Jakiego rodzaju relacje finansowe dorosłych dzieci i ich rodziców są zdrowe i dobre dla obu stron?
Dobrze jest wtedy, kiedy wspieranie rodziców jest naturalną potrzebą. Człowiek raz na jakiś czas występuje z propozycją: "Mamo, tato, zapraszam was do fikuśnej restauracji". Albo funduje wspólny wyjazd. Obie strony mają z tego radość. To jest super.
Jednak od pacjentów najczęściej słyszę opowieści układające się w inny model: dorosłe dzieci, którym się powiodło, czują, że mają dług wdzięczności wobec rodziców. Najczęściej są to osoby, które przeprowadziły się do dużego miasta i jako pierwsze w rodzinie mają wyższe studia. Aczkolwiek niekoniecznie, bo może to być również doświadczenie szefa kuchni, mistrza sushi. Bywa, że w domu rodzinnym słyszą niby-żartobliwe komentarze: "Tyle ci płacą, ale za co?", "Na czym w sumie ta twoja praca polega?", "W szkole nie byłeś orłem, a teraz taki ważny jesteś?". W efekcie nie identyfikują się ze swoim sukcesem, czują, że nie zasługują na pieniądze, które dostają za swoją "lekką pracę".
Powtarzający się tekst to: "Ty sobie żyjesz wygodnie, możesz podróżować po świecie, a ja nigdy nigdzie nic!". Rodzice nigdy nie byli w Tatrach, nigdy nie byli nad polskim morzem… Zaczyna się więc niewinnie: od zaproszenia do restauracji, na wczasy. Później pojawia się pomysł – który najczęściej wychodzi od rodziców – żeby wykonywać comiesięczny przelew. "Po co będziesz nas zapraszał? Jeśli od czasu do czasu prześlesz jakiś grosz, kupimy sobie to, czego potrzebujemy".
Co w tym złego, że osoba, którą na to stać, wspiera rodziców?
Kiedy to już nie jest potrzeba, ale przymus, zaczyna się uwikłanie.
Jeden z moich pacjentów nie tyle wspierał, ile utrzymywał rodziców: płacił rachunki, dawał gotówkę "na życie", mamie opłacał nawet taksówki, żeby mogła wygodnie dojechać do miasta na Uniwersytet Trzeciego Wieku. Nie słyszał nawet "dziękuję". Miesiącami mówił mi, jak bardzo jest mu przykro, kiedy odwiedza rodziców i widzi, że w rodzinnym domu nic się nie zmienia, bo rodzice jak zawsze byli pijani, tak są pijani. "Nie jestem tego w stanie pojąć" – mówił. Bardzo z tego powodu cierpiał.
Potrzeba odmienienia losu rodziców – wynikająca z przekonania, że jest się za nich odpowiedzialnym – bywa w dorosłych dzieciach bardzo silna.
Inny pacjent wychował się w małej miejscowości na Warmii, ojciec od nich odszedł, zawsze mieli biedę, mama pożyczała pieniądze po rodzinie, żeby syn mógł studiować. Zrobił zawrotną karierę. Mieszka i pracuje na innym kontynencie. Co miesiąc przelewa mamie półtora tysiąca złotych. Długo żył w przekonaniu, że ona nareszcie, pierwszy raz w życiu będzie sobie mogła pozwolić, na co tylko zechce, zacznie sobie kupować dobre jedzenie. Niestety, kiedy przyjechał w odwiedziny, zorientował się, że mama cierpi na syllogomanię – zaburzenie zbieractwa. Zobaczył rzeczy, które mama masowo kupuje i nawet nie rozpakowuje. Bardzo chciałby, żeby podjęła terapię, ale ona nie chce o tym słyszeć. Z kolei on, mimo że wie, że przelewanie mamie pieniędzy nie ma żadnego sensu, nie jest gotowy, żeby to przerwać.
Występuje u niego to samo co u większości dzieci uwikłanych i uzależnionych od finansowania rodziców – parentyfikacja, która polega na tym, że stają się rodzicami swoich rodziców: umawiają do lekarza, płacą rachunki, martwią się o emocje mamy czy taty. Przy czym w tej relacji nie ma sprzężenia zwrotnego.
Czyli to nie jest wzajemna troska, nie jest to przyjaźń.
To jednostronne obciążenie, obowiązek.
Kiedy matka jednego z pacjentów zaczęła chorować, nie tylko wykupił jej prywatny pakiet medyczny, ale też "żeby mogła dojeżdżać do miasta", dawał jeszcze gotówkę na dojazd. "Tysiąc złotych? Za te pieniądze lata chyba samolotem?" – zapytałam.
Transfery finansowe szybko stają się stałym, comiesięcznym zobowiązaniem oraz mają tendencję wzrostową.
Dorosłe dzieci mają swoje marzenia. Niektórzy chcieliby popłynąć w rejs dookoła świata, ale najczęściej tym marzeniem jest nie mieć żadnych zobowiązań. Uwolnić się od kredytów to jest największe pragnienie wielu ludzi. Tymczasem wsparcie rodziców, kiedy staje się obligatoryjne, obciąża człowieka tak samo jak rata kredytu.
Jeśli w rodzinie jest więcej niż jedno dziecko, rodzice otrzymują wsparcie od wszystkich?
Zazwyczaj bohaterem rodziny jest jedno dziecko i to ono bierze na siebie obowiązek troszczenia się o rodziców.
To jest dziecko, które "najlepiej sobie radzi", więc rodzeństwo czuje się zwolnione z obowiązku, a jednocześnie rodzice przestają okazywać wdzięczność. Tak jesteśmy skonstruowani, że jeśli coś nam się należy, to nie mówimy "dziękuję".
W ten sposób dochodzimy do przymusu oraz uwikłania, które ofiarodawcom nie dają w zamian nic dobrego. Przede wszystkim nie pojawia się upragnione poczucie, że relacje z matką i ojcem są dobre.
Skoro padło słowo "bohater", dochodzimy do rodzin alkoholowych, gdzie 10-latek, "dziecko bohater", stawia sobie za cel, że sprawi, że ojciec przestanie chlać…
Nawet w wieku pięciu lat dziecko może postawić sobie taki cel!
I to jest to dziecko, które potem będzie finansować rodziców?
Bardzo często tak, ponieważ ono ma takie predyspozycje: jest zaradne, nadodpowiedzialne, nad wyraz empatyczne. Dorosłe dziecko alkoholika samo dla siebie jest nieistotne. Celem terapii jest, by człowiek poczuł się bezpieczny i nauczył zauważać siebie i swoje potrzeby.
Na pewno nie we wszystkich rodzinach, w których dorosłe dziecko wspiera finansowo rodziców, jest problem alkoholowy.
To jest perspektywa gabinetowa. Na terapię zazwyczaj zgłaszają się osoby, które wyszły z domów, w których były problemy, w których czegoś brakowało.
Ale też powiedzmy sobie szczerze: w latach 80. czy 90. alkohol to był "rozluźniacz" numer jeden w wielu polskich domach. Dysfunkcyjność mogła polegać także na biedzie oraz bezradności, niedojrzałości rodziców lub np. ich lękowych czy depresyjnych osobowościach. Część matek moich klientów cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, objawiające się np. manią czystości czy wspomnianym zbieractwem. Te kobiety biorą od dzieci pieniądze, by zagłuszyć w sobie lęk, by dostać bezpieczeństwo.
A ojciec alkoholik – po prostu bardzo się ucieszy, kiedy synek wręczy mu whisky, której nigdy w życiu nie pił.
Jasne, że się ucieszy. Gdyby syn przyjechał i powiedział: "Tato, musimy sobie uczciwie powiedzieć, że jesteś alkoholikiem i musisz się leczyć", toby go zwyzywał i wyrzucił za drzwi, ale z flachy za kilka stówek się ucieszy.
Pomimo że ledwie zipie!
Pan poklepał syna po ramieniu i powiedział: "Warto było w ciebie inwestować!". Co nie znaczy, że za tydzień, kiedy syn pojawi się bez flaszki, nie zacznie krzyczeć: "Jesteś beznadziejny, żałuję, że się urodziłeś!". A mimo to pacjent mówi: "Warto było, bo przynajmniej przez jakiś czas jest dobrze".
Najtrudniejszym momentem jest dla większości osób Boże Narodzenie. To jest czas, kiedy szczególnie mocno pragniemy odtworzyć iluzję "szczęśliwej, kochającej się rodziny", jaką byliśmy karmieni w dzieciństwie. Swego czasu pracowałam w ośrodku pomocy społecznej. Opiekowałam się m.in. rodzinami zastępczymi – często, gdy ograniczane były prawa rodzicielskie matki, dzieci trafiały do babć. Ich relacje z dorosłymi córkami były generalnie złe, a ostrze krytyki skierowane było w stronę portfeli. "Co to za córka?! Tyle mnie kosztowała i wcale się nie odwdzięcza!". Kiedy przychodziło Boże Narodzenie, ta córka – niezależnie, w jak fatalnym była położeniu – każdemu w rodzinie kupowała prezent. Drogi! Zapożyczała się, brała chwilówki, ale było na bogato.
Wszystko to robimy – dajemy pieniądze, prezenty – by w zamian otrzymać uwagę.
A nie miłość?
Pod uwagą kryje się i akceptacja, i miłość, i "warto było cię mieć".
Udaje się kupić miłość?
Panu, który kupuje uzależnionemu ojcu drogi alkohol, raz na jakiś czas udaje się kupić iluzję. Z reguły jest jednak tak, że z czasem w zamian nie otrzymuje się już niczego.
Mam pacjentkę, która regularnie wypełnia lodówkę matki zakupami. Kupuje jej wszystko, co ta najbardziej lubi. Sama pracuje na dwa etaty, ale czuje silną potrzebę wspierania matki. Co tydzień jeździ do niej z prowiantem. Mama owszem, jest zadowolona, że ma pod dostatkiem najlepszego jedzenia, ale przestała mówić chociażby "dziękuję". Moją pacjentkę to dotyka. "Siostra przyjeżdża do mamy z pustą ręką, a ta czeka na nią z dwudaniowym obiadem, a na mnie czeka tylko ta pusta lodówka!" Nie otrzymuje w zamian nawet wdzięczności, a jednak stale wypełnia obowiązek, który – podkreślam – sama na siebie nałożyła. To jest bardzo ważna kwestia: finansowanie rodziców, o którym rozmawiamy, nie ma źródła w wewnętrznej chęci sprawienia im przyjemności. Tu chodzi o przymus.
A ponieważ za pieniędzmi idzie pragnienie akceptacji, miłości i innych uczuć, których człowiek nie jest w stanie otrzymać, pojawia się cierpienie.
Wrócę do mężczyzny, który utrzymywał rodzinny dom i był zrozpaczony, że rodzice "jak pili, tak piją". Powiedziałam mu: "Chcesz przeznaczać pieniądze na coś dobrego? Jest wiele fundacji i stowarzyszeń, które robią dobre rzeczy. Zacznij wspierać którąś z nich". Tak zrobił. Rodzice na początku byli obrażeni, ale koniec końców pacjent przyznał, że czy z pieniędzmi, czy bez nich, jego relacje z rodzicami były i są tak samo fatalne. Uczuć nie da się kupić.
W tym przypadku można było zracjonalizować: przestaję dawać pieniądze, bo idą na alkohol, a co, jeśli rodzice mają mizerne emerytury i obiektywnie rzecz biorąc, potrzebują wsparcia?
Wtedy trzeba wyjść z roli bohatera, usiąść z siostrą, bratem i ustalić, kto w jakim zakresie będzie wspierał rodziców.
Dlaczego to jest tak ważne?
Ponieważ wtedy ja przestaję być jedynym "wspieraczem". Dziecko ma być dzieckiem, a nie opiekunem. Utrzymywać i opiekować się ma sobą i swoją rodziną, swoimi dziećmi, a nie rodzicami.
Ale łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić. "Dziecko bohater" uważa, że to ono powinno finansować rodziców, bo to jemu/jej "się udało w życiu", "najlepiej się powodzi". I co z tego? Nie ma czegoś takiego jak "udało ci się w życiu"! Czy bez wykształcenia, pracy, trudu i determinacji się udało? "Udało ci się" to jest ogromne dewaluowanie sukcesu, który człowiek osiągnął i musiał się na ten sukces bardzo starać.
Jeżeli siostra zarabia ode mnie pięć razy mniej, okej, niech daje mamie co miesiąc odpowiednio pięć razy niższą kwotę, ale niech również ją wspiera. To jest uczciwe.
A teraz spójrzmy na sprawę z drugiej strony: masz pacjentów lat 30, 40, którym na terapię dają "mamusia" albo "tatuś"?
Takie osoby się pojawiają. Próbują tłumaczyć: "Oni mają naprawdę dużo pieniędzy". Odpowiadam: "Ty też pracujesz i masz pieniądze. Swoje!".
Dodajmy do tego młodych dorosłych, którzy w ogóle nie chcą się od rodziców wyprowadzać, ponieważ wygodnie jest żyć na ich garnuszku.
W momencie, kiedy człowiek zaczyna zarabiać, powinna zakończyć się zależność finansowa od rodziców!
Wszystko, o czym rozmawiamy, działa w obie strony. Jeżeli rodzic chce coś dziecku kupić, to może kupić: wycieczkę, kurs językowy. Proszę bardzo. Ale dawanie pieniędzy systematycznie, stałe zlecenie przelewu to nie jest dobry pomysł.
Za pieniędzmi idzie nie tylko pragnienie uwagi, ale też zależność i niestety oddanie czy poddanie.
Comiesięczny przelew od mamy czy taty obciąża 35-latka, bo ten człowiek nigdy tak naprawdę nie czuje się dorosły, silny i sprawczy, że na siebie zarabia i jest w stanie utrzymać własną rodzinę. Pieniądze przede wszystkim dają poczucie bezpieczeństwa.
Idą za nimi również emocje. Wszystko, o czym dziś mówisz: nadzieja, że dadzą nam miłość i szczęście, jest permanentnie podsycane przez potężny przemysł reklamowy. Co to znaczy, że człowiek ma zdrową relację z pieniędzmi?
Dorosły człowiek powinien dążyć do niezależności i poczucia, że stoi twardo na ziemi na własnych nogach.
A rodzice? Albo mnie kochają, albo nie.
Jeśli nie mam ich uwagi, akceptacji i miłości teraz, kiedy mam lat 30, 40 albo 50, to znaczy, że nigdy tego nie miałem – a jednak przeżyłem, poradziłem sobie, "wyszedłem na ludzi", osiągam sukcesy.
Dorosłość przejawia się również w tym, że nie usiłuję kupować sobie akceptacji ani miłości rodziców za pieniądze.
Marlena Ewa Kazoń. Psychoterapeutka. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Psychologii w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, podyplomowe studium psychoterapeutyczne realizowane przez MABOR Centrum Psychologiczno-Medyczne i Centrum Doradztwa i Szkoleń, atestowane przez European Association of Psychotherapy, oraz podyplomowe studia z zakresu psychoonkologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Psychoterapię traumy, indywidualną, rodzinną oraz psychoterapię par i małżeństw prowadzi od 2009 r.
Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą Wrocław", "Dziennikiem Polska Europa Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


