Trudno na Podlasiu przełamywać milczenie?
Tak samo trudno jak wszędzie indziej. Generalnie trudno jest mówić głośno o czymś, o czym przez lata mówiło się szeptem lub w ogóle. Trudno jest podważać ugruntowane mity funkcjonujące powszechnie jako oczywiste fakty, jako uporządkowana narracja, jako narracja większościowa. Nie ma w niej za dużo miejsca na narracje mniejszościowe, one są marginalizowane, a pytania podważające ten stan rzeczy traktowane z niepokojem.
Z niepokojem pytanych?
Nie tylko, także pytających. Czułam ten niepokój niejednokrotnie, bo przecież zajęłam się podważaniem czegoś, co dotyczy także mnie i moich najbliższych.
Podważanie na wsi to większe wyzwanie niż podważanie w mieście?
Wydaje mi się, że tak. Miasto daje anonimowość, można się w nim schować. Poza tym w mieście nie jest się zwykle jedyną osobą, która coś podważa. Łatwiej tam o wsparcie, także instytucjonalne. Duże ośrodki dają przyzwolenie na różnorodność narracji i na kwestionowanie tej dominującej, oczywiście do pewnego stopnia. W małych społecznościach jest to znacznie trudniejsze.
Ty się ze wsi wyprowadziłaś, teraz mieszkasz w Białymstoku. Czy ta wyprowadzka miała jakiś związek z twoim pisarstwem?
Ze wsi wyjechałam na studia do Warszawy, a potem tam zostałam. W Warszawie zresztą powstawała moja pierwsza książka – "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy". Możliwe, że łatwiej mi było pisać z dystansu. Warszawa, pełna różnych mniejszości, nie tylko narodowych, stworzyła dobre warunki do zajęcia się tym tematem. Nie mówiąc o tym, że podczas rozmów do książki słyszałam a to o ukrywającej się żydowskiej babci, a to o dziadku wywiezionym w akcji "Wisła", o kamuflowaniu tożsamości, o rodzinnych sekretach i o tym, jak kolejne pokolenia sobie z nimi radzą albo nie radzą. Dzięki temu zdałam sobie sprawę z uniwersalności moich doświadczeń, co bardzo pomogło w wydobywaniu własnego głosu. Ale gdy zaczęłam pracować nad kolejną książką – "Kamienie musiały polecieć" – poczułam, że muszę wrócić na wieś, w rodzinne strony.
Mieszkałam tam przez ponad cztery lata i pisałam. To nie był sielankowy powrót, skonfrontował mnie z trudnymi i bolesnymi sprawami i wiele nauczył. Owszem, w małych społecznościach nie jest prosto kwestionować utarty porządek, bo szybko stajesz się dziwakiem, który psuje lokalny spokój. I nie chodzi tylko o mniejszości narodowe czy religijne, ale o wszystkie inne. Można to krytykować, ale można też spróbować te społeczności zrozumieć, z ich lękami i całym bagażem. Dla mnie to było też przyglądanie się sobie, bo przecież stamtąd się wywodzę i to też jest jakoś moje, więc to mieszkanie w małej wsi na Sokólszczyźnie pomagało mi w pisaniu. Ale niedawno z różnych życiowych powodów przeniosłam się do Białegostoku.
Po ukazaniu się twojej nowej książki słyszałem głosy, że co było w przeszłości, lepiej tam zostawić.
To są najczęściej głosy symbolicznej większości kształtującej dominującą narrację, która sama przy przeszłości wciąż majstruje – zmienia nazwy ulic, pisze na nowo podręczniki i wciąż buduje pomniki swoim bohaterom. To jest rodzaj ciągłej gry o symboliczną władzę, wykluczającą mniejszości i inne głosy. Nie przypadkiem na sztandary wynosi się takie postaci jak Romuald "Bury" Rajs, "żołnierz wyklęty", który mordował białoruskich cywilów, w tym dzieci. Przez kilka lat urządzano marsze ku jego czci przez Hajnówkę, gdzie wciąż żyją dzieci i wnuki jego ofiar. Gdy jednak odzywa się głos odsłaniający mechanizmy tej polityki i upodmiotowiający ofiary, podnosi się krzyk: nie rozdrapujmy ran! To ma uciszyć wszystkich kwestionujących narodową narrację. Jeśli naprawdę chcielibyśmy przeszłość zostawić, należałoby raczej uważnie wysłuchać tego, co ma do powiedzenia mniejszościowa, niesłyszana dotąd część społeczeństwa, oraz uczciwie opowiedzieć większościową, pełną niuansów historię i dać sobie czas na zaakceptowanie tego, co najboleśniejsze. Wtedy można byłoby próbować to jakoś zamykać, a przynajmniej uwolnić się od ciągłego rozdrapywania ran.
Nawet kiedy w grę wchodzą delikatne historie rodzinne?
Nawet wtedy. Gdy postanowiłam napisać tę książkę, najpierw się przestraszyłam i zamiast zgłębiać rodzinną historią, zaczęłam jeździć po Podlasiu i zbierać powojenne opowieści o zbrodniach z polsko-białoruskiego pogranicza. Trochę trwało, zanim ludzie odważyli się mówić. Często słyszałam żal, że ta historia wciąż nie może wybrzmieć, i bezsilną złość, że ofiary dziś nazywane są zdrajcami, a oprawców otacza gloria bohaterów. Wydawało mi się, że uczciwe opowiedzenie tej historii – o różnych odcieniach i z perspektywą ofiar – jest potrzebne do mierzenia się z rodzinnymi traumami.
Miała na twoje pisanie wpływ polityka historyczna poprzedniego rządu? Jego bezrozumna gloryfikacja "wyklętych"?
Pewnie tak, choć problem istniał przecież wcześniej. Nie łudzę się też, że zniknie wraz ze zmianą rządzącej partii. Narodowe mity o polskiej moralnej wyższości są bardzo silne, przekazują się automatycznie i bez większej refleksji, kultura jest ich pełna. Ale też coś się zmienia. Marsze ku czci "Burego" w Hajnówce były dla nas szokiem, obudziły dawne lęki. Ale stało się też coś budującego. By wesprzeć nas, tutejszych prawosławnych i Białorusinów, przyjechali ludzie z całej Polski. Polacy, którzy stanęli na trasie marszu i nas bronili. To było niesłychanie ważne. Pokazywało, że nie jesteśmy sami, że dziś podział nie przebiega już wzdłuż linii narodowej czy wyznaniowej, między "polskimi" i "ruskimi". To już inna rzeczywistość.
Twoja książka zaburza wiele oczywistych, wydawałoby się, podziałów, bo czytając ją, zdałem sobie sprawę, że moja podlaska babcia, polska katoliczka, mówiła po białorusku, choć nigdy tego tak nie nazywano. Mówiło się zawsze, że babcia mówi po prostu. Zresztą była za to przez niektóre osoby z rodziny strofowana. "Mów po polsku!" – napominał babcię niejednokrotnie wujek. Mój tato, rodem z miasta Łodzi, przez pierwsze lata zupełnie nie rozumiał swojej podlaskiej teściowej, co było źródłem niezliczonych rodzinnych anegdot. Mówiąc krótko, twoja książka mogłaby być zatytułowana: wcale nie jest tak, jak wam się wydaje.
Bo rzeczywiście tak nie jest. Sama byłam niejednokrotnie zaskakiwana. Choćby wtedy, gdy odkryłam, że cioteczny dziadek, o którym powtarzano, że w międzywojniu był majorem Wojska Polskiego i pewnie zginął gdzieś w Katyniu, w tym wojsku nigdy nie służył. Choć stopień majora rzeczywiście miał i zdjęcia w mundurze nie były fałszywką. Ale uznano, że prawda o tym mundurze jest dla rodziny zagrożeniem, wymyślono więc bezpieczną wersję, w którą potem wszyscy uwierzyli, ale nie zdradzajmy zbyt wiele, by nie zabrać przyjemności czytelnikom. W czasie pisania było, jak widzisz, dużo mierzenia się z nieprzyjemnymi uczuciami, ze strachem i wstydem, choć byłam przekonana, że to mnie nie dotyczy. Przecież nigdy nie chciałam się wstydzić.
Wstydzić czego?
No właśnie: czego? Jeżeli ktoś postanawia, że nie będzie się wstydzić, to znaczy, że był zawstydzany. Wstyd jest ważny w tych symbolicznych grach większość–mniejszość. Bycie innym znaczy w nich bycie pogardzanym. To zresztą nadal istnieje. W ubiegłym roku na ulicach Białegostoku jeden z działaczy politycznych z prawosławnego środowiska wywiesił billboardy z hasłem "Prawosławny, nie ruski", na których ludzie ze zdjęć zapewniali, że choć są prawosławni, są Polakami. Niby nic, ale cóż właściwie ta deklaracja miała znaczyć? Nasza "ruskość" nie znaczy przecież "rosyjskość", bo "ruski" jest od Rusi – naszego wielowiekowego dziedzictwa, z którym – niezależnie od dzisiejszych narodowych identyfikacji – prawosławie na tych terenach jest związane. Chodziło zatem o zanegowanie, wycięcie tej tożsamości, dla której w nacjonalistycznym micie nie ma miejsca. Prawosławny Polak jest w nim jeszcze do zaakceptowania, Białorusin już nie.
Bałaś się czegoś?
Oczywiście. To było ciągłe mierzenie się z lękiem na wielu poziomach: tym osobistym, rodzinnym, ale też bardziej związanym ze społecznymi relacjami. Zdarzało się, że choć nigdy nie należałam do osób strachliwych, budziłam się sparaliżowana strachem. Miałam wrażenie, że to jest lęk z przeszłości, niezupełnie związany z tu i teraz, nieświadomie przekazywany z pokolenia na pokolenie. To był na przykład lęk, że ktoś nagle rzuci kamieniem w moje okno, choć nie było racjonalnych powodów, by miał to robić.
Taki strach może zrozumieć tylko ktoś, kto mieszka w małej społeczności. To strach o siebie, ale też o bliskich. Rozmawialiście o tym rodzinnie?
Tak, prawie wszyscy to doskonale rozumieli. Ale kiedy mówiłam o strachu osobom gdzieś z centralnej Polski, patrzyły na mnie zdziwione.
Twoja książka nie jest jednak przeciwko komuś, to nie jest atak.
Nie pisałam jej, by kogoś atakować. Raczej, by to wszystko zrozumieć. Choć wiem, że pamięć, szczególnie narodowa – a może należałoby powiedzieć: gra pamięcią – jest rodzajem żywiołu i reakcje na książkę mogą być skrajne.
Na pewno takie reakcje wywoła twój demontaż tego, co nazywa się "magicznym Podlasiem", będącym mieszanką sfałszowanej historii i intensywnego marketingu. Ten demontaż, mam wrażenie, odbywa się zresztą od kilkunastu lat, za sprawą m.in. głośnej książki Marcina Kąckiego "Białystok. Biała siła, czarna pamięć", sławnego na cały świat pogromu I Marszu Równości w Białymstoku, pochodów nacjonalistów w Hajnówce, twojego "Bieżeństwa" czy w końcu wszystkiego, co jest związane z wielkim humanitarnym kryzysem na granicy polsko-białoruskiej – Mikołaj Grynberg napisał o tym książkę "Jezus umarł w Polsce", a Agnieszka Holland nakręciła "Granicę".
Problem z "magicznym Podlasiem" jest taki, że to jest koncepcja w gruncie rzeczy neokolonialna, w której nie istnieją autochtoniczni mieszkańcy z ich własnymi opowieściami. Wiem, że w tej chwili dojrzewa na ten temat książka, i mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli ją przeczytać, by zrozumieć, co jest nie tak z "magicznym Podlasiem" i dlaczego ono zabija wielokulturowość regionu. Być może bardziej jasne stanie się wtedy, dlaczego reszta kraju pozwoliła kilka lat temu na de facto odcięcie części Podlasia od Polski za sprawą tych wszystkich stanów wyjątkowych, stref wyłączenia, zakazów wjazdów. Niekończące się kontrole, przeszukania, krążące drony, rozjechane drogi i zasieki w wielu miejscach są zresztą do dziś. Wszystko to było i jest robione bez liczenia się z lokalną społecznością.
"Kamienie musiały polecieć" to część większego obrazu?
Z pewnością. Różne mniejszości próbują dziś odzyskiwać swój głos: Kaszubi, Ślązacy, Litwini, Białorusini, ale także potomkowie chłopów, kobiety czy osoby nieheteronormatywne. To próba poszerzenia narodowej narracji tak, by można się w niej mieścić bez ciągłego udawania i strachu, że prawda w końcu się wyda. Ta konieczność ciągłego polerowania wizerunku wzorowego Polaka jest dość męcząca.
Bycie "wzorowym Polakiem" wydaje się na Podlasiu szalenie bizarne, bo co to właściwie znaczy w regionie tak poplątanym etnicznie, narodowościowo i religijnie?
Myślę, że właśnie w tak poplątanym regionie, gdzie w niemal każdej rodzinie znajdą się osoby prawosławne i katolickie, gdzie mieszkają Polacy, Białorusini, Litwini, Ukraińcy, Tatarzy, kiedyś także Żydzi, potrzeba polerowania wizerunku prawdziwego Polaka jest szczególnie natarczywa. Wciąż musisz się pilnować, by nikt nie odkrył niedostatecznie polskich przodków, wciąż musisz coś udowadniać albo na wszelki wypadek milczeć. To w gruncie rzeczy gra dość destrukcyjna również dla tych wzorowych Polaków. To jak z patriarchatem, który nie służy także mężczyznom.
Fascynujące jest u twoich bohaterów zupełnie różne widzenie najprostszych, wydawałoby się, oczywistych faktów, determinowane wyłącznie ich narodowością.
To powszechne. W 1939 roku do większych wiejskich domów kwaterowano sowieckich wojskowych i urzędników. Kiedy wprowadzili się do Polaków/katolików, mówi się o represji. Gdy do Białorusinów/prawosławnych – wiadomo, szli do swoich. Może gospodarze im jeszcze donosili na sąsiadów? Kiedy Białorusini pracowali w sielsowiecie, rodzaju wiejskiej rady, wiadomo, że z własnej woli, bo komunizowali. Gdy Polacy – na pewno ich zmuszono, by legitymizowali pozostałą hołotę. Polak jest z definicji bohaterem lub ofiarą, Białorusin zdrajcą, że o Żydach nie wspomnę. Nie ma w tej biało-czarnej narracji miejsca na dochodzenie, jakie były fakty.
Myślisz, że uda ci się tę narrację zmienić?
Nie łudzę się, że jedna książka coś zmieni. To długi i trudny proces, ale już trwa. Wciąż pojawiają się książki pokazujące inne perspektywy, a ostatnio nawet film. W serialu Netfliksa "1670" kowal Maciej jest prawosławnym Litwinem (w sensie historycznym, nie współczesnej przynależności narodowej) i mam wrażenie, że po raz pierwszy w polskiej popkulturze prawosławny bohater jest pokazany jako ktoś będący integralną częścią Rzeczypospolitej, a nie egzotyczny obcy, który nie wiadomo skąd się tu wziął. Maciej jest przystojny, inteligentny i sympatyczny, aż się chce z nim identyfikować. W dodatku gra go Kirył Pietruczuk, aktor o łemkowsko-białoruskich korzeniach, o których otwarcie mówi w wywiadach, tak jak o swoim prawosławnym wyznaniu. To jest właśnie prawdziwa opowieść o dawnej Rzeczypospolitej i o dzisiejszej Polsce, utkana w sporej części z narracji uznawanych za mniejszościowe. I to wcale nie jest przeciw Polsce i nie niszczy polskości. Wprost przeciwnie.
Autopromocja: książka "Kamienie musiały polecieć. Wymazywana przeszłość Podlasia" do kupienia w formie ebooka w Publio >>>
Aneta Prymaka-Oniszk. Reporterka i pisarka. Jej debiutancka książka "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy" (Wydawnictwo Czarne) zdobyła Nagrodę Literacką im. Wiesława Kazaneckiego i była nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, Nagrody Historycznej „Polityki" oraz Nagrody im. Kazimierza Moczarskiego. Właśnie ukazała się jej nowa książka „Kamienie musiały polecieć. Wymazywana przeszłość Podlasia" (Wydawnictwo Czarne). Prowadzi stronę internetową biezenstwo.pl. Mieszka w Białymstoku.
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, Wysokich Obcasów i polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike. Mieszka w Poznaniu.

