim bastionem wolności. Zanurzeni w swojej lokalności i obrzędowości nie zgadzali się kategorycznie na żadne zmiany i ingerencje, uznając je za herezję i siłowe narzucanie czegoś, co jest wbrew ich tradycji – czy raczej tradycjom, bo one były w różnych społecznościach nieco inne. Mówiąc krótko, uznano reformy Nikona za próbę zniszczenia ich autonomii, za zamach na wolność religijną, a religijność przenikała całkowicie ich codzienne życie. Nie chcieli się zgodzić na to, by im je odgórnie zmieniano, by jakaś cerkiewno-carska hierarchia mówiła im, jak się mają modlić i jak żyć.

Ten bunt przeciw władzy państwowo-kościelnej jest, muszę przyznać, imponujący, ale jednocześnie w historii starowierstwa dostrzegam mnóstwo czegoś, co chyba trzeba nazwać sekciarstwem.

No tak, w końcu raskolnicy, rozłamowcy. Jasne, można to oczywiście interpretować jako sekciarstwo – takie radykalne odłamy też istniały, piszę o tym w książce – ale gdyby tu postawić kropkę, byłoby to niesprawiedliwe, bo starowiercy głównego nurtu, społeczność zróżnicowana, są w większości ludźmi przywiązanymi do tradycyjnego sposobu funkcjonowania i samorządności. Tak zwani bezpopowcy nie uznają żadnej hierarchii kościelnej. Zresztą początkowo większość społeczeństwa nie przyjęła zmian, a w tych oparach mistyki to była po prostu na marginesach prawa i mogła się z tego zawiązującego sojuszu tronu z ołtarzem wypisać. Lepiej było schować się przed imperium na bagnach.

Odrzucenie reform Nikona wiązało się z brutalnymi prześladowaniami starowierców, którzy próbowali się chronić w trudno dostępnych częściach imperium, a także za granicą, wędrując na zachód, także do Rzeczypospolitej. Ten kierunek nie okazał się jednak zbyt fortunny, bo granice w tej części Europy były niezwykle ruchliwe.

Żaden kierunek dla starowierców nie był fortunny, więc trochę nie mieli wyjścia. W Rosji, nawet kiedy przestano ich palić na stosach, zawsze ich jakoś prześladowano, choćby nakładaniem o wiele większych podatków czy siłowym wcielaniem do wojska. Polacy traktowali przybyłych na Suwalszczyznę starowierców po prostu jak Rosjan, więc podejrzliwie. Podobnie Niemcy, którzy podczas II wojny światowej ich przesiedlali i kierowali do pracy przymusowej. Sytuacja uspokoiła się dopiero po wojnie, choć władze PRL również miały starowierców pod obserwacją.

W książce pojawiają się słowa takie jak "molenna" i "nastawnik". Co oznaczają?

Molenna jest miejscem modlitw starowierców, jej nazwa pochodzi właśnie od modlenia się. Przy czym molenna nie jest dla starowierców niezbędna, bo zbierać się na modlitwy można wszędzie, w domu albo na polu. Od nazywania molenny cerkwią, co nieraz się zdarza, raczej się odżegnują. Natomiast nastawnik, słowo staroobrzędowe, to osoba, którą wspólnota wybiera na swojego przewodnika albo przewodniczkę, bo tę funkcję mogą pełnić również kobiety. Nastawnikiem jest się tak długo, jak chce tego wspólnota.

Anisa. (Fot. Mirka Gmaj)

Ilu jest dzisiaj w Polsce starowierców?

Według danych z ostatniego spisu powszechnego w Polsce żyje prawie 1500 starowierców, aczkolwiek trzeba pamiętać, że spis powszechny, czego doświadczają też inne mniejszości, jest dość nieczuły. W każdym razie jest to na pewno grupa niewielka, skupiona w kilku wsiach północno-wschodniej Polski.

Zajrzyjmy do jednej z nich, do Gabowych Grądów, z których pochodzi tytułowa Anisa, twoja babcia, bo przecież napisałaś książkę w dużej mierze osobistą. Twoja mama z Gabowych Grądów uciekła, chciała się odciąć od starowierskiego korzenia, a ty teraz o tym piszesz. Co to znaczy?

Zarzekałam się długo, że tej książki nie napiszę. Co najmniej z kilku powodów. Jednym z nich było to, że wychowałam się w Warszawie i przynależę do środowiska progresywnego, odcinającego się raczej od religii, więc jak mam pisać o starowierach, jak pisać o mojej prababci Warwarze, która była szeptuchą. Przecież to wstyd – wieś, szeptuchy, egzaltowana, przeżywana religijność. Nie chciałam mówić o tym, że sama z tego jakoś wyrastam. Włączała mi się od razu autocenzura, którą stosowała również mama, wyjeżdżając z Gabowych Grądów i wychodząc za mąż nie za starowiercę. Mama zrobiła to, bo nie chciała być już dyskryminowana, nie chciała już być "kacapką". Nie rozumiała, dlaczego odmawia jej się prawa do bycia Polką. Uważała, że odcinając korzeń, chroni w ten sposób siebie i oczywiście mnie.

A ty o tym korzeniu piszesz książkę.

Dzięki niej zrozumiałam, co to znaczy być mniejszością w Polsce, co to znaczy przynależeć do grupy, która jest wykluczana z opowieści o Polsce, a jeśli w niej jest, to w roli obcego, którego bycie tu w najlepszym razie nie ma większego znaczenia. To dotyczy zresztą także innych mniejszości, które mają zazwyczaj prawo opowiadać tylko o sobie, o swoich "wyjątkowych doświadczeniach", ale nie mogą już włączać się do narracji o czymś uniwersalnym, szerszym. Dlatego tak podkreślam tę polskość.

Książkę zaczynasz od opowieści o likwidacji starowierskiego cmentarza.

Cmentarz starowierski w Białogórach rozjechały w 2020 spychacze i koparki, a wszyscy wokół udawali, że nie mieli pojęcia o tym, co jest niszczone. Czuliśmy się wtedy jak bohaterowie filmu "Pokłosie". To jest drastyczny przykład wygumkowywania mniejszości, pamięci o niej. Niechby sobie ten cmentarz zarastał dalej pokrzywą. Podobnie zrobiono w latach 60. XX wieku w Warszawie, gdzie po starowierskim, znakomicie zachowanym cmentarzu zostało tylko kilka najładniejszych nagrobków, które przeniesiono na cmentarz… zreformowanych prawosławnych. Resztę zlikwidowano.

Zaśnięcie Anisy było tym momentem, w którym zdecydowałaś się na napisanie książki?

Tak, odejście babci, mojego ostatniego łącznika ze starowierskim światem, sprawiło, że usiadłam do pisania. Pomyślałam, że skoro buldożery rozjeżdżają materialne dowody obecności starowierców w Polsce, trzeba ich historię opowiedzieć. Estońscy staroobrzędowcy zapraszają do siebie w stylu VR, ja to zrobiłam bardziej klasycznie – tekstem.

A jak się dzisiaj ma starowierska wspólnota w Gabowych Grądach?

Ma się w miarę dobrze. Wieś nadal jest starowierska, słychać w niej język starowierski, molenna stoi, jest zadbana, działa prężnie świetlica, choć najszybciej rozwijającym się miejscem jest we wsi cmentarz. Myślę, że wszyscy zdają sobie sprawę, że kierunek jest jeden, że ta niewielka społeczność w końcu się jednak rozpłynie. Chodziło mi o pokazanie roli kameralnego pamiętania, a nie o projektowanie wielkiej pamięci o nich. Tyle nam wystarczy. 

Zobacz wideo Aktorzy, którzy mieli okazję zagrać w ponadczasowych produkcjach, ale tego nie zrobili

Chętnie z tobą rozmawiano do książki?

Chętnie, bo myślę, że wszyscy poczuliśmy się w końcu gotowi do rozmowy i wszyscy mamy świadomość, że starowiercy polscy niedługo znikną. Drzwi stały więc przede mną otworem. Jedyne, czego się bałam, to że nie będę miała do tego dystansu, że książka będzie zbyt osobista, ale potem pomyślałam, że to bardzo dobrze, że przez to inni się również bardziej otworzą, że będę dla nich jakimś źródłem pamięci, a nie tylko reporterką, która przyszła po ich opowieści. To sprawiło, że wszystko dobrze zagrało.

Również z mamą?

Mama bardzo czekała na książkę. Co ciekawe, zawsze marzyła, żebym pisała książki, choć pewnie nie podejrzewała, że napiszę o starowierach, o niej samej. Myślę dzisiaj, że mama jest z tego pokolenia, które musiało uciec, musiało się odciąć, bo kiedy do Gabowych Grądów przyjeżdżały różne polskie ekspedycje badawcze, które prowadziły na starowierach tak naprawdę rasistowskie badania – mierzono im głowy i kończyny – mama marzyła o tym, żeby pojechać na koncert Maanamu. Chciała żyć jak wszyscy inni, trudno ją za to winić. Po to jest też awans społeczny. A po latach jej córka, warszawianka, wróciła do Gabowych Grądów, by napisać o starowierach książkę. To jest w sumie chyba dobre zakończenie tej historii.

Katarzyna Roman-Rawska. Pisarka, publicystka, tłumaczka literacka. Pracuje w Instytucie Slawistyki PAN, gdzie zajmuje się zagadnieniami dotyczącymi przecięcia sztuki i polityki. Tłumaczka rosyjsko- i białoruskojęzycznej poezji antywojennej. Uczestniczka warsztatów pracowni Biura Literackiego poświęconych literaturze zaangażowanej społecznie. Autorka pracy o rosyjskiej prozie antysystemowej "Nowy realizm w rosyjskim polu literackim po 1991 roku" oraz książki "Zaśnięcie Anisy. Opowieść o polskich starowierach". Pisała m.in. dla OKO.press, "Krytyki Politycznej" i "Małego Formatu". Od strony mamy potomkini polskich staroobrzędowców, po linii ojca należy do rodziny o tradycjach spółdzielczych.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym, krytykiem, publicystą, redaktorem naczelnym poznańskiego magazynu kulturalnego Dynks (dynks.poznan.pl). Od lat pisze do Wysokich Obcasów i weekendowego magazynu Gazeta.pl. Mieszka w Poznaniu.