Społeczeństwo
W szkołach w Szwajcarii półtorej do dwóch godzin południowej przerwy w lekcjach to wciąż standard. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. maxim ibragimov / shutterstock)
W szkołach w Szwajcarii półtorej do dwóch godzin południowej przerwy w lekcjach to wciąż standard. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. maxim ibragimov / shutterstock)

Codziennie o godzinie dziesiątej piętnaście Maria bierze wózek na zakupy i wychodzi z domu. Do najbliższego marketu ma spacerem jakieś dziesięć minut. Nie spieszy się. To czas dla niej, może wtedy pomyśleć o tym, co zrobi dzisiaj na obiad. W sklepie do wózka wpadają świeże warzywa, będzie ratatouille z drobnym makaronem i sałatą. Czasem, kiedy Maria nie ma pomysłu albo jest zmęczona, sięga po mrożonki lub gotowy sos w słoiku. Stara się nie robić tego często, z zawodu jest kucharką, więc potrafi i lubi gotować. Zresztą od lat robi to już tylko w domu. Wie też, co powinny i co chcą jeść dzieci w wieku jej młodszego syna i starszej córki.*

Tam, gdzie mieszkają, nie ma możliwości, żeby dzieci jadły obiad w szkole – chociaż i tak nie chciałaby, żeby żywiły się w stołówce. Kiedy Maria była mała, zawsze biegła ze szkoły do domu, a mama czekała na nią z zupą albo talerzem parujących ziemniaków, dlatego teraz chce, żeby jej dzieci też miały dobre wspomnienia. Czasem nawet karmi u siebie inne dzieciaki, których mamy pracują i nie mogą być w domu w porze obiadu. Inaczej zjadłyby pewnie parówkę na zimno albo gotową kanapkę ze sklepu. Marii jest tych dzieci trochę szkoda.

Wraca z zakupów po jedenastej. Ma teraz niecałą godzinę, żeby przygotować obiad. Dzieci ubrane w odblaskowe szelki ze szkoły wracają same (ma to – jak pouczają rodziców wychowawcy – niebagatelne znaczenie dla ich rozwoju), wbiegają do domu chwilę po dwunastej. Myją ręce i siadają do stołu. Parę minut później z pracy przyjeżdża mąż. Jedzą wszyscy razem, rozmawiają, trochę o tym, co było na lekcjach, trochę o niczym. Po obiedzie dzieci wynoszą talerze do kuchni, a mąż idzie na górę na drzemkę. Kiedy schodzi po kwadransie, na stole czeka już kawa i coś słodkiego. Wraca do pracy, będzie w domu po osiemnastej. Syn chodzi jeszcze do przedszkola, więc popołudnia spędza w domu. Córka po obiedzie idzie z powrotem do szkoły.

W przedszkolu, do którego obowiązkowo idą czterolatki, w pierwszym roku zajęcia odbywają się codziennie (Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl)

Maria sprząta po jedzeniu, wkłada naczynia do zmywarki, pakuje resztki do pojemników, które chowa do lodówki. W końcu robi sobie kawę, siada i przegląda internet, zerkając przez okno na małego, który bawi się w ogrodzie. Dochodzi piętnasta. Za godzinę z kawałkiem dzieci znowu będą w domu w komplecie. Powoli musi zacząć myśleć o tym, co poda na kolację.

Według obowiązującego od 1964 roku prawa określającego warunki pracy dla "zatrudnionych wypełniających obowiązki rodzinne", pracownikom mającym w domu dzieci do piętnastego roku życia przysługuje prawo do przerwy obiadowej trwającej minimum półtorej godziny. Przepisy te miały być "ukłonem" w stronę pracujących kobiet, dać im przedłużoną przerwę, aby zdążyły w tym czasie wrócić do domu i przygotować przyzwoity posiłek dla męża i dzieci.

W szkołach w Szwajcarii półtorej do dwóch godzin południowej przerwy w lekcjach to wciąż standard. O dokładnym czasie decydują same szkoły, ale długość przerwy, jak przewiduje choćby ogólny plan zajęć szkolnych w kantonie Zurych, jest "z reguły ustalana tak, aby uczniowie mieli czas na powrót do domu na obiad". W przedszkolu, do którego obowiązkowo idą czterolatki, w pierwszym roku zajęcia odbywają się codziennie, ale kończą się za pięć dwunasta (w drugim roku dochodzą dwa popołudnia w tygodniu). Rodzice mogą skorzystać z płatnej opieki pozaszkolnej, oferującej posiłki w przerwie obiadowej i zajęcia popołudniami, a nawet wieczorami. Za organizowanie takich placówek odpowiedzialne są gminy: w miastach oferta jest różnorodna, gdzie indziej bywa z tym różnie.

Córka Valerie chodzi do przedszkola w małej miejscowości niedaleko Lucerny. Według obowiązujących w tym kantonie przepisów wszystkie gminy muszą zapewnić dzieciom w wieku szkolnym opiekę uzupełniającą, czyli rano, zanim zajęcia w szkole się zaczną, w porze lunchu – wliczając posiłki – oraz po szkole. W szkole Valerie takiej "świetlicy" nie ma. Powód: brak miejsca i potrzeby, bo – jak usłyszała Valerie – "dzieci i tak wracają na obiad do domu". Dlatego Valerie i inne matki organizują się same, na zmianę prowadzą dzieci do pobliskiego domu dla seniorów i tam płacą kobietom za to, że karmią ich dzieci. Ale to tylko posiłki, a przecież trzeba jakoś zapełnić całą przerwę.

Matki poprosiły o spotkanie z władzami miejscowości. Po kilku miesiącach w szkole pojawiła się kuchnia i stołówka. Miejsce się znalazło – i okazało się, że była także potrzeba. Szkolna stołówka jest teraz tak oblegana, że właśnie powstaje druga. Valerie wywalczyła stołówkę, ale ceni sobie te dni, kiedy jedzą obiad wspólnie. To czas na wyciszenie, jadalnia to ich bezpieczna przystań. Poza tym przecież jedzenie najlepiej smakuje w domu.

Za jeden dzień w żłobku w Zurychu trzeba zapłacić nawet 130 franków (Rafał Mielnik / Agencja Wyborcza.pl)

Z różnego rodzaju placówek dziennej opieki nad dziećmi korzysta w Szwajcarii niespełna 40 procent rodzin z dziećmi poniżej dwunastego roku życia. Najczęstszą barierą w dostępie do nich są wysokie ceny takiej opieki. Najbardziej obciążające dla domowego budżetu są żłobki. Dodatek na dziecko, którego wysokość zależy od kantonu, wynosi miesięcznie 200–300 franków (jest wypłacany razem z pensją rodzica zarabiającego więcej). Za jeden dzień w żłobku w Zurychu, Zugu czy Bernie trzeba zapłacić nawet 130 franków, w mniej- szych kantonach Szwajcarii niemieckojęzycznej: Szafuzie, Sankt Gallen, czy we włoskojęzycznym Ticino – mniej więcej połowę tej kwoty.

Żłobki są z reguły subwencjonowane przez gminy, ale wysokość ulg zależy od zarobków (a czasem też posiadanego majątku) i jest bardzo zróżnicowana regionalnie – różne kantony wprowadziły też swoje limity wynagrodzenia uprawniającego do dofinansowania. Pracujące łącznie na półtora etatu i zarabiające średnią krajową (110 tysięcy franków rocznie brutto) małżeństwo z dwójką dzieci, które dwa razy w tygodniu chodzą do żłobka, po odliczeniu ulg musiałoby rocznie wydać na opiekę od prawie 5 tysięcy franków w niewielkiej miejscowości w kantonie Szwyc do ponad 24 tysięcy franków w podzuryskim Wetzikonie**. W raporcie UNICEF zatytułowanym "Opieka nad dziećmi w zamożnych krajach", analizującym długość urlopów rodzicielskich, dostępność, jakość i koszty pozaszkolnych placówek opieki, Szwajcaria zajęła 38. miejsce – gorzej wypadły tylko trzy kraje: Cypr, Stany Zjednoczone i Słowacja.

'Rodzice mogą skorzystać z płatnej opieki pozaszkolnej, oferującej posiłki w przerwie obiadowej i zajęcia popołudniami, a nawet wieczorami'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl)

Miriam mieszka w niewielkiej miejscowości w kantonie Argowia. Pracuje w poniedziałki, środy i czwartki. W środowe popołudnia i czwartki ich dwuletnim synem zajmuje się jej partner, który również pracuje – na 70 procent etatu. W pozostałe dni syn jest u "innej matki". Instytucja Tagesmutter to alternatywa dla żłobka i niani, w której kobieta, która zazwyczaj sama jest matką, zajmuje się cudzymi dziećmi, w czasie gdy ich rodzice pracują. Taka forma opieki jest znacznie tańsza, bo "zawodowe" matki nie muszą spełniać często wyśrubowanych w przypadku oficjalnie zatrudnionych niań kryteriów – wymóg specjalnych pozwoleń i instytucjonalnej kontroli pojawia się dopiero, kiedy Tagesmutter ma pod opieką więcej niż piątkę dzieci. W wiosce, w której mieszka Miriam, trudno o inną opcję. W okolicy jest jeden żłobek, ale jest jej do niego nie po drodze. Miriam wie, że kiedy syn pójdzie do szkoły, czekają ich nowe wyzwania, bo plan lekcji rozmija się z realiami ich pracy. Oprócz przerw na obiad i wolnych popołudni, w ich kantonie dzieci mają trzynaście tygodni ferii w roku. Pracujący na pełny etat rodzic z reguły ma tylko cztery tygodnie urlopu.

Jak to pogodzić? Trzeba kombinować

Lucyna nie mogła dostać ulgi na żłobek. Oboje z partnerem pracują w korporacjach, na cały etat. Przy dwójce małych dzieci miesięczny koszt żłobka w centrum Zurychu wynosił ponad 5 tysięcy franków miesięcznie. Płacili, bo było ich na to stać. Lucyna wciąż słyszy od koleżanek w pracy, że mają dobrze, bo mieszkają w mieście, gdzie jest dostęp do dziennej opieki i świetlic z wyżywieniem – to przywilej nowych czasów, w których kobietom pozwala się pracować. Ich matki nie miały takiej możliwości, więc zostawały z dziećmi w domu.

Zobacz wideo Porzucone, odebrane rodzicom. Maluchy czekają na miłość

Żonglerka czasem zaczęła się na dobre, kiedy dzieci poszły do szkoły. W pierwszym roku przedszkola wszystkie popołudnia były wolne. W drugim zajęcia trwały do piętnastej dwadzieścia, tylko w środę kończyły się przed dwunastą. Tak samo było w pierwszej i drugiej klasie szkoły podstawowej. Teraz Lucyna dostała plan klasy trzeciej. Wolne są dwa popołudnia, a w resztę dni szkoła kończy się o szesnastej piętnaście.

Specjalistka od relokacji, która pomagała Lucynie w przeprowadzce do Zurychu, zapytała ją, na ile procent zamierza pracować. Lucyna nie zrozumiała pytania.

W rodzinach jej znajomych, ekspatów, w których praca w pełnym wymiarze godzin to norma, osiąga się mistrzostwo w organizowaniu się tak, żeby za opiekę płacić jak najmniej. Najczęściej polega to na wymienianiu się dziećmi: jeśli jakaś mama ma akurat wolne, dzieci spotykają się u niej, żeby pozostałe mamy mogły tego dnia pracować. W weekendy Lucyna siada ze swoim partnerem, żeby zaplanować kolejny tydzień: który ze znajomych rodziców odwozi danego dnia dzieci na zajęcia. Cieszą się, że stworzyli sobie taką sieć wsparcia, ale koordynacja tego wszystkiego jest bardzo męcząca.

*Publikujemy fragment książki Agnieszki Kamińskiej "Złota klatka? O kobietach w Szwajcarii", która ukazała się 27 maja 2024 roku w Serii reporterskiej Wydawnictwa Poznańskiego.
**Koszty opieki nad dziećmi rodzice mogą odliczyć od podatku: w Zurychu było to 10 tysięcy franków rocznie, w 2023 roku władze kantonu zwiększyły tę kwotę do 25 tysięcy franków na dziecko.