Społeczeństwo
Profesor Krzysztof Bielecki (Fot. Anna Kalita)
Profesor Krzysztof Bielecki (Fot. Anna Kalita)
Jeśli ktoś z moich Szanownych Czytelniczek i Czytelników również wykonuje ten sam zawód niezmiennie od pół wieku (a może i dłużej!) i robi to z pasji (a może z musu, bo emerytura starcza tylko na opłaty), zachęcam do kontaktu ze mną: anna.kalita@grupagazeta.pl

Kiedy poprosiłam pana o rozmowę, ucieszył się pan i powiedział: "Seniorzy często mają uczucie, jakby byli przezroczyści".

Napisałem o tym wiersz, którego fragment brzmi tak:

Nie patrzą na mnie, ale przeze mnie.
Jakbym był ze szkła wykonany,
jeszcze w niezłym stanie utrzymany.
Senior ma swoje marzenia.
Przecież wiek nie ogranicza naszego istnienia.

Strasznie to smutne. Niektórzy mówią, że po siedemdziesiątce, a po osiemdziesiątce to już na pewno, nie powinno się prowadzić samochodu, bo refleks nie ten. A co dopiero stawać do operacji.

A przecież ja nie jestem suwak! Nie używam windy, tylko chodzę po schodach, i nie suwam stopami, ale wysoko podnoszę nogi. Mówię głośno i wyraźnie. Pytam ludzi, czy mnie rozumieją, czy mówię z sensem, czy bez sensu. Jak dotąd nie ma uwag.

Wie pani, pontyfikat mam długi. (śmiech) Znam wiele osób, a kiedy się do nich odzywam, reagują z życzliwością. Może to dlatego, że sam zawsze postępuję w ten sposób.

Pacjentów przyjmuję, konsultuję w stolicy, natomiast operuję w szpitalu w Makowie Mazowieckim, gdzie mimo wieku jestem zawsze przyjmowany z otwartymi ramionami. Kiedy operuję np. tarczycę – a tarczyce są newralgiczne, przez pierwszą dobę trzeba chorego pilnować, czy np. nie dojdzie do krwawienia – wynajmuję pokój w tamtejszym moteliku, żebym był pod ręką, gdyby trzeba było w nocy interweniować. Rano idę do chorego, oglądam go i dopiero wtedy wracam do domu do Warszawy.

Jestem szczęśliwym człowiekiem przede wszystkim dlatego, że żyję. Życie to najcenniejsze, co mamy. Ale jestem szczęśliwy również dzięki temu, że wykonuję swoją pracę. Żyć należy dla innych. To daje satysfakcję. Źle się czuję, jeśli nie mam nic do roboty. Ja lubię ludzi. A jako że jestem chirurgiem, najbardziej lubię ludzi otwartych, czyli rozkrojonych. (śmiech)

Operuje pan "na NFZ"?

Tak. Ja uważam, że służba zdrowia powinna być wyłącznie publiczna.

Realia naszej służby zdrowia są jednak takie, że w szpitalu – gdzie jestem dwa dni w tygodniu – otrzymuję 37 zł i 50 gr za konsultację. W kwietniu przyjąłem 15 chorych, więc zarobiłem 560 zł.

Przyjmuję to z pokorą, ale ponieważ do stypendium z ZUS przydałoby się dorzucić nieco więcej, przyjmuję również pacjentów w prywatnych przychodniach.

Profesor Bielecki przy pracy (Fot. Archiwum prywatne)

Do stypendium z ZUS, czyli do emerytury, dorzuca pan, przyjmując w prywatnych przychodniach. Ustawiają się do pana kolejki?

Nie wiem. Proszę, żeby nie zapisywano mi zbyt wiele osób. Muszę mieć czas dla chorego. Nie używam komputera. Doprowadzam tym personel do łez, ale trudno. Wypisuję papierowe recepty, historię choroby również zapisuję ręcznie, a podczas wizyty mam cały czas kontakt wzrokowy z pacjentem.

A przecież dziś wizyta wygląda z reguły tak, że pacjent mówi, a lekarz patrzy w monitor i pisze.

Sienkiewicz drugi czy co? Głupie to musi być uczucie – opowiadać lekarzowi o swoich dolegliwościach i nie widzieć jego reakcji. Moją dewizą jest, by niezależnie od tego, co pacjentowi dolega, wyszedł ode mnie z gabinetu z uśmiechem na twarzy. Zawsze daję choremu do siebie numer.

Komórkowy?

Żona na mnie psy wiesza, ale tak. Chory potrafi zadzwonić o 23 albo z samego rana. Ale dzięki temu mam komfort, a przede wszystkim chory ma komfort, bo ja wiem, w jakim jest stanie.

Operowałem pięćdziesięcioparoletnią panią z rakiem jelita grubego. Zadzwoniła wczoraj: "Nareszcie mam wynik histopatologiczny". Miesiąc na niego czekała. "Nie jest dobrze". Poprosiłem, żeby go sfotografowała i przysłała.

Pamiątka z pobytu w Stanach Zjednoczonych (Fot. Archiwum prywatne)

Czwarty stopień złośliwości?

Drugi. Cztery węzły chłonne usunięte, w żadnym nie ma przerzutów. Mówię: Nie jest źle! Przyjdzie pani do mnie w przyszłym tygodniu i dam pani skierowanie na chemioterapię. Będziemy w tym razem.

Zawsze to powtarzam.

Pacjenci, słysząc to, płaczą?

Są wzruszeni. Niektórzy płaczą.

Co pan mówi, kiedy wyniki są fatalne, kiedy pan wie, że to koniec życia?

Patrzę głęboko w oczy, biorę za rękę i mówię [prof. Bielecki zwraca się do mnie niczym do pacjentki, jest bardzo poważny, niemal uroczysty – przyp. red.]: Nie jest pani pierwszą, która idzie tą drogą. Proszę niczego nie czytać w internecie, bo pani się na tym nie zna. Proszę słuchać mnie. Gwarantuję, że zrobimy wszystko, co da się zrobić, i że na żadnym etapie nie zostanie pani sama. Będę pani towarzyszył.

Wkurza mnie to, że w większości szpitali po operacji mówią człowiekowi: "Niech pan/pani sobie radzi dalej sam". Powinien być system, który chorego prowadzi za rękę. Wczoraj po rozmowie z pacjentką, która dostała wynik badania histopatologicznego, od razu zadzwoniłem do swojej znajomej lekarki zajmującej się chemioterapią. Moja pacjentka już dokładnie wie, co ma dalej robić.

"Nie jest pani w tym sama. Będę z panią do końca" – wielka rzecz usłyszeć coś takiego w chorobie. Czy pana obciąża takie zaangażowanie?

Tak, bo ja cały czas o tym myślę.

Idąc ulicą albo przez park, obserwuje pan młodych, zdrowych i sprawnych ludzi i zastanawia się, czy doceniają, jakie mają szczęście?

Owszem. Jedno wiem na pewno: nic tak nie przyspiesza dojrzewania…

Habilitacja (Fot. Archiwum prywatne)

Jak choroba.

Tak. Widzę, jak młodzi ludzie, którzy przeżyli gehennę, zaczynają przewartościowywać życie. Co tak naprawdę się w życiu liczy?

Miłość.

Na pewno. To jest najważniejsze. W sobotę będę śpiewał koncert dla kuracjuszy w Busku-Zdroju, którego jestem honorowym obywatelem. Bo ja, kiedy nie operuję, śpiewam. Solo albo w chórze senioralnym Volta. Kiedy idę ulicami Buska i słyszę, jak kuracjusz pyta drugiego: "Idziesz wieczorem posłuchać Bieleckiego?", a tamten odpowiada: "Pewnie! Wszyscy idą", to sprawia mi to radość.

Zawsze, kiedy zaczynam koncert, pytam, publiczność: Kto z was dzisiaj wypowiedział słowa "kocham cię"? Z 300 osób zwykle 10 podnosi rękę.

Pan mówi codziennie żonie, że ją kocha?

To zależy, w jakich jesteśmy akurat stosunkach. (śmiech) Mówię, oczywiście, że mówię żonie, że ją kocham.

A czy pańska miłość do pracy jest miłością absolutną?

Tak. Od samego początku tak było. Chirurgia jest wspaniała dlatego, że widzisz efekt! Człowiek przychodzi zgięty wpół z bólu z powodu perforacji wrzodu żołądka. Operujemy, płuczemy jamę brzuszną, zaszywamy i wieczorem to jest nie ten sam człowiek! Potrafi stać prosto, a za dwa-trzy dni wypisujemy go do domu.

Z żoną Ewą (Fot. Archiwum prywatne)

Kiedy pan przeprowadzał pierwszą operację w życiu, stresował się pan?

Oczywiście. To jest przecież cholerna odpowiedzialność. Jak przemawiam do młodziaków, zawsze przestrzegam: Żebyście nigdy nie wpadli w rutynę! Do każdego pacjenta trzeba podchodzić tak, jakby to był pierwszy pacjent w waszym życiu.

Na chirurgii w szpitalu na Solcu zatrudniłem się 1 lipca 1963 roku. Do dziś pamiętam pierwszy wyrostek, który wycinałem – zgorzelinowy, perforowany, najgorszy, jaki może być. Pamiętam imię, nazwisko. Leżał na sali ósmej.

Przy operacji wspierał mnie wybitny chirurg dr Władysław Liszka. Marzyłem, żeby być takim lekarzem jak on! Dookoła nas jest mnóstwo fantastycznych ludzi, od których możemy się uczyć. Każdy człowiek potrzebuje autorytetów.

Pierwsza operacja się powiodła?

Tak. A sytuacja była bardzo poważna. Ropień wątroby. To były inne czasy, nie mieliśmy takich leków jak dziś. Po operacji siedziałem przy tym człowieku dzień i noc, trzymałem go za rękę i się za niego modliłem. Miał już plamy opadowe. A jednak przeżył! Odwiedzał mnie potem i dziękował za uratowanie życia przez wiele lat.

Profesor Bielecki w roli chórzysty (Fot. Archiwum prywatne)

Poznaliśmy się kilkanaście lat temu. Któregoś razu, gdy odwiedziłam pana w Szpitalu im. Orłowskiego, częstował mnie pan szarlotką, którą piekła dla pana była pacjentka.

Ta kobieta przynosiła mi ciasto co roku – w rocznicę operacji. Kiedy przyszła pierwszy raz i zobaczyłem ją na korytarzu trzymającą coś dużego, pokręciłem głową: Nie przyjmę żadnych prezentów. Popłakała się. Ale jak! To była prawdziwa rozpacz. Pobiegłem do niej, objąłem, a ona mówi: "Ja tylko ciasto dla pana upiekłam".

Od kilku lat się nie pojawia. Być może zmarła.

Zdarzało się panu śpiewać podczas operacji, prawda?

Wielokrotnie. Z prof. Andrzejem Musierowiczem śpiewaliśmy wspólnie nad stołem operacyjnym. Jeśli był poranek, to "Kiedy ranne wstają zorze", lubiliśmy bardzo "Usta milczą, dusza śpiewa". A któregoś razu, już pod koniec operacji – która się bardzo dobrze udała – profesora wzięło na "Requiescat in pace" [z łac. "Spoczywaj w pokoju" – przyp. red.]. Zoperowanego chorego wywieźli z sali. Musierowicz krzyczy: "Dajcie następnego", na co pielęgniarka wchodzi: "Wypisał się na własne żądanie". (śmiech) Tuż obok sali operacyjnej była poczekalnia. Usłyszał nasz śpiew i uciekł. (śmiech) 

A na poważnie – nawiązując do tej pieśni religijnej – jak się ma nauka, medycyna, walka o życie człowieka do wiary? Do woli boskiej?

Ja nie manifestuję wiary, nie noszę ostentacyjnie krzyżyków na szyi ani Matki Boskiej w klapie i nigdy nie używam frazy "Widocznie Bóg tak chciał". Tak nie można mówić!

Niedawno u Elżbiety Jaworowicz nagrywaliśmy program o dziecku z dystrofią mięśniową Duchenne'a. Amerykanie wynaleźli na to genetyczny lek. 16 mln zł kosztuje. I nagle głos zabiera zakonnik, który apeluje do rodziców tego dziecka, żeby zaakceptowali fakt, że życie kończy się śmiercią. Jak żeśmy na niego wszyscy skoczyli! Wiadoma to rzecz, że życie…

Profesor jest honorowym obywatelem Buska-Zdroju (Fot. Archiwum prywatne)

...to "śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową".

Czy tego chcemy, czy nie. Natomiast przy chorym i jego rodzinie takich rzeczy mówić nie wolno.

Jest pan fenomenem nie tylko dlatego, że praktykuje pan od 61 lat, ale też dlatego, że dzwonią do pana wszyscy dziennikarze w tym kraju: i z TVN, i od Jaworowicz, a swego czasu miał pan swój program w Telewizji Trwam. Podziały polityczne pana omijają. 

Dlaczego ja się zgodziłem być w Telewizji Trwam? Ponieważ dzięki temu mogłem co tydzień rozmawiać z ludźmi.

Do dziś mnie na ulicy pytają: "Dlaczego pana już nie ma w Telewizji Trwam?". Nie wiem, może się ojcu Rydzykowi nie podobałem? Ludzie piszą do niego, żebym wrócił.

Ja jestem zawsze i wobec wszystkich taki sam. Jestem sobą. Nikogo i niczego się nie boję prócz Pana Boga i rozlanego zapalenia otrzewnej.

Profesor odwiedza uzdrowisku regularnie. Koncertuje dla kuracjuszy (Fot. Archiwum prywatne)

Jak się zmieniła medycyna, szpitale, odkąd pan zaczął pracę?

Postęp jest niesamowity!

Współpracuje pan z robotami?

Nie. Tego nigdy nie zrozumiem. Robot powinien operować robota, człowiek człowieka. Choruje człowiek, a człowiek składa się z ciała, rozumu i ducha, które trzeba widzieć łącznie!

Niektórzy wieszczą, że w przyszłości w salach operacyjnych będą pracować wyłącznie roboty.

Niech sobie pracują. Zobaczymy. Byłem chwilę temu na zjeździe onkologicznym w Krakowie. Są koledzy fanatyczni, którzy się zachłysnęli robotyką, bo to jest mało inwazyjne. Operują tym i raka gruczołu krokowego, i jelito grube. Usunąć pęcherzyk żółciowy laparoskopowo? Można. Ale są sytuacje, kiedy trzeba pacjenta otworzyć.

Już nie mówiąc o tym, że ile my tych robotów mamy w Polsce? Przecież służba zdrowia jest ciągle niedofinansowana. W Makowie Mazowieckim nie mają staplerów, czyli mechanicznych zszywaczy, więc szyjemy na piechotę.

Chirurgia laparoskopowa i robotowa na pewno jest postępem, ale ja już się tego nie będę uczył. Pozostanę przy chirurgii klasycznej, a wybór metody pozostawiam pacjentowi.

Zobacz wideo Dr Robot. Usuwa raka przy pomocy kosmicznej technologii

Wciąż pan pracuje, dlatego że…

Że kocham to. Co miałbym innego robić?

Żyć.

Ale co robić?

Konferencja naukowa (Fot. Archiwum prywatne)

Odpoczywać.

Kiedy ja nie jestem zmęczony! Jeśli jestem, to się położę, pół godziny się prześpię i jestem wypoczęty. A dalej co? Nie rozumiem stypendystów ZUS. Co oni robią całymi dniami?

Spacerują, czytają książki…

Nudzą się! Dlatego są upierdliwi jako pacjenci, bo nie mają co robić, więc się sobie nadmiernie przypatrują, analizują, kombinują.

Naprawdę nie wiem, jak można nic nie robić, tylko w kółko plewić te głupie ogródki albo malować płoty? Co z tego wynika dobrego? Kto ma z tego jakąkolwiek korzyść? W życiu trzeba robić rzeczy, które mają sens. Trzeba czynić dobro.

Esencją życia jest działanie?

Absolutnie tak. Póki tylko człowiek może!

A kiedy pan nie stoi przy stole operacyjnym, to co jest najprzyjemniejsze?

Uczenie się nowych rzeczy. To człowieka rozwija. A najgorsze, co się może przydarzyć, co zabija, to bezmyślność i bezczynność.

Ze stołecznym szpitalem im. Orłowskiego profesor jest związany przez niemal całe zawodowe życie (Fot. Archiwum prywatne)

Powiedział pan kiedyś: "Póki żyję, chcę się uczyć. Przecież biegacz przed metą nie zwalnia, ale przyspiesza". Jakie to jest fajne!

Taka jest prawda!

Podziwiam, że potrafi pan się przyznać do błędów. Publicznie powiedział pan, że zaszył w ciele pacjenta…

Serwetę. Nie mam pewności, czy to byłem ja, bo pacjent miał operacji kilka, ale wykluczyć tego nie mogę.

Pod koniec lat 80. operowałem osobę cieszącą się w kraju wielką estymą. To była poważna operacja. Trzy miesiące później odbieram telefon, że pacjent – a był to generał – gorączkuje. Ponieważ byłem na urlopie, zoperowano go w szpitalu wojskowym. Po kilku miesiącach dzwonią znowu, że są problemy. Stanąłem do operacji. Wkładam rękę. Czuję ciało obce. Wyciągnęliśmy je, pacjenta zaszyliśmy. Szczerze o wszystkim rodzinie powiedziałem. W wojskowym szpitalu zwołano komisję, która orzekła, że jest niemożliwe, żeby się to stało w szpitalu wojskowym. Więc na placu boju zostałem tylko ja.

Poszedłem do prokuratury. Widzę akta przeciwko mnie: o narażenie życia i zdrowia pacjenta. Powiedziałem: To było powikłanie po radykalnej operacji ratującej życie.

Kto wygrał sprawę?

Generał. Szpital wypłacił odszkodowanie.

Profesor Bielecki zapowiada, że będzie operował do końca swoich dni (Fot. Archiwum prywatne)

Potrafi pan sobie wybaczać?

A jakie mam inne wyjście? Przecież wszystkim ludziom zdarzają się pomyłki, to jest wpisane w ludzką naturę. Gdzie jest napisane, że lekarz ma być nieomylny? Chodzi tylko o to, żeby jak najszybciej pomyłkę rozeznać, szybko naprawić i starać się na przyszłość tego nie robić.

Kieruję się w życiu zasadą: zajmuj się tym, na co masz wpływ. A jeśli nie masz na coś wpływu, odpuść, bo szkoda czasu.

Dla każdego pacjenta robię wszystko najlepiej, jak potrafię. I cały czas spotykam osoby, które podchodzą na ulicy i mówią: "Pan mi życie uratował".

To musi być coś wspaniałego.

Ostatnio miałem telefon z Krakowa: "Panie profesorze, miałem raka trzustki, pan mnie zoperował i ja już żyję dziesiąty rok".

Niesamowite, biorąc pod uwagę rokowania.

Dlatego zapytałem: I pan ma do mnie żal o to? (śmiech)

Ja się lubię śmiać i śmieję się dużo. A żyję zgodnie z dewizą: żyj tak, żeby każdy chciał się z tobą napić. (śmiech) Nie żałuję tego, co było, i nie boję się tego, co będzie.

Będzie pan operował do końca życia?

Tak. Chyba że zacznę popełniać błędy. Zawsze po operacji pytam asystującego lekarza: Czy pan zauważył, żebym cokolwiek zrobił źle? Proszę o szczerą odpowiedź, bo to jest ważne dla chorych, nie dla mnie. Jeśli w którymś momencie usłyszę, że zaczynam się mylić, zrezygnuję. Jeśli tak się nie stanie, będę pomagał chorym. Żyję dla innych. To jest moja dewiza.

Weekend może być codziennie – najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje >>

Krzysztof Bielecki. Profesor nauk medycznych, chirurg ogólny oraz onkologiczny, proktolog. Urodzony 2 sierpnia 1938 r. w Warszawie. Ojciec Robert był tokarzem, matka Celina zajmowała się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci, którym powtarzała, że medycyna to najpiękniejszy zawód świata. Dyplom lekarza uzyskał z wyróżnieniem. Praktykuje chirurgię od 1963 r. Prof. Bielecki jest żonaty i ma trzech synów.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. W 2016 r. otrzymała honorowe wyróżnienie Festiwalu Sztuki Faktu oraz została nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt: anna.kalita@agora.pl.