Rozmowa
Robert Rient (Fot. Anita Suchocka)
Robert Rient (Fot. Anita Suchocka)

Odszedł pan ze zboru świadków Jehowy, a całkiem niedawno napisał książkę "Wizje roślin, czyli pięćdziesiąt roślin leczniczych i jeden grzyb". To forma terapii?

Nie. Książka jest efektem wielu lat spędzonych w dzikiej naturze i samotności, która była potrzebna po utracie rozległego i wspierającego, ale także niszczącego systemu. Trzeba mi było zbudować sobie życie na nowo i się w nim odnaleźć. "Wizje roślin" to efekt wielu lat pracy, ponad 600 stron współczesnych danych naukowych i ludowych opowieści o właściwościach leczniczych roślin. I jednego, pełnego mocy grzyba oczywiście.

Użył pan określenia, że to "system wspierający, ale także niszczący"…

Każda religia, którą poznałem, jest dla mnie takim systemem. Świadkowie Jehowy to organizacja, związek wyznaniowy, dla niektórych sekta. Fakt jest taki, że to jedna z dziesiątek religii oparta na Biblii, nazywanej Pismem Świętym. Urodziłem się w tej religii, moi dziadkowie i moi rodzice byli świadkami Jehowy, i ponad 20 lat temu podjąłem decyzję o odejściu. Konsekwencje praktycznie nie różnią się od bycia wykluczonym ze zboru. Połowa mojego życia upłynęła w tej religii, a połowa poza nią – mam 44 lata. Pewnie trudniej jest opuścić system, w którym się urodziło, od tego, który się świadomie wybrało.

Zjazd Świadków Jehowy na stadionie Lechii Gdańsk w 2004 roku (Fot. Damian Kramski / Agencja Wyborcza.pl)

Spytam wprost: uwierały pana nakazy i zakazy w zborze?

Bardzo. Napisałem długi list do organizacji o powodach odejścia. Wymieniłem m.in. przemoc wobec dzieci, podrzędną rolę kobiet, patriarchalny system, dyskryminację osób nieheteronormatywnych. Wcześniej przez kilka lat angażowałem się z oddaniem. Byłem pionierem stałym, czyli kimś, kto poświęcał 90 godzin miesięcznie na głoszenie, do tego trzy zebrania w tygodniu, zbiórki, kongresy. Religia wypełniała większość dnia. Mój tato był starszym zboru, poznałem strukturę tej organizacji. Konsekwencją listu było ogłoszenie w zborze w Poznaniu, do którego wtedy należałem, że nie jestem już świadkiem Jehowy. Dla prawie wszystkich osób ze zboru i większości mojej rodziny oznaczało to zerwanie ze mną relacji.

Czyli ostracyzm?

Tak. Kilka lat po odejściu napisałem książkę "Świadek", w której zawarłem swoje doświadczenia i opisałem wewnętrzne struktury, często niedostępne zwykłym głosicielkom i głosicielom tej religii. Zyskałem więc status odstępcy, a to kategoria gorsza od osoby wykluczonej czy tej, która odeszła.

Na kongresie w Wolinie w 2015 roku chrzest otrzymało ponad 30 wiernych (Fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Wyborcza.pl)

Trochę wręcz zdrajca?

Można tak powiedzieć. Dla tych, którzy zostali w zborze, stałem się kimś, kto zdradził nie tylko tajemnice, ale też społeczność, swoich braci i swoje siostry. Odstępca dla świadków Jehowy jest kimś, kto po opuszczeniu organizacji ma śmiałość mówić publicznie negatywne rzeczy na temat religii. Ale moja książka nie jest opowieścią czarno-białą. Przecież spotkało mnie nie tylko zło, ale i sporo dobra. Doświadczenie bycia w centrum fundamentalistycznego systemu kształtowało mnie jako człowieka, podobnie jak opuszczenie tego systemu dodało mi wiary i odwagi, nauczyło, że z każdego miejsca można odejść. To system, który z jednej strony daje poczucie bezpieczeństwa, a z drugiej generuje lęk.

Jaki lęk?

Tata, który wysyła swojego syna na śmierć, żeby komuś innemu było dobrze, nie jest dobrym rodzicem. To dla nas oczywiste. Jednak przywykliśmy inaczej traktować historię Jezusa Chrystusa, który umiera za nas za zgodą swojego ojca. Wywoływanie poczucia winy u wyznawców religii opartych na Biblii jest dosyć powszechne. Poczucie, że ukochana osoba umarła, by mnie zbawić, może być obciążające – o ile uwierzyć w tę historię. To zobowiązanie, które można spłacić, próbując żyć bez grzechu albo żyjąc wiarą w cudze sny. A przecież grzeszyć to chybiać celu, wszyscy czasami chybiamy celu. Zarazem nie chodzi o to, by zrezygnować z wysiłku bycia dobrym człowiekiem. Można jednak zrezygnować z poddania systemowi, który określa, jak należy żyć. W religii świadków Jehowy wiara oparta jest na zbawieniu prawych i zamordowaniu rzeszy tych, którzy prawdę odrzucili, co ma się wydarzyć podczas Armagedonu. I co już raz wydarzyło się podczas potopu, gdy Bóg zdecydował się zabić ogrom ludzi, którzy w niego nie wierzyli, ale też tysięcy niewinnych zwierząt i roślin. Trzeba więc się pilnować. Do tego wiara w demony, hordy szatana, zagrażający zewnętrzny świat. Mam szacunek do bóstw, bogów i bogiń. I dużo spokoju, że ktoś ma potrzebę wierzyć po swojemu. Natomiast istotne jest dla mnie, żeby nie wymuszać na nikim tej wiary czy przekonań.

I nie kazać mu żyć według nich? A co w zborze było według pana cenne?

Modlitwa. Ludzie na całym świecie zwracają się do siły wyższej, do Jehowy, do Trójcy, do Maryi, do Ganeszy, do Sziwy, do Allaha, do prastarego dębu, do świętej rzeki albo próbują urzeczywistnić postawę Buddy. Modlitwa dla świadków Jehowy jest istotną częścią zgromadzeń, rytuałów, a nawet rozpoczynania posiłków. Jeśli potraktować modlitwę jako żywy, dobrowolny i szczery akt zwracania się do siły wyższej, którą każdy z nas może zinterpretować lub nazwać po swojemu, to jest to cenne. Cenna była silna wiara wielu osób, których wybory i decyzje życiowe wynikały z niej, a nie np. z cynizmu czy chęci zysku. Najcenniejsi jednak dla mnie byli ludzie, których poznałem w organizacji, zabawni, mądrzy, wzruszający i piękni ludzie.

Kongres Świadków Jehowy w Zielonej Górze w 2007 roku (Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Wyborcza.pl)

Jak rozumiem jest jednak druga strona?

Religia to opresyjny system, wykluczający kobiety z szeregu ról, w tym tych dotyczących zarządzania. System, który w moich czasach przyzwalał na przemoc wobec dzieci, a czasami wręcz do niej zachęcał. System, który wpychał wyznawców w poczucie samotności, w której nie było przestrzeni na otwarte i wprost dzielenie się sobą, swoimi wątpliwościami, otwartymi pytaniami czy dialogiem. System, który zobowiązuje wyznawczynie i wyznawców do podążania ściśle określoną drogą, często z pominięciem współczesnej nauki czy czegoś tak bardzo ludzkiego jak porywy serca i namiętności. Zakazy dotyczyły również niezdrowych rzeczy, takich jak palenie papierosów. Jednak nie było wolności dla jednostki, by podjęła samodzielną decyzję, za palenie należało się wykluczenie ze wspólnoty. I może mniej uchwytne, ale ważne konsekwencje to traktowanie obecnego życia jako tymczasowego, przesiąkniętego złem i stałe czekanie na prawdziwe życie w raju, czyli życie wieczne na ziemi po Armagedonie, który ma nadejść już wkrótce.

Jakie jeszcze są zakazy i nakazy w tej religii?

Za moich czasów obowiązywał zakaz transfuzji krwi, również w sytuacji zagrożenia życia i jego ratowania. Zakaz seksu przedmałżeńskiego, upijania się, związków z osobą tej samej płci. Na zgromadzenia obowiązywał określony strój. Zakazy ingerujące w codzienne życie określane przez ludzi były przedstawione jako pochodzące od samego Boga.

Nic się nie zmienia?

Zmienia się, powoli. Mężczyźni pełniący funkcje w zborze niedawno dostali przyzwolenie na posiadanie zadbanej brody, a kobiety z organizacji możliwość zakładania na zebrania spodni. System wciąż pozostaje jednak patriarchalny. Zarząd to grupa mężczyzn nazywana Ciałem Kierowniczym. W zborze przewodniczącymi, prowadzącymi wykłady, zbiórki osób chętnych do głoszenia, ale też wesela czy pogrzeby są wyłącznie mężczyźni. Istotne wydaje mi się zrozumienie, że system ingerujący nie tylko w myśli, codzienne nawyki, ale też sposób ubierania się jest destrukcyjny.

A rola kobiet? Są kimś gorszym?

Deklaratywnie nie, ale biorąc pod uwagę zadania, które mogą pełnić, role, do których mogą aspirować, to nie mają władzy i równych praw z mężczyznami. Żona powinna być poddana mężowi, który jest z kolei określany głową. Natalia de Barbaro powiedziała kiedyś, że mielibyśmy duże wątpliwości, starając się o pracę w firmie zarządzanej wyłącznie przez mężczyzn. Firmie, w której żadna z kobiet nie ma szans zostać szefową, kierowniczką, menedżerką. Jednak mniej dziwi nas, że w wielu religiach tak właśnie jest – to gra mężczyzn określająca strukturę i zasady działania. Oni mają władzę. W moich czasach w naukach "Strażnicy" powoływano się również na dyscyplinowanie dzieci "rózgą karności".

Czyli?

Czyli bicie. W niektórych zborach czy rodzinach było na to ciche przyzwolenie. Mawiano, że jeśli nic nie pomaga, to zawsze jeszcze jest "rózga karności". W reportażu pod tytułem "Czaiłem się między ścianą a sufitem" – to cytat z jednego z bohaterów – opisałem problem pedofilii w organizacji świadków Jehowy, który był zbieżny z problemem pedofilii w religii rzymskokatolickiej. Często sprawy były zamiatane pod dywan i ukrywane.

Człowiek pozostający w tej strukturze może czuć się samotnie, może nie dawać rady psychicznie, może mieć dosyć opresyjnej męskości starszych zboru albo męża, który wziął sobie do serca biblijne przykazania i stara się być nie partnerem, ale kimś, komu należy się posłuch czy pożycie seksualne.

Kongres na stadionie Arena Lublin w 2018 roku (Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Od tego już tylko krok, by szukać pomocy poza zborem?

Ten system zachęca do poszukiwania wsparcia u Boga, starszych zboru albo społeczności, a nie na zewnątrz. Świat jest przedstawiany jako coś zagrażającego. Ci z nami należą do prawdy, reszta należy do świata. Osoba w zborze dorasta często z przekonaniem, że to jest jej dom, że musi sobie poradzić, bo na zewnątrz czeka ją coś jeszcze gorszego.

Rodzina zerwała z panem kontakt?

Większość tych, która pozostała w religii, zerwała. Dana mi była duża rodzina, świetni wujkowie i ciotki, sporo kuzynek, z którymi dorastałem. Zazwyczaj z osobą, która odchodzi, zrywa się kontakty. Ma poczuć się na tyle samotnie, ma jej to dać na tyle do myślenia, że wróci. Jednak język opresji i wykluczenia zazwyczaj nie działa, a na pewno działa słabiej od języka miłości. Tej rozumianej nie tyle jako słowo i uczucia, ile jako działanie.

Ma pan kontakt z rodzicami?

Nie chcę opowiadać o rodzicach, szanując ich i swoją prywatność.

To spytam tak: czy chciałby pan mieć kontakt z bliskimi?

Czasami, po 20 latach bez kontaktu, wciąż ciekawi mnie, jak się mają i co u nich słychać. Minęło tak wiele lat, że mam wokół tego dużo spokoju, ale myślę o kilku moich ulubionych kuzynkach, za którymi czasami tęsknię i których jestem ciekawy.

Zielona Góra. 2007 rok (Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Wyborcza.pl)

Czy wobec kobiet też używa się "rózgi karności"?

Nic mi o tym nie wiadomo.

A czy gdy kobieta jest nieszczęśliwa w małżeństwie, może wystąpić o rozwód?

W religii świadków Jehowy jedyną podstawą do rozwodu są pozamałżeńskie kontakty seksualne. Przemoc, poczucie nieszczęścia czy utrata uczucia nie jest taką podstawą. Małżeństwo traktowane jest jak sznur potrójny, a zatem ona, on i Bóg. Nie należy go zrywać w wyniku chęci jednej ze stron. Ponowny związek małżeński wyznawca może zawrzeć również po śmierci współmałżonka.

Jeśli nie ma tej podstawy, kobiecie pozostaje uciec? Zna pan takie historie?

Nie, takich historii nie znam. Znam z dawnej przeszłości inne historie ucieczek od religii, w tym tę najbardziej dramatyczną, czyli samobójstwo. Znam też ucieczki w uzależnienie od alkoholu, w radykalny, postępujący fanatyzm. Jeśli ktoś czuje, że nie może czy nie potrafi odejść albo nie ma dokąd, to czasami wchodzi jeszcze głębiej w system, angażując się jeszcze bardziej, stając się radykałem. Znam ucieczki, które są odejściem od siebie, od swojego ciała, ignorowaniem swoich myśli, wątpliwości i uczuć. W efekcie dochodzi do różnych chorób psychosomatycznych albo psychicznych czy narastających lęków. Najczęściej pewnie zdarzają się odejścia od religii, o których nikt nie słyszy i pewnie nie usłyszy, ponieważ kończą się zerwaną więzią. Dziecko traci relacje z rodzicami albo matka z dziećmi i bliskimi i buduje sobie życie z boku. To historie, którymi prawie nikt nie chce się dzielić publicznie, zazwyczaj pełne bólu, trudności i smutku. Mało kto chce publicznie opowiadać, że przez lata cierpiał, był samotny, stracił kontakt z najbliższymi i wiarę. Że musiał na nowo szukać pracy czy miejsca do życia.

Bo to wstydliwe?

A także trudne i rozpaczliwe, a media karmią się sensacjami jak padliną. Strawią taką sensację, uczynią z dramatu osoby uciekającej tanią pożywkę, zachęcą internautów do wyśmiania jej wiary, a potem porzucą temat dla kolejnej sensacji. Ci, którzy odchodzą, muszą się liczyć z ostracyzmem i wielką samotnością. Jeżeli ktoś decyduje się odejść, traci system wsparcia i musi poszukać nowego. Dawni współwyznawcy często nie pozdrawiają nawet takiej osoby zwykłym "dzień dobry".

Zobacz wideo Nicole odeszła z sekty mormonów. Teraz edukuje na TikToku

A może też wrócić do wspólnoty, bo okazuje się, że nie daje rady?

Może tak być, choć to trudne. Żeby wrócić i być przyjętym, trzeba się ukorzyć, okazać skruchę, żałować. Myślę, że warto przekazać osobom, które będą czytały naszą rozmowę, że wsparcia na zewnątrz może być dużo. Czasami jest to ktoś spotkany w sklepie, czasami policjant, czasami dobry psychoterapeuta czy ktoś z telefonu zaufania. Wsparcie jest możliwe, zarazem warto sięgnąć po to profesjonalne.

Mam dla pana wiele podziwu i szacunku, że zdecydował się pan odejść.

Dziękuję. Odwaga jest czymś, co zostało mi dane, tak jakbym urodził się z nią. Gdy zabrakło wsparcia w ludzkim świecie, odkryłem, jak wiele ma do zaoferowania ten pozaludzki. Zachwycającym było odkryć, że ludzki język nie jest jedynym. Że natura nie jest poddaną i podwładną, ale żyjącą istotą, która posiada swego ducha. Ci, którzy szukają wsparcia, mogą i z tego skorzystać, uczciwego i jasnego spotkania z drzewem, rzeką, ziemią, rozpoznaniem natury jako części nas samych. Nauczyłem się tego podczas podróży dookoła świata, o której można przeczytać w książce "Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie". A dąb kiedyś uratował mi zdrowie – i nie jest to metafora, ale lekcja życia, od tego zresztą zaczyna się moja książka "Wizje roślin, czyli pięćdziesiąt roślin leczniczych i jeden grzyb".

Nigdy pan nie myślał, żeby wrócić do zboru?

Myślałem o tym kilka chwil po odejściu, ale pewnie nigdy na poważnie. Od lat wiem, że nie chcę wracać do zboru. I chcę świata, w którym świadkowie Jehowy mają pełne prawo spotykać się w swoich zborach, a katolicy w swoich kościołach, ja mam prawo modlić się pod starą sosną w dzikim lesie, a niewierzący mają prawo do zarządzania swoim ciałem i wolnością. Książka "Świadek" kończy się takim zdaniem: ostatecznie to, kim jestem dla ciebie, nie jest tym, kim jestem. Pewnie każdy z nas może wypowiedzieć to zdanie do wybranych osób albo grupy osób. Żyjemy w czasach pośpiesznych ocen, wydawania wyroków, autorytetów z social mediów. Każdy z nas ma prawo wierzyć i nie wierzyć. To prawo ma dla mnie sens, jeśli związane jest z szacunkiem.

Robert Rient. Dziennikarz, współczesny szaman, aktywista, reportażysta i pisarz. Autor książek: "Duchy Jeremiego", nominowanej do Nagrody Literackiej Nike, reportażu "Świadek", wydanego również w Ameryce, monografii "Wizje roślin, czyli pięćdziesiąt roślin leczniczych i jeden grzyb" oraz najnowszej "Pierwsza umowa. Podstawy praktyki szamanizmu".

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni.