*Weekend na wakacje. Przypominamy jeden z najchętniej czytanych przez Was artykułów.
Zmienić swoje życie i zamieszkać w kamperze – taką decyzję podejmują Kasia, Robert i ich trzej synowie, znani w social mediach jako The Big Five Family. Przez 4 lata, 9 krajów i 50 tys. km towarzyszy im z kamerą reżyserka Agnieszka Kokowska. Efektem jest film dokumentalny "W stronę słońca".
Intymny to film, kamera jest bardzo blisko. Nie widzimy was chyba tylko w toalecie.
Robert: Toaleta też jest. Scena otwarcia to nasz kibel postawiony na wulkanie. (śmiech)
Kasia: Obejrzeliśmy film cztery razy i ja już nie mogę przeżywać tych emocji, analizować. Bo nie ma co ukrywać, że to nie jest nasze życie 1:1, tylko film, interpretacja reżyserki, też przeżywającej swoje życie. Każdy będzie oglądał go przez siebie, przez swoje emocje.
W filmie widzimy, jak pozbywacie się wszystkiego, co macie, opuszczacie 170-metrowy dom w Radości, przenosicie się z trójką synów: 10-letnim Leonem, 8-letnim Tymonem i 4-letnim Tytusem, na 12 mkw. kampera i ruszacie w podróż. Pamiętacie tych ludzi sprzed czterech lat?
Robert: Ja nie pamiętam! Dopiero na filmie zobaczyłem, jakim byłem umęczonym gościem.
Kasia: Przygotowania były bardzo męczące, bo byliśmy zbieraczami – nowy właściciel domu już opróżniał lodówkę, a my jeszcze opróżnialiśmy szuflady. Prawie wszystko sprzedaliśmy lub oddaliśmy. Zostawiliśmy sobie tylko parę krzeseł, które trafiły na przechowanie. Z każdym powrotem do Polski pozbywamy się tego, co zostało, aktualnie są to tylko pudła z książkami dla dzieci, których mieliśmy mnóstwo.
Ale trzeba zaznaczyć, że przed niczym nie uciekliśmy, nie szukaliśmy szczęścia gdzie indziej ani nowej drogi. Wyświechtane "rzuć wszystko i jedź w Bieszczady" to nie jest nasza historia. W Radości mieliśmy piękne życie. Ja byłam w domu z trójką dzieci, założyłam markę, żeby mieć kontakt z innymi mamami, i to świetnie szło. Robert pracował w korporacji. Dzieci chodziły do szkoły Montessori, otaczali nas znajomi.
Mówisz, że było świetnie, ale Robert miał depresję.
Kasia: O której nie wiedzieliśmy, a to wpływało na całą rodzinę. Widziałam po jego oczach, że coś jest nie tak, ale Robert nie rozumiał, co się z nim dzieje. "Robuś, co jest?" "Nic, nic, dobrze". Tak wyglądały wtedy nasze rozmowy.
Robert: Jechałem na kortyzolu, żyłem w permanentnym stresie. Sam sobie to zrobiłem.
Kasia: Nieprawda!
Robert: Czułem, że na mnie spoczywa cała odpowiedzialność, że muszę kręcić tymi talerzykami. Bo żyjemy, jak żyjemy – mieszkamy w Warszawie, mamy piękny dom, dzieci chodzą do dobrej szkoły, to kosztowało kupę kasy. Sprzedawałem usługi telekomunikacyjne dla międzynarodowych firm i byłem pewny, że jestem filarem tej firmy. Miałem szefa... (zastanawia się) sprawnego w korporacji. Był bezwzględny i tak kierował zespołem, że mnie to wypalało. Nigdy nie wiedziałem, czy moje wyniki w tabelce udowadniają moją wartość.
Poszedłeś do psychiatry?
Robert: Tak. I usłyszałem: Człowieku, co ty ze sobą robisz? Zdewastowałeś się. Masz ciśnienie, które rozerwie ci żyły, depresję, która ogranicza ci widzenie na świat. Nie idź tam nigdy więcej! Tu masz proszki, siedź w domu, chodź do lasu, bądź z rodziną. Bo nie o to chodzi w życiu, żeby się zajechać.
Za poradą lekarza nie poszedłem więcej do tej pracy. Minęło półtora roku. Jesteśmy w Turcji, kontaktuje się ze mną szef regionu. Pyta, jak się czuję, bo im mnie brakuje...
Kasia: Robert był wybitnym ekspertem w swojej dziedzinie.
Robert: Już zakończyłem umowę, ale chcieli, żebym wrócił. "Czy wejdziesz na stanowisko szefa w Warszawie?" Odparłem: "Jest mi niezmiernie miło, ale nie. Ja żyję już innym życiem".
Kasia: Później mieliśmy fantazję, że wracamy na rok, stawiamy kosmiczne warunki finansowe, ja jestem dyrektorową, śpimy w ciężarówce w Mordorze, dzieciaki biegają po śmietnikach i żywimy się resztkami z Sodexo. A pracownicy Roberta dostaną premię tylko pod warunkiem, że raz w tygodniu zrobią dobry uczynek i przyniosą na to dowód.
Ile lat się znaliście, nim ruszyliście w podróż?
Kasia: 16. Poznaliśmy się w 2008. Byłam wtedy kierownikiem działu obsługi salonu sieci Era. Jego szef przyszedł do mnie: "Ty musisz u mnie pracować, masz taki głos, że wszystko sprzedasz". Nawet nie wiedziałam, co ta firma sprzedaje, ale urobił mnie. Robert zobaczył, jak na korytarzu firmy, gdzieś w rogu wcinam batonika w du*iastej spódnicy. I to był koniec. (śmiech)
Robert: Kasia w mojej rodzinie miała ksywę Kudłata, bo miała dużo włosów i one pachniały wyjazdami na kolonie. Nie miałem żadnych szans.
Kasia: Pracowaliśmy w jednym pokoju przedzielonym szybą, na szczęście Roberta zasłaniał filar. 24 godziny na dobę gadaliśmy na Gadu-Gadu. I weź tu się skup. To popracowałam trzy miesiące i mnie zwolnili. Robert na pierwszej randce powiedział: "My będziemy mieć troje dzieci, a ja będę ci masował brzuch kremem na rozstępy".
Kasiu, ty byłaś motorem życiowej zmiany.
Kasia: Z Robertem od zawsze kochaliśmy podróżować. Z maleńkimi dziećmi polecieliśmy do Tajlandii. Wynajętym kamperem trzy tygodnie jeździliśmy bez celu po Skandynawii. Każdy wolny weekend Roberta wykorzystywaliśmy na podróże, choćby pod Radom. To marzenie, żeby kiedyś ruszyć w podróż dookoła świata, rodziło się powoli.
Robcio na to odpowiadał: No, ale zaraz, ale jak? A praca, kredyty, szkoła, mejle, rachunki? Siedziałam w domu z trójką, prałam, gotowałam jeden obiad, Robert wracał, gotował drugi, żebyśmy zjedli razem. Kocham moje dzieci, ale bywały momenty, że byłam zmęczona. Macierzyństwa nie powinno się romantyzować. I tylko co jakiś czas rzucałam: Robciu, a może już jesteś gotowy? U nas ja jestem siłą kreatywną, a Robuś hamulcowym. Zresztą bez tego podziału i uzupełniania się byśmy zginęli.
Urabiałaś go przez 10 lat, aż powiedział: Tak, jestem gotowy, jedźmy.
Kasia: I wtedy się wystraszyłam, bo ja sobie tak tylko gadałam!
Robert: Potraktowałem to jak marzenie, ale byłem silnie osadzony w życiu. Dziś nie potrafię uzasadnić, czemu nie chciałem jechać. Byłem wtedy "przed przeszczepem". Inne realia.
Kasia: Gdy podjęliśmy już decyzję o wyjeździe, zostaliśmy zasypani lękami bliskich. Mama Roberta bała się, jak poradzimy sobie z tygrysami w Rosji. I ja sprawdzałam, czy są tygrysy w Rosji.
Robert: Teraz byliśmy w Meksyku, dzwoniła, że na plaży są krokodyle. No i były. Dlatego nie ma z nami dwójki młodszych dzieci.
(Kasia się śmieje)
Niektórzy piszą, że robicie swoim dzieciom krzywdę. "Koszmar w kamperze".
Kasia: Że zdecydowaliśmy za nich, zabraliśmy im dzieciństwo. Rozumiemy cudze lęki i obawy, ale one są cudze. Jesteśmy karmieni przekazem medialnym, ludzie się boją. Gdy podejmujesz odważniejszą decyzję, musisz się zmierzyć z reakcjami ludzi. Do dziś czasem stawiamy sobie pytanie: ale czy my dobrze robimy?
Robert: Nie znamy drugiej dużej rodziny, która żyje na pełen etat w drodze jak nasza. Bo pierwotnie plan był taki, że pojeździmy dwa lata i wrócimy, ale już po roku wiedzieliśmy, że nie wracamy. Że w tym kamperze, w piątkę, z chłopcami, żyje nam się najlepiej.
Kasia: Nasze życie to jeden wielki eksperyment. Nie wiemy, czy dzieci nam podziękują, czy powiedzą: "Zmarnowaliście nam życie". Poznaliśmy 19-latkę Bellę, która podróżowała z rodzicami od trzeciego roku życia. Zapytaliśmy, czy rodzice ją skrzywdzili. Odparła: "Robicie dla swoich dzieci najpiękniejszą rzecz". Bella miała moment, gdy chciała iść do szkoły średniej. Wtedy zatrzymali się na kilka lat i poszła. Za kredyt studencki kupiła vana. Wyremontowała go z tatą i jest teraz solo podróżniczką. Pięknie pisze, prowadzi social media markom, jest samodzielna życiowo i finansowo.
Temat pieniędzy rzadko pojawia się w historiach o życiu w drodze, a on interesuje zarówno tych, którzy o takim życiu marzą, jak i krytyków. Bo jak to zrobić? Za co kupić kamper, który potrafi kosztować tyle co mieszkanie? I co dalej?
Robert: W zeszłym roku pani z kamerą na targach karawaningowych zadała nam to pytanie: "A co, jak się skończą pieniądze?". Lubię żarty, więc spojrzałem na teściową, która obok robiła sweter na drutach. "Mama, a mogą się skończyć pieniądze?". Pokręciła głową: "Nie".
A tak serio – sprzedaliśmy dom pod Warszawą, samochody, motocykl, wszystko. Spłaciliśmy kredyt, a to, co zostało, było na wyjazd. To nie były miliony, ale wystarczyło. Żyjemy m.in. z oszczędności.
Kasia: Ale też z Instagrama – mamy konto The Big Five Family. Różne marki chcą z nami współpracować, lokujemy produkty i za to dostajemy pensję. Ja jestem twórcza po mamie i babci – robię naszyjniki, sprzedajemy gadżety, mam też malutką markę @bloom.clth, która produkuje dwa rodzaje ubrań: garnitur podróżny i kombinezon podróżny. Moją krawcową w Polsce jest mama małego dziecka, która każdą sztukę szyje na zamówienie. Mamy zaniedbanego Patronite'a i bardzo oddaną, wspierającą społeczność. Robimy teraz e-booka – jak gotować na małej przestrzeni i wyżywić trzech dorastających chłopaków. Pracujemy też nad startem kanału na YouTubie. Już to jest pełnoetatową pracą. Nie jesteśmy, jak to niektórzy myślą, na wiecznych wakacjach.
Poza tym w podróży mamy mniejsze potrzeby. Nie ma czynszu, kredytu, czesnego za szkoły. Prąd z solarów na samochodzie. Potrzebujemy na paliwo, jedzenie i atrakcje, a dla nas największą atrakcją jest kontakt z naturą. Byliśmy teraz trzy miesiące na Baja California i za każdym razem, jak skakał wieloryb, zapierało nam dech w piersiach. A jak pływaliśmy z rekinem wielorybim, czyli największą rybą świata, to już nam odjęło rozum.
Robert, dodasz coś do tego?
Robert: Ja nie pracuję.
I jak się z tym czujesz?
Robert: Bywa źle. Myślę, że początek naszej podróży był czasem, gdy źle się czułem też dlatego, że nie miałem wyraźnego sygnału zwrotnego, że wciąż jestem ważny. Jak się przyjdzie z wypłatą, rozrzucisz banknoty po domu, to wiadomo, że tata wrócił! Żarty, ale tak jest. I nagle tego nie było. Więc po co tu jestem potrzebny?
W filmie widać, że od razu zrobiło ci się lepiej, gdy zyskałeś cel: przerobić ciężarówkę straży pożarnej na wasz nowy dom.
Robert: Tak.
Kasia: Miał misję. A ja siedziałam na plaży z trójką dzieci i znowu na niego czekałam.
Robert: Wracałem ze stolarni, robiłem tam przez 10 godzin, próbując się dogadać po arabsku i turecku z ludźmi, którzy nie wiedzieli, o co mi chodzi, pili herbatkę i pompowali piłkę długopisem. Wracam do Kasi, która cały dzień siedziała na plaży. Co było do roboty? Dzieci nakarmić? Chcę pokazać, co zrobiłem, i słyszę: A co mnie to obchodzi, zrobiłeś, to zrobiłeś.
Kasia: Bo ja chciałam z nim budować ten dom! I z dziećmi!
Robert: A ja chciałem efektywnie, jak najszybciej. Zadaniowo.
Przenieśliście schemat z Polski na podróż.
Kasia i Robert równocześnie: Dokładnie!
Lubię scenę, gdy idziecie do Ikei, siadacie na kanapach i wyobrażacie sobie swoje alternatywne życie: codzienną kłótnię o pilota do telewizora.
Robert: Pandemia pokazała, że ludzie czasem swoich bliskich nie znoszą. Po męczącym dniu chcą samotności, rozchodzą się po domu. U nas wszyscy zawsze siedzieli na kupie.
Kasia: Nawet w nocy dzieci często lądowały w naszym łóżku. Niewiele się zmieniło. Ostatnio zepsuło nam się ogrzewanie, a było minus siedem. To robiliśmy sobie okłady z dzieci.
Robert: Ale mogło być inaczej, Kasia mogła mieć do mnie pretensje, że nie zadbałem o to, żeby ogrzewanie działało. Ale my się nie kłócimy. Nie mamy o co.
Kasia: A dzieci mają w nosie, że jest minus siedem, i w piżamach naparzają się śnieżkami, bo od dwóch lat nie widziały śniegu. Wiedzą, że je zaraz przytulimy, damy ciepły chleb, ciepłe kakao i pojedziemy gapić się przez pół dnia na bizony.
A jednak to też film o kryzysach w rodzinie, większych i mniejszych. Bo w podróży każdy coś przeżywa, dzieci rosną, a wy musieliście zbudować swój związek na nowo.
Kasia: Podobno mózg potrzebuje trzech miesięcy, żeby zmienić chemię. Ja po tym czasie miałam bardzo silne bóle głowy – mój mózg potrzebował nastawić sześć pralek prania. Poczytałam o tym i odpuściłam. Grałam sobie na gitarce, ale Robertowi było ciężko. Gary leżały brudne, on się złościł. Po zaakceptowaniu tego, że jesteśmy osobnymi ludźmi we wspólnej podróży, zeszliśmy się na nowo. Ale kryzysy są prawie codziennie.
Robert: Ja mam teraz zamkniętą pozycję, zdenerwowałem się. Bo przez te trzy miesiące, kiedy ty się adaptowałaś, ja nie miałem w ogóle na to czasu. Sprzedałem wszystko, co miałem, zabrałem rodzinę do kampera i ruszyłem w nieznane. Byłem wtedy na froncie.
Kasia przeszła transformację dużo szybciej. Ja chodziłem struty przez rok. Nie potrafiłem uzasadnić swojej funkcji. Nie wiedziałem, kim jestem bez pracy. Tego można się wyzbyć, ale coś w człowieku zostaje. Jestem szczęśliwy, gdy pomagam znajomemu budować dom na wulkanie w New Mexico, kopię kilofem, przesiewam kamienie, mieszam, pakuję do worków. Harówa. Lubię się tak styrać.
Zdecydowaliście, że nie wracacie. A co, jak będziecie starzy? Co, jak będziecie chorzy?
Kasia: Chyba nikt nas nigdy o to nie zapytał. Nie wybiegamy tak daleko, naprawdę żyjemy tu i teraz.
Robert: W tej chwili jesteśmy młodzi i zdrowi. Naszym horyzontem planów są dzieci, które dorastają. Zakładamy, że dzieci będą z nami jeszcze przez 10 lat. Staramy się być na bieżąco z tym, jakie zawody mają przyszłość. Nie wszystko można przewidzieć, ale zawodem przyszłości na pewno będzie opiekowanie się ludźmi.
Kasia: A w tym jesteśmy dobrzy.
Robert: Powiem ci, że to świetne pytanie, trafiłaś w punkt. Ja nie mam żadnych zmartwień. Ale jeśli miałbym jakieś wymyślić, to ewentualnie mógłbym się martwić o daleką przyszłość. Bo nie odkładam nic, nie zabezpieczam się. Żyję pełnią życia, ale dniem dzisiejszym. #onlytodaymatters to jedno z naszych haseł.
Kasia: Jedyne, co jest naprawdę ważne, to zdrowie. A gdy jesteśmy u siebie, jest dobrze.
Robert: U siebie w ciężarówce.
Ktoś napisał, że uciekliście przed odpowiedzialnością.
Kasia: Czyją?
Przed konfrontacją z życiem.
Robert: Pytanie, czy ten ktoś potrafiłby się zmierzyć z naszą rzeczywistością. Bo my już żyliśmy tamtym życiem. Jesteśmy w drugim sezonie. A ludzie są...
W pierwszym sezonie?
Kasia: Życie jest jedno. Dlaczego mamy próbować je przeżyć, a nie żyć? My żremy teraz życie, napychamy się garściami.
Robert: Widelce nas spowalniają.
Kasia: Rozumiem i szanuję cudze zdanie, ale nie możemy się kierować tym, co inni o nas myślą. Robimy swoje od czterech lat. Gdybyśmy nie byli przekonani do tej decyzji, coś nas uwierało, dzieci powiedziały: Co wy z nami wyprawiacie? My chcemy do szkoły!, to na pewno byśmy w tym nie trwali. Jesteśmy przecież rodziną. Przez to, że spędzamy ze sobą tak dużo czasu, natychmiast dostrzegamy swoje potrzeby i reagujemy na nie od razu. Nie musimy nawet ze sobą rozmawiać. To całe rozmawianie jest przereklamowane.
Robert: I niedługo miną cztery lata, jak nikt nie rzucił słuchawką przez telefon.
Czy vanlife jest dla ludzi zamożnych? Wy byliście zamożni.
Robert: Nie jest. Teraz podróżujemy po USA, gdzie skala karawaningu jest ogromna – zamożni ludzie na podjeździe domu mają wielkiego, błyszczącego kampera, bez tego nie realizujesz amerykańskiego snu. Ale spotykamy też masę osób, które podróżują starymi ogryzkami, bo taką podjęli decyzję. Nie zostali do tego zmuszeni, jak w filmie "Nomadland". Stwierdzili: a po co mi ten dom i kilka aut?
Ludzie, którzy myślą, że karawaning jest drogi, patrzą zapewne na targi kamperów, a tam są kampery po 600 000 zł. "Kto ma takie pieniądze?!" Kupienie nowego kampera jest dla bogatych. Zbudowanie kampera na nowym samochodzie jest dla bogatych. Ale dla kogo są mieszkania? Dla kogo są domy? Dla jeszcze bogatszych. To jest kwestia wyboru.
Kasia: I tego, co jesteś w stanie poświęcić. Czy możesz się nie umyć przez tydzień, bo ważniejsze jest, żeby mieć wodę do picia. Czy godzisz się na to, że łóżko nie czeka na ciebie w sypialni ze świeżutką pościelą, tylko codziennie musisz je sobie zbudować.
Robert: To trochę powrót do epoki, gdy szukało się rozwiązań, a rodzice rozkładali w salonie wersalkę do spania. Albo znajdujesz w tym radość, albo dyskomfort.
Na pewno życie, jakie prowadzicie, nie jest dla każdego. Dla mnie przekaz tego filmu jest taki, żeby zastanowić się, czy moje życie na pewno jest moje.
Kasia: I czy to ty je wybrałaś.
Ja byłam zapalnikiem rewolucji, choć jestem zwykłą dziewczyną z Radomia. Mama wychowywała mnie samodzielnie, gdy dzieci jadły banany, dostawałam marchewkę. Gdzie ja marzyłam o podróży dookoła świata? Ludzie czasem mają takie marzenie i traktują je jak cel do zrealizowania, punkt na liście. Dla mnie to jest przygoda. Bo co mi tam, spróbuję.
Chciałabym przekazać ludziom, żeby podejmowali małe kroki, zmieniali drobne rzeczy w swojej codzienności i sprawdzali, czy żyje im się lepiej. Żeby nie bali się zmian. Każdy się boi, ale trzeba sobie zaufać. I żeby częściej odpuszczali. Widzę wieloletnie zadry, które są pięknie pielęgnowane w rodzinach. A po cholerę? Życie mamy tylko jedno, szkoda na to czasu.
Jesteście w drugim sezonie swojego życia. Co będzie w trzecim?
Robert: Może przesiądziemy się na jacht? Nikt z nas nie ma doświadczenia, a trójka nie do końca lubi wodę, ale podróż jest w nieznane. Nieznane rzeczy w tobie.
Film „W stronę słońca" można zobaczyć na festiwalu Millennium Docs Against Gravity w siedmiu miastach Polski w dniach 10–19 maja (kalendarz projekcji i spotkań z bohaterami i twórcami tutaj) oraz online od 21 maja do 3 czerwca na stronie.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl



