Jakie praktyczne i teoretyczne korzyści odnosimy z wypraw w świat działek, opowiadają dziennikarka i działkowiec Agnieszka Kowalska oraz antropolożka kultury i badaczka działkowych przestrzeni Magdalena Zych.
I DZIAŁKA W PRAKTYCE
Rozmowa z młodym działkowcem
Agnieszka Kowalska: Mam misję - wyciągać ludzi na wagary
Agnieszka Kowalska, dziennikarka, działkowczyni, autorka książek "Zrób to w Warszawie!" i "Hej, Szprotka!" oraz albumu "Warszawa. Warsaw", inicjatorka wielu miejskich działań, od pewnego czasu wsiąkła w działkowanie. Gdy rozmawiamy o jej nowej, zaraźliwej pasji w Robotniczych Ogródkach Działkowych w kwadracie ulic Kinowej i Międzynarodowej oraz alej Waszyngtona i Stanów Zjednoczonych w Warszawie, co i rusz ktoś zagląda przez niski płotek. - To kalina jest? Pani to sama wyhodowała? - zagaduje dziarska sąsiadka, a Agnieszka odkrzykuje, że odziedziczyła po poprzednich właścicielach. Chwilę rozpływają się obydwie, jak pięknie pachnie, Agnieszka zachęca, by sąsiadka nacięła sobie do bukietu. - Ale pomidorów będzie miała zbiór! - cieszy się inny przechodzień, mówiąc do Agnieszki w trzeciej osobie. Na działkach czas płynie wolniej, a relacje wydają się bardziej serdeczne.
Jak tu trafiłaś?
- Przez przypadek. Koleżanka sprzedawała działkę, żal mi się zrobiło, żeby to poszło w obce ręce, bo spędziliśmy tu dużo przyjemnych chwil. Akurat miałam parę złotych i odkryłam, że działki są super, gdy zaczęłam się już dusić na swoim minibalkonie. Dostać nagle pole do popisu w postaci 300 metrów kwadratowych, które okazują się solidną działką, to nie lada przyjemność! Możesz się nauczyć uprawy, ale też mieć przestrzeń do goszczenia przyjaciół. Korzystam z tego - oczywiście sekcja kocykowo-piwna w gronie znajomych jest najliczniejsza, ale zdarzają się i tacy, którzy od razu chwytają za szpadel. Można tu przyjechać z dziećmi, pokazać im, jak to jest być w naturze, nauczyć, jak rosną rośliny. Ja zaś zyskuję cudownych pomocników, którzy śmigają z konewką. Niewykluczone, że w przyszłości zaanektuję większy kawałek działki na warzywa, bo wielu moich przyjaciół chciałoby mieć tu swoje grządki.
Twoi rodzice mieli działkę?
- Nie, byli nowoczesnymi mieszczuchami, za to dziadkowie mieli działkę w Wałbrzychu. Stamtąd znam te wszystkie smaki dzieciństwa: kalarepki, słodkie groszki, które chciałabym mieć też u siebie. Nie jestem przy tym typem zaoranym przez rodzinę robotą na działce, a widzę, że niektórzy młodzi, którzy musieli skopywać i pielić jako dzieci, niechętnie podejmują się uprawy na własną rękę. Jeśli już nawet działkę odziedziczą, wolą przekształcić ją w "wybieg" ze skoszoną trawą i grillem. Mnie natomiast bardzo cieszy to, że wchodzę w przestrzeń, którą już ktoś przede mną "zrobił", urządził. Bo ja jestem, jak mówią sąsiedzi z przymrużeniem oka, "eko", co w ich nomenklaturze znaczy, że mam tu trochę bajzel. Gdy w zeszłym roku weszłam na działkę po raz pierwszy, była po pachy w chwastach. Na początek postanowiłam zagospodarować połowę. Skosiłam co nieco, zasadziłam pierwsze warzywa, przycięłam winorośl, która na szczęście odbiła, a była już strasznie zapuszczonym drzewiszczem. Razem z przyjacielem zrobiliśmy z niej nawet wino, wyszło grochowskie beaujolais nouveau! Jak na pierwszy raz i totalny brak doświadczenia, uznałam moją ogrodniczą inicjację za sukces i w tym roku śmiało idę dalej.
Co w takim razie dzisiaj tutaj rośnie?
- Mam jabłonkę i iglaki, wielkie drzewo magnolii od sąsiada, mam jarzębinę, kalinę, bzy. Piękne peonie i irysy, które zajęłyby mi kupę czasu, gdybym musiała je sadzić od zera. Cieszę się też, że przez rok mogłam poobserwować, co i gdzie rośnie. Mam też "mikroogród japoński", zasadziłam pigwowiec japoński, wierzbę hakuro, trawułę japońską i nippońską. Przy płocie jest agrest i porzeczki, dosadziłam truskawki, które mama przyjaciółki przywiozła z majówki na wsi, trochę roślin z giełdy ogrodniczej, trochę od sąsiadów z działek.
No właśnie, gdzie się zaopatrujesz? W marketach budowlanych pewnie strach kupować rośliny jadalne?
- W zeszłym roku sklepy mnie poratowały, bo było za późno na rozsady w domu. Pojechałam więc na Halę Mirowską, dokąd przyjeżdżają rolnicy z całego Mazowsza. Gatunków pomidorów mają tam ze dwadzieścia, podpowiedzą, co mało wymagającego posadzić i jeszcze jak się o to zatroszczyć. W tym roku podratowałam się też sadzonkami z bazarku na rondzie Wiatraczna, który jest po sąsiedzku, bo z kolei za wcześnie wysiałam niektóre rzeczy i zmarzły podczas kwietniowych przymrozków. Mam małe mieszkanie, a że okna wychodzą na południową stronę, wszystko u mnie rośnie jak dzikie i w pewnym momencie cały dom miałam zastawiony sadzonkami. Kolega zrobił u siebie rozsady dyń i papryczek chili, bo ma w planie dyniowe czatneje na jesieni.
Skąd jeszcze czerpiesz wiedzę, co i jak sadzić?
- Najwięcej uczę się, spacerując po okolicznych działkach. To moje wielkie hobby. Zaglądam ludziom przez płoty, dzięki czemu widzę, co sadzą i jak, w jakich odległościach, jakie podpory stosują do pomidorów. Często się też zdarza, że ktoś przystanie, rzuci życzliwą uwagę - mam tu np. sumak, na który działkowcy reagują alergicznie, bo to agresor i trzeba go wyplenić. Myślałam, że to piękne drzewo i dlatego rośnie na każdym podwórku, a to po prostu szkodnik działkowy, który jest bardzo ukorzeniony i wybija co i rusz w innym kącie. Dowiedziałam się też, że topinambur i mięta są równie inwazyjne. Sporo starszych osób trochę się tutaj nudzi, bo po kilkudziesięciu latach ich działki są już perfekcyjne, więc służą sadzonkami i dobrą radą. Te ogródki działkowe oficjalnie rozpoczęły działalność w 1940 roku, do dzisiaj istnieje tu kilka ziemianek-bunkrów, w których ludzie ukrywali się w czasie wojny, kiedy to stołeczne działki żywiły pół Warszawy. Na początku w obrębie naszego ROD-u nie były grodzone, to się zaczęło w PRL-u.
Jako działkowiec odkrywam też, jak bardzo nie ruszałam się przez lata pracy w redakcji. Nie chciało mi się biegać na siłownię choćby dwa razy w tygodniu, a tutaj przychodzę codziennie rano na spacer z psem, gimnastykuję się przy rabatkach i robótkach ogrodniczych. To jest mój fitness!
Taka średnio intensywna, ale codzienna aktywność fizyczna jest najlepszym rodzajem ruchu z punktu widzenia długowieczności!
- Tak, widzę, jak to działa na osoby starsze. Niektóre ledwo idą, wychodzą z sąsiednich bloków noga za nogą, w domowych kapciach, ale idą - i wydaje się, że jak przestaną przychodzić na działkę, to umrą. Mamy cudownych emerytów, którzy dopiero tutaj mogą się dowartościować, bo mają piękny ogród, są szanowani, ktoś od nich czerpie wiedzę. To jest ich enklawa. Czasem też dorabiają, wystawiając stoliczki z plonem swojej działki w alejkach. Sąsiedzi z bloków obok już się nauczyli, że warto przejść się działkami nie tylko dla urody tego miejsca, lecz także dlatego, że można tu kupić taniutki, a piękny bukiet konwalii za złotówkę. Zawsze to jakaś forma wsparcia współdziałkowców.
Ja też na działce odżywam. I śmieję się, że już prawie przeprowadziłam swoje biuro do ogrodu, zaraz będzie z tego nowy trend! Wystarczy prąd i przenośny internet. Nie każdego stać oczywiście na taki luksus - przeniesienie się z pracą na działkę - przewagę mają tu wolne zawody. Mam coraz więcej względnie młodych znajomych, których dopadają różne straszne choroby cywilizacyjne, udary mózgu, nerwice. Wyhamowanie jest potrzebne, więc obok uprawy prowadzę tu misję wyciągania ludzi na wagary - na kocyk, na piwko. Przeprowadzam przez ogrody, widzę, że się wciągają.
Byłabyś w stanie wyżywić się ze swojej działki?
- Tak, jak najbardziej. Teraz mam sześć sadzonek cukinii, sześć dyń, trochę papryki, dużo pomidorów, ogórki, groszek, bób, zioła i owoce. To niby jest moda, hipsterska zajawka, starzy działkowcy też patrzą na nas z nieufnością, że tylko się bawimy, że nic z tego nie będzie, zaniedbamy to. Ale są tacy - nawet bardzo młodzi - którzy od razu brną w warzywa. Zaczynają od skopania działki na warzywnik, czego już starsi sąsiedzi najczęściej nie robią, bo nie mają siły. W mojej alejce nie ma już całkiem warzyw.
Doświadczona sąsiadka, pani Ola - lat 82, 45 lat na naszych działkach - powiedziała mi ostatnio: No, pani Agnieszko, pani to będzie miała w tym roku najpiękniejszą działkę w okolicy! To był dla mnie wspaniały komplement. Działka to jest luksus w cenie używanego samochodu. A ile z tego korzyści! Wybór należy do nas.
II ŹRÓDŁA WIEDZY - PRAKTYCZNE, POLECA AGNIESZKA KOWALSKA :
Chętnie korzystam z broszury "Ogród warzywny na 200 metrach kwadratowych" autorstwa Bronisława Gałczyńskiego, wydanej ponad 70 lat temu. Dzisiaj jest PDF-em do pobrania z sieci albo podejrzenia w bibliotece multimedialnej Polona . To bardzo praktyczny przewodnik, który pokazuje, jak z 200 metrów kwadratowych wycisnąć tyle warzyw, by wykarmić całą rodzinę. Wytłumaczone jest to bardzo prosto: co zasadzić najpierw, co potem, jak to pielęgnować. Bardzo oldskulowe, ale idealne.
Uwielbiam program
"Gardeners' World" na BBC
, prowadzony przez Monty'ego Dona. Na Wyspach jest niemal tak popularny jak królowa. Pierwszy ogrodnik Anglii. Charyzmatyczna postać - podobnie jak moja mama przeszedł niedawno udar mózgu, ale wyszedł z tego, m.in. dzięki pracy w ogrodzie. Prowadzi programy telewizyjne, magazyn ogrodniczy, pisze świetne książki. Każdy kolejny sezon programu "Gardeners' World" (a było ich już 50!) zaczyna się wtedy, kiedy natura budzi się do życia. Monty pokazuje piękne przykłady ogrodów z Wielkiej Brytanii i świata, ale przy tym cały czas kopie we własnym ogródku, daje zadania na weekend.
Czytam bloga Roślinne Porady , którego odkryłam na Instagramie. Sebastian Kulis zamieszcza tam piękne zdjęcia plonów z obszernymi opisami w kategoriach: zbieraj, smakuj, korzystaj. To droga od wyhodowania do gotowania. Ja jeszcze nie jestem na tym etapie, na razie kładę składniki obok siebie na talerzu, ale przynajmniej wiem, że kładę własne i właściwe.
W swojej biblioteczce mam ponadto m.in. bardzo przydatne książki "Kwiaciarstwo" i "Warzywnictwo" z lat 70., nie mogę się też doczekać, aż grupa architektów i socjologów Parerga wyda książkę o fenomenie polskich działek. Wojtek Mazan w ramach tego projektu już od dwóch lat systematycznie fotografuje altanki działkowe i umieszcza na Instagramie pod hasłem "Atlas Altan". To dopiero będzie coś!
III DZIAŁKA W TEORII
Rozmowa z antropolożką kultury i badaczką działek
Magdalena Zych: Realizować samego siebie w mieście
Magdalena Zych jest antropolożką kultury, badaczką współczesnych kolekcji etnograficznych, pracuje w Muzeum Etnograficznym w Krakowie, gdzie w latach 2009-2012 koordynowała prace zogniskowane wokół tematu ogrodów działkowych. Działania wieloosobowego zespołu doprowadziły do powstania wystawy "dzieło-działka" i towarzyszącej jej publikacji pod tym samym tytułem. Ma w biografii epizod działkowy.
Profesor Roch Sulima pisał w sierpniu 2000 roku, że: "Z obecnością na tzw. pracowniczej działce nie wiąże się dziś żaden istotny, atrakcyjny społecznie, model zachowania społecznego, jakiś pożądany publicznie typ aktywności, nawet w sferze rekreacji. Wzór życia użytkowników działek, w większości emerytów i rencistów, znalazł się wśród wzorów gwałtownie się degradujących"*. A jednak dziś to już chyba nieprawda. Zainteresowanie działkami wróciło na dobre?
- Kiedy kończyliśmy prowadzić badania w ogrodach działkowych na przełomie roku 2011 i 2012, a zatem około pięciu lat temu, to się właśnie zaczynało. Zarówno badacze z Wrocławia i Katowic, jak i krakowski zespół zauważali coś nowego. Było widać, że pokolenie wnuków - nie dzieci, lecz właśnie wnuków działkowców! - melduje się na działkach jako autonomiczni ogrodnicy.
Na podstawie moich rozmów z przedstawicielami regionalnego środowiska działkowego widzę, że to zainteresowanie cały czas się utrzymuje. Wśród nowych działkowców jest spora grupa osób z małymi dziećmi, albo takich, które wiodą w mieście intensywne życie i nie mają złudzeń, że to miałoby się wkrótce zmienić. Ci szukają dla siebie miejsca z dostępem do natury i znajdują je na działkach. A to jest już de facto coś, co łączy najstarsze pokolenie działkowców z tymi najmłodszymi stażem: w ramach działki mogą realizować samych siebie w mieście. To przestrzeń autonomiczna, która jest podatna na nasze oddziaływanie, a przy tym też oddziałuje na nas. Wzajemność tej relacji jest w mieście dość niespotykana. Co ciekawe i istotne, ma też często wymiar niekomercyjny. Działki tworzą ważną przestrzeń transmisji bezpłatnej wiedzy ogrodniczej, wystarczy dobrze żyć z sąsiadami, by wiele się nauczyć, a nie są to proste rzeczy. Dodatkowo Polski Związek Działkowców organizuje kursy ogrodnicze dla adeptów sztuki, całkiem nieźle rozwinięte jest poradnictwo. To nie muszą być weekendowe szkolenia za duże pieniądze.
Czy dostrzegli państwo również jakieś "niepraktyczne" korzyści płynące z działkowania?
- Istnieje wiele sposobów bycia działkowcem na poważnie, które dużo mówią o naszym człowieczeństwie. W książce "dzieło-działka" wydanej przez Muzeum Etnograficzne pisałam m.in. o duchowym aspekcie bycia na działce, w otoczeniu roślin, o tym, że to jest ogród na serio, nawet jeśli ma niewielką przestrzeń. Miejsce zamieszkiwane, wypełnione pracą, to nie kolejna przestrzeń wizualnej konsumpcji. Bo to, co nie wydarza się w podobnym stopniu przy doniczkach na balkonie, będzie już miało miejsce wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z porami roku, temperaturą, wilgotnością, wiatrem, słowem -tym wszystkim, co trzeba brać pod uwagę, jeśli pracuje się pod gołym niebem. W miastach jest tego doświadczenia mało, a ono jako coś, co czyni nas bardziej ludźmi, jest cenne. Doświadczenie działki w naszej książce zostało opisane z różnych perspektyw. Staraliśmy się zrozumieć reguły świata, który karmi, inspiruje artystów, koi ducha, pozwala na eksperymenty i na spędzanie czasu samemu ze sobą. Na działkach można przy tym mieć bujne życie towarzyskie.
Czy młodzi wpływają jakoś na zastaną działkową rzeczywistość?
- Ich pojawienie się modyfikuje styl działkowania, bo inaczej wygląda ogród prowadzony przez osobę, która ma mało czasu i mnóstwo innych obowiązków, inaczej przez emeryta, który decyduje się cały swój czas poświęcić roślinom. Ludzie zajęci na przykład wyjeżdżają, w tym czasie działka schnie - o ile ktoś za nich jej nie podlewa. Doświadczeni działkowcy nie wyobrażają sobie takiej sytuacji. Działka staje się więc poligonem doświadczeń, dogadywania się młodych ze starszymi stażem działkowcami. Jest to intrygujący obszar społecznego dialogu.
Dziś również przepisy zabraniają pewnych praktyk, które stanowiły niegdyś o atmosferze bycia na działkach. Przykładowo, wódka i ognisko zostały zastąpione przez piwo i grill, bo miejskie prawodawstwo zabrania palenia otwartego ognia. Ciekawa jest też kwestia stosowania środków owadobójczych i nawozów na działkach - jeśli poczyta się "Działkowca", widać, ile na reklamę wydają wielkie koncerny chemiczne produkujące środki ochrony roślin. To uzmysławia także, ilu działkowców stosuje je w imię posiadania roślin pięknych i dorodnych, ale niekoniecznie zdrowych, bo istotne jest dla niektórych to, "żeby się pokazać". Ale gdyby zdarzył się nam kryzys żywnościowy, to działkowcy będą jedną z desek ratunku, tak jak bywało to już w przeszłości wielokrotnie.
Czy działki stanowią zatem potencjalnie alternatywny obieg jedzenia? Czy może należałoby nad takim obiegiem pracować systemowo?
- Myślę, że to się samo reguluje. Gdy zachodzi sytuacja społeczno-ekonomiczna, która wymusza znalezienie alternatywnych dróg, to się po prostu samo dzieje: ludzie rzucają się uprawiać ziemię, i to wszędzie. Zryw działkowy wymuszony kryzysem gospodarczym w latach 80. zostawił w części badanych istotny ślad w postaci pewnej zapobiegliwości; notabene na każdej działce, choćby była ona pomyślana jako rekreacyjne miejsce, znajdowała się jakaś roślina do spożycia - zioła, drzewa owocowe bądź krzewy, raczej coś prostego. Warzywniki nie są czymś powszechnym, ale okoliczności mogą skłonić ludzi do zwiększenia tego typu produkcji.
Warto przy tym pamiętać, że mamy teraz bardzo szeroki dostęp do żywności. Na wielu wsiach dystrybuuje się nadwyżkowe towary przysyłane przez Unię Europejską, włącznie z warzywami i owocami. Niektórzy nie mają ogródków, bo wszystko kupują w dyskontach. To tu leży problem, nie w miastach, których mieszkańcy wbrew pozorom mają dzisiaj większy dostęp do dobrego jedzenia niż ci, którzy mieszkają na wsi - chyba że jednak o własną żywność się starają.
To bolesny paradoks!
- Tak, i to jest realna kwestia do zmiany. Jeśli ktoś kolejny sezon dostaje za darmo jabłka, to przestaje dbać o sad, o ile z niego nie żyje. Wycina stare drzewa, nie uprawia niczego w ogródku, bo idzie po to do sklepu.
Będzie pani kontynuować badania nad działkami?
- Mam pomysł na rozwinięcie tego tematu. W Europie po II wojnie światowej działki stały się miejscem kojenia nerwów dla wielu weteranów wojennych. Chyba nikt nie przeprowadził takich badań w Niemczech, ale wiem, że jest to fenomen opisany w Wielkiej Brytanii, a i wśród naszych rozmówców w Polsce zdarzali się przedstawiciele pokolenia wojennego. To były spotkania, które unaoczniły nam, jak potrzebna okazała się hortiterapia [terapia wykorzystująca pracę z roślinami w leczeniu pacjentów - przyp. red.], pytanie, czy zamierzona?
To coś w rodzaju współczesnego sanatorium, tylko bliżej? Nie jeździ się do wód, tylko na swój spłachetek zieleni?
- Tak, chociaż obok zdrowia bardzo widoczna jest tu też troska, odpowiedzialność za rośliny, za to, jak świat na działce się kształtuje. A przecież podlega on różnym destrukcyjnym katastrofom przyrodniczym: atakom mszyc, oberwaniu chmury, powodziom. I bardzo ciekawe jest to, jak my, ludzie, troszczymy się o ten świat. I jak robią to weterani po tym wszystkim, co przeszli.
IV ŹRÓDŁA WIEDZY - TEORETYCZNE:
Rezultat prac ekipy Muzeum Etnograficznego w Krakowie nad tematem kultury ogrodów działkowych
"dzieło-działka" (2012)
, czyli książka prezentująca efekty trzech lat refleksji i badań na temat "fenomenu działek - ich estetyki, dynamiki społecznej, obrzędowości i sposobów konstruowania przestrzeni", jak pisała w artykule "Dzieło to działka. Działka to ograniczenie" Łucja Piekarska-Duraj. 400 stron analiz, wywodów, zdjęć i zadumań to bodaj najbardziej kompletny polski zasób wiedzy poświęconej znaczeniom tych zielonych przestrzeni w mieście.
Ciekawym uzupełnieniem jest wydawnictwo będące efektem projektu pokazanego jako wystawa w Centrum Architektury w Wiedniu zatytułowane "Hands-on Urbanism. The Right to Green" (2012) , zredagowane przez kuratorkę Elke Krasny. Książka dokumentuje wszelkie miejskie przejawy zielonego życia z roślinami - zwłaszcza spożywczymi - w okresie od 1850 do 2012 roku zarówno w Europie, jak i w USA czy Ameryce Południowej. Katalog zawiera też kilka ciekawych manifestów ogrodniczych z XIX i XX wieku.
"Między rajem a śmietnikiem. Smutek warzywnych ogródków"
Rocha Sulimy - tekst opublikowany w przełomowej "Antropologii codzienności" (2000), portretuje praktyki działkowe lat 80. XX wieku.
"Miejskie gry w zielone" - wkładka do magazynu "Lampa i iskra boża" , będąca efektem sesji naukowej "Zieleń miejska (w Warszawie). Inspiracje, analizy, paralele", która odbyła się w 2012 roku w Instytucie Kultury Polskiej UW. Zawiera krótkie i swobodniejsze teksty poświęcone polskim (głównie warszawskim) i zagranicznym (Tajlandia!) emanacjom działkowego fenomenu, tworząc swoiste glossy do tematów zasygnalizowanych równolegle przez "dzieło-działka".
* Roch Sulima, "Antropologia codzienności", Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2000. Agata Michalak. Dziennikarka, redaktorka, z wykształcenia kulturoznawczyni, pisze o przyjemności płynących z kultury (i) jedzenia. Współtworzyła i prowadziła magazyn kulturalno-kulinarny "Kukbuk", szefowała miesięcznikowi "Aktivist", pisała do berlińskiego dwutygodnika "Zitty", "Wysokich Obcasów" i "Exklusiva". Prowadziła autorską audycję w Radiu Roxy i bloga o ekodizajnie. Ciekawi ją życie wielkich miast. Autorka książki "O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.