Rozmowa
Bieżenki, prawdopodobnie z Galicji (biezenstwo.pl)
Bieżenki, prawdopodobnie z Galicji (biezenstwo.pl)

Niektórzy mówią, że mają już dość książek o ludowej historii, że ile można. 

Rzeczywiście, trochę tych książek wyszło ostatnio. Ale nadal o wiele częściej słyszę o zapotrzebowaniu na nie niż przesycie, szczególnie w kontekście ludowej historii kobiet. Kobiety, choć stanowiły i stanowią większość społeczeństwa, w książkach historycznych nadal są na marginesie. Tak na dobrą sprawę ludową historię kobiet wiele osób poznaje lepiej dopiero od ukazania się "Chłopek. Opowieści o naszych babkach" Joanny Kuciel-Frydryszak, więc chyba trochę za wcześnie na mówienie: dość.   

Policzyłem przed naszą rozmową te książki na swojej półce i wyszło mi, że w ciągu ostatnich kilku lat ukazało się nieco ponad 20 tytułów.  

I jak to wszystko przeczytać? A mówiąc poważnie, wydaje mi się, że głosy o "kolejnej książce o ludowej historii Polski" pokazują, jaki jest w tej materii opór i że jeszcze dużo przed nami do zrobienia. Bardzo bym chciała, żeby te książki wyszły poza naszą czytelniczą banieczkę, choćby do szkół. Mam w szkole dwie córki i nie widzę tam wielkiej zmiany w tym zakresie. Program nauczania, podręczniki do historii są właściwie męskimi opowieściami i gdy któraś z odważniejszych uczennic o tym na lekcji mówi, spotyka się ze zdziwieniem, bo "przecież kobiety nie odgrywały w historii istotnej roli".  

O kobietach nadal czytamy głównie poza szkołą? 

Poza szkołą, często międzypokoleniowo, bo czytają o nich i młode kobiety, i dużo starsze, które konfrontują się przy tej okazji ze swoim wiejskim pochodzeniem, od którego często chciały uciec. Kto nie chciałby uciec od chłopskiego losu, zwłaszcza tego w kobiecej wersji? Ale ucieczka to jedno, a poznanie go, opowiedzenie o nim to drugie. Historia Polski bez opowieści o kobietach z klasy ludowej jest niepełna, a w ostatnich latach, zajmujących się głównie celebracją męskości (powstał nawet instytut z męskością w nazwie), niewiele się zmieniło.   

Nocleg grupy bieżenek (fot. biezenstwo.pl)

Kobiety pojawiły się za to obficie w "Ludowej historii kobiet", pracy zbiorowej pod redakcją Przemysława Wielgosza, który zaczyna wstęp od opowieści o Mariannie Cioskowej, dzielnej chłopce z Kostomłotów. Ty natomiast napisałaś rozdział o bieżenkach, które mi się w ostatnich dniach kojarzą z umęczonymi, wygnanymi z domów, objuczonymi dziećmi i tobołkami Palestynkami z Gazy. Inna skala, inny kontekst – wiadomo, ale tak mi się skojarzyły. Takie porównanie to nadużycie? 

Mnie się wydaje, że żadne nadużycie, raczej naturalne skojarzenie. Zresztą współcześnie niejedyne, co napawa mnie bólem. Gdy ponad dziesięć lat temu zaczynałam zajmować się bieżeństwem, byłam przekonana, że to zamierzchła historia, zamknięty rozdział, który definiuje moje korzenie. Kiedy poznawałam te straszliwe historie uchodźczyń i uchodźców, akurat zostałam matką, więc szczególnie przejmujące były dla mnie losy tych najmłodszych. Myślałam wtedy, jak to dobrze, że moje dzieci nie będą musiały czegoś podobnego przeżywać, bo te straszne czasy się raz na zawsze skończyły, przynajmniej w Europie. Tymczasem rzeczywistość szybko dogoniła historię. Wkrótce telewizje zaczęły pokazywać obrazki bardzo podobne do tych, o których czytałam w bieżeńskich historiach. Widzieliśmy wyrzucane przez fale Morza Śródziemnego ciała ludzi uciekających przed wojną w Syrii, a potem rodziny uciekające przed rosyjską agresją na Ukrainę. Od ponad dwóch lat oglądamy obrazki z polsko-białoruskiej granicy, a dzisiaj to, co dzieje się w Gazie. Zamierzchła opowieść o mojej babci zdaje się nie mieć końca. 

Choć od opisywanego przez ciebie bieżeństwa minęło już ponad sto lat. 

Bieżeństwo to z rosyjskiego uchodźstwo, ale tu używane jest jako nazwa własna eksodusu I wojny światowej. Latem 1915 roku całe wsie, a nawet gminy pakowały dobytek na wozy, zostawiały swoje domy i ruszały w tułaczkę na Wschód, w głąb Imperium Rosyjskiego, do którego wówczas należały te ziemie. Uciekali nie tylko ze strachu przed nadciągającym frontem, także wojsko rosyjskie w ramach taktyki spalonej ziemi wypędzało ludność, a jej dobytek paliło, by nie dostał się w ręce wroga. Działo się tak od dzisiejszej Estonii po Karpaty. Patrząc z polskiej perspektywy, bieżeństwo zaczynało się na wschód od Wisły, ale szczególnie dotknęło ziemie na wschód od Białegostoku, skąd w niektórych gminach wyjechało nawet 80 proc. ludności wiejskiej. Była to jedna z największych migracji XX-wiecznej Europy, historycy szacują, że dotknęła nawet 5 mln ludzi, z których wielu zmarło po drodze. Tych, których przeżyli, rozmieszczano po całym Cesarstwie Rosyjskim, niektórych aż pod Władywostokiem. Wracali w większości dopiero po traktacie ryskim, na przełomie 1921 i 1922 roku. Wracali na swoje ziemie, ale do kraju, którego nie znali – do odrodzonej w 1918 roku Rzeczypospolitej.   

Bieżeńskie wozy jechały w kilka rzędów, okolice Bychowa, gubernia mohylewska (fot. biezenstwo.pl) , Bieżenki dotarły do Astrachania nad Wołga i czekają na przeprawę przez rzekę (fot. biezenstwo.pl)

"Nad kobietami i dziećmi mieli znęcać się szczególnie" – piszesz w rozdziale o straszonych Niemcami bieżenkach, które stanowiły większość tej migracyjnej ciżby. 

Stanowiły większość, bo duża część mężczyzn była na froncie. Kobiety musiały spakować cały dobytek, zadbać o dzieci i starszych rodziców, przygotować wóz i konie oraz przede wszystkim podjąć fundamentalne decyzje o losie całej rodziny. Wcześniej, w czasach pokoju, nigdy czegoś takiego nie robiły, w patriarchalnym świecie podejmowanie decyzji zarezerwowane było dla mężczyzn. Teraz musiały podejmować decyzje, kiedy wokół rosła panika, słychać już było frontowe wystrzały, widać było łunę pożarów, a do tego szerzyły się pogłoski, że Niemcy kobietom "cycki będą odcinać". Można to po prostu potraktować jako metaforę tego, czego kobiety od wieków doświadczały od wszelkiej maści wojsk.  

Przerażone i zdane niejednokrotnie tylko na siebie ruszają w drogę, którą można określić jednym słowem – gehenna.    

Bieżenki znajdowały się na najniższym szczeblu drabiny społecznej, także tej wiejskiej, chłopskiej. Ci, co opisywali sunący przez Baranowicze, Słonim, Lidę czy inne białoruskie miasteczka sznur bieżeńców, zauważają, że kobiety szły w lichym ubraniu i boso. Mężczyźni w większości mieli buty, nie tylko gospodarze, często też starsi synowie. "Mężczyzna przecież załatwia sprawy w urzędzie, jeździ do lasu po drewno, musi więc mieć buty" – tłumaczyli im gospodarze, dodając: "A kobieta w domu i podwórku, czasem tylko do sąsiadki wyjdzie. Buty jej niepotrzebne". Oczywiście inaczej było w przypadku uciekających ziemianek, ale to w ogóle nieporównywalny los. Zresztą ziemianie, choć ogromna ich część również ruszyła na Wschód, nie określali siebie bieżeńcami, raczej przymusowymi wygnańcami, ponieważ "dobrowolne" uchodzenie szlachcie nie przystawało.  

Jak pisze Przemysław Wielgosz, "nie ma czegoś takiego, jak historia wszystkich kobiet, a podziały klasowe uzupełniają podział płci o aspekt ekonomiczny i strukturalny".  

Widać to również w kontaktach między bieżenkami a urzędnikami czy lekarzami, którzy traktują je jako "głupie wioskowe baby", z którymi nikt nie musiał się liczyć. Natychmiast pojawili się różnej maści oszuści, próbowali je okraść z resztek dobytku albo inaczej wykorzystać.  

Bieżeńcy przy swoich wozach (fot. biezenstwo.pl) , Bieżenki i bieżeńcy w okolicach Baranowicz (fot. biezenstwo.pl) , Obóz bieżeńców przy jedne ze stacji kolejowych (fot. biezenstwo.pl)

"Niepiśmienne w większości kobiety, nieobyte ze sprawami urzędowymi, były początkowo bezsilne wobec samowoli spotykanych urzędników i wszelkiej maści cwaniaków" – piszesz. Samo bieżeństwo było straszne, a bieżeństwo kobiet wydaje się jeszcze straszniejsze. 

W takich sytuacjach najsłabsi, ci z dołu drabiny społecznej, cierpią najmocniej. Ale konsekwencje patriarchalnego podziału świata dotykały także mężczyzn, a właściwie ich rodzin, zwłaszcza dzieci. Gdy zdarzało się, że żona po drodze umierała, ojcowie kilkuletnich dzieci byli bezradni, bo w ówczesnym świecie dzieci to była sprawa kobiet. Jeśli obok była spokrewniona kobieta – matka mężczyzny lub jego teściowa, siostra, szwagierka – zwykle to one przejmowały opiekę nad dziećmi. Ale jeśli takich kobiet wokół nie było, zdarzało się, że przerażeni swoją bezradnością mężczyźni oddawali dzieci do tworzonych prowizorycznie ochronek. Jest kilka relacji pracujących tam osób, że przychodzili mężczyźni, pytając, czy przyjmowane są "ojcowskie dzieci". Ojcowskie, czyli chowane bez matki. 

Piszesz również o mężczyznach, którzy po prostu zostawiali żony i dzieci, odjeżdżając w siną dal.  

Bywali i tacy, tłumaczyli się tym, że gdy nadejdzie wróg, wcieli ich do armii, a nawet zabije, a kobietom przecież "nic wielkiego nie grozi", choć dobrze wiemy, co owe "nic wielkiego" mogło w praktyce znaczyć. Nie chciałabym jednak, by zabrzmiało to jak oskarżenie mężczyzn, to raczej skutek tradycyjnego podziału ról. Z innych relacji wynika, że mężczyźni, którzy w szoku po stracie żony oddali najmłodsze dzieci, byli dla tych pozostałych, trochę starszych, troskliwymi ojcami. 

Kobiety walczyły do końca i nigdy nie oddawały swoich dzieci.  

Opisuję w książce historię bardzo biednej kobiety z kilkorgiem małych dzieci, do której w jednym z prowizorycznych obozów sąsiedzi przysyłają urzędnika spisującego dzieci do sierocińca. Kiedy kobieta się orientuje w jego zamiarach, domaga się kategorycznie, by wykreślił jej dzieci, bo ona żadnego z nich nie odda. "Oddaj, głupia, choć jedno czy dwoje, będzie ci lżej" – komentują przyglądający się temu mężczyźni.  

Kolejka w jednym z punktów żywieniowej na trasie przemarszu bieżeńców (fot. biezenstwo.pl)

Ale były też sytuacje, w których matki, mimo prób ratowania dzieci, nie dawały rady. 

To były sytuacje ekstremalne, jak ta dziejąca się gdzieś na pińskich błotach, kiedy chora matka czuje nadchodzącą śmierć i nie udaje jej się znaleźć nikogo do opieki nad małym dzieckiem, więc resztką sił topi je, a potem siebie. 

To z kolei historia, która kojarzy mi się z Holokaustem. 

Tak, to historia graniczna, ale takie też miały miejsce podczas bieżeństwa. 

Które przyczyniło się w pewnym sensie do emancypacji doświadczających go tak boleśnie kobiet. Przynajmniej tych, którym się udało przeżyć.  

Był to bez wątpienia trudny proces emancypacyjny, oczywiście w ramach tamtego świata i jego ograniczeń. Kobiety uczyły się brać sprawy w swoje ręce, walczyć o siebie i dzieci w urzędach czy w szpitalach, także już po powrocie. Jedna z córek takiej bieżenki powiedziała mi: "Jak mama dała radę wybudować tu chatkę, nie mam pojęcia, nikt nie dał jej przecież ani grosza. Zresztą jak ona nas z tej Rosji wywiozła, jak dała radę wykarmić, wyhodować, też nie mam pojęcia". I takich przykładów jest wiele.   

Zauważalne też są zmiany już nie do odwrócenia, które stawiały dotychczasowy świat na głowie, na przykład córka zarabiająca więcej od ojca. 

To prawda. Wiele chłopek dostrzegało, jakie szanse może dać ich córkom edukacja, i potem w miarę możliwości próbowało wysyłać je do szkół. Po doświadczeniu bieżeństwa nie było już powrotu do dawnego świata, choć droga do emancypacji była jeszcze daleka. 

Aneta Prymaka-Oniszk (fot. Michał Dąbrowski)

Powrót bieżenek, już w granice Rzeczypospolitej, także nie był prosty. 

Były tu podwójnie wykluczone: jako ubogie chłopki, ale też jako mniejszość narodowa, którą stały się w II Rzeczypospolitej, bo należały w dużej mierze do etnosu białoruskiego i ukraińskiego. W takich właśnie warunkach musiałyby od nowa budować swoje życie.  

Rozmawiamy o bieżenkach w kontekście "Ludowej historii kobiet", ale jesteś przecież również autorką znakomitej, wydanej kilka lat temu książki reporterskiej "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy". Czy te książki spowodują, że bieżeńcy i bieżenki znajdą się w końcu w podręcznikach szkolnych? 

Bardzo bym chciała, choć na razie, gdy historia jest opowiadana głównie z perspektywy narodowej, to mało realne. Ale mam nadzieję, że takie książki jak "Ludowa historia kobiet" powoli przyczyniają się do zmiany.  

Autopromocja: książka "Ludowa historia kobiet" do kupienia w formie ebooka w Publio >>>

Aneta Prymaka-Oniszk. Reporterka i pisarka, współautorka "Ludowej historii kobiet" (Wydawnictwo RM). Jej książka "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy" (Wydawnictwo Czarne) zdobyła Nagrodę Literacką im. Wiesława Kazaneckiego i była nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, Nagrody Historycznej POLITYKI oraz Nagrody im. Kazimierza Moczarskiego. Prowadzi też stronę internetową biezenstwo.pl. W przyszłym roku ukaże się jej reporterska książka dotycząca wypieranej historii Podlasia. 

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, Wysokich Obcasów i polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike. Mieszka w Poznaniu.