Wakacje niekoniecznie muszą oznaczać dalekie podróże. Czasem, żeby złapać oddech, wystarczy pojechać na pobliską działkę - jeśli taką mamy. Ale czy "RODos" to wyłącznie same przyjemności?
Anna zbiera ślimaki
"Rodos" – tak czule o rodzinnych ogródkach działkowych (w skrócie ROD) mówią ich posiadacze. W tym Anna Witecka, która od ośmiu lat ma "Rodos" na obrzeżach Żyrardowa. – Od strony taty wszyscy są z Mazur. Na wsi spędzało się każde wakacje i ferie, pamiętam smak niepryskanych marchewek i malin. O działce zamarzyłam w ciąży, dla córki – zaczyna.
Gdy pani Anna czekała na narodziny dziecka, okazało się, że jest w czwartym stadium raka szyjki macicy. – Nie przestraszyłam się. Choroba to choroba, trzeba ją wyleczyć. Nie mogłam brać chemii, ale zrobiono mi dwie operacje i dziś jestem zdrowa – mówi.
Jej córka urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym. Działka to ostatnie, na co były w domu pieniądze. – Trafiłam wtedy na fantastycznych ludzi. Sąsiadka miała koleżankę, która dzierżawiła dwie działki i zgodziła się odstąpić nam jedną za małe pieniądze – pięć tys. zł za prawie 500 mkw., gdy podobne kosztowały 25 tys. zł. Część zapłaciłam, a część można było odrobić. Mąż – dziś już były – w ramach dopłaty położył pani ocieplenie na domku – mówi.
Starym najemcom ROD-ów obecność nowych nie podobała się od początku. – Najpierw słali do zarządu pisma, że działka jest zapuszczona. Potem, że coś na niej robimy: jest za głośno, za dużo śmieci wrzucamy do kontenera, a trawę skosiliśmy w nieodpowiednim terminie. To byli głównie ludzie w podeszłym wieku, którzy nas nie znali, lecz stale obserwowali i oceniali. Plotki rozchodziły się z prędkością światła. Nie życzyli sobie, żeby nowi zmieniali cokolwiek na "ich" terenie, więc czepiali się o wszystko. Sami niczego nie potrzebowali, więc na każdą propozycję – więcej śmietników, montaż kamer odstraszających złodziei, podjazdy – mieli jedną odpowiedź: nie. Ale jeśli kontener za bardzo się wypełnił, robili nam horror.
Kradzieże były problemem. – Z początku ginęło wszystko. Najpierw ktoś zabrał plastikowe zabawki z piaskownicy. Potem okradziono nam szopę – zniknęła pompa, cały sprzęt do prac, nawet pamiątki rodzinne, w tym stare imadło po moim tacie. Sąsiadce ukradziono komplet porządnych drewnianych mebli, sąsiadowi przyrządy do ćwiczeń. Innym razem ktoś pożyczył sobie naszą taczkę, żeby zawieźć złom do skupu, ale odstawił potem na miejsce – śmieje się pani Anna. I dodaje, że złodzieje ograniczyli działalność rok temu, po założeniu kamer.
W przekroju społecznym ROD-ów też wiele się zdaniem Anny Witeckiej zmieniło. – Starszych ludzi jest coraz mniej, bo nie dawali już rady pracować na działkach, część zmarła. Ja naprzeciwko mam fajną sąsiadkę, nie boimy się już rozmawiać. Pozwoliła nam pociągnąć prąd do słupa, który stoi na jej działce. Dzielimy się też siewkami i plonami – ja jej daję szczypiorek, ona mi smaczne jabłka na kompot.
W pandemii do żyrardowskich ROD-ów przychodziło wiele rodzin z dziećmi. – Pytali o działki do kupna, namawiali, prosili. Części się udało, wskoczyli na miejsce starszych najemców. Ale widzę, że mają do działek inne podejście. Ideałem jest kostka Bauma, równy trawnik i tuje. Grill, leżak. Działki to dla nich odskocznia na weekend, pewnie nie chcą się napracować.
Anna Witecka na swoim "Rodosie" jest codziennie, bez pracy cudów nie będzie, podkreśla. Poza tym człowiek musi się ruszać, jak usiądzie, to już nie wstanie. Ogród ma dokładnie taki, jak sobie zaplanowała: połowę zajmują warzywa i owoce, drugą – altana, domek i kwiaty, w tym wyjątkowa odmiana tulipanów. – Domek rozrósł się już tak ze dwa razy – śmieje się. – Od pięciu lat mamy prąd i wodę, wszystko sami pociągnęliśmy. Z dużych prac pozostał dach i ocieplenie. Jesteśmy tu stale od maja do września. I to jest prawdziwe życie, nie w bloku.
Co jest według niej najtrudniejsze w działkowym życiu? – Trudne są remonty, po pandemii koszty materiałów są ogromne. Ludzie też potrafią dać w kość. Ale najtrudniejsze są ślimaki. Na działce jestem codziennie i każdy poranek zaczynam od wyzbierania ślimaków z warzyw. To samo wieczorem – idę z latarką i znów zbieram co do jednego. Inaczej wszystko zjedzą.
A co jest najlepsze? – Natura. To działka pozwoliła nam przetrwać pandemię. Ma się ją nie po to, żeby zabetonować, żeby istotki pouciekały. Do mnie od dwóch lat zaglądają modliszki i wszyscy się dziwią, bo to nie ten rejon Polski. Przenoszę je ostrożnie do warzywnika, żeby pies nie pogonił. W czasie remontu odwiedził nas zaskroniec, też ma się dobrze. Stawiam poidełka dla pszczół. A krety mi nie przeszkadzają, najwyżej zrobią parę dziur.
Annie Witeckiej marzy się jeszcze tylko jedno: oczko wodne. – Ciągle nam się psuje, woda ucieka. Ale tym się zajmiemy później. Na razie ja i mój partner Rafał szykujemy się do ślubu. Nasze wesele odbędzie się oczywiście tutaj, na "Rodos". Bo gdyby nie Rafał, połowy tego raju by nie było. On ma do naszej działki jeszcze więcej serca niż ja. Chcę, by wiedział, jak bardzo to doceniam – kończy.
Karol d(r)ąży do ideału
"Działka Rodowa. Rok zał. 1982" – pod takim dumnym szyldem swoje działkowe perypetie relacjonuje w sieci Karol. Najemcą działki ROD w Krakowie został w styczniu 2024 roku. Trudno uwierzyć, że to Kraków, praktycznie środek miasta – na zdjęciach działka wygląda jak kawał najprawdziwszej wsi. Warmia? Kaszuby? Podlasie?
Nazwa profilu na Instagramie, "Działka Rodowa", to gra słów. – "Rodową" można rozumieć jako dziedziczoną z pokolenia na pokolenie, o wartości emocjonalnej i historycznej, której należy się troska. Ale to też nawiązanie do akronimu ROD, czyli rodzinnych ogródków działkowych – mówi Karol. I przy okazji zdradza, co kryje się pod słowem "Rodos". – "Rodzinne ogródki działkowe otoczone siatką" – śmieje się.
Karol "Rodowej" nie odziedziczył. – Takie wejście w dzierżawę działki jak moje nie zdarza się często. Kilka lat temu opowiedziałem znajomemu o tym, że marzę, by latem próbować własnych warzyw i ścinać do wazonu kwiaty wyhodowane od ziarenka. Własny ROD to dla mnie też powrót do pięknych wspomnień z dziadkami. Znajomy skontaktował mnie z zarządem ogrodu, o którym wiedział, że ma działkę bez prądu i wody, opuszczoną i zaniedbaną. Latami nikt jej nie chciał. Aby oficjalnie stać się działkowcem, musiałem przejść sporo formalności, m.in. napisać listy do poprzednich najemców i poczekać na trzykrotne zwrotki z poczty. Warto było być cierpliwym i się nie zniechęcać, bo – poza nielicznymi wyjątkami – ceny ROD-ów na portalach ogłoszeniowych zaczynają się od kilkudziesięciu tysięcy złotych. Nie mogłem sobie na to pozwolić – przyznaje.
Sam zadawał sobie pytanie, czy w przypadku jego działki można mówić, że "przeszła z pokolenia na pokolenie". – Myślę, że tak. Mimo że nie odziedziczyłem jej po rodzicach czy dziadkach, tylko dzierżawię ją bezpośrednio od Polskiego Związku Działkowców, "rodowa" pasuje tutaj idealnie. Poznałem trochę historię ogrodu i wiem, że od 1982 roku, gdy powstał, moją działkę miało już kilku właścicieli. Ja jestem kolejnym pokoleniem – zaznacza.
Jako początkujący miejski ogrodnik, który nie miał do tej pory nawet własnego balkonu i sadził co najwyżej cebulę na szczypiorek na parapecie, Karol z każdym dniem dostrzega coraz więcej ROD-owych trudności. – Pracy jest od groma. Od uprzątnięcia działki po poprzednich sezonach, poprzez prawidłowe planowanie siewów, pikowanie, sprawdzanie przymrozków, aż po zadbanie o to, by rośliny polubiły się w swoim towarzystwie, nie przeniosły chorób, nie wabiły ślimaków, nie wysuszały zbytnio gleby… – wylicza.
Przyznaje, że dla ogrodnika amatora niezastąpionym źródłem wiedzy jest internet, ale też PRL-owskie wydawnictwa. Ostatnio pożyczył sobie z biblioteki "Mały domek na działce" z 1979 roku, bo chciałby kiedyś postawić na swojej działce brdę według oryginalnego projektu z tamtych lat.
O trudnościach, na które natrafia, regularnie pisze na swoim profilu i niemal natychmiast dostaje pomoc. – Mogę bezpośrednio dopytać o coś bardziej doświadczonych ogrodników. Inaczej pewnie nie dotarłbym tak łatwo do tego, że np. niektóre nasiona kwiatów lubią być trzymane przed wysianiem w zamrażarce – zdradza.
Pytania miewa różne, od "Jak przenieść starą altankę z działki na działkę?" po "Czy każdy działkowiec ma ogrodniczki?".
Cel, który mu przyświeca, i ideał, do którego dąży, to działka jego babci i dziadka. – To była działka marzenie. Rosły tam dorodne morele, śliwki, wiśnie. Ogromny orzech i grusza. Zrywaliśmy agrest, truskawki, maliny. Dużą część zajmowały ziemniaki, ogórki i pomidory, marchew, kapusta i pietruszka. Były kwiaty, mały trawnik, na nim wanna do letnich kąpieli. Drewniana altanka mieściła narzędzia, sofę i kuchenne szafki. Spędziłem tam całe dzieciństwo, pomagałem dziadkom, bawiłem się. Niestety, ich już nie ma i tamtej działki też.
Gdy Karol decydował się na swój ROD, zrobił rekonesans, ale dopiero gdy przeleciał nad działką dronem, zobaczył w pełni, w co się wpakował – w gęste chaszcze i przerzedzony las. W spadku po poprzednich najemcach odziedziczył motykę, grabie i nożyce do gałęzi na wysokościach. Dokupił szpadel ("W osiedlowym sklepie taniej niż na Allegro") i gdy ziemia nieco odmarzła, z pomocą znajomych i młodych działkowych sąsiadów zaczął wykopywać grube pnie i korzenie, ciąć zmurszałe drewno i kruszyć gałęzie w rozdrabniaczu. – Czy było ciężko? Po pierwszym dniu padłem do łóżka prawie nieżywy ze zmęczenia – przyznaje.
Karol jest zwolennikiem miejskiego ogrodnictwa w duchu less waste, czyli: zanim coś kupisz, wykorzystaj to, co jest. Wprawdzie w prezencie urodzinowym zamówił sobie do posadzenia 12 rodzajów ukochanych dalii ("Poszło na to kilka stówek"), ale wiele sadzonek – np. poziomki – dostał od innych ogrodników. Na "Rodowej" zawiesił też budki lęgowe dla jerzyków i sikorek. 14 lutego, w dniu oficjalnego startu miłosnych ptasich treli, w ramach wspólnej akcji rozdawały je mieszkańcom Krakowa Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania i Asocjacja Promotorów Radosnego Ptaka [krakowski projekt obywatelsko-artystyczny – przyp. red.]. Zdaje sobie sprawę z tego, że "Rodowa" to przedsięwzięcie wieloletnie. W pierwszym roku nie nastawia się więc na wiele. – Byłbym bardzo zadowolony, gdyby udało mi się ogarnąć działkę na tyle, żeby przestała przypominać busz; zasadzić kwiaty, które w mojej hierarchii stawiam wyżej od warzyw – niechby wyrósł chociaż jeden! – i kilka drzewek i krzaczków owocowych. Może latem uda się zjeść pierwsze własne owoce? – rozmarza się.
Działkowe problemy oprócz znojnej pracy mają według Karola też piękną stronę. – Prawdziwie luksusowe życie to dziś możliwość zmęczenia się podczas pracy w ziemi, w otoczeniu natury. Dla wielu młodych ludzi, których na ROD-ach szczęśliwie nie brakuje, działka jest najlepszą odskocznią od pracy przy komputerze i siedzącego trybu życia – mówi.
Sam już tego doświadcza. – Mam świetnych sąsiadów przez siatkę, takich "do pracy i do kołaczy". Wykopaliśmy już razem drzewnego potwora i w pierwszy słoneczny dzień tej wiosny zjedliśmy "rodowe" śniadanie. Była kawa, ciasto i naleśniki z dżemem.
Zaczęło się "niemoralnie"
Działkowanie ma w Polsce już ponad 120-letnią tradycję. Najstarszy ogród działkowy na polskich terenach – ROD "Kąpiele Słoneczne" – założył w 1897 roku dr Jan Jalkowski przy ul. Budkiewicza w Grudziądzu. Przeznaczenie ogródków podpowiadała nazwa ROD-u: kąpiele w specjalnie ustawionych w ogrodzie wannach wypełnionych torfowym mułem nagrzewanym promieniami słońca. Poza tym gimnastyka, leżenie na trawie, wypoczynek. Niektórzy uznali pomysł na "niemoralny" – golasy w mule w jednym ogródku? – ale ROD-y się przyjęły. Po śmierci dr. Jalkowskiego tereny, które nabyło zainicjowane przez niego Towarzystwo Naturalnego Sposobu Życia, podzielono na działki i wydzierżawiono członkom stowarzyszenia na ogródki. W czasie I wojny światowej wyżywiły wiele rodzin.
Już nie na słoneczne kąpiele w torfie, lecz przede wszystkim na produkcję owoców i warzyw nastawione były najstarsze ROD-y w Warszawie i Katowicach. Pierwszy w stolicy, Ogród Działkowy Tramwajarzy przy ul. Odyńca (dziś ROD im. Obrońców Pokoju), założyła w 1902 roku Kazimiera Proczek, katolicka działaczka społeczna, pedagożka i feministka. Śląsk zaś od 1909 roku zaczęły pokrywać tzw. ogródki szreberowskie, od nazwiska dr. Daniela G.M. Schrebera.
Dziś nawet najmniejsze i latami nieznajdujące chętnych ROD-y są obiektem pożądania Polaków. Trwa boom na ogródki działkowe i ich renesans – współcześni najemcy to coraz częściej młodzi, 30-letni ludzie, jak zauważał na łamach "Gazety Wyborczej" Marcin Matyszkiewicz, starszy inspektor ds. terenowo-prawnych w pomorskim oddziale Polskiego Związku Działkowców. Kolejne, co się zmieniło, to ceny ROD-ów: już tylko cudem można trafić na ogródek darmowy (a kiedyś je rozdawano!) lub za 1–2 tys. zł. Ceny "Rodosów" w serwisach ogłoszeniowych dochodzą do kilkuset tysięcy złotych.
"Końca nie widać, wszyscy to przerabiamy"
Fajnie mieć działkę, prawie każdy to powie. Ale mnie interesowały trudności. Zapytałam więc kilkunastu działkowców, w różnym wieku, z różnym ROD-owym stażem i z różnych części Polski, co jest w posiadaniu działki kłopotem. I każdy odpowiedział inaczej.
Sąsiedzi ("Disco polo i pijackie libacje", "Pani ma działkę jak Wersal: trawnik z rolki, kwiaty oporządza jej sąsiadka, a bibka jest co niedziela"). Utrzymanie trawnika ("Czasem chciałbym to wszystko zaorać"). Dzikie zwierzęta ("Sąsiad nie zamknął furtki, sarny wpadły na ogródki i stratowały jak leci"). Pochyły i podmokły teren ("Co roku woda stoi po kolana"). Przepisy ("Kary za studnie abisynki? Żart"). Dzikie róże, czeremcha, jeżyny ("Jak się to rozrośnie, nie wyrwiesz nawet kombajnem"). Włamania ("Dopiero trzecie mnie dobiło"). Bóle pleców ("Wszyscy to przerabiamy, bo końca pracy nigdy nie widać, ale od czego są fizjoterapeuci").
Ale najgorszy – i tu działkowcy są zgodni – jest strach, że ROD-ów mogłoby nie być.
Tekst pierwotnie ukazał się 28 marca 2024 roku.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl