"Pierwsza lekcja języka macedońskiego była jak pierwsza randka".
Tak było! Zanim trafiłam na studia magisterskie, byłam w Macedonii tylko przejazdem i to zupełnym przypadkiem. Po drodze na wakacje w Albanii wpadłam na kawę do Ochrydy i jeszcze dobrze nie dojechałam do celu, a już wiedziałam, że będę robić magisterkę z bałkanistyki. Te kilkadziesiąt minut w Macedonii wystarczyło, żebym poczuła, że w tym kraju jest coś dziwnego, coś pięknego i że chcę tego więcej!
A później wydarzyła się właśnie ta pierwsza lekcja macedońskiego, o której piszę w książce. Zajęcia prowadził wspaniały lektor Zvonko, który oprócz samego języka uczył nas też tradycyjnej kuchni, tańca oro i jak parzyć kawę po turecku. Puszczał nam seriale, muzykę bałkańską, dzielił się swoją miłością do tej kultury. Gdy zaczął mówić do nas w języku macedońskim, poczułam taką fascynację, którą mogę porównać właśnie tylko do pierwszej randki z moją obecną narzeczoną. Że ja chcę więcej, chcę częściej, chcę tego słuchać i chcę to poznawać! Zaraz po wyjściu z sali zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej, że się zakochałam! Jakby nowy świat się przede mną otworzył.
A zgodzisz się z taką interpretacją, że cała twoja książka o Macedonii to jest historia miłosna?
Mogę się z tym zgodzić. Szczególnie po wszystkich sytuacjach, w których miałam ochotę dać sobie z Macedonią spokój i nie potrafiłam tego zrobić. Od 2016 roku łączy mnie z tym krajem więź, której nawet największe przeciwności nie dały rady zerwać. Nieraz już było tak, że nie mogłam namówić żadnego biura podróży na współpracę, po drodze było wiele spalonych biznesowych i prywatnych mostów. Swoją firmę zarejestrowałam kilka miesięcy przed wybuchem pandemii… Ale potem za każdym razem, gdy miałam się poddać, rzucić to wszystko, zająć się zawodowo czymś innym, zmienić kierunek podróży, wtedy wydarzało się coś, co mnie na nowo wiązało z tym krajem. A to ktoś się odezwał, a to ktoś podziękował, a to jakiś projekt, spotkanie przypadkowe, które coś odmienia... Albo jak ostatnio – telefon z wydawnictwa i propozycja napisania książki. Na każde moje westchnienie "dosyć, trzeba iść dalej" rzeczywistość odpowiadała mi: "jeszcze raz!".
Ta miłość do kraju jest bardzo zmysłowa, prawda? Opowiesz, jakie doznania, zapachy, dźwięki kojarzą ci się z Macedonią?
Na pierwszym miejscu: zapach pieczonej papryki. W październiku cała Macedonia pachnie papryką. Na podwórkach i w ogródkach robi się wtedy ajwar, przerabia się wtedy nawet sto i więcej kilo papryki! W ogóle papryka, nie tylko pieczona, to jest macedońska duma. Na co dzień do gotowania używają dziesiątek różnych rodzajów papryk, każda ma inne zastosowanie. Na przykład tak jak u nas do posiłków podaje się sól i pieprz jako podstawowe przyprawy, tam podają sól i mielony bukovec, czyli ostrą suszoną paprykę. W książce opowiadam, jak gospodyni, u której nocowałam na studiach, wysłała mnie na targ po paprykę. Na miejscu okazało się, że zrobiła mi żart: sprzedawca pokazał mi kilkanaście rodzajów papryki i dopytywał, o którą mi chodzi. A dla mnie wtedy (jeszcze!) papryka to była po prostu papryka. Poza tym zapach grilla, palone wszędzie i do wszystkiego papierosy i oczywiście charakterystyczny zapach kawy po turecku.
Moje ulubione zdjęcie w twojej książce to porzucona na murku filiżanka po kawie i niedopalony papieros. Bardzo sielski obrazek.
I bardzo częsty w Macedonii! Jak tam zamieszkałam i zaczęłam obserwować te pozostawiane w różnych miejscach filiżanki, to miałam proste skojarzenie, że tak jak u nas w Polsce rano można zobaczyć "małpki" po wódce, tak tam te filiżanki.
Co jeszcze składa się na macedoński krajobraz?
Niezależnie, gdzie się znajdujesz w tym kraju, widać góry. A góry to moje ukochane miejsca w Macedonii. W miastach charakterystyczna osmańska architektura, cerkwie z XIII, XIV, XV wieku. Po ulicach wszędzie wałęsają się koty. Z okien domów zwisa susząca się papryka. Ulice, a w zasadzie kawiarnie, pełne ludzi. Stoliki są oblegane przez uśmiechniętych Macedończyków, głośno ze sobą dyskutujących.
W książce piszesz też o kontrastach estetycznych, których w Macedonii nie brakuje. Najlepszym przykładem jest chyba projekt Skopje 2014?
Był taki czas, że dziennikarze nazywali stolicę Macedonii kiczowatym Disneylandem, właśnie przez projekt Skopje 2014. To był propagandowy projekt, zainicjowany przez byłego premiera Macedonii Nikolę Gruevskiego w 2009 roku, ogłoszony w 2010. Oficjalnym celem było przeprojektowanie stolicy tak, aby uzyskała bardziej klasyczny, nawiązujący do antyku wygląd. Początkowo projekt miał obejmować kilkadziesiąt nowych struktur (budynków rządowych, placów, mostów). Do 2017 roku powstało ich ponad 140, wykonanych z materiałów wątpliwej jakości, a sam projekt okazał się ogromną aferą korupcyjną. Najłatwiej wyobrazić sobie, że stoimy na warszawskim Rynku, pod kolumną Zygmunta, ale zamiast kolumny jest ogromny pomnik gościa na koniu, który jednocześnie jest fontanną. A wokół tej fontanny wyrasta kilkanaście innych mniejszych i większych pomników, parę pseudoantycznych mostów, a kamienice wokół mają pseudoantyczne fasady, które… można zdrapać, bo to mieszanka gipsu i styropianu.
Wróćmy do zmysłów. Jak brzmi Macedonia?
Jak najgłośniej! Wszyscy bardzo lubią być na zewnątrz, razem spędzać czas w kawiarniach, restauracjach. Macedończycy słuchają też na co dzień tradycyjnej, folkowej muzyki. Jest taki trend, że współcześni piosenkarze nagrywają swoje płyty z folkowymi przebojami z nowoczesnym twistem. Powszechny jest więc romans muzyki elektronicznej z tradycyjnymi brzmieniami, z instrumentami znanymi z folkowych utworów, jak tapany czy gajda [tapan – duży bęben; gajda – rodzaj dud – przyp. red.]. Nie da się przejść przez dowolną uliczkę wieczorem, nie słysząc tego akompaniamentu.
Smaki?
Oprócz papryki, ajwaru, o których już mówiłam, dla mnie Macedonia to smak grillowanych mięs i warzyw, słonego sera, chleba podawanego do wszystkiego, nawet do makaronu czy zupy. Pyszne wino! Macedończycy śmieją się, że to jedyny produkt, którego nie importują, tylko eksportują. Gdy idziesz do kogoś w odwiedziny, to najczęściej ma w domu wino własnej produkcji. Bardzo słodkie słodycze i przetwory, np. owoce gotowane w syropie, tzw. slatko, które podaje się na powitanie, tak jak u nas chleb i sól, ze szklanką wody do popicia.
Został nam dotyk.
A to jest coś, na co muszę przygotowywać wcześniej grupy, które oprowadzam po Macedonii. Bo my jesteśmy bardzo zindywidualizowani i zdystansowani fizycznie jako społeczeństwo. A Macedończycy – i w ogóle mieszkańcy Bałkanów – to są bardzo fizyczne, nastawione na bliskość narody. Przez lata nauczyłam się, żeby uprzedzać turystów, że nowo spotkana osoba może np. złapać ich za rękę albo blisko do nich podejść. Ale na początku sama byłam zaskoczona, gdy pani, u której wynajmowałam swój pierwszy pokój w Ochrydzie, na powitanie wzięła mnie w ramiona.
Ta bliskość fizyczna łączy się też chyba z wartościami Macedończyków. Że warto żyć razem, w grupie, w rodzinie?
Tak, życie w społeczności jest w tej kulturze bardzo ważne. Macedończycy wysoko stawiają więzi rodzinne – jest np. zupełnie oczywiste, gdy ktoś powie ci, że musi odwołać spotkanie albo nie zrobi czegoś, na co się umawialiście, bo jedzie do babci albo na inne rodzinne spotkanie. Wszyscy znają też dobrze swoich sąsiadów. Panuje kultura wpadania do siebie bez zapowiedzi. W Macedonii jest takie święto slava, czyli tzw. imieniny domu. Każdy dom ma patrona, który najczęściej – choć nie zawsze – jest imiennikiem głowy rodziny. Gdy w kalendarzu wypadają imieniny patrona, obchodzi się święto domu. Byłam kiedyś u przyjaciół akurat wtedy, gdy wypadało to święto. Od rana drzwi się u nich nie zamykały, ludzie wpadali i wypadali. Zapytałam gospodarzy, ile osób zaprosili, a oni nie zrozumieli pytania, bo nikogo nie zapraszali! Po prostu w sąsiedztwie wiadomo, kiedy który dom obchodzi slavę.
Są też takie wartości, do których w Macedonii przykłada się zdecydowanie mniejszą wagę, np. punktualność. Opowiadasz historię o właścicielu mieszkania, które wynajmowałaś, który miał przyjść do ciebie odebrać czynsz o siedemnastej. I przyszedł o siedemnastej…
Dwa dni później. (śmiech) To jest kolejna rzecz, na którą uczulam turystów. Że nie warto sprawdzać godzin otwarcia sklepów czy muzeów w internecie, bo one się nie pokrywają z rzeczywistością. Tak samo z transportem publicznym – trzeba po prostu pójść na przystanek i poczekać, aż coś przyjedzie, rozkład jazdy nic nam nie powie. Co ma być zrobione, będzie. Ale może dzisiaj, a może jutro. Od swoich macedońskich przyjaciół często słyszę: "Powoli, powoli, wszystko będzie okej!".
Mówiłaś wcześniej, że z Macedonią kojarzą ci się ulice pełne uśmiechniętych ludzi. O tym uśmiechu i serdeczności Macedończyków piszesz też sporo w książce. W jakich sytuacjach sama doświadczyłaś ich przychylności?
Przede wszystkim jako studentka w Ochrydzie ledwie mówiąca po macedońsku bardzo szybko zaczęłam się odważać i dukać w tym języku w miejscach publicznych, bo ze strony mieszkańców dostawałam dużo cierpliwości i zachęt. Nikt się na mnie nie irytował, że za długo coś tłumaczę albo że mylę słowo. Przeciwnie – bardzo się zawsze cieszyli, że próbuję mówić w ich języku. Okazało się też, że nie tylko Zvonko robi kawę na zajęciach. Zdarza się, że studenci piją na zajęciach z wykładowcą kawę, a po wykładach spotykają się prywatnie. Nawet na rakiję! Dziś jak przyjeżdżam do Macedonii, to na Instagramie wrzucam informację dzień później, bo wtedy od razu zalewają mnie zaproszenia na kawę, pytania, co słychać, kiedy się spotkamy.
Można się śmiać z tego bałkańskiego podejścia do czasu, ale ja mam taką obserwację, że te dwie cechy: niepunktualność i serdeczność, są ze sobą powiązane. Bo skoro ludzie nigdzie się nie spieszą, to wiele stresów codziennego dnia ich omija i mają więcej pogody ducha i przychylności w sobie.
Z czego śmieją się Macedończycy?
Z Albańczyków! I z innych mieszkańców republik byłej Jugosławii. Jest też wiele dowcipów "wewnętrznych" – Bitolczanie śmieją się z mieszkańców Ochrydy, a Prilepczanie robią sobie żarty ze wszystkich. Macedoński humor ma wiele wspólnego z czeskim, dużo ironii, śmiania się z mrocznych i trudnych rzeczy. Opowiadając o swoich problemach, robią to często w humorystyczny sposób. Macedończycy mają nawet swój odpowiednik wojaka Szwejka – Itara Pejo, bardzo inteligentnego kpiarza, który szczególnie lubi ironizować na temat osób o wyższym statusie. I tak jak my śmiejemy się ze skąpstwa poznaniaków czy osób z Krakowa, Macedończycy uważają, że Wołosi – grupa etniczna, spośród której wywodziło się wielu kupców, polityków, generalnie zamożnych ludzi – zawdzięczają to bogactwo właśnie swojemu przesadzonemu skąpstwu. Mój ulubiony żart usłyszałam w Kruszewie. Głowa rodziny, wołoski kupiec, remontuje dach, podczas gdy jego małżonka przygotowuje dla nich obojga obiad. Nagle mężczyzna traci równowagę i spada z dachu. W locie jednak zdąży krzyknąć do żony: "Kobieto, nie będę jeść, przygotuj obiad tylko dla jednej osoby!". Osobom, które chciałyby poznać esencję macedońskiego humoru, polecam filmy: "Bal Can Can" (2005) i "Księga rekordów Szutki" (2007).
A co ciebie śmieszy w Macedonii?
Dzisiaj bawi mnie to, co kiedyś mnie wkurzało. Czyli właśnie luźne podejście do czasu, beztroska... Ale obserwuję, że turystów, z którymi podróżuję, najbardziej bawią językowe podobieństwa między polskim a macedońskim.
Na końcu książki dołączyłaś nawet słowniczek najczęściej mylonych zwrotów. I faktycznie niektóre z nich są bardzo śmieszne, choćby słowo "brak", oznaczające małżeństwo, albo to, że każda kobieta zamężna to w Macedonii "marzena".
Są też bardziej podstępne, jak "prawo", wskazujące, żeby iść prosto, "droga", czyli narkotyki, albo "kurczak" – w zasadzie kurak – które jest wulgarnym określeniem na penisa. Kiedyś byłam w sklepie z grupą polskich dzieci, które na półkach szukały żelków. Panie sprzedawczynie bardzo się zaniepokoiły tymi "żelkami" i rozglądały się po podłodze w poszukiwaniu żółwi.
Wybrałaś dla siebie życie w drodze, między krajami. Czym jest dla ciebie to ciągłe podróżowanie, co ci ono daje?
Jest porzucaniem komfortu, ale nie w znaczeniu różnicy między namiotem a luksusowym hotelem, tylko w znaczeniu porzucania komfortu swoich przekonań, uprzedzeń, wyobrażeń na temat danego miejsca i ludzi w nim. Bycie w podróży to bycie w nieustannym otwarciu na zmianę swoich przekonań. Na zmianę w ogóle.
Lubię patrzeć za kurtynę, za kulisy, poza taki turystyczny teatr. Wchodzić do sklepów i patrzeć, co jest na półkach, co ludzie kupują, szwendać się, głaskać bezdomne koty. Lubię odwiedzać miejsca, które wydają się często innym osobom brzydkie, bo to też jest dla mnie ciekawe. Ważne jest dla mnie zwolnienie w podróży. Nie potrzebuję koniecznie jechać do nowych miejsc, bardzo lubię wracać tam, gdzie już byłam. Dla mnie podróżowanie to nie jest odkrywanie ciągle nowych miejsc, ale czasem odkrywanie tych samych miejsc na nowo. Często turyści mnie pytają, czy mi się nie nudzi to, że mam sześć takich samych wycieczek z rzędu. A mnie się to nie nudzi, bo za każdym razem jadę z kimś innym, pytania tych osób są za każdym razem nowe i doświadczenie bycia w tym miejscu też jest za każdym razem nowym doświadczeniem.
Justyna Mleczak. Absolwentka studiów środkowoeuropejskich oraz bałkanistyki na UAM w Poznaniu. Od 2016 r. zajmuje się Bałkanami. Pilotka wycieczek, przewodniczka, współorganizatorka bałkańskich wypraw w duchu turystyki zrównoważonej i autorka bloga Do Macedonii. Współpracuje z macedońskimi organizacjami pozarządowymi przy projektach europejskich, łączących turystykę i działania na rzecz równości i różnorodności. Mama albańskiej kociej księżniczki Cate. Zawsze znajdzie czas na bieganie i kawę po turecku. Autorka książki "Macedonia Północna. W rytmie oro" (2024).
Katarzyna Siekańska. Finalistka I edycji Polska Stories. Pisze o relacjach i codzienności.



