Rozmowa
Markus Torgeby (Fot. Frida Torgeby)
Markus Torgeby (Fot. Frida Torgeby)

Przyznaję, że spodziewałam się kolejnego lifestyle’owego poradnika o odkrywaniu siebie. Tymczasem twoja historia naprawdę mnie poruszyła. Ile miałeś lat, kiedy zachorowała twoja mama?

Dziesięć. Mama zachorowała na stwardnienie rozsiane, po roku od diagnozy była już na wózku inwalidzkim, miała wtedy zaledwie 29 lat. Z początku mogła jeszcze na przykład gotować, ale szybko zaczęła po prostu niknąć w oczach. To była ogromna zmiana w naszym życiu. Z rodzeństwem i tatą musieliśmy mamę nakarmić, zanieść do łazienki, umyć.

Jako dziesięciolatek zdałem sobie sprawę, że moja mama umrze. I że ja też umrę.

Z czasem mama już tylko leżała na kanapie i płakała.

Mama była niesamowitą kobietą, ale kiedy masz zaledwie 30 lat i zdajesz sobie sprawę z tego, że powoli tracisz swoje ciało i niebawem umrzesz, to jest naprawdę trudne. Płakała codziennie godzinami. Ale nadal była wspaniałą matką.

Mieszkaliśmy na małej szwedzkiej wyspie Öckerö. I kiedy mama nie mogła już nic przy sobie zrobić, mnóstwo ludzi z wyspy zaczęło do niej dzwonić. Opowiadali jej różne rzeczy, a ona tylko słuchała. To jej bardzo pomagało. Pomagało również tym, którzy dzwonili. Zrozumiałem wtedy, że życie nie zawsze polega na robieniu czegoś. Czasem wystarczy tylko słuchać. To było bardzo kojące.

Czy kiedy jeszcze mama była zdrowa, miałeś radosne dzieciństwo?

Tak, bardzo. Dziadkowie mieszkali dosłownie pięć metrów od nas, co tydzień spaliśmy u nich z kuzynostwem. Latem całymi dniami pływaliśmy, wracaliśmy do domu dopiero o 20, na kolację.

Ojca wspominasz w książce rzadko, to dziadek był twoim męskim wzorem.

Dziadek był jednym z najtwardszych rybaków na zachodnim wybrzeżu Szwecji, nadal go tam wspominają. Pamiętam wiele poranków, gdy go odwiedzałem, a w piwnicy spali jego pijani koledzy. Sam alkoholu nie lubił, ale pomagał ludziom, kiedy sytuacja tego wymagała. Uważał, że to słuszne, i ja to od niego przejąłem.

Bardzo kochałem dziadka. Miał do życia odpowiednie podejście – nie mógł kontrolować morza, więc skupiał się tylko na rzeczach, na które miał wpływ. To bardzo ważne, by doświadczać tego stanu umysłu. Nie mogłem nic zrobić z tym, że mama zachorowała. Mogłem tylko kontrolować swoje emocje.

Bliski kontakt z naturą z dala od wielu rozpraszających bodźców to zdaniem Markusa przepis na odnalezienie równowagi w życiu (Fot. Frida Torgeby)

Teraz to wiesz, ale wtedy byłeś dzieckiem i próbowałeś jakoś odzyskać kontrolę. Na przykład zabraniałeś sobie jedzenia słodyczy wygranych w zawodach biegowych. Które dziecko odmówi sobie słodyczy, które aż wysypują się z szuflady?

To prawda. Miałem wtedy bardzo dużo mrocznych myśli. Z nikim się nimi nie dzieliłem, wydawały mi się zbyt straszne. Znikały tylko wtedy, gdy byłem w ruchu. Tylko wtedy nie myślałem, że mama jest chora.

Od zawsze miałem silne ciało. Od 12. roku życia grałem w hokeja i w ciągu trzech lat stałem się jednym z najlepszych zawodników. Przychodziło mi to prawie bez wysiłku, inaczej niż w szkole, gdzie nauka szła mi kiepsko. W domu też było kiepsko.

Z ojcem?

Tak. Razem z ojcem wzięliśmy na siebie całą odpowiedzialność. Byłem najstarszy z rodzeństwa i miałem trudny charakter, więc kiedy ojciec mnie uderzył, po prostu mu oddawałem. Długo ze sobą walczyliśmy. Wydaje mi się, że nie wiedział, co robić. Został sam z czwórką dzieci. Prowadził własną firmę i nagle miał chorą żonę. Kłóciliśmy się i przepychaliśmy, by poradzić sobie z sytuacją.

Uciekłeś w sport.

Jako dwunastolatek podczas lokalnych zawodów obiegłem dookoła naszą wyspę. Nigdy wcześniej nie biegałem, a wtedy pokonałem 10 kilometrów w 38 minut. To nadzwyczajny wynik jak na chłopca w tym wieku. Ale nic z tym nie zrobiłem, zająłem się hokejem.

Dopiero kiedy miałem 16 lat, zacząłem trenować bieganie w Göteborgu. Ojciec kolegi powiedział mi, że jestem dobrym hokeistą, ale jego zdaniem do biegania mam większe predyspozycje. W hokeju nie było ważne, jak bardzo sam jestem dobry, byłem częścią drużyny. W bieganiu chodziło tylko o mnie.

I to trener wyznaczał ci kierunek – zdejmował odpowiedzialność.

Mój trener był bardzo zasadniczy, a w domu wszystko stało na głowie. To, że on mówił, co mam robić, było wygodne. Ale miał wobec mnie zbyt duże oczekiwania. Po dwóch latach okazało się, że nie biegam aż tak dobrze, jak by chciał. Zacząłem się bać współzawodnictwa, startu w biegach i jego złości za mój zły wynik. Kiedy myślisz, że coś potrafisz, i bardzo chcesz to zrobić, ale ci nie wychodzi, zaczynasz w siebie wątpić.

Aż ciało odmawia posłuszeństwa.

Miałem wystartować w krajowych, a potem europejskich mistrzostwach. Do tego musisz być w doskonałej formie. Pojechaliśmy do Austrii na wysokościowy obóz przygotowawczy i już po dwóch tygodniach doznałem kontuzji stopy. Wtedy trener powiedział: „Markus, problem nie leży w twojej stopie, tylko w twojej psychice”.

Po powrocie do domu byłem załamany tym, że nie mogę już biegać. Ze stresu język spuchł mi do dwukrotnych rozmiarów. Mama leżała wtedy całymi dniami w łóżku i płakała. Nie wiedziałem, co dalej, w którym pójść kierunku. Myślałem, że umrę.

Wtedy zdecydowałeś, że wsiądziesz do pociągu i pojedziesz najdalej, jak się da?

Tak, miałem 20 lat i pojechałem prawie tysiąc kilometrów na północ Szwecji. Chciałem spędzić trochę czasu w lesie. Byłem pogodzony z tym, że albo tam przetrwam, albo to będzie mój koniec.

Markus w swoim tipi w czasach, gdy mieszkał sam w lesie (Fot. Frida Torgeby)

Zamieszkałeś sam w tipi, dwie godziny marszu od najbliższych zabudowań. O czym wtedy myślałeś?

Bardzo się bałem, że zachoruję jak mama. U niej pierwszym objawem choroby było uczucie ciężkości w nogach. Kiedy sam to zacząłem czuć, nie mogłem spać, a czasem wręcz oddychać. Nie miałem pojęcia, że to ataki paniki i lęku.

W lesie byłem zmuszony stawić tym uczuciom czoła, co na początku było cholernie trudne. Ale zostawałem w tym lęku, nie uciekałem od niego.

Zacząłeś przesiadywać na pieńku.

Tak, przez wiele miesięcy po wiele godzin dziennie po prostu siedziałem na pieńku. Niezależnie od pogody – w słońcu, mrozie, deszczu. Aż poczułem, że jestem coś wart.

Trudno uciec od siebie, kiedy wokół jest cicho, nikogo nie ma, nie możesz włączyć radia czy telewizora, nie masz telefonu i jesteś tylko ty. Dzięki temu siedzeniu po kilku miesiącach uspokoiłem się psychicznie i poczułem, że odnalazłem spokój.

Życie w lesie to radykalny krok. A jednak pokierował tobą jakiś mądry instynkt.

Kiedy przyszła do mnie myśl o wyjeździe do lasu, po prostu za nią poszedłem. Nie wiem, czy gdybym tego wtedy nie zrobił, dziś byśmy rozmawiali.

Ale wiele osób może myśleć, że byłem samolubny, bo zostawiłem chorą matkę.

Tak to czujesz?

Nie. Gdyby moja córka zamieszkała na przykład w Australii, ale słyszałbym w jej głosie zadowolenie i spokój, byłbym z tym pogodzony. Dla mnie i mamy mój wyjazd właśnie taki był. Odwiedzałem ją co kilka miesięcy. Chodziłem też do wioski i do mamy dzwoniłem. Opowiadałem jej, jak żyję, śmiałem się, a ona odpowiadała – wystarczało kilka jej słów. Do dziś doskonale to pamiętam.

Czy pisałem w książce, jak mama odwiedziła mnie w tipi?

Nie.

Spytałem ją kiedyś, czy chciałaby do mnie przyjechać. Przytaknęła, więc przywieźliśmy ją z przyjacielem samochodem. Wniosłem ją do tipi i położyłem na posłaniu. Rozpaliłem ogień. Kiedy wynosiłem ją znów do auta, widziałem, że jest zmęczona. Wróciliśmy na południe, a mama była bardzo szczęśliwa. Zrozumiała, że mam dobre życie. Dziesięć miesięcy później odeszła.

Życie mamy było krótkie, ale pełne. Dziś miałaby 61 lat i 22 wnuków. Moja siostra ma dziesięcioro dzieci, druga siostra sześcioro, ja mam troje, brat też troje. Mama poznała tylko moje trzy córki. Najmłodszej Brigitcie dałem po niej imię.

Markus Torgeby z najmłodszą córką Brigittą (Fot. Frida Torgeby) , Markus Torgeby z najmłodszą córką Brigittą podczas rozpalania ogniska. W książce Markus uczy, jak zrobić to jedną zapałką (Fot. Frida Torgeby)

Mam ściśnięte gardło. Dlaczego mieszkałeś w lesie aż cztery i pół roku?

Planowałem, że to potrwa 12 miesięcy. Byłem ciekawy, czy zmiany pór roku i natura czegoś mnie nauczą – jak wpłynie na mnie jesień, a jak zima. Po roku nie byłem jednak gotowy wracać. W lesie nie miałem za dużo pieniędzy, wszystkie przeliczałem na owsiankę i tylko ją jadłem, ale czułem się coraz bogatszy wewnętrznie.

Od zawsze moje życie polegało na współzawodnictwie i wszystkich rzeczach, które można zmierzyć. Dla wielu ludzi życie właśnie takie jest: kręci się wokół pieniędzy, jest pełne napięcia i presji. Kiedy obserwowałem mamę, często była smutna, ale otwierała się na ludzi, którzy do niej dzwonili. W lesie zauważyłem w sobie coś podobnego – zacząłem słuchać siebie, otwierać się, uspokoiłem się. Dlatego tak długo w nim byłem.

Pewnie wiele osób zada sobie pytanie, jak przeżyć samotnie w lesie tyle zim?

Temperatura na północy Szwecji spada zimą do -40 stopni Celsjusza. I tak jest codziennie. Wyprowadziłem się w sierpniu i z miesiąca na miesiąc przyzwyczajałem się do pogody i zimna. Jeśli cokolwiek w życiu robisz po raz pierwszy, musisz zacząć powoli. Natura uczyła mnie, co robić. Zimno ci? Ogrzej się. Jesteś głodny? Zjedz coś. Życie stało się bardziej czarno-białe, a wtedy łatwo podejmować decyzje.

Zima faktycznie była najtrudniejsza?

Nie. Pod wieloma względami o wiele łatwiej żyje się na zewnątrz, kiedy jest ekstremalnie zimno. Musisz być wtedy blisko swoich podstawowych potrzeb, a kiedy to robisz, czujesz się bardzo bogaty wewnętrznie. W zimie dużo spałem i czułem się silny. Gotowałem rozgrzewające zupy i owsianki. Owszem, marzłem, ale wtedy po prostu rozpalałem ogień albo wkładałem narty i gdzieś jechałem – od razu było mi cieplej i czułem się wolny.

Trudniej było mi być samemu ze sobą wiosną. Choć fizycznie było łatwo – tylko -5 stopni w nocy, a za dnia ciepło – miałem wtedy dużo trudnych myśli.

Markus Torgeby: 'Temperatura na północy Szwecji spada zimą do -40 stopni Celsjusza. I tak jest codziennie' (Fot. Frida Torgeby)

Co sprawiło, że przez cały ten czas się nie poddałeś?

Moją motywacją było znalezienie swojej drogi. To było dla mnie ważniejsze niż widmo zamarznięcia czy cokolwiek innego.

W końcu poczułeś się gotowy, by wrócić do cywilizacji.

Lubię tę historię. Zaczęło się od tego, że w tipi odwiedził mnie przyjaciel. Powiedział, że muszę zadzwonić do ojca. Pomyślałem, że mama umarła, i przestraszony pobiegłem do wioski. Ojciec odebrał, mówiąc, że mama żyje, ale jeśli chcę pożegnać się z dziadkiem, muszę natychmiast wsiadać w pociąg.

Kiedy przyjechałem, dziadek leżał w łóżku – miał raka wątroby, który gwałtownie postępował. Zapytał, czemu mieszkam sam na północy. I dodał: „Dam ci teraz radę i będzie to ostatnia rzecz, jaką powiem, więc słuchaj uważnie. Musisz znaleźć sobie kobietę, ożenić się i pozwolić jej decydować za siebie. Wtedy przyjdzie szczęście!”. To była wspaniała rada.

Parę miesięcy później zostałem zaproszony na wesele w Göteborgu. Przyjechałem znowu na południe i pierwszy raz od czterech i pół roku miałem spać pod dachem. Dzień przed ślubem u znajomych poznałem Fridę. Ścisnęło mnie w żołądku, gdy ją zobaczyłem, i pomyślałem...

...że może to ona jest tą kobietą, o której mówił dziadek?

Kiedy coś takiego czujesz, wiesz, że to jest prawdziwe. Widziałem, że Frida też to czuje. Spotkaliśmy się dwa dni później, tylko we dwoje. Frida jest dość bezpośrednia, więc oświadczyła: „OK, Markus, jeśli coś ma z tego być, musisz dzisiaj zdecydować, czy damy temu szansę”. I to właśnie zrobiłem, i prawie 19 lat później wciąż jesteśmy razem.

Markus i Frida Torgeby (Fot. Frida Torgeby)

Od razu porzuciłeś tipi?

Po tym spotkaniu wyjechałem znowu na północ, ale dzwoniłem ciągle do Fridy. Pół roku później wróciłem na południe i zamieszkaliśmy razem.

Frida jest architektką wnętrz i na początku najtrudniejsze dla niej było pogodzenie naszych światów. Mieliśmy różne dzieciństwo – ja urodziłem się na wyspie, Frida w lesie. Ja przyzwyczaiłem się do spartańskiego sposobu życia i tak żyliśmy – po mojemu – przez wiele lat.

Od dziesiątego roku życia byłem za siebie odpowiedzialny, to ode mnie zależało, czy w domu będzie obiad. W bieganiu też musiałem być bardzo skupiony na sobie. A potem żyłem sam na północy. Życie z Fridą to dla mnie wielka zmiana. Nie rozumiałem jeszcze, że założenie rodziny oznacza, że muszę nauczyć się myśleć również o jej potrzebach.

Zastanawiam się, jak Frida wytrzymała te pierwsze lata? Urodziło wam się dziecko, potem drugie, a nie mieliście nawet bieżącej wody.

Bieżącej wody nie mieliśmy przez dziesięć lat. Nosiliśmy ją ze strumienia za domem.

Frida jest bardzo uparta i działa z wielkim spokojem. Kiedy w domu było 5 stopni na plusie, mówiła: „Słuchaj, Markus, jest trochę zimno”. Odpowiadałem: „Co? Jest aż 5 stopni!”. Byłem przyzwyczajony do -40. Wstydzę się tego, że nie rozumiałem Fridy, uważałem, że jest marudna i rozpieszczona.

Markus Torgeby: 'Bieżącej wody nie mieliśmy przez dziesięć lat. Nosiliśmy ją ze strumienia za domem' (Fot. Frida Torgeby)

W końcu znaleźliśmy złoty środek. Dziś jesteśmy bardzo silni jako para. Nie boimy się przeciwności losu, nie nudzimy się sobą i coraz bardziej się kochamy. Doświadczanie tego po tylu latach jest czymś niezwykłym. Ale nie biorę miłości Fridy za pewnik. Właśnie tego nauczyło mnie życie – nic nie jest pewne i trzeba każdego dnia dawać z siebie to, co najlepsze.

Jak spędzicie razem czas, wakacje? Bo napisałeś w książce: „Jeśli musisz wyjechać na wakacje do słonecznego kraju, by na chwilę odetchnąć, prawdopodobnie coś z twoim życiem jest nie tak”, i trochę mnie to zdanie zmroziło.

Nie ma nic złego w ciepłych krajach. To ty decydujesz, jak chcesz żyć. Trzeba tylko pamiętać, że życie dzieje się tu i teraz. Przeżyć je w sposób jak najbardziej pełny. Nie czekać wciąż na weekend.

My latem jedziemy na osiem tygodni na południe Szwecji, na wyspę, na której się urodziłem. Frida będzie pracowała nad swoimi rzeczami, a ja i dziewczynki będziemy pływać i skakać z klifów. Poprzedniego lata wzięliśmy buty do biegania, pobiegliśmy do rzeki i daliśmy się ponieść nurtowi. Staramy się często robić takie rzeczy – dzieci to naprawdę lubią, ja zresztą też.

Co to znaczy: żyć w sposób pełny?

Robić rzeczy, które warto pamiętać. Nie mamy wiele pieniędzy, ale to nie jest dla nas żadną przeszkodą. Można zrobić mnóstwo, wykorzystując swoje ciało i kreatywność.

Dobrym początkiem może być spanie na własnym balkonie. Często to robimy, gdy jesteśmy na wyspie. Nie ma tam lasu, a nasze mieszkanie jest dość małe. Wystawiliśmy łóżko na zewnątrz, nad nim jest rozciągnięty tarp [płachta biwakowa – przyp. red.], więc kiedy pada, mamy sucho i słyszymy uderzające o materiał krople deszczu. Nie rozmawiamy wtedy za wiele, po prostu jesteśmy i tego doświadczamy.

Dziewczynki rosną i nie wiem, jakie życie wybiorą. Ale myślę, że udało nam się w nich zbudować pewien fundament.

Markus i jego córki przy domu Torgebych na północy Szwecji (Fot. Frida Torgeby)

W książce jest scena, w której biegniesz i wydaje ci się, że umierasz. Myśl o śmierci nadal jest obecna w twoim życiu?

Tak, codziennie o niej myślę. Mam 45 lat, jestem w połowie życia, każdego dnia zbliżam się do końca. I to jest w porządku. Mam wrażenie, że wielu ludzi doświadcza dziś ogromnego lęku przed śmiercią, starają się go zagłuszać. Uważam, że trzeba zrobić odwrotnie: przemyśleć temat i się z nim pogodzić. Wtedy poczujesz się wolna.

Ja wciąż jestem wierzący. Rozumiem, że ktoś może nie być, ale dla mnie to świadomy wybór. Mam nadzieję, że kiedyś znów spotkam się z mamą. A jeśli nie, to też w porządku.

Wiele osób ma wrażenie, że pandemia zubaża ich życie, zabiera im szczęście.

Dobrze, że ludzie zaczęli sobie zadawać pytanie: jak chcę żyć? Warto o tym myśleć codziennie, od najmłodszych lat.

My z Fridą od wielu lat żyjemy tak jak ludzie od roku w pandemii. Lubimy mieszkać w naturze. Natury pandemia nie obchodzi, zawsze jest otwarta. Nie mam potrzeby jechać do miasta i siedzieć w kawiarni, dla mnie to nie jest życie. Wolę wyjść ze znajomymi nad jezioro, rozpalić ogień, wejść na drzewo. Mogę to zrobić w każdej chwili.

Jeśli mieszkasz w mieście i dopiero teraz dostrzegasz, że życie jest kruche, wykorzystaj ten czas, by przemyśleć najważniejsze kwestie.

À propos zawsze otwartej natury, nie wiem, czy wiesz, ale podczas pierwszej fali pandemii w Polsce na jakiś czas zamknięto lasy i parki.

(Markus unosi brwi i przez chwilę milczy) Szwecja jest inna. Natura jest tutaj dostępna dla każdego i zawsze za darmo. Prawo pozwala nam spać gdziekolwiek na zewnątrz, a jeśli chcesz zostać dłużej niż jeden dzień, musisz tylko zapytać o pozwolenie gospodarza. To pozwala ludziom budować relacje z naturą. Wiele osób myśli, że takie podejście niszczy naturę, ale w rzeczywistości sprawia, że ludzie zaczynają o nią dbać. Mam nadzieję, że z czasem tak będzie również poza Skandynawią.

Markus Torgeby. Szwedzki maratończyk. Jego obiecującą karierę przerwała nagła kontuzja, która spowodowała życiowy kryzys. Cztery i pół roku samotnego życia w namiocie w jämtlandzkim lesie pozwoliło mu odzyskać spokój ducha i równowagę. Dziś Markus jest ekspertem od dzikiej przyrody. Spotyka się z czytelnikami, buduje domy i łóżka pod gołym niebem, prowadzi warsztaty w korporacjach. Jego autobiografia „Löparens hjärta” („Serce biegacza”) sprzedała się w Szwecji w nakładzie 50 tys. egzemplarzy i została przetłumaczona na sześć języków.

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.