Z badań wynika, że co piąty dorosły Polak korzysta z pomocy psychoterapeuty. Bardzo często przyczyn cierpienia dorosłego człowieka szuka się w dzieciństwie. Jak sobie radzą z tym rodzice dorosłych, cierpiących dzieci?
Sporo się mówi i pisze o tym, że Polki i Polacy chodzą na terapię, podczas której może przyjść moment wyartykułowania rozmaitych żalów pod adresem rodziców, dziś starszych już ludzi. Chcę porozmawiać o uczuciach tych właśnie osób, którym może się w takiej sytuacji zawalić świat.
W pierwszej chwili świat się wali.
Obecnie mam w terapii pięć pań 70 plus. Wszystkie są Polkami, które w PRL wyemigrowały za chlebem i dziś żyją z amerykańskiej, brytyjskiej czy belgijskiej emerytury. Uważam, że nie jest to przypadek, że spośród osób mieszkających w Polsce moi najstarsi klienci mają 50 lat, natomiast jeśli są to nasze rodaczki mieszkające za granicą, górnego limitu wieku nie ma.
Społeczeństwa zachodnie kładły się na kozetkach terapeutów, kiedy u nas nikomu się to jeszcze nie śniło. Spośród tych pięciu pań ile usłyszało żale od swoich dorosłych dzieci?
Cztery.
Choć to nie do końca są żale czy pretensje. Są to przede wszystkim potrzeby dotyczące różnych braków, które w dzieciństwie i młodości odczuwały dzieci: "nie było cię przy mnie, kiedy cię potrzebowałam", "pieniędzmi się wszystkiego nie załatwi". Dorosła córka mówi matce: "Dziś ja mam 40 lat i też mogłabym wyjechać do pracy za granicę, ale w życiu nie opuszczę swojej córki, tak jak ty mnie opuściłaś!".
Każda z pań w pierwszym odruchu zamknęła się na to, co syn czy córka powiedzieli, czyli odrzuciła komunikat, który padł. Często towarzyszyła temu złość: "Jakim prawem on/ona tak do mnie teraz, 'na starość', mówi? Za co mnie to spotyka? Za wszystko dobre, co jej/mu w życiu dałam? Za te dolary, marki, euro, które przysyłałam?". Inna reakcja to usprawiedliwianie się: "Przecież ja właśnie dla dzieci się tak poświęcałam! Dlaczego nikt mnie nie rozumie?!".
Te kobiety wyjeżdżały z bardzo trudnych warunków, z biedy, za granicą bardzo ciężko pracowały fizycznie, a większość zarobionych pieniędzy wysyłały do kraju. Rozumiem ich rozgoryczenie, kiedy dziś słyszą od dzieci żale i pretensje.
Czasem dosłownie o wszystko!
Jedna z moich pacjentek pękła i popłakała się na spotkaniu w polonijnym gronie przy barbecue: "Syn mi powiedział, że praca mu nie odpowiada, żona mu nie odpowiada i relacje z dziećmi też ma fatalne, a to wszystko przeze mnie, bo go nie potrafiłam dobrze wychować".
Rozumiem, że słysząc takie słowa od syna, matka może czuć wiele przykrych emocji. Kluczowe w tym momencie jest spojrzenie na sytuację z właściwej perspektywy. Czy jeżeli coś cię boli i mówisz o tym drugiemu człowiekowi, to oznacza, że masz z nim bliską relację, czy nie?
Bliską.
No właśnie! Mówisz, ponieważ ufasz, że ta osoba cię nie odrzuci. To jest wyraz zaufania. To oznacza, że zależy ci, żeby wasze relacje były lepsze.
Tłumaczę to ja i – na całe szczęście – nie tylko ja. Moje pacjentki słyszą radę: "Porozmawiaj z synem/córką. Wysłuchaj, co ma do powiedzenia", również od swoich przyjaciół, sąsiadów, od zaprzyjaźnionego księdza…
O, wspaniale!
Tak, to było świetne. Pani mieszkająca w Belgii dostała taką radę od luterańskiego księdza. Jeszcze inna moja klientka dostała wsparcie od swojej byłej pracodawczyni – Brytyjki, u której przez wiele lat sprzątała, a dziś pozostają w przyjacielskich relacjach.
Bardzo ważne, żeby po etapie złości, zaprzeczania, zamknięcia rodzic usłyszał – i przyjął – komunikat: skoro dziecko chce z tobą szczerze rozmawiać, to znaczy, że mu na tobie zależy i jest to wielka wartość. Nie wolno ci tego stracić! Nie wolno ci odbierać każdego negatywnego komunikatu jako atak na ciebie.
A czy nie tak właśnie najczęściej jest to odbierane?
Ależ oczywiście!
Zacznijmy od tego, że nasze mamy – kobiety urodzone w latach 50. bądź wcześniej – to jest pokolenie powojenne, które ma najczęściej nikły kontakt z emocjami, natomiast silne przekonanie, że dały swoim dzieciom życie, że je wykarmiły i te dzieci "wyszły na ludzi", to jest ogromny dar.
One same nigdy nie porozmawiałyby ze swoimi matkami – kobietami, które przeżyły wojnę, były w obozach koncentracyjnych, przeżyły traumy, o których najczęściej się w domu w ogóle nie mówiło – że czegoś im brakuje, że ich emocje nie są zaspokojone.
To wynika z szacunku.
Tak! Przez sam fakt, że nas urodziły, matkom należy się bezwarunkowy szacunek, rozumiany m.in. jako bycie grzecznym dzieckiem – taki jest tok myślenia. A więc te matki rocznik ‘50 lub starsze są zdruzgotane, gdy ich grzeczne dotychczas dziecko lat 40 "poszła/poszedł do jakiejś baby czy faceta na terapię i wywraca mi rzeczywistość do góry nogami".
Częstym, bardzo dla dorosłych dzieci bolesnym odruchem jest lekceważenie ich cierpień. "Co ty wiesz o życiu? Nie przeżyłaś powojennej nędzy!" Lub: "Jakie ty niby masz problemy? Mąż cię zdradził? Twój ojciec tyle razy zdradzał, a przeżyliśmy ze sobą 50 lat i co? I żyję!".
Żeby rozmowa z dorosłym dzieckiem mogła się odbyć, matka musi zrozumieć, że cierpienie jej dziecka to również jest cierpienie. Nie wolno tego wartościować!
Dobrze, a co z uczuciami rodziców? Kto teraz utuli ich ból?
Zawsze tłumaczę: nie byłaś w stanie dać swojej córce więcej ciepła i czułości, ponieważ ty jako dziecko od swoich rodziców nie dostawałaś czułości w ogóle. Ty pamiętałaś o urodzinach swoich dzieci, a o twoich urodzinach nie pamiętał nikt. Byłaś obecna, jak się rodziła twoja wnuczka, twoje wnuki cię kochają.
Szukam momentów, kiedy pacjentki były przy swoich dzieciach, i wzmacniam w nich poczucie własnej wartości, które jest kluczowe, żeby każdego negatywnego komunikatu nie odbierać jako frontalnego ataku na siebie.
A czy od swoich pacjentek nie usłyszałaś zdziwienia: "Czy to jest dojrzałe, żeby 40-letnie dziecko za swoje życiowe porażki winiło matkę?!".
Usłyszałam. I odpowiadam wtedy, że sam fakt, że ktoś ma lat 40, nie znaczy, że nie cierpi i nie chce powiedzieć tego, co czuje. Pacjenci zgłaszają się na terapię z powodu braków w życiu, które to braki powodują frustrację, złość, smutek.
Żeby pacjentowi pomóc, trzeba koniecznie grzebać w jego dzieciństwie?
Najczęściej tak. My, psychoterapeuci, musimy przyjrzeć się niezaspokojonym potrzebom człowieka, zobaczyć, jak wygląda samoakceptacja itd.
Normą jest, że od czego byśmy nie zaczynali, w końcu trafiamy na tory, które prowadzą do domu rodzinnego. Pytam pacjentkę/pacjenta, co nie działa w ich życiu. "Boję się, jak ludzie na mnie patrzą" – to typowy lęk. Albo: "Kiedy ludzie się śmieją w moim towarzystwie, od razu mam pewność, że to ze mnie". Trudno więc nie zadać pytania: "Dlaczego tak czujesz czy podejrzewasz?", a wtedy słyszę: "Bo jak byłem dzieckiem, to rodzice mnie notorycznie wyśmiewali".
Uświadomienie sobie przyczyny swoich odczuć, uczuć ma ogromne znaczenie!
Jeśli kobieta, która się nadmiernie odchudza albo ma inny rodzaj autoagresji, np. – idźmy grubo – nadużywa alkoholu, zaczyna widzieć: robię to dlatego, że za grosz nie mam poczucia własnej wartości, czuję, że zaraz mąż znajdzie sobie inną, a szef dostrzeże, jaka jestem beznadziejna, to jest pierwszy moment, który pozwala zatrzymać falę przemocy wobec siebie samej.
O jakie nieszczęścia najczęściej obwiniamy rodziców?
Głównie o to, że nie udają nam się związki romantyczne. A nie udają nam się dlatego, że oczekujemy od partnera/partnerki tak wiele wszystkiego – bezwarunkowej miłości i akceptacji, uwielbienia, atencji, afirmacji itd. – że jest to nie do zdobycia. Żaden człowiek nie jest w stanie nam tego wszystkiego dać, a nasze niezaspokajalne potrzeby wynikają z tego, czego nie dostaliśmy w dzieciństwie.
Dla wielu osób to jest wielkie odkrycie! Postępujesz tak, a nie inaczej, ponieważ – jak dowodzi teoria przywiązania Johna Bowlby’ego – jak byliśmy traktowani jako dzieci, tak później sami siebie traktujemy.
Czy uświadomienie sobie przeróżnych mechanizmów, które wpływają na nasze zachowanie, nie wystarczy? Trzeba koniecznie iść do starych rodziców i sprawiać im ból, mówiąc: "To wszystko przez was"?
Można porozmawiać z rodzicami, ale można też sprawę przepracować na terapii, a do rodziców napisać list, który potem im wręczymy. Albo nie – wtedy ważne, abyśmy na psychoterapii go przeczytali.
Jednak najczęściej do konfrontacji dochodzi. Wiele osób ma głęboką potrzebę, żeby wyjaśnić sprawy, które przez całe życie bolą.
Jedna z moich pacjentek, kobieta trzydziestokilkuletnia, powiedziała matce: "W pracy mnie nie szanują, jestem niespełniona i nieszczęśliwa, ale boję się cokolwiek zmienić, bo w naszym domu ciągle żyliśmy w lęku o jutro, że może nie być pieniędzy, a w dodatku ty zawsze powtarzałaś, że pracę trzeba szanować i się jej trzymać, jaka by nie była".
Jak zareagowała mama?
Nakrzyczała: "I to ja jestem winna wszystkiemu?!".
Generalnie są dwie reakcje. Jeśli rodzic nakrzyczy, to nie jest najgorzej, bo to znaczy, że usłyszał, co się do niego mówi. Gorzej, jeśli się obrazi, bo to oznacza zamrożenie. Ludzie zazwyczaj boją się właśnie tego. "Mama potrafi zamilknąć na wiele miesięcy".
Znam to z autopsji. W moim domu rodzinnym karanie ciszą było normą.
Chcesz opowiedzieć o własnej relacji z mamą?
Mogę. Największy żal miałam o to, że do szóstego roku życia to z babcią mieszkałam, to ją traktowałam jak mamę.
Znam kilka kobiet, które również na kilka pierwszych lat dzieci oddały dziadkom.
Ja zawsze czułam się przez mamę porzucona. Babcia była osobą doskonałą, jej śmierć to była rozpacz. Mama natomiast nigdy nie starała się ze mną o tym porozmawiać, wytłumaczyć, przeprosić.
Bałaś się z nią o tym porozmawiać?
Bardzo. A jednak porozmawiałam, w rezultacie czego mama "włączyła ciszę", a ja ją przeprosiłam, bo bałam się, że ze zgryzoty i cierpienia, które jej zadałam, umrze. To jest bardzo częsty lęk dorosłych dzieci. Z tej przyczyny – "tata/mama dostaną udaru/zawału, jak to usłyszą" – dorośli geje i lesbijki nie decydują się na coming out w rodzinnych domach.
Wróćmy do twojej relacji z mamą.
Do rozmowy próbowałam wracać wielokrotnie, niestety, za każdym razem słyszałam ten sam komunikat: dziewczyno, po co wracasz do jakichś antycznych czasów?!
W końcu odpuściłam. Jeżeli ktoś nie chce nas usłyszeć, najrozsądniej jest dać sobie spokój. Jednak dla mnie sam fakt, że wyartykułowałam swój żal, miał duże znaczenie. Czułam, że walczę o siebie. Stałam się silniejsza.
Mam dobrą relację z matką. Wiem, że mnie kocha.
Czy nie jest prawdą, że nasze mamy kochają nas i wychowały nas najlepiej, jak umiały?
Moim zdaniem tak właśnie jest. Nie zakładam, że osoby, o których rozmawiamy, miały psychopatyczne zaburzenia i to, co mają im za złe dzieci, robiły specjalnie.
Zobacz, że część mam "odpala się", kiedy zostają babciami. Dla swojego dziecka nie miały czasu, nie rozmawiały, nie przytulały, nie głaskały, nie mówiły: "Kocham cię, jesteś wspaniałą osobą", natomiast wnukom to wszystko dają. Chcą być superbabciami!
To dobrze.
Bardzo dobrze!
Pacjenci się często dziwią, jak to możliwe. Tłumaczę: mama czuje, że nie było jej przy tobie w taki sposób, jak być powinna, i teraz chce być przy twoim dziecku.
Być może czuje to jedynie na poziomie podświadomym, ale jednak czuje. I wtedy warto porozmawiać z matką również o własnym dzieciństwie.
A czy twoi pacjenci, którzy – jak mówisz – mają maksymalnie 50 lat, nie słyszą z kolei od swoich nastoletnich bądź wchodzących w dorosłość dzieci: "Jesteś fatalną matką"?
Słyszą, ale to jest transakcja wiązana: jeżeli ja miałam odwagę i potrafiłam porozmawiać ze swoją matką o tym, czego mi brakowało w dzieciństwie, to mam też odwagę i potrafię przyjąć swoje dziecko, kiedy ono do mnie przyjdzie z problemem z naszą relacją.
Co oczywiście nie znaczy, że to się odbywa gładko i bez żadnych zgrzytów. Że w pierwszym odruchu nie ma focha!
Rodzic, który się obraża, zazwyczaj wychowuje dziecko, które się obraża…
Tak to działa? Jeśli mama karała milczeniem, dorosła córka też w pierwszym odruchu przestaje się odzywać do dziecka?
Tak może być lub może też być osobą wręcz nad wyraz empatyczną.
Kilka razy zamiast "mama" powiedziałaś "rodzic". Pretensje nie dotyczą przecież tylko matek, jednak mam przekonanie, że to one najczęściej słyszą, o co dzieci mają żal.
To prawda. Zazwyczaj na pierwszy ogień trudną rozmowę przeprowadza się z mamą.
Dlaczego?
Dlatego że zazwyczaj matki były dla nas bardzo dostępne. Jeśli nie emocjonalnie, to chociaż fizycznie. W związku z tym mamy z nimi więcej przeżyć. Lepiej je znamy po prostu.
Łatwiej jest powiedzieć coś trudnego osobie, którą znasz, niż osobie, której nie znasz, a prawda jest taka, że mężczyźni rocznik ‘50 i starsi to są osoby, które miały wdrukowane, że uczucia i emocje to w ogóle nie są kwestie dla mężczyzn.
W efekcie – jak mówi jedna z moich przyjaciółek – "koniec końców zawsze się okazuje, że wszystkiemu jest winna matka!".
Ja tak nie uważam.
Zobacz, skoro dziecko chce przyjść do niej, to znaczy, że z nią ma więcej kontaktu, jej bardziej ufa, tutaj ma więcej nadziei na zbudowanie lepszej relacji! Bo jeszcze raz to podkreślmy: ta rozmowa to nie jest obrzucanie winą, ta rozmowa nie polega na tym, że już się nigdy do siebie nie odezwiemy.
Rozmawiamy, bo chcemy, żeby coś się w naszych relacjach zmieniło, ale dlaczego zmiana miałaby oznaczać koniec kontaktu?
Już mówiłaś: bo są mamy, które się zamrożą i faktycznie przestaną odzywać. A jeśli udaje się przejść przez najtrudniejszy moment i jednak odbyć z rodzicem szczerą rozmowę, to co się okazuje? Dlaczego mama nie mówiła "kocham cię" ani nie przytulała córki?
Bo sama tego jako dziecko nigdy nie otrzymała, bo się boi okazywać uczucia, np. odrzucenia się boi. A może powodem jest trauma z dzieciństwa? Boi się dotyku dlatego, że jako dziecko była molestowana seksualnie?
To są doświadczenia, które kształtują nasze matki. Czasami i my nosimy bardzo spójne doświadczenia z naszą matką. Natomiast my w terapii dochodzimy do momentu, kiedy dziecko – dziś już dorosła osoba – mówi sobie: "To, czego nie dali mi mama i tata, wezmę sobie od życia sama/sam".
Rozumiem, że do tego momentu powinna zmierzać każda dobrze przepracowana terapia?
Na pewno.
Czy mogę zapytać o twoją pacjentkę, która bała się zmienić pracę? Zrobiła to?
Tak. Bardzo się bała, ale wytrzymała napięcie i opłaciło się. Osiąga sukcesy, jest bardzo zadowolona.
A jej mama?
Potrafi nawet powiedzieć: "Jestem z ciebie dumna", ale ponieważ lęki matki nie zniknęły, w drugim zdaniu nieraz dodaje: "Zobaczymy, jak długo ci się uda tak pracować na swoim".
Tyle że już teraz jej dorosła córka wie i rozumie, że to są uczucia i lęki jej matki, a nie jej własne. Oddzieliła się od uczuć swojej matki – to jest najważniejsze.
Po emocjonalnym coming oucie – kiedy już powiemy rodzicom, czego jako dzieci potrzebowaliśmy, a nie otrzymaliśmy – wchodzimy w większą świadomość. Jeśli matka czy ojciec nas krytykują, straszą czy wręcz atakują, to widzimy, że to są ich emocje. Nie nasze. Ja jestem dorosłą, autonomiczną osobą, mam swoje zdanie. Wchodzimy zatem na poziom funkcjonowania osoby dorosłej, czyli świadomej.
Co nie oznacza, że zawsze scenariusz jest taki, że kiedy przejdziemy terapię i dojrzale skonfrontujemy się z rodzicami, nasze relacje będą bliższe. Może być odwrotnie. Jeżeli np. rodzice wciąż nadużywają alkoholu, to nie będziemy udawać sami przed sobą, że tak nie jest, i przestaniemy wysyłać do nich wnuki na wakacje.
Kiedy zapytam o najbardziej pozytywny przebieg konfrontacji dorosłego dziecka z rodzicami, jaka historia od razu przyjdzie ci do głowy?
Działo się to na wsi. Kobieta wymarzyła sobie, że będzie studiowała medycynę. Za pierwszym razem się nie dostała, ale się zawzięła i nie tylko pracowała w gospodarstwie jak cała rodzina, ale też zatrudniła się dodatkowo, żeby zarobić i opłacić korepetycje. Mama i tata się z niej śmiali: "Nigdy się nie dostaniesz na medycynę. Co ty sobie w ogóle wymyśliłaś?! Ty jesteś zwykła dziewczyna ze wsi. Tu jest twoje miejsce".
Dostała się! A kiedy w dodatku otrzymała akademik i stypendium, powiedziała rodzicom wprost, jak bardzo ją bolało to wyśmiewanie. Po czym się spakowała i wyjechała na studia. Do dużego miasta, w którym jej rodzice nie byli nigdy w całym swoim życiu.
Co zrobili?
Najpierw "włączyli ciszę", ale po kilku tygodniach nieodzywania się wsiedli w samochód i przyjechali do niej. Powiedzieli: "Pękamy z dumy! A mówiliśmy ci, że nigdy ci się nie uda, bo byliśmy pewni, że tak cię to zahartuje, że się zaweźmiesz i ci się uda".
I znowu: dali, ile mogli!
"Kochamy cię najbardziej, jak potrafimy" – to również od rodziców usłyszała. Pierwszy raz w życiu, bo w domu tej kobiety o uczuciach się w ogóle nie mówiło. Od tamtego momentu ich relacje weszły na inny pułap.
"Daliśmy ci tyle, ile potrafiliśmy", "kochamy cię najbardziej, jak potrafimy" – to są dla wielu osób bardzo ważne słowa, które potrzebują usłyszeć, żeby móc zamknąć przeszłość i iść dalej, funkcjonując jak dorosły człowiek.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>
Rozmowa pierwotnie ukazała się 30 czerwca 2024 roku.
Marlena Ewa Kazoń. Psychoterapeutka. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Psychologii w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, podyplomowe studium psychoterapeutyczne realizowane przez MABOR Centrum Psychologiczno-Medyczne i Centrum Doradztwa i Szkoleń, atestowane przez European Association of Psychotherapy, oraz podyplomowe studia z zakresu psychoonkologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Psychoterapię traumy, indywidualną, rodzinną oraz psychoterapię par i małżeństw prowadzi od 2009 r.
Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą Wrocław", "Dziennikiem Polska Europa Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.