Do nieporządku i smrodu Agata* się przyzwyczaiła. Jako kuratorka sądowa odwiedza też domy schludne, bogate, urządzone przez prawników i lekarzy. Ale najczęściej pojawia się w zapuszczonych lokalach socjalnych, gdzie czasem woli stać niż usiąść na krześle, z którego brud przylepi się do spodni.
Z nakazu sądu wchodzi w prywatność rodzin, które zostały uznane za niewydolne. - W uproszczeniu: mam kontrolować sytuację rodzinną i pilnować, żeby postanowienia sądu były realizowane. Oceniam, czy potrzebna jest dalsza interwencja, na przykład ograniczenie praw rodzicielskich - tłumaczy.
U siedemnastoletniego Adama nie jest jeszcze najgorzej, chociaż Agata musi tam szukać sobie miejsca, bo wszędzie walają się rzeczy. Te wizyty zawsze ją przygnębiają.
- Ma kuratora ze względu na nierealizowanie obowiązku szkolnego. Mam go motywować do podjęcia terapii, do uczęszczania do szkoły. Mogę go prosić, grozić ośrodkiem wychowawczym. Nic nie działa. Chłopak ma totalną depresję. Nie wychodzi z domu, całymi dniami siedzi przy komputerze i gra w gry. Mama chce go wyrzucić z domu, kiedy tylko skończy 18 lat. Zmieniła jego meldunek w mieszkaniu na tymczasowy, mówi, że do osiemnastki. Wyprowadziła się i w mieszkaniu został on - tłumaczy Agata.
- Adam, ale co się z tobą stanie, jak mama cię wyrzuci? - pyta go.
- No nic, pójdę do noclegowni dla bezdomnych. Mama mi już pokazała, gdzie to jest - odpowiada chłopak i Agata czuje się zupełnie bezradna.
Odwiedza go co miesiąc, dzwoni co tydzień, by zapytać, czy był w szkole. Nie był, nie miał siły. Agata skończyła pracę socjalną i resocjalizację z terapią specjalistyczną, ale na studiach nie dowiedziała się, co robić w takich przypadkach. "Po co ci to?" pytają znajomi. Agata mówi, że to lubi i ma poczucie, że czasem jednak udaje się komuś pomóc. Ale rozumie pytanie.
- Bo to nie jest nawet moja praca. Ja kuratorką jestem społecznie, po godzinach - mówi.
Na nadzory i wywiady kontrolne jeździ w weekendy wieczorami. Pracuje jako wychowawczyni, zatrudniona jest w instytucji, która ma pomagać młodzieży z problemami. Chciałaby być kuratorką zawodową, realizować nadzory w ramach umowy o pracy. Ale nie ma etatów, działa więc społecznie.
Ochotnicza służba kuratorska
- Kuratela w Polsce nie działałaby bez kuratorów społecznych. To instytucja trochę podobna do Ochotniczej Straży Pożarnej. Tam też część zadań państwa realizują nie zawodowcy, tylko zwykli obywatele - mówi Jakub Gładysiak, kurator zawodowy i członek zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Kuratorów Sądowych.
Kuratorów zawodowych w 2023 roku było około 5 tys., kuratorów społecznych - około 15,5 tys. Większość z nich działa w pionie rodzinnym - wykonują tam obecnie ponad 72 proc. nadzorów.
- Ja, jako "zawodowy", zarządzam referatem, w którym znajduje się około 70-80 nadzorów. Sam realizuję kilkanaście, staram się przejmować te najtrudniejsze. Resztę zlecam kuratorom społecznym - tłumaczy Gładysiak.
Czyta ich sprawozdania, konsultuje z nimi różne przypadki. Dba o to, żeby pracować z ludźmi, co do których kompetencji nie ma wątpliwości, bo jako zawodowy kurator odpowiada prawnie i dyscyplinarnie za ich pracę. To głównie pracownicy społeczni, m.in. emerytowani policjanci i nauczyciele.
Nie otrzymują za pracę wynagrodzenia, a jedynie ryczałt na pokrycie kosztów dojazdu. Za jeden nadzór można otrzymać od 105 do 210 zł.
- To nieco dziwny system - przyznaje Gładysiak. - Nie chcę porównywać, ale czasem mam wrażenie, że to kuratorzy społeczni są w stanie bardziej zaangażować się w pracę. Robić rzeczy, na które my, zawodowi, z dziesiątkami nadzorów, tonami dokumentacji do wypełnienia i posiedzeniami w sądzie, nie mielibyśmy zwyczajnie czasu.
Dogoterapeuta z wyboru
Przepisy nakazują Agacie odwiedzać "środowisko" raz w miesiącu. Kiedy widzi, że rodzina chce coś zmienić, jest u niej częściej, odbiera czasem kilka telefonów dziennie od tej samej osoby.
Pamięta Mariannę. Nadzór kuratora dostała, ponieważ szkoła się zaniepokoiła, że nie radzi sobie z wychowaniem syna. Był bardzo otyły, nie zdawał do kolejnej klasy, robił wrażenie zaniedbanego.
Rodzina nie była objęta pomocą pracownika socjalnego i asystenta rodziny, więc Agata wzięła na siebie ich zadania. Była u niej co tydzień, pomagała Mariannie szukać pracy, mieszkania, pisać wnioski do urzędu, konsultowała różne pytania przez telefon po kilka razy dziennie. Tłumaczyła mamie, że nie może podcierać 14-letniego syna i myć mu włosów. To było żmudne, ale widziała, że krok po kroku jest coraz lepiej - kobieta znalazła pracę, jej syn w końcu przeszedł do następnej klasy, wyprowadzili się z mieszkania babci, po którym biegały karaluchy. Mogła wnioskować o uchylenie nadzoru.
- To jest najlepsze, co może spotkać kuratora w pracy - mówi Agata. Za każdym razem w takiej sytuacji czuje, że te dziesiątki wizyt, setki telefonów miały sens.
Radek, z zawodu nauczyciel, był w stanie stanąć na głowie, żeby pomóc "swoim" rodzinom, kiedy widział ich zaangażowanie. - Przez rok nieodpłatnie prowadziłem w żłobku zajęcia dogoterapii, żeby znalazło się tam miejsce dla dziecka z rodziny, w której miałem nadzór - mówi. Dlaczego? Wiedział, że matka dziecka, Monika, nie będzie w stanie bez tego poprawić swojej sytuacji. A bardzo chciała.
Radek ją poznał, kiedy odebrano jej roczne dziecko. Kobieta zostawiła je w wózku na klatce, a sama zniknęła. Sąd ustalił, że dziecko trafi do pieczy zastępczej, a kurator będzie przyglądać się kontaktom córki z matką. Radek chodził z nimi na spacery albo przyglądał się, jak się bawią. Monika od pierwszego spotkania dopytywała, co może zrobić, żeby odzyskać dziecko. Podpowiadał: kontakt z psychologiem, warsztaty podnoszenia kompetencji rodzicielskich. Razem siedzieli i szukali dla niej pracy.
- I na moich oczach przeszła metamorfozę. Znalazła mieszkanie, zostawiła przemocowego konkubenta, nie piła. I mogłem wnioskować o przywrócenie pełni praw rodzicielskich. Sąd się przychylił do postawionego wniosku po przyjrzeniu się sprawie.
Z powrotem dziecka wiązały się komplikacje, bo Monika pracowała. Radek dogadał się z dyrekcją żłobka - jedno miejsce w zamian za dogoterapię.
- Ona była najszczęśliwszą kobietą na świecie, bo odzyskała swoje dziecko. A ja byłem najszczęśliwszym kuratorem. Ale to wszystko mogło się wydarzyć tylko dlatego, że nie byłem ograniczony niczym poza moją własną inwencją.
Rozpoznanie w boju
- Społeczni, z którymi stale współpracuję, nie ukończyli aplikacji, ale to naprawdę dobrzy specjaliści - mówi Jakub Gładysiak. - Trudności są natury organizacyjnej.
Choćby takiej, że kuratorów społecznych trudniej jest zebrać razem, na przykład na szkolenia, nie wspominając o superwizji. W "jego" sądzie rejonowym szkolenia organizowane są co kilka miesięcy, ale z około 40 osób przychodzi kilkanaście.
Na warszawskiej Woli, gdzie pracuje Gładysiak, sytuacja jest i tak niezła, ponieważ szkolenia w ogóle się odbywają. W niektórych sądach rejonowych, na przykład w Grodzisku Mazowieckim (jak informuje mnie wiceprezes tamtejszego sądu), nie przeznaczono na nie środków.
W sądzie rejonowym Agaty szkolenia przechodzą kuratorzy zawodowi. Ona dostaje od "swojej" zawodowej materiały, które ma przestudiować w domu. Przygotowanie teoretyczne wyniosła ze studiów, znała pracę z młodzieżą z Ochotniczych Hufców Pracy. Bycia kuratorką uczyła się w praktyce.
"Odkryłam, że mąż molestuje wnuczkę"
Musiała nauczyć się patrzeć. Czy dziecko jest po prostu nieśmiałe, czy się boi. Czy pobrudziło się podczas zabawy, czy od tygodnia się nie myło (zawsze zwraca uwagę na paznokcie i włosy). Czy ma siniaki. Wszystko wpisuje do sprawozdania, jeśli coś ją niepokoi, dzwoni do kurator zawodowej.
Informacje stara się potwierdzić w dokumentach albo u innych osób. Nauczyła się rozpoznawać ściemę. Przynajmniej ma taką nadzieję. Boi się, że coś przeoczy: stanie się coś złego, a ona zostanie zlinczowana w mediach.
Musiała nauczyć się panować nad strachem. Bo czasem po prostu się boi. Jakiś czas temu siedziała przy stole z rodzicami zastępczymi (dziadkami dziewczynki) w ich mieszkaniu i zadawała standardowe pytania podczas wywiadu kontrolnego: jak dziecko radzi sobie w szkole, jak spędzają czas, czy może zobaczyć oceny i dokumentację medyczną.
- Muszę pani coś powiedzieć. Odkryłam, że mój mąż molestuje wnuczkę - usłyszała Agata i zesztywniała. Nie wiedziała, co ma zrobić w takiej sytuacji, nikt jej do tego nie przygotował. Przede wszystkim poczuła strach. Dziadek miał prawie dwa metry wzrostu, był pijany i nagle zrobił się bardzo zły.
- Co ty, ku**a, mówisz do tej kuratorki, ty po***ana jesteś, nic takiego nie zrobiłem! - zawołał.
Babcia, mama zastępcza dziewczynki, powiedziała, że w telefonie męża znalazła filmiki z wnuczką. Dziadek zaczął krzyczeć i wymachiwać rękami. Agata postanowiła, że zignoruje mężczyznę, żeby nie sprowokować go do przemocy. Wstała, podziękowała sztywno za spotkanie. Wyszła. Za drzwiami wyciągnęła telefon, zadzwoniła do swojego zawodowego. Niedługo później interweniowała policja. Okazało się, że do molestowania faktycznie dochodziło.
Bezradność
- Najgorsze jest to, że człowiek zostaje z tym wszystkim sam - mówi Radek, który po kilkunastu latach zrezygnował z bycia kuratorem.
Nie czuł się wypalony. Po prostu bardzo zmęczony. Kiedy decydował się na tę funkcję, postanowił, że będzie "wspomagaczem", a nie nadzorcą rodziny.
- Miałem świadomość, że praca w ten sposób będzie bardzo wyczerpująca. To był mój wybór - opowiada Radek.
W rodzinach, w których zaczynało dziać się dobrze, mógł zmniejszyć obciążenia nadzoru lub złożyć wniosek o uchylenie nadzoru. Kumulowały się te, w których w żaden sposób nie był w stanie doprowadzić do poprawy.
Pamięta Kasię i jej dziewięcioro dzieci. Pojawił się w rodzinie ze względu na drobne wykroczenia dzieci, ich problemy w szkole oraz spory pomiędzy rodzicami. Sąd - słusznie - uznał, że sytuację należy kontrolować, ponieważ mama nie daje sobie rady. Prowadził nadzór przez sześć lat. Najpierw było źle, później tragicznie.
Robił, co mógł. Po znajomych zbierał worki ubrań i zabawek dla dzieci. Podczas pandemii wyprosił dziewięć używanych laptopów. Uważał, że jeśli ma wymagać tego, żeby dzieci realizowały obowiązek szkolny, to musi im do tego zapewnić warunki.
Kasia była w przemocowej relacji z ojcem dzieci. Ojciec czasem zamykał się w mieszkaniu i mówił, że żony i dzieci nie wpuści. Radek wtedy jechał do nich na negocjacje. Stał pod drzwiami - najdłużej dwie i pół godziny, zresztą w Wigilię - i odwoływał się do ojcowskich uczuć mężczyzny tak długo, aż ten zgodził się wpuścić rodzinę do domu.
- Miała pójść na terapię, na warsztaty podnoszenia kompetencji rodzicielskich. Ale nie miała siły. Była skrajnie zmęczona swoim życiem. Dzieci uciekały z domu, spotykałem je przy restauracji, kiedy żebrały na jedzenie. Odwoziłem wtedy do mamy, a ona rozkładała ręce. Chciała o nie zadbać, ale była zupełnie bezradna.
Radek wiedział, że będzie musiał zarekomendować ograniczenie praw rodzicielskich. Bał się, że zanim sąd podejmie decyzję, kobieta w trudnej sytuacji mogła targnąć się na własne życie. Obawiał się, że może popełnić "rozszerzone" samobójstwo. O tym, że chce się zabić, mówiła czasem wprost.
- Czarę goryczy przelewały trywialne rzeczy. Jak to, że dzieci znów pobiły się w szkole albo że brakuje jej pieniędzy na rachunek za prąd, lub czuła się niezrozumiana. Jechał do niej i rozmawiał, aż poczuł, że Kasia ma się lepiej.
Podobnych nadzorów miał jeszcze kilka. Jeździł na przykład do nastolatki po dwóch próbach samobójczych, dla której usiłował pilnie wywalczyć miejsce na terapii. Przez półtora miesiąca, kiedy czekała na spotkanie z psychologiem, żył w ciągłym napięciu, przez cały czas pod telefonem. Zaczął mieć problemy ze snem. - Nie byłem w stanie przestać o tym myśleć. To stawało się momentami nie do zniesienia.
Pomoc psychologiczna
W Sądzie Rejonowym dla Warszawy Pragi-Północ, w którym pracował Radek, od lat działa superwizja dla kuratorów. Zawodowych.
- Raz, dwa razy w roku każdy zespół ma całodzienne spotkanie z psychologiem superwizorem. Mam też na życzenie dostęp do konsultacji psychologicznych - tłumaczy jeden z kuratorów zawodowych pracujących w sądzie.
Mówi, że szkoleń jest masa: online, stacjonarnych, wyjazdowych. Przeważnie bezpłatnych i w godzinach pracy. - Praktyczne, z ćwiczeniami, często bardzo wartościowe. Szczerze mówiąc, jest ich tyle, że nie sposób we wszystkich wziąć udział. Ale to jeśli chodzi o nas, zawodowych.
Kuratorzy społeczni? Mogą się radzić swoich zawodowych i raz w roku mają kilkugodzinne szkolenie.
Nowelizacja Ustawy o kuratorach społecznych z 2023 roku gwarantuje kuratorom - zarówno sądowym, jak i społecznym - dostęp do opieki psychologicznej. Każdy kurator może zgłosić takie zapotrzebowanie i skorzystać z pomocy.
- Naprawdę? - dziwi się Agata.
Element społeczeństwa obywatelskiego
Dr Krzysztof Stasiak, prawnik z Uniwersytetu Gdańskiego, naukowo zajmujący się kuratelą, przyznaje, że jeśli chodzi o dostęp do szkoleń czy superwizji, należy jeszcze sporo zrobić, podnieść jakość przygotowywania kuratorów. Co do zasady, nie ma wątpliwości, że system zawodowo-społeczny jest sensowny.
- Zaangażowanie osób pracujących społecznie w system sądowy nie jest niczym dziwnym. Działa to podobnie w wielu krajach byłego bloku wschodniego i też na Zachodzie: w Anglii czy Danii system kurateli sądowej również współpracuje z wolontariuszami.
Mówi, że zaangażowanie kuratorów społecznych jest elementem społeczeństwa obywatelskiego. - To przecież wspólny interes, aby zobowiązania nałożone przez sąd lub środki przez niego zastosowane były wykonywane i przynosiły zamierzone efekty.
Jakub Gładysiak sam, zanim został kuratorem zawodowym, wiele lat pracował jako kurator społeczny. Ceni sobie to doświadczenie, do pracy swoich kuratorów społecznych nie ma zastrzeżeń.
"Kuratelę sądową w Polsce oparto na modelu społeczno-zawodowym, ukształtowanym w latach 60., a następnie modernizowanym w latach 90. XX wieku. System ten coraz częściej postrzegany jest jako nieprzystający do współczesnych realiów i wymagający zmian" - przytaczam mu fragment raportu NIK-u.
- Chciałbym, żeby kuratela była służbą odpowiednio wyposażoną w szkolenia, narzędzia, pomoc psychologiczną. Kompetentną i specjalistyczną - odpowiada po chwili namysłu. - Pomoc kuratorów społecznych jest nieoceniona, ale z mojej perspektywy ciężar nadzorów nie powinien spoczywać na osobach pracujących społecznie. Ale żeby tak było, musiałoby powstać więcej etatów dla kuratorów zawodowych.
Liczba etatów dla kuratorów zawodowych w ciągu ostatnich dziesięciu lat zwiększyła się o 91.
Na więcej nie ma siły
Agata nie wie, co stało się z Adamem. Straciła z nim kontakt, kiedy skończył 18 lat. Nie sądzi, żeby mama pozwoliła mu zostać w domu. Wie, że nie ma szansy pomóc każdemu. Tym bardziej się cieszy, kiedy się udaje.
Jest kuratorką społeczną trzeci rok. Czuje, że kuratela to jej miejsce, że po prostu się do tego nadaje. Chciałaby, żeby to była w końcu jej praca, a nie hobby.
- Z koleżankami żartujemy, że to będzie możliwe, kiedy jakiś kurator zawodowy pójdzie na emeryturę albo umrze.
Radek od roku nie jest kuratorem. W tym czasie weszła nowelizacja ustawy poprawiająca warunki pracy społecznych - zagwarantowała im ubezpieczenie oraz pomoc prawną, którą wcześniej otrzymywali tylko zawodowi. Podniosła się też stawka ryczałtu.
Radek mówi, że nie wróciłby do kurateli za żadne pieniądze. Czuje, że dobrze wykorzystał swoje umiejętności pedagogiczne jako kurator. Dzięki doświadczeniu z kurateli lepiej rozumie teraz swoich uczniów.
Czuł, że jest skuteczny, bo może pracować po partyzancku, na granicy systemu - właśnie dzięki temu, że był społeczny. Kasia, matka dziewiątki dzieci, której zawoził worki ubrań, zabawki i laptopy i z której mężem pertraktował przez zamknięte drzwi, wyszła na prostą. Ma pracę, zakończyła toksyczną relację. Radek wie, że dzieci otrzymują coraz więcej przepustek z domu dziecka, żeby odwiedzić mamę. Ostatnio widział ją na jednej z imprez społecznych na Pradze w otoczeniu dzieci.
- To jest bardzo budujące, że krok po kroku odzyskuje swoje życie - mówi Radek. Uważa to za także swój drobny sukces. Ale na więcej takich nie ma siły.
* Niektóre imiona zostały zmienione na prośbę rozmówców.
Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.


