Społeczeństwo
Zdaniem socjologa Polacy nie należą do solidarnych narodów (fot: Damian Kramski/ Agencja Gazeta)
Zdaniem socjologa Polacy nie należą do solidarnych narodów (fot: Damian Kramski/ Agencja Gazeta)

Michał od lat wyjeżdża do pracy za granicę. Pracował w Niemczech, w Szwecji, w Holandii. Jak wielu rodaków szukających zarobku na obczyźnie na początku korzystał z usług polskich pośredników. - Nauczyłem się, że w wielu przypadkach Polakom nie można ufać. Gdy czytam na różnych grupach na Facebooku, co niektórzy pracodawcy proponują - bardzo niskie stawki, życie w fatalnych warunkach - to włos mi się jeży na głowie - mówi. Sam ciągle czeka na wypłacenie części wynagrodzenia od polskiego pracodawcy, który zatrudnił go w firmie budowlanej w Sztokholmie. - Sprawa w tej chwili jest w sądzie - twierdzi Michał.

Wielu Polaków mieszkających na obczyźnie ma złe doświadczenia z innymi Polakami (fot: Sutterstock.com)

Tłumaczy, że nieuczciwi polscy pracodawcy żerują na niewiedzy rodaków, ich braku doświadczenia w pracy za granicą, nieznajomości języka. - Potem ludzie harują kilkanaście godzin na dobę za głodowe stawki, mieszkają po pięciu chłopa, albo i więcej, w jednym mieszkaniu. Czasem lepiej nie wyjeżdżać i zarabiać trochę mniej, ale przynajmniej nie nabawi się człowiek depresji, nie wpadnie w alkoholizm - przekonuje. A jego zdaniem wśród Polaków za granicą alkoholików niemało. - Pobiło mnie kiedyś takich kilku podchmielonych typków z Polski, uszkodzili mi kolano. Za co? Nie mam pojęcia, podeszli do mnie, jak siedziałem na murku i paliłem papierosa, zaczęli zaczepiać, wywiązała się nieprzyjemna dyskusja i spuścili mi łomot - zwierza się. W tej chwili, gdy jakiś nieznajomy Polak podchodzi do niego na ulicy i zaczyna mówić po polsku, Michał udaje, że jest obcokrajowcem i odpowiada po angielsku.

W pracy z Polakami Marek ma podobne doświadczenia. Gdy kilka lat temu postanowił wyjechać do Wielkiej Brytanii, zatrudnił się u Polki prowadzącej firmę sprzątającą. - Dogadaliśmy się na Facebooku, jeszcze jak byłem w kraju. Cieszyłem się, że jadę już na "gotowe", nie muszę szukać czegoś na miejscu. Ale pożałowałem. Pracowałem po 20 godzin na dobę, sześć dni w tygodniu, za śmieszne pieniądze. Nie orientowałem się jeszcze, jakie są średnie stawki za pracę, którą wykonywałem. Byłem naiwny, bo wierzyłem, że co jak co, ale swój mnie nie wykorzysta. Harowałem tak rok, w międzyczasie urodziło mi się dziecko. Gdy chciałem więcej czasu spędzać z rodziną, usłyszałem, że nie poświęcam się wystarczająco firmie. Odszedłem stamtąd i więcej pracy u Polaka nie szukałem - opowiada.

Ola, która od 30 lat mieszka w małej miejscowości we Francji, bardzo się ucieszyła, gdy w jej sąsiedztwie zamieszkało młode małżeństwo z Polski - że będzie miała z kim porozmawiać w ojczystym języku. - Dziewczyna była w ciąży, przyjechała do swojego chłopaka. Oboje ani be ani me po francusku, więc uznałam, że im pomogę. Załatwiłam jej ginekologa, woziłam do niego na wizyty, pomogłam im w sprawach urzędowych, wynegocjowałam z merostwem, aby mogli zamieszkać w domku komunalnym - wspomina. Ale wtedy mieszkanie należące do Oli i jej męża zostało częściowo zniszczone wskutek pożaru u sąsiada i to im merostwo zaproponowało zamieszkanie w domku komunalnym - mieli pierwszeństwo. - Odmówiłam, żeby nie odbierać lokum młodym ludziom, jakoś radziliśmy sobie z mężem, wiedzieliśmy, że niedługo i tak będziemy się wyprowadzać do domu, który właśnie kończyliśmy budować. Gdy powiedziałam im, co zaproponowało merostwo, obrazili się na mnie, że jak w ogóle mogłam pomyśleć, żeby odebrać im miejsce do mieszkania. W ogóle nie przejęli się naszą osobistą tragedią. Niedługo potem nagle słuch po nich zaginął. A za jakiś czas dowiedziałam się, że chłopak był poszukiwany przez policję za oszustwa finansowe - opowiada Ola.

Danielowi, który od 10 lat mieszka w Holandii, gdzie prowadzi własną firmę, ma żonę i dzieci, smutno się robi, gdy widzi, jak niektórzy Polacy próbują oszukiwać rodaków. - Wiele osób z Polski trafia tutaj, nie znając języka, nie mając świadomości, co ile kosztuje. Czasem proszą na Facebooku o pomoc, podwiezienie na lotnisko lub do centrum miasta. Odzywają się do nich Polacy, którzy potem, jak się okazuje, kasują ich na horrendalne sumy, na przykład 60 euro za przejechanie 15 kilometrów - opowiada.

Marta od pięciu lat mieszka w Hiszpanii i swoje doświadczenia z Polakami za granicą wspomina traumatycznie. - Nigdy nikt nie postąpił ze mną tak podle, jak pewna Polka, która mieszka tu od 20 lat - mówi. Marta miała rozpocząć współpracę z polskim biurem turystycznym w roli rezydentki w jednym z hiszpańskich hoteli. - Skończyłam szkołę rezydentów, zdałam wszystkie potrzebne egzaminy, kilku rezydentów zarekomendowało mnie w biurze. Ta Polka również współpracowała z tym biurem i gdy dowiedziała się, że aplikuję na rezydentkę, naopowiadała o mnie kłamstw, że jestem nierzetelna, oraz zagroziła szefom, że rozwiąże z nimi umowę, jeśli mnie zatrudnią. Oczywiście nie dostałam tej pracy. Potem dowiedziałam się od naszej wspólnej znajomej, że zrobiła to, bo "nie może znieść mojego optymizmu i tego, jaka jestem tu szczęśliwa" - opowiada Marta.

Nie jesteśmy solidarnym narodem?

"Polak Polakowi wilkiem", "jeśli ci Polak za granicą nie zaszkodził, to znaczy, że już ci pomógł" - gdy rozmawia się z Polakami mieszkającymi od lat w różnych częściach świata, odnosi się wrażenie, że ten krzywdzący mit wciąż jest aktualny. - Jak każdy stereotyp, i ten jest pewnym uproszczeniem. Funkcjonuje jednak w świadomości społecznej i jak w przypadku każdego stereotypu jest w nim jakaś prawda. Wciąż mówi się również o "polskim piekiełku" - wystarczy, że któryś z rodaków spróbuje wznieść się ponad przeciętność, a pozostali szybko ściągną go w dół. Nie należy jednak generalizować i każdemu Polakowi za granicą przypisywać brak życzliwości i gotowość do oszukania rodaka - mówi socjolog Andrzej Sakson.

Jego zdaniem narody dzielą się na te, które poza granicami swoich państw są bardziej i mniej solidarne. - Do tych najbardziej solidarnych należą, z racji swojej historii, Izrael i Irlandia. Irlandczycy już w XVII wieku utracili całkowicie niepodległość. W wyniku biedy i ucisku w XIX i XX wieku miała miejsce wielka emigracja zarobkowa do USA, gdzie żyje ich około 37 mln. By zachować odrębność narodową, podtrzymywali własną kulturę i religię. Irlandczycy przybywający do Stanów Zjednoczonych, podobnie jak Żydzi, mogą liczyć na pomoc różnych własnych organizacji "narodowych". Oferowane im są nisko oprocentowane bądź bezzwrotne kredyty na prowadzenie działalności gospodarczej lub stypendia dla chcących studiować - opowiada Sakson.

Niskie poczucie solidarności wśród Polaków za granicą może mieć, zdaniem Saksona, również podłoże historyczne. - W latach 70. i 80. Polacy koncentrowali się przede wszystkim wokół rodziny, wobec państwa czy samorządu byli zdystansowani. Żyli w myśl zasady: "każdy sobie i dla siebie". Posiadanie suwerennego państwa, któremu w dodatku się ufa, nie jest dla Polaka oczywistością. Takie doświadczenia nie sprzyjają tworzeniu się w narodzie wewnętrznej solidarności - przekonuje Sakson.

Andrzej Sakson zwraca również uwagę na cechę Polaków, która sprawia, że trudno im jest się integrować ze sobą na obczyźnie. - Z badań, które prowadziłem w Niemczech, wynika, że Polacy tam żyjący indywidualnie są silni, potrafią przezwyciężać wiele trudności, znaleźć dla siebie miejsce w niemieckim społeczeństwie. Natomiast jako grupa są słabi, skłóceni, zdezintegrowani, pozbawieni siły przebicia, niewidoczni na zewnątrz. Innymi słowy, Polacy w Niemczech na płaszczyźnie życia prywatnego integrują się bez większych trudności, natomiast w życiu publicznym słabo - mówi. Andrzej Sakson podkreśla, że zachowania i postawy Polaków, którzy wyjechali za granicę, nie różnią się znacząco od postaw, które prezentowali w kraju. Emigracja może jednak te cechy uwydatniać.

Zdaniem profesora Andrzeja Saksona wciąż jesteśmy społeczeństwem na dorobku (fot: Shutterstock.com)

- Jesteśmy w dalszym ciągu społeczeństwem na dorobku. Wyjeżdżamy, by uzyskać wyższy standard życia. Odbywa się to jednak jakimś kosztem. Jesteśmy oddzieleni od rodziny, grupy wsparcia, nie znamy zasad panujących w nowym kraju. Oczekiwalibyśmy więc pomocy od rodaków, którzy są tam dłużej, znają język, którzy rozumieją, w jakiej jesteśmy sytuacji, dlaczego zdecydowaliśmy się wyjechać. I nagle trafiamy na kogoś, kto chce się wzbogacić naszym kosztem, okrada nas albo nie wywiązuje się z obietnic, z umowy. To budzi rozczarowanie, które umacnia pogląd, że Polak Polakowi za granicą wilkiem - opowiada Sakson.

Paula Pustułka, socjolożka, zauważa, że jeśliby spytać Polaka, czy kiedykolwiek został oszukany lub źle potraktowany przez jakiegoś pracodawcę w Polsce, to też na pewno znalazłby w zawodowym życiorysie niejeden taki przypadek. - Człowiek ma jednak pewne oczekiwania w związku z przynależnością do swojej grupy. Na emigracji to oczekiwanie, żeby rodak rodakowi pomógł, jest większe. Łączy ich przecież nie tylko doświadczenie emigracji, ale przede wszystkim pochodzenie, tożsamość narodowa - wyjaśnia.

Sakson podkreśla, że niebagatelny wpływ na umacnianie się stereotypu nieżyczliwego Polaka na obczyźnie mają napięcia, które mogą rodzić się między Polakami na emigracji. - Akceptują często życie w nietypowych, nierzadko prymitywnych warunkach, mieszkają w hotelach pracowniczych albo w zatłoczonych mieszkaniach, z obcymi ludźmi, z bardzo różnych środowisk, o różnym poziomie wykształcenia, światopoglądzie, kompetencjach społecznych. Ale to się opłaca, w końcu wyjechali, żeby zaoszczędzić, w krótkim czasie zarobić dużo pieniędzy, przynajmniej w stosunku do tego, co zarobiliby w domu. Godzą się na to, czego w kraju by zapewne nie zaakceptowali: na wyzysk, poniżanie, na dzielenie wspólnej przestrzeni z osobami, z którymi prawdopodobnie w Polsce, jakby nie musieli, nigdy nie zamieniliby słowa. Taka sytuacja rodzi różnego rodzaju konflikty - tłumaczy.

Inni Polacy, którzy również wyjechali "za chlebem", mogą stanowić na obczyźnie konkurencję. - Zaczyna się wyścig szczurów, czasem bardziej opłaca się Polaka zdyskredytować, niż mu pomóc, bo stanowi on zagrożenie - mówi Sakson. Pustułka dodaje, że łatwiej jest oszukać na obczyźnie "swojego" niż obcokrajowca.

O solidarności się nie mówi

Socjolożka zwraca uwagę, że obraz Polaka na obczyźnie zniekształcany jest również przez media. - O wiele bardziej chwytliwe i przyciągające uwagę są historie o tym, że Polak Polaka oszukał albo wykorzystał, niż o tym, że Polacy się zebrali i zrobili coś razem. Może nie wliczając w to WOŚP i działań jej zagranicznych sztabów. Ale badania, w których brałam udział, pokazują, że Polacy wykazują się ogromną życzliwością i chęcią pomocy wobec swoich rodaków za granicą - przekonuje.

Za granicą funkcjonuje kilkadziesiąt sztabów WOŚP - to jedno z wydarzeń, które łączy Polaków na obczyźnie (fot: Łukasz Kolewiński/ Agencja Gazeta)

W ramach trzyletniego projektu badawczego "Transfam", zrealizowanego na Uniwersytecie Jagiellońskim, Paula Pustułka wraz z grupą socjologów i socjolożek przeprowadziła pogłębione wywiady z Polakami, którzy wyemigrowali do Norwegii. - Bardzo często opowiadali, jak od razu po przyjeździe do tego kraju ktoś z Polski się nimi zaopiekował - pomógł w poszukiwaniu pracy, mieszkania, szkoły dla dzieci, załatwieniu spraw formalnych. W sieciach migranckich zaspokajano codzienne potrzeby: polecano sobie polskiego lekarza, polskiego fryzjera czy polski sklep. O ile w dyskursie publicznym oraz plotkach w danej społeczności przewijają się głównie przykre sprawy, o tyle w narracjach migrantów ten obraz był bardziej zniuansowany - twierdzi.

Z badań antropologa Michała Garapicha dotyczących migracji z Polski do Wielkiej Brytanii  wynika, że Polacy rzeczywiście deklarują, że ich relacje z rodakami za granicą są nacechowane wzajemną nieżyczliwością. Z drugiej jednak strony deklaracje te, jak pisze Garapich, "są sprzeczne z codziennym doświadczeniem migrantów i samą istotą polskiej kultury migracyjnej, która w dużej mierze opiera się na sieciach społecznych". Jego zdaniem ogromny rozwój rynku etnicznego, mediów, transnarodowych biznesów, działalność Kościoła wskazuje na to, że Polacy potrafią współpracować jako grupa. Problem, jego zdaniem, nie leży w tym, że rodak rodakowi szybciej podstawi nogę za granicą niż w kraju, ale w tym, że na obczyźnie bardziej się na takie zachowania zwraca uwagę. 

Zwykły gest

Daniel przekonuje, że Polacy, którzy, tak jak on, mieszkają w Holandii już wiele lat - założyli tam rodziny, prowadzą działalność gospodarczą - starają się pielęgnować relacje między sobą i sobie pomagać. Na przeciwnym biegunie stawia tych, którzy do Holandii przyjeżdżają na chwilę, są pracownikami tymczasowymi. To oni, zdaniem Daniela, robią Polakom czarny PR. - Sam, na ile mogę, staram się pomagać - a to gdzieś podwiozę, a to oddam coś za darmo - na przykład ubrania po dzieciach, meble, bo akurat zmieniamy wystrój mieszkania. Zazwyczaj spotykam się z pozytywnymi reakcjami - przekonuje.

Jako przykład solidarności Polaków podaje mecz Holandia - Polska, który odbył się w 2019 roku w Rotterdamie w ramach mistrzostw Europy w siatkówce. - Przyszło nas kilkanaście tysięcy. Atmosfera była wspaniała. Ten mecz był dowodem, ilu wspaniałych Polaków mieszka w Holandii. Znalazł się tylko jeden pijany palant, który zaczął skakać po samochodach. Zebrała się grupa rodaków i szybko go spacyfikowali - opowiada Daniel.

Zdaniem wielu Polaków mieszkających za granicą Polacy potrafią być solidarni za granicą (fot: Kuba Atys/ Agencja Gazeta)

Marta przyznaje, że nigdy nie zrozumie zachowania Polki, której negatywna rekomendacja w biurze turystycznym zrujnowała jej plany zawodowe w Hiszpanii. Docenia jednocześnie relację, jaką ma z inną polską rodziną mieszkającą w sąsiedniej miejscowości. - Widujemy się raz na miesiąc, dwa, pomagamy sobie, wymieniamy się doświadczeniami, kontaktami. Jak oni potrzebowali ziemi do ogrodu, to pomogliśmy im ją zdobyć. Jak my potrzebowaliśmy koparki, od razu polecili nam kogoś, kto ją miał. Jeśli któreś z nas jest z wizytą w Polsce, zawsze przywozimy sobie potrzebne rzeczy - opowiada. Jak jednak podkreśla, najwspanialsi przyjaciele, jakich mają, to Hiszpanie. - To dwie wielopokoleniowe rodziny. Zawsze chętnie pomagają, nigdy nic nie żądają w zamian - przekonuje.

Michał, po wielu latach pracy na emigracji, w końcu na dłużej zatrzymał się w Holandii, w niewielkiej miejscowości pod Eindhoven, gdzie zatrudnił się w holenderskiej agencji pracy. Pierwszy raz za granicą czuje się traktowany z szacunkiem, zadowolony z umowy, zarobków. Jego kierowniczką jest Polka.

Michał napomknął też, że niedawno jakiś Polak zwrócił mu grzecznie uwagę, że wjechał pod prąd w jednokierunkową ulicę. I nawet na niego nie nakrzyczał. - Takie małe gesty ze strony Polaków docenia się bardziej na obczyźnie - mówi. Zależy mu na tym, aby pokazywać Holendrom, że Polacy nie tylko wszczynają awantury i piją pod sklepami. Bo takich rodaków wstydzi się najbardziej. - Jeżeli uda mi się zrobić coś, żeby chociaż jeden Holender zmienił zdanie na nasz temat, to będzie to dla mnie osobisty sukces.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również w serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku. Portal internetowy Gazeta.pl przeprasza spółkę Mleczko Delikatesy LTD z siedzibą w Londynie za naruszenie jej dóbr osobistych w postaci dobrego imienia, renomy zawodowej oraz zaufania niezbędnego do prowadzenia działalności gospodarczej, w związku z opatrzeniem artykułu "Jeżeli uda mi się zrobić coś, żeby chociaż jeden Holender zmienił zdanie o Polakach, będzie to dla mnie osobisty sukces" autorstwa Ewy Jankowskiej zdjęciem, przedstawiającym witrynę sklepową Mleczko Delikatesy. Na zdjęciu tym widoczne były oznaczenia oraz logo firmy Mleczko Delikatesy, co mogło sugerować, że artykuł dotyczy marki Mleczko Delikatesy lub jej właścicieli. Portal internetowy Gazeta.pl oświadcza, że treść artykułu nie odnosiła się do spółki Mleczko Delikatesy LTD, ani do jej właścicieli.