Tomasz Kukuła na pomysł spania w aucie na urlopie wpadł 10 lat temu. – W czerwcu 2014 roku z żoną, sześcioletnią córką i kolegą pojechaliśmy na wakacje do Izraela. Żeby zobaczyć coś więcej niż Tel Awiw i Jerozolimę – parki narodowe, Morze Martwe, Masadę, Jordan – wynajęliśmy na kilka dni samochód. To był fiat panda, najtańszy model w ofercie – zaczyna.
We czwórkę ruszyli z Tel Awiwu nad morze, po drodze zwiedzili kilka miejsc, obłożyli się morskim błotem i na nocleg zatrzymali się na parkingu przy plaży. – Stresowałem się. W życiu jestem dość ostrożny, unikam sytuacji nawet potencjalnie niebezpiecznych, a tu kraj odległy kulturowo, pierwszy wynajem auta za granicą, spanie w miejscu publicznym... Nie mieliśmy nawet śpiworów czy materacy, zresztą w pandzie i tak nie dałoby się ich rozłożyć. Ja z kolegą – potężnym, 1,81 cm wzrostu i sto kilo wagi – ułożyliśmy się na przednich siedzeniach, a żona z córką na tylnej kanapie – opowiada.
Nagle na parking przy plaży zaczęły zjeżdżać auta, a z nich wysypywać się miejscowe rodziny z dziećmi. – To byli i Żydzi, i Arabowie. Imprezowali do rana. Nie czuliśmy się zagrożeni. Rano byliśmy może trochę zmięci po nocy w małym aucie, ale kawa i wizja dalszej podróży postawiły nas na nogi – wspomina Tomasz.
Na drugi nocleg zatrzymali się nad Morzem Czerwonym, tuż przy posterunku policji. Trzeciego dnia zdali auto. Co z myciem, potrzebami fizjologicznymi? – Korzystaliśmy z miejsc publicznych, np. ze stacji benzynowych – wyjaśnia mężczyzna.
Po powrocie podsumowali wrażenia i koszty. – Izrael jest naprawdę drogim krajem, a spanie w środku transportu wyszło nas superekonomicznie. Dużo zobaczyliśmy, a największym wow było dla nas to, że w ciągu trzech dni kąpaliśmy się w trzech morzach: Śródziemnym, Martwym i Czerwonym. To nas ośmieliło – mówi.
W kolejnych latach poleciał na Maltę, Sycylię i Majorkę, za każdym razem korzystał ze sprawdzonego w Izraelu patentu. – Z dwoma–trzema kolegami braliśmy auto na lotnisku i robiliśmy trzydniową objazdówkę z dwoma noclegami w samochodzie. Zauważyłem, że jak się wynajmuje najtańsze auto, to często go nie ma i wpada bezpłatny upgrade. I tak rezerwując fiata pandę, dostaliśmy fajne kombi, komfort spania był dużo wyższy – zdradza swój sposób.
– W 2017 roku miałem już drugą córkę. Gdy skończyła 11 miesięcy, z żoną, córkami, siostrą, szwagrem i ich dzieckiem, też 11-miesięcznym, polecieliśmy na dwa tygodnie do Bari. Głównie plażowaliśmy, ale też znów wynajęliśmy auto na trzy dni i zwiedziliśmy przepiękne miejsca, m.in. Craco i Materę. Jak się podróżuje z takimi maluchami? Wszystko okazało się do ogarnięcia. Dziewczynki były wtedy karmione głównie piersią, dzięki czemu też świetnie spały, jedliśmy ciepłe rzeczy w restauracjach, poza tym kanapki, lokalne warzywa i owoce. Mycie załatwiały mokre chusteczki i prysznice na plaży. W dwie rodziny czuliśmy się raźniej. Powtórzyliśmy tę podróż rok później – wspomina Tomasz.
W aucie zdarza im się nocować też na krótkich wypadach po kraju. I właśnie w Polsce Tomek widzi rosnącą popularność tego zjawiska. – Ostatnio zawoziliśmy najstarszą córkę na kolonie nad zalew Chańcza. W drodze powrotnej zrobiliśmy z żoną biwak nad Chańczą, a tam była dosłownie cała wioska ludzi śpiących w osobówkach, kamperach, przyczepach. Wszyscy zadomowieni, ktoś miał nawet spory panel fotowoltaiczny. Jedna pani powiedziała, że ludzie potrafią spędzić tak na dziko trzy miesiące. Ewidentnie zrobiła się na to moda, jakiś powrót do lat młodości 40-latków, ale wiele osób pewnie chce też zaoszczędzić.
Popularność spania w aucie Tomek widzi też wśród znajomych. – Czasem nawet w luźnej, przypadkowej rozmowie wychodzi, że ten jeździ na biwaki, tamten też i często śpią w aucie – zdradza. – Zrobiła się na to moda, bo to wygodne, łatwe do ogarnięcia – wystarczy mieć swój samochód – nie trzeba niczego rezerwować ani martwić się, że nocleg przepadnie, bo akurat zepsuje się pogoda. Jak nie ma pogody, to nie jadę i tyle – mówi Tomek.
Sytuacji niebezpiecznych czy nieprzyjemnych nie miał. – Kojarzę człowieka, który od lat jeździ osobówką kombi na kilkutygodniowe urlopy z córką, i on opisywał nerwowe momenty. Tylko wszystkie wynikały z nieporozumienia. Na przykład raz w Rumunii czy Turcji nocowali w lasku, totalnie na uboczu, i nagle podjechało kilkanaście aut. Wysiadła grupa facetów, zapalili światła. Nie wiadomo, co się dzieje: jakaś ustawka, będą się bić, chcą ich napaść? Szybko odjechał, ale był bardzo ciekawy, o co chodziło, więc za dnia wrócił w to miejsce. Okazało się, że to byli pszczelarze, którzy rozstawiali ule – opowiada Tomasz.
Zdaniem Kukuły spanie w aucie jest lepsze od spania w namiocie również dlatego, że dobrze działa na psychikę. – Człowiek czuje się spokojniejszy, bo jest zamknięty, przez szybę widzi, co się dzieje. Można nocować nawet w miejscach, gdzie rozbijanie namiotu zwracałoby uwagę – przekonuje. No i jest tanie. – Sprzęt mamy podstawowy, ten sam co pod namiot: kuchenkę gazową, mały stolik, materac, śpiwór, bańkę z wodą i kranikiem – wymienia.
Po czym dodaje: – Spanie na siedzeniach trzeba traktować wyłącznie w kategorii przekimania na jedną, dwie, maksymalnie trzy noce. Nie da się na tym założeniu budować dłuższych wyjazdów. Pewnie dlatego ludzie, którzy chcą spać na wakacjach w aucie, potrafią dziś naprawdę sporo zainwestować w auto i jego przeróbki. Problemem na dłuższych wypadach jest też na pewno higiena. Wiem, że wiele osób chwali sobie przenośne prysznice ciśnieniowe – kończy.
"Więcej sprzętu niż talentu"
Spanie w aucie rzeczywiście kręci dziś wielu. Na poświęconej mu prywatnej grupie na Facebooku Spanie w aucie | Facebook jest już blisko 180 tys. osób. Każdego dnia zamieszczają kilkadziesiąt postów i setki komentarzy. Pytania wciąż się powtarzają: jak zacząć tę przygodę, jaki model auta wybrać, jak przerobić go na mobilną sypialnię, gdzie spać, gdzie się myć i załatwiać potrzeby fizjologiczne, jak uniknąć mandatu. Nie ma dnia bez zdjęcia "stópkarzy" – osób, które chwalą się pierwszą lub kolejną spędzoną w aucie nocą (kadr obejmuje zwykle klapę bagażnika i stopy). Wiele osób podróżuje z malutkimi dziećmi, psami – od jorków po owczarki – lub kotami. Niektórzy rozwieszają nad posłaniem ozdobne światełka. Co jakiś czas – post hit. Ktoś ułożył na podłodze auta panele, na nich postawił wersalkę. Ktoś sprzedaje karawan ("Idealny na ostatnią podróż", śmieją się komentujący).
Grupy na FB to też kopalnia pomysłów na samochodowe przeróbki, wśród których królem jest wyrównanie podłogi w tylnej części auta, by rozłożyć na niej posłanie. Hitem są też "camper boxy", czyli platformy lub skrzynie z szufladami kryjącymi sprzęt biwakowy.
Maciej Jastrzębski swój "camper box" zrobił własnoręcznie. Kupił też zestaw gotowych skrzyń warsztatowych z szufladami i wykonał blat. – W szufladzie w boksie mieści się kuchenka na kartusze gazowe, podstawowe akcesoria kuchenne, przyprawy, naczynia, mały składany stolik, bakista w dalszej części. Po zamontowaniu przedłużenia i położeniu materaca mam bardzo wygodne łóżko, a w jego wnętrzu wszystko, czego potrzebuję, czyli zapas wody, jedzenia, koce, podstawowe produkty higieniczne, zapasowe ubrania. Druga skrzynia z szufladami i blatem mieści dodatkowe rzeczy, typu akcesoria wędkarskie i survivalowe. Blat sprawdza się jako mobilne biuro i stół do jedzenia wewnątrz auta. Całość po złożeniu pozwala z powrotem ustawić tylne fotele i wszystko mieści się w bagażniku. Wyposażenie rozkładam w aucie w ciągu dwóch minut, w dodatku pasuje do wielu modeli – cieszy się Jastrzębski.
Maciej Jastrzębski "jest prezesem poważnej firmy, ale nie jeździ limuzynami". – Moje służbowe auto to opel combo, zawsze mogę je pożyczyć na kilkudniowy wypad na ryby. Zresztą nieważne, jakie ma się auto i wyposażenie, tylko jaki jest cel. Mój cel to spakować niezbędny ekwipunek i w drogę, po przygodę, tego mi nikt nie zabroni. Niestety, jak to u Polaków bywa – tzn. nie tylko u Polaków, ale sam te grzeszki popełniam – czasem zbyt dużą wagę przywiązuje się do sprzętu, gadżetów, ma się za dużo gratów, powstaje przerost formy nad treścią. I w tej dziedzinie turystyki trafne bywa porzekadło: Więcej sprzętu niż talentu.
Jastrzębski bez spania w aucie nie wyobraża sobie życia. – Mam je zakorzenione od czwartego–piątego roku życia, kiedy to z rodzicami podróżowałem do ówczesnej Jugosławii, Włoch, Węgier. Pierwsze wyprawy odbywaliśmy fiatem 126p z małą przyczepką bagażową i we czworo spaliśmy w samochodzie. Z gitarą! Dziś sam jestem zdumiony, jak to w ogóle było możliwe. Potem mieliśmy busa VW T3 i objechaliśmy całe Włochy – wszystkie noclegi w aucie. Z ojcem przemierzyłem też kawał Kanady terenówką ford explorer, w aucie spaliśmy dwa tygodnie. Wystarczyło złożyć siedzenia, napompować materac, mieć śpiwory, zapas wody i kilka lokalnych ziół do odstraszania komarów, bo śpiąc w aucie, warto mieć uchylone okna – wilgoć się nie kondensuje, a i tlenu więcej, zwłaszcza gdy śpiochów jest więcej – podpowiada.
Pamięta też gorzką przygodę. – 1991 rok, miałem siedem lat, podróż VW T3 przez Włochy. Po przespanej nocy podniosłem się na tylnej kanapie i odkryłem, że w oknie nie ma szyby. Część naszych rzeczy była porozkładana wokół auta. Ani ja, ani rodzice w pierwszej chwili nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Okazało się, że z torebki mamy zniknęły pieniądze i biżuteria, zniknęła też część towarów, które wieźliśmy na handel. W końcu zrozumieliśmy: okradziono nas. Policja rozłożyła ręce. Powrót do Polski z oknem zaklejonym folią. Gdy wróciłem do szkoły we wrześniu, ksiądz, który uczył mnie włoskiego, powiedział, że to normalne – mafie złodziei odurzają gazem ludzi śpiących w autach, ci przez kilka godzin są nie do obudzenia, a w tym czasie złodzieje plądrują auto. Niedawno dowiedziałem się, że ten proceder trwa nadal. Ostatnio spotkałem się z opisem takiego wydarzenia na grupach FB – okradziono tak ludzi jadących do Chorwacji. Okrada się tak też TIR-owców. Przerażające – wzdraga się.
Na koniec dodaje: – Kiedyś spanie w aucie nie było gadżeciarskim hobby, na które celowo wydawało się pieniądze, tylko przygodą lub koniecznością. Mnie to wręcz ukształtowało. Do dziś spanie w aucie jest dla mnie największą przyjemnością i w pewnym sensie synonimem survivalu, bo do szałasów jakoś nigdy się nie przekonałem.
Pogróżki za wycieraczką od wkurzonego rolnika
W polskim prawie spanie w aucie nie jest zabronione konkretnymi przepisami, zakłada się więc, że jest dozwolone. Za drzemkę nie grozi kara, ale lepiej spać w dozwolonych miejscach, np. na parkingach publicznych i stosując się do znaków i przepisów. Za granicą prawo bywa inne. W Austrii i Niemczech obowiązuje wymóg zachowania minimum 150 m od zabudowań mieszkalnych, a w jednym miejscu spać można przez maksymalnie jedną noc. Z karania turystów za spanie w autach na dziko słynie zaś Chorwacja.
– Mandatu za spanie w aucie nigdy nie dostałem, bo jeżeli robi się to z głową i parkuje na nocleg w miejscach do tego przeznaczonych lub zwyczajnie dzikich, ale zachowując przy tym jakąkolwiek ludzką logikę – czego niestety wielu "gadżeciarzom" brakuje – to nikt nie będzie miał powodów do dawania mandatów. Owszem, zdarzyło mi się stanąć na śródpolnej dróżce, niby dzikiej, zarośniętej, wydawałoby się nieużywanej, ale gdy o świcie poszedłem popływać kajakiem i wróciłem, miałem spuszczone powietrze z koła i pogróżki za wycieraczką od wkurzonego rolnika. No mój błąd, nauczka była – mówi Maciej Jastrzębski.
Zdaniem Jastrzębskiego wiele osób parkuje "na chama". – Chcą mieć fajny widok, popisać się zdjęciami na FB, więc rozbijają obozowisko centralnie na plaży, a potem są zaskoczeni karą. Według moich przekonań spanie w aucie to sprawa bardzo intymna. Parkować należy tam, gdzie ani my komuś, ani nikt nam nie będzie przeszkadzać, bo celem tej pasji jest pobycie samemu ze sobą, odizolowanie się. Więc jeżeli parkujemy w sposób sensowny, nieingerujący w otoczenie, to i nikt nie będzie ingerował w naszą formę spędzania czasu. Są owszem kraje, które z tym walczą, jak chociażby Chorwacja. I sypią się mandaty, bo jest to u nich prawnie zabronione. Ale czy na pewno? Nieraz spałem w aucie w Chorwacji i nigdy problemu nie było. Może przepisy nie byłyby ostro egzekwowane, może skończyłoby się na upomnieniu, ale ludzie parkują bez logiki i szacunku. W dodatku zostawiają po sobie śmieci, wylewają nieczystości na grunt – i z tym się spotkałem. Efekt jest taki, że przy natłoku turystów nawet porządnym obrywa się zapobiegawczo za grzechy flejtuchów – mówi.
Niedźwiedź na masce
Mandatu za spanie w aucie nigdy nie dostał też Michał Kurdziel, który przez 10 lat jeździł na rajdy off road ("Nawet puchary się trafiły"), a dwa lata temu zamienił je na RTO, czyli rodzinną turystykę offroadową. – Podróżujemy tylko z żoną, ale bardzo często ludzie jadą na RTO z dzieciakami. Śpią w kabinie albo mają namiot dachowy. Jeździmy terenówką, śpimy i biwakujemy ze znajomymi tam, gdzie nikt inny nie dojedzie – wyjaśnia.
Z kolegą albo sam organizuje też wypady niekomercyjne. – Zainteresowanie jest dużo mniejsze niż w przypadku wyjazdów płatnych. Wiem, to dziwne. Może ludzie myślą, że jak nie zapłacą, to zorganizujemy byle jak? Albo nie będą mogli mieć wymagań? – zastanawia się.
W każdym razie dla Michała spanie w aucie nie jest szukaniem samotności, lecz towarzystwa. – Co najbardziej mnie w tym cieszy? Klimat. Dzikość. Wzajemna bezinteresowna pomoc. Imprezy na biwakach. No i off road – wylicza.
Czego offroadowicz śpiący w aucie nie robi? – Nie śmiecimy. Nie jeździmy po polach, parkach narodowych i lasach państwowych, a przynajmniej się staramy – odpowiada bez wahania Kurdziel.
Z tym ostatnim wychodzi różnie. – Podczas majówki mieliśmy spotkanie ze strażą leśną. Poszło o dojazd na legalne pole biwakowe Lasów Państwowych. Są takie pola, z koszami, toi toiami, darmowe. Mieliśmy tylko pinezkę miejsca i jechaliśmy na czuja, skręciliśmy za wcześnie. Na szczęście skończyło się na pouczeniu. To cud, bo strażnik leśny prawie wyszedł z siebie, widząc, że mamy na dachu terenówki drewno. Nie mógł uwierzyć, że nie ukradliśmy go z lasu, tylko dostaliśmy. A dał nam je przypadkowy człowiek, którego zapytaliśmy o możliwość nabrania sobie z domu wody do zbiorników. Facet od drewna twierdził, że organizuje największy zlot militarny w Polsce. I chyba nie kłamał, bo strażnik, słysząc tę historię, od razu się uspokoił – opowiada Michał.
Gdy pytam go o trudne sytuacje przy okazji spania w aucie, nie rozumie, o co mi chodzi. – Może w tej dziczy spotkaliście niedźwiedzia? – żartuję. – My nie, ale znajomym, jak spali w Rumunii, chodził w nocy po masce samochodu. Do dziś mają wgniecioną – kończy zupełnie poważnie.
"Czy się zmieściliśmy? Tak. Czy było wygodnie? Średnio"
Niedźwiedzia w Rumunii nie spotkała Ania* z Dolnego Śląska.
– Moje największe obawy dotyczyły samochodu. To już 20-letni staruszek i przed wyjazdem zaskakiwała mnie awaria za awarią. Pochłonęło to dużo środków, które miałam przeznaczyć na wyjazd, i ciągle miałam z tyłu głowy, że coś się znowu może zepsuć. Assistance, które kupiłam w ostatniej chwili, okazało się mieć limit kilometrów holowania, choć szukałam takiego bez limitu, więc byłam w strachu, że jeśli coś się wydarzy, nie udźwignę tego finansowo. A atrakcje, które odwiedzaliśmy, były bardzo wymagające dojazdowo – mówi.
Auto dało radę przejechać Rumunię, w tym słynną Transalpinę [potoczna nazwa najwyżej położonej drogi krajowej w tym państwie – przyp. red.]. Ale radę przede wszystkim dała Anna.
– Samodzielnie utrzymuję dwoje dzieci: 15-letnią córkę i 21-letniego syna z niepełnosprawnością. Wiem, że podróż z niepełnosprawnym dzieckiem wielu osobom wydaje się wyzwaniem. Jestem na świadczeniu pielęgnacyjnym, kwestia finansowa odegrała więc u nas chyba największą rolę. Problemem w podróżach z dzieckiem niepełnosprawnym jest też mniejszy wybór noclegów – odpadają te na piętrze czy z utrudnieniami w poruszaniu się. Mój syn ma też dość specyficzne wymagania – musi słuchać muzyki lub bajek i bardzo się złości, gdy ktoś przy nim rozmawia, co czasem spotyka się z negatywnym odbiorem otoczenia. Przy takim dziecku mocno wzrasta też liczba rzeczy, które trzeba zabrać (np. wózek), przenieść, przechować. W aucie one są pod ręką – wyjaśnia.
W podróż ruszyli w piątkę: kierowniczka wyprawy Ania, jej syn, córka i ich dwa duże psy. Spali wszyscy razem w aucie. – Czy się zmieściliśmy? Tak. Czy było wygodnie? Średnio. Ale codziennie coś poprawiałam i przy następnej wyprawie będę wiedzieć, jak wszystko urządzić. Dowiedziałam się np., że na takim metrażu z dwoma psami w pewnym momencie już totalnie wszystko jest w sierści. A po wizycie nad morzem – w sierści i piachu – mówi.
Psy okazały się za to ogromnym wsparciem psychicznym. – Poza możliwą awarią samochodu bałam się rumuńskich bezpańskich psów. Nie byłam pewna, jak zareagują na nasze – będzie to dla nich straszak czy staną się bardziej agresywne. Na szczęście ilekroć rozpędzały się w naszą stronę, nasz pies zaczynał basowo szczekać, podwijały więc ogony i szły w inną stronę.
Przygotowania do wyprawy, która w założeniu miała potrwać trzy tygodnie ("Skróciłam ją do tygodnia, ale dlatego, że córka spaliła się na plaży i nie mogła spać"), zajęły Annie około pół roku. – Dołączyłam do grup dotyczących spania w aucie na FB, podglądałam patenty innych. Nawiązałam kontakty z osobami, które tak podróżują. W końcu kupiłam potrzebne rzeczy. Nie jestem zwolenniczką tych wszystkich zabudów, które są na grupach dość powszechne. My spaliśmy po prostu na rzeczach popakowanych w pojemniki nakryte kocami, śpiworami itp. Na przyszłość miękkie pokrowce na ubrania wymienię na sztywne, bo za bardzo się rozjeżdżają. Bagażnik rowerowy na klapę pozwolił nam zaoszczędzić dużo miejsca. Mieliśmy też kibelek turystyczny i w kilku sytuacjach byłoby bez niego bardzo ciężko – nie wszędzie są krzaczki. Trzeba z nim uważać, nim się zapełni, bo jest dość wywrotny, ale wbrew opiniom szczelny, nic nie czuć, nawet w upałach Morza Czarnego – podpowiada Ania.
Najtrudniej było z myciem. – Żeby wszyscy mogli umyć się z potu, piasku, słonej wody, 20 litrów to za mało, a nie liczę wody do picia czy gotowania. Na przyszłość myślę też o solarach. Wiem, że są tacy, którzy żyją bez prądu, ale mój syn musi mieć bajki lub muzykę, córka Spotify, a sama robię dużo zdjęć i lubię być z bliskimi w kontakcie – mówi.
Na zdjęciach z podróży Anny z dziećmi i psami są piękne poranki, jajecznica z patelni, spokój i wolność. – Zdjęć stópek ani zdjęć środka auta nie mam, bo przez bagażnik rowerowy nie otwieraliśmy klapy, a w środku był, delikatnie mówiąc, bajzel – śmieje się.
*Nazwisko do wiadomości redakcji.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl

