Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.
Prezydent ułaskawił człowieka skazanego wcześniej za czyny pedofilskie wobec córki , i to jest jeden z najgłośniejszych tematów kampanii wyborczej. W tej historii jest kurator sądowy, który zawiadamia prokuraturę, że sprawca mimo sądowego zakazu zbliżania się do ofiary mieszka z nią. Jest też ofiara, która wnioskuje do prezydenta, by jej ojca ułaskawił.
Do tej konkretnej sprawy nie chcę się odnosić, bo nie znam szczegółów. Ale jako kurator sądowa boję się nazywania jakiejkolwiek przemocy "sprawą rodzinną". Nawet jeśli ofiara przemocy - czy to fizycznej, czy seksualnej - oświadcza, że wybaczyła lub nie chce, by sprawcę karać, to tego nigdy nie wolno brać pod uwagę. Ofiary są związane ze sprawcami i narażone na manipulacje, u dzieci działa syndrom sztokholmski, a u doświadczających przemocy kobiet syndrom miodowego miesiąca.
Od lat przekonujemy ofiary, że mają zgłaszać przestępstwa i państwo będzie po ich stronie. Ogromnym zagrożeniem jest nazywanie przemocy "sprawą rodzinną", bo możliwe, że nieszczęścia, zamiast ujrzeć światło dzienne i być osądzone, zostaną w domowym zaciszu. Można łatwo wysnuć wniosek, że mamy się nie wtrącać do tego, co się dzieje w domach.
W tej historii przeraża mnie, że ofiara przemocy fizycznej i seksualnej mieszka ze swoim oprawcą pod jednym dachem.
Ogromną uwagę zwracamy na to, czy ofiara jest zależna od sprawcy. To ma kluczowe znaczenie w ocenie jej sytuacji faktycznej. Nasz system ma luki, często są one wynikiem nieporadności samych pokrzywdzonych, ale także i urzędników. Zastanówmy się, dlaczego tu system nawalił i nie było pomocy dla pokrzywdzonych kobiet. Przecież mamy powołane do tego instytucje, jak Fundusz Sprawiedliwości.
Ale ja nie chcę rozmawiać o polityce.
Ja też nie. Dlaczego, kiedy rok temu zakładała pani związek zawodowy kuratorów sądowych, powiedziała pani, że jesteście jak kwiaty paproci albo jednorożce?
Ponieważ my walczymy w pojedynkę. Panie z ośrodków pomocy społecznej chodzą we dwie, policjanci również w duecie, a my, kuratorzy, zawsze sami. Wchodzimy do rodzin, w których jest świerzb, gruźlica i wszystko ulepione z brudu. A w karcie ryzyka pracy mamy wpisaną pracę biurową przy komputerze. Ja w ostatnim tygodniu w biurze spędziłam dwa dni.
Pracujemy jak detektywi, węszymy, pojawiamy się niezapowiedziani, rozpytujemy sąsiadów, a potem dziennikarz pyta: "A nie można było tego załatwić inaczej? Od razu dzieci trzeba zabierać?". To bardzo boli, bo my nie chcemy nikomu zabierać dzieci!
Ostatnio byłam na interwencji z policją. Młodzi funkcjonariusze, jak zobaczyli to klepisko, rodziców pijanych w sztok, powiedzieli, że nie wytrzymaliby dwóch dni w takiej pracy. Wie pani, że rozporządzenie Komendy Głównej Policji stanowi, że kiedy policjanci biorą udział w odbieraniu dzieci, to należy im się pomoc psychologiczna z urzędu?
A kuratorom sądowym się nie należy?
Nie, skąd! Ja na szczęście mam zespół złożony z fajnych ludzi i sami sobie organizujemy "superwizje".
Ostatnio na przykład - pan przetrzymywał dziecko pomimo wyroku, że miejsce jego pobytu ma być przy matce. Było pięć prób odebrania tego dziecka! Jedna trwała 10 godzin, a ja następnego dnia musiałam się normalnie zgłosić do pracy.
W sytuacjach trudnych jestem zawsze spokojna i racjonalna. Na przykład właśnie takie przymusowe odebranie dziecka: trwa kilka godzin, rodzice zalani w trupa, agresywni, ale ja to wszystko ogarniam. Tylko że na początku pracy miałam somatyczne objawy chorobowe: bolał każdy mięsień, cierpiałam na bezsenność. I w ogóle nie łączyłam tego ze stresem! Wydawało mi się, że po prostu choruję, mam grypę.
Już pani "nie choruje"?
Z czasem człowiek przywyka, potrafi skuteczniej chronić siebie, ale też podopiecznych. Pamięta, że tu nie można być ufnym, bo wszystkim zdarza się kłamać, nawet dzieciom. Miałam rodzinę, w której był wielki kłopot z chłopcem, trafił do szpitala psychiatrycznego i nie mogłam dociec, co tam się dzieje. Aż któregoś razu podsłuchałam, jak on szepcze do mamy: "Bo wszystko powiem pani". Szantażował ją! Doszłam do tego, że ona brała amfetaminę.
Tego wszystkiego trzeba się nauczyć. Tylko żeby się nie wypalić po drodze! Ryzyko jest ogromne. Przypadków pod stałym nadzorem mam teraz 60, do tego dochodzą wywiady jednorazowe - nasz zespół kuratorski ma ich aktualnie do zrobienia 200! Do nas trafiają wszystkie Niebieskie Karty, wnioski o ubezwłasnowolnienia, przymusowe leczenie psychiatryczne. Bardzo chciałabym otrzymać fachową wiedzę o chorobach psychicznych, ale nie mamy szkoleń. Jak Krajowa Szkoła Sądownictwa i Prokuratury czasem coś zorganizuje, momentalnie brakuje miejsc.
Często ma pani do czynienia z osobami chorymi psychicznie?
Często. Kiedy jadę na wywiad, teoretycznie, jak sprawa jest bardzo trudna, mogę kogoś poprosić, żeby ze mną pojechał. Ale w praktyce to niewykonalne, skoro na całą Kotlinę Kłodzką, gdzie mieszka niecałe 160 tysięcy osób, jest 15 kuratorów. Ostatnio miałam wywiad u mężczyzny, który mnie przekonywał, że robaki chodzą mu pod skórą i nie może ich wyciągnąć, a przecież on próbuje. Ciął się nożem. Bałam się użyć niewłaściwego słowa, by go nie urazić.
My, kuratorzy, na sobie uczymy się, jak reagować. Z różnym skutkiem. Koleżanka została mocno pogryziona, mnie wyrwano garść włosów z głowy. Na Dolnym Śląsku doszło do tragedii - młoda kuratorka na wywiadzie została zabita siekierą. Mało jest chętnych do tej pracy. Kiedy ja się o nią starałam, na aplikację kuratorską było 60 osób na jedno miejsce. Teraz się pojawiają trzy-cztery, a są sądy, gdzie nie ma żadnego chętnego. Bo pracy jest nadmiar i oczekiwanie, żeby zawsze był sukces, a tak się nie da.
Czy zdarzyło się, że w rodzinie, nad którą miała pani nadzór, wydarzyła się tragedia?
Mój Boże, nie!
Pytam, bo takie tragedie się zdarzają i są bardzo medialne. W 2018 roku mężczyzna podczas widzenia poszedł z dzieckiem do toalety i otruł siebie i czterolatka. W tym widzeniu asystowała kuratorka społeczna, internauci ją potem zlinczowali.
Proszę sobie wyobrazić, że takie spotkanie potrafi trwać dziewięć godzin i najczęściej odbywa się w sobotę lub niedzielę. Przez cały czas kurator musi być bardzo blisko, słuchać, o czym rozmawia rodzic z dzieckiem, zwracać uwagę, czy nie dochodzi do manipulacji, przekupywania, do zjawisk niekorzystnych dla rozwoju dziecka. Jednocześnie ten kontakt ma być "swobodny"! I to rodzic wybiera, czy idziemy do parku, na plac zabaw, na basen, do wesołego miasteczka, do kina. Kto ma płacić za bilety wstępu? Przecież my nie mamy funduszy na takie wejścia. A jeśli basen - mamy pływać razem? I jak się przebrać w kostium, wziąć prysznic, jeśli różnimy się płcią? Mamy zabierać wówczas dzieci ze sobą? To wymaga pilnej regulacji - od lat zwracamy uwagę na jej potrzebę.
Obecność kuratora jest wymagana na przykład wówczas, gdy matka oskarża ojca, że molestuje dziecko?
Kiedy jest oskarżenie o molestowanie, przemoc czy inne nieprawidłowe zachowania - jak najbardziej kuratorzy powinni uczestniczyć w spotkaniach. Ale kiedy widzimy, że kontakty nie stanowią dla dziecka zagrożenia, a jedyny problem to konflikt między dorosłymi, asysta kuratora powinna trwać maksymalnie dwa-trzy miesiące. A zamiast tego spędzamy z tymi ludźmi i ich dziećmi pierwsze komunie, sylwestry i święta. Koleżanka była z panem i jego synem święcić jajka. Ja spędzałam na kontakcie Wigilię - od 12.00 do 18.00. Dla nikogo to nie jest komfortowe, przecież ja wiem, że oni przy mnie nie mogą swobodnie porozmawiać.
Domyślam się, że w przeważającej większości spraw, kiedy pani sprawuje nadzór nad rodziną, u podstaw problemów jest alkohol.
Alkohol jest siłą niszczącą polskie rodziny. A czy pani wie, ile w Polsce trzeba czekać na leczenie? Od trzech miesięcy do pół roku!
Zawsze najbardziej przykre jest, jak w tym żyją dzieci. Pamiętam każde dziecko, które musiałam z takiej rodziny zabrać. Z tego się chyba nigdy nie wyleczę. A potem jeszcze widzę, że rodzic nie odzywa się do dziecka, nie ma z nim kontaktu. Kiedy patrzę, jak ta rodzicielska miłość wygląda. A może nie miłość?
Mówi pani, że czasem rodzice nie kochają swoich dzieci?
Nie wyobrażam sobie, jak matka może nie chcieć widzieć swojego dziecka. Nie dążyć za wszelką cenę, by je odzyskać. Ale może nie powinnam oceniać swoją miarą? Może kiedy problem alkoholowy jest tak głęboki, wszystkie inne kwestie są na dalszym planie?
Decyzje o zabezpieczeniu dzieci, odebraniu ich rodzicom są okupione nieprzespanymi nocami! To jest największa ingerencja w ludzkie życie. Jeśli dochodzi do przemocy, rzecz dzieje się od razu. Ale jeśli widzę, że samo uruchomienie procedury będzie dla rodziców wstrząsem, daję im czas. To nigdy nie spada na nich jak grom z jasnego nieba! Piszę wniosek o umieszczenie dzieci w placówce czy rodzinie zastępczej i procedura trwa około pół roku. To jest straszak. Róbcie coś!
Wiele dzieci była pani zmuszona odebrać?
Był taki rok, w którym musiałam odebrać dzieci z 10 rodzin, a w każdej było ich kilkoro. Przeżywałam to bardzo mocno. Pomogło mi szkolenie w Fundacji "Dajemy Dzieciom Siłę", które prowadziły bardzo mądre psycholog i sędzia. Powiedziały, że my jesteśmy adwokatami tych dzieci i nie możemy się litować nad rodzicami. I jak one wracają do rodzin, to sąd daje szansę rodzicom, a nie dzieciom! To rodzice mają udowodnić, że się zmienili i są w stanie je wychowywać. Dla dzieci powrót to jest zawsze ryzyko. Zdarza się, że musimy je zabrać kolejny raz.
Pani się zdarzało, że musiała zabierać dzieci z domu rodzinnego raz za razem?
Trzy razy w jednej rodzinie! Był w niej bardzo głęboki problem alkoholowy i przemoc ze strony ojca. Pojechałam wieczorem niezapowiedziana, żeby sprawdzić, co się dzieje. Wszyscy pijani, a w domu troje dzieci: dziewczynka miała trzy latka, chłopcy byli w zerówce i gimnazjum. Zaczyna się agresja tego ojca. A ja jestem tam z nimi sama. Wieś, ostatni dom. Na przyjazd policji czekamy godzinę. Okazuje się, że matka i ojciec mają powyżej trzech promili. Zaczynam gorączkowo szukać kogoś, kto przygarnie dzieci.
Jak to się odbywa?
Zwykle sama dzwonię do wujka, cioci, babci i pytam: przygarniecie dzieci? Czasem się godzą, ale nie zawsze. Wtedy - jak w tamtym przypadku - dzwonię do domu dziecka.
I co było dalej?
Po trzech miesiącach sąd postanowił, że dzieci wrócą do domu. Dwa miesiące później przyjeżdżam: ojciec pijany, matka pobita. Znowu dzieci zostały odebrane i potem znowu sąd kazał im wracać do domu i po roku znowu musiałam je stamtąd zabierać. Kiedy postawiłam ich matkę przed gminną komisją ds. rozwiązywania problemów alkoholowych, utrzymywała, że tylko gasi pragnienie piwem.
Jak dzieci się zachowują, kiedy pani je zabiera?
To jest zawsze traumatyczne wydarzenie. Starsze często próbują uspokoić rodziców. Wydaje mi się, że one się za tych rodziców wstydzą - że są pijani, że jest interwencja. Zazwyczaj pakują się spokojnie, nie boją się nas, bo przecież nas znają, ufają nam. Maluchy biorą za rękę, albo wręcz chcą, żeby je wziąć na ręce. Dzieci podświadomie wiedzą, że to jest dla nich ratunek. Ale też ogromny stres, huśtawka emocjonalna. Dziecku, ofierze przemocy z traumą, bardzo trudno jest w tym kraju pomóc. Do psychiatry dziecięcego trzeba jechać 50 km autobusem, a na wizytę u psychologa czeka się dwa miesiące. Takie są realia. Z Warszawy tych problemów nie widać.
Jak reagowały dzieci z tamtej rodziny?
Tamta konkretna sytuacja była ekstremalna i najstarszy chłopiec uznał mnie za wroga. Jak przyjeżdżałam do rodziny zastępczej na wywiady kontrolne, demonstracyjnie wychodził z pokoju. Teraz ma 19 lat. Spotkałam go ostatnio na ulicy. Pomyślałam: "No, to teraz się nasłucham". Ale nie. To był bardzo mądry chłopak. Świetnie się uczył i dopiero kiedy miał warunki, wypłynął na szerokie wody: jeździł na olimpiady matematyczne i fizyczne. Dostał się na studia.
Podziękował mi. Powiedział, że dzięki temu, że zabrałam jego i rodzeństwo z domu, on miał szansę na życie. To jest największa nagroda w mojej pracy. Człowiek w takich chwilach wie, że cały ten trud ma sens.
Wielka sprawa.
Niestety, niewiele jest takich chwil. A najtrudniej jest, kiedy one przychodzą, ale nie trwają długo.
Pamiętam Bożenę - wychowała się w domu dziecka, urodziła dwoje dzieci i wychowywała je samotnie. Piła, ale dałam jej szansę, poszła na terapię i się udało! Znalazła pracę i nawet odłożyła pieniądze, żeby sobie zrobić zęby. To było wielkie szczęście dla niej, 38-letniej kobiety. Kiedyś przyszłam do niej i zobaczyłam na stole kartkę, na której napisała do dzieci, że bardzo je kocha. Już miało być tak dobrze...
Zachorowała na raka i umarła po trzech miesiącach. Dziewczyna kompletnie sama na świecie. Kiedy pakowałam ją do szpitala, bardzo płakała. Bała się, że jej dzieci pójdą do domu dziecka, tak jak ona w dzieciństwie. Dziewczynka była w pierwszej klasie, chłopiec w piątej i był w pełni świadomy, co się dzieje. Trauma.
Rodzeństwo trafiło do bardzo dobrej rodziny zastępczej. Uprosiłam tę rodzinę, żeby dzieci mogły ze sobą zabrać ukochanego psa - bo w tym domu był piękny rudy pies - żeby nie traciły w życiu wszystkiego. Normalnie psa odwieźliby do schroniska, tak działa system.
Ale nie odwieźli.
Nie. Został z dziećmi. Zaangażowałam się wtedy osobiście, ale w tej pracy trudno się nie angażować. Ja bardzo dobrze znam rodziny, z którymi pracuję. Czasem kolejne pokolenia. Często dzieciaki, które musiałam odbierać z domów, dorastają i mają własne dzieci i teraz ja do nich jeżdżę na nadzory, bo też sobie nie radzą... Trzeba mieć w sobie ogromnie dużo samozaparcia, by żyć inaczej niż rodzice.
Mam teraz nadzór nad nastolatką: rodzice upośledzeni w stopniu lekkim, bieda w domu. Ona ma 18 lat. Cały czas ją przekonywałam, jakie to ważne, żeby skończyła szkołę. Zdarzało mi się błagać nauczycieli, żeby ją przepuścili do następnej klasy. Ostatnio ona dzwoni, żeby mnie pierwszej powiedzieć, że jest w ciąży. I co teraz? Poradzi sobie czy w przyszłości otrzyma nadzór?
Już ustaliłyśmy, że to obciążająca, trudna praca. A co ona pani daje?
Co ona mi daje. Pracę zaczęłam jako pedagog szkolny i zauważyłam, że najlepiej się dogaduję z tymi dzieciakami, które mają łatkę "niegrzecznych". Chcę się dowiedzieć, co tam jest pod spodem. Lubię się czuć potrzebna. Więc chyba to?
Jak w tej mojej pracy widzę, że dorośli stanęli do pionu, a dzieci są zaopiekowane - to są chwile szczęścia. Niby drobne sukcesy, ale one odmieniają ludzkie życie. Chociaż bywa, że mam dość. Wtedy klnę. Często marzę, żeby to wszystko zostawić za drzwiami. Tyle że jak się pracuje z ludźmi, nie da się od takiej pracy odciąć, chociaż można się starać stosować mechanizmy obronne. Bardzo długo do nich dojrzewałam. Na początku jak wracałam do domu, przez godzinę nie wolno było do mnie mówić. "Daj mi odetchnąć"- prosiłam córkę, bo musiałam odparować te problemy. Nikt nas nie uczy stawiania granicy. Kiedyś odbierałam telefony zawsze: nawet po 23.00, w sobotę, niedzielę. No bo skoro dzwonią, to coś się dzieje?
Teraz już pani tego nie robi?
Nie. Ale wysyłam SMS-y. "Czy coś pilnego?" To jest bufor bezpieczeństwa dla obu stron. Przez długi czas żyłam tylko pracą, ale na szczęście rodzina mi to uświadomiła i przyszło przebudzenie. Nie mówię, że całkiem jestem wyleczona! Bo zdarza się tak, że nie odbiorę tego telefonu, ale potem przez dwie godziny myślę: "Ciekawe, co chcieli". I szybko jednak oddzwaniam z łazienki (śmiech).
Dużo mi pani przerażających rzeczy opowiedziała o swoich podopiecznych. To pytanie może zabrzmieć naiwnie, ale trudno: czy po kilkunastu latach pracy z ludźmi, którzy znaleźli się w skrajnych sytuacjach, uważa pani, że ludzie są z gruntu źli czy dobrzy?
Dobrzy. Tylko im się dziwnie układa świat.
Magdalena Huzar. Jest kuratorką rodzinną w Sądzie Rejonowym w Kłodzku, jedną z założycielek Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Kuratorów Sądowych oraz przewodniczącą MOZ AD REM kuratorów zawodowych.
Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.