Społeczeństwo
Dom Sylwestra po trzech latach (fot. Archiwum prywatne)
Dom Sylwestra po trzech latach (fot. Archiwum prywatne)

Sylwester 

Sylwester na początku powiedział żonie, jak będzie przez następne trzy lata: on spędzi wszystkie urlopy na budowie, nie będą mieli możliwości nigdzie wyjechać i każdy zaoszczędzony grosz pójdzie na materiały. 

"Czarno to widzisz, na pewno nie będzie tak źle" – zaprotestowała. 

– A później przyznała mi rację – mówi 33-letni Sylwester, który robi wrażenie pogodzonego z życiem. 

Pracuje w MON. Ocenia, że od jego pracy dużo zależy. Za swoje błędy może odpowiedzieć materialnie – karą od 100 zł do kwot, przez które może pójść z torbami. Więcej powiedzieć nie może. 

Dom na wsi w okolicach Lublina miał mieć około 130 mkw.: cztery pokoje, dwie łazienki, salon łączony z kuchnią. Sylwestra było stać na kupienie materiałów do budowy domu, ale nie na robociznę. Zapłacił za to, czego nie umiał zrobić sam – za postawienie ścian i przykrycie dachu. To zrobili fachowcy, chociaż wyręczył ich w niektórych pracach. – Obsypałem i ociepliłem sam fundamenty, zrobiłem izolację pionową, wszystkie prace porządkowe, rozbieranie szalunków i niezbędne roboty ziemne. Murarz odliczył mi za to kilka tysięcy, a to było kilka dni pracy raptem – mówi. 

Zlecił też łazienki, bo uznał, że nie da się ich zrobić starannie za pierwszym razem. Z hydraulikiem nawet się zaprzyjaźnił. Ostatnio umówili się na ryby. 

Z żoną podzielili się pracą tak, że ona na budowie sprząta, on pracuje. Od trzech lat kończy pracę o piętnastej, je obiad w domu i idzie na budowę na kolejne pięć–siedem godzin. W soboty spędza tam cały dzień, w niedzielę odpoczywa.  

Urlopy też spędza w przyszłym domu. Podczas wolnego w 2020 roku zajmował się formalnościami, kupowaniem materiałów i fundamentami. Podczas kolejnego urlopu robił elektrykę, zabudowę strychu i układał styropian na posadzkach. W następnym roku ocieplał ściany – trzy tygodnie pracy po 12–15 godzin. Kiedy pogoda się psuła, zajmował się montażem gniazdek i przygotowywaniem stelaża pod płyty karton-gips. W tegoroczne wakacje zajął się gładziami, malowaniem i montowaniem schodów na strych.  

Bolą go plecy, rano z bólu aż się budzi. Mówi, że musi się rozruszać i jest już dobrze. Przyznaje, że remont w walce z tymi dolegliwościami nie pomaga, ale jak mówi, ma 33 lata i młodszy się nie robi. 

Fundamenty domu Sylwestra (fot. Archiwum prywatne)

Większości rzeczy uczy się na bieżąco, noce spędza na YouTubie. Kiedy kładł gładzie, zaczął robić to blichówką [specjalną szpachelką – przyp. red.], metr po metrze, w żółwim tempie: z przerażeniem myślał o 600 mkw. po ścianach i sufitach. Ktoś mu powiedział, że może kupić wałek do gładzi. I okazało się, że jest to "bajecznie proste". 

Frustrujące jest to, że jak człowiek coś podłapie, to za chwilę ten etap się kończy i trzeba coś innego zacząć robić. Jakbym drugi dom robił, to byłoby łatwiej, ale… mam nadzieję, że do tego nie dojdzie – śmieje się. 

Największą wpadkę miał z malowaniem. 

"Nie bierz tej farby do podkładu" – radził Sylwestrowi glazurnik, który mu zrobił płytki w łazience. Sylwester nie posłuchał. Położył to, co kupił, i zaczął malować ściany. Była zima, wcześnie robiło się ciemno, więc pracował przy halogenie. Sprawnie szło. W sobotę przyszedł i w świetle dziennym zobaczył, że ściany są pomarszczone – zrobił się, jak mówi, "baranek". 

– Papier ścierny i lecisz – powiedział przez telefon glazurnik. 

Sylwester zacisnął zęby, dał głośniej muzykę i zaczął trzeć, aż odpadała mu ręka. Zdjęcie farby zajęło mu kolejne trzy tygodnie. – Trzy lata temu byłbym bardziej wkurzony – mówi. – Może się człowiek uodpornił? 

Chwilami ma wrażenie, że zajmuje to za dużo czasu, ale widzi, w jakiej sytuacji są znajomi, którzy wzięli kredyty hipoteczne: on dzięki swojej pracy mógł wziąć znacznie mniejszy, gotówkowy, i cieszy się ze swojego wyboru. 

Dużo się nauczył. Na przykład skręcanie mebli – bardzo to polubił. Gdyby musiał się przebranżowić, mógłby się tym zająć zawodowo. 

– Remont wpadł wręcz w moje hobby – mówi. – Kiedyś byłem gadżeciarzem, nowy smartfon co rok. Teraz wolę kupić laser budowlany i zestaw śrubokrętów. Bardziej mnie to cieszy. 

Podoba mu się praca w pojedynkę. Słucha wtedy podcastów, robi, co trzeba zrobić, i nie myśli o niczym więcej. Niedługo będą się wprowadzać, parter jest gotowy. Odpocznie i skończy piętro, gdzie zostało już tylko dokończenie gładzi w dwóch pokojach i malowanie. 

– Wydaje mi się, że jak skończę dom, nie będę miał co robić. Mam taki stary budynek gospodarczy... chyba tam sobie zrobię warsztat. Może to już wpada w pracoholizm? – zastanawia się. – Ale człowiek musi mieć jakieś zajęcie – dodaje. 

Lubi pracować, nie lubi siedzieć na tyłku. Jeśli odpoczynek, to najlepiej około tygodnia. Aktywnie, choćby w górach, żeby się zmęczyć. – Trochę jak na budowie – mówi. 

Większości rzeczy uczy się na bieżąco, noce spędza na YouTubie (fot. Archiwum prywatne) , Kiedy kładł gładzie, zaczął robić to blichówką metr po metrze, w żółwim tempie (fot. Archiwum prywatne)

Marek 

Drzwi i okna były otwarte, sąsiedzi zaglądali zdziwieni do środka. Marek mówi, że w ciągu dziesięciu lat pobytu w Niemczech tylko raz słyszał, żeby Niemiec sam zabierał się do remontu domu. Zazwyczaj wynajmuje się fachowców.  

Marek mieszka z rodziną w małym miasteczku w Nadrenii Północnej-Westfalii, tuż przy granicy z Holandią. Pierwszego dnia remontu zjechało się do nich 16 osób: sami Polacy, kilka rodzin. Najmłodszy był jego pięcioletni syn, najstarszy – 58-letni sąsiad. Było lato: piwko, muzyka i kebaby. Od rana do dziewiątej wieczorem zrywali stare tapety. On razem ze szwagrem skuwali kafelki młotem pneumatycznym kupionym na tę okazję. Dzieci trochę im pomagały, a trochę siedziały w ogrodzie, który Marek zdecydował się "zaorać" i zrobić w nim wszystko po swojemu.  

Policzył, ile kosztowałoby go zrobienie remontu przez specjalistów: 35 tys. euro, jego roczny dochód [około 160 tys. zł według kursu z lipca 2021 – przyp. red.]. "Albo zrobię to sam, albo nie starczy mi na kuchnię i meble" – wyliczył. Wziął miesiąc urlopu i pierwszego dnia zaczął remont.  

Razem z żoną zaciągnęli kredyt na 30 lat. Dom kupili 200 m od dawnego, wynajmowanego, mieszkania. Okazało się, że na remont zostały im trzy tygodnie, bo pośpieszyli się z wypowiedzeniem umowy.  

– W niedzielę po pierwszym dniu było ciężko, były zakwasy – przyznaje – ale jak chcesz coś ogarnąć i robisz sam dla siebie, to wiesz, że jest to coś warte.  

Drugiego dnia wstał po piątej, wypił kawę i zabrał się do pracy. Dalej pracowali już tylko we dwójkę z kolegą z Polski. Ten miał przerwę od pracy na tirze, ponieważ stracił na trzy miesiące prawo jazdy za przekroczenie prędkości. Przyjechał, żeby Markowi pomóc.  

Elektryka, szpachlowanie, docieranie szpachli, pierwsze malowanie podkładem. Układanie podłogi, nowych kafelków, montowanie kuchni, drugie malowanie, skręcanie mebli.  

Dom nie był duży, 116 mkw., ale na tej przestrzeni mieściły się cztery sypialnie, dwie łazienki i salon, a ogród miał basen. Marek chciał mieć rolety elektryczne regulowane przez telefon. Z filmików na YouTubie na bieżąco uczył się, jak podpiąć kable, żeby nie robiło się zwarcie.  

Marek mieszka z rodziną w małym miasteczku w Nadrenii Północnej-Westfalii (fot. Archiwum prywatne) , Pokój syna (fot. Archiwum prywatne) , Parter (fot. Archiwum prywatne)

Pracuje w firmie drukarskiej, gdzie obsługuje maszyny. Robi swoje, po ośmiu godzinach idzie do domu, reszta go nie interesuje. Mówi, że fizycznie praca nie jest ciężka. Ma 35 lat, osiem lat doświadczenia w tej firmie i nie pozwoliłby sobie pracować ponad siły za nie najlepsze pieniądze.  

Remont za to robił od szóstej do dwudziestej drugiej. Pod koniec każdego dnia zastanawiał się zestresowany, co ma zrobić jutro: czy ma wszystkie materiały? Wyrabia się z założeniami? Plan zaczął się sypać, kiedy okazało się, że część płytek, które kupił, była uszkodzona. Zrobił reklamację; kolejna partia towaru znów okazała się wadliwa.  

W domu rodzinnym w Polsce nie było pieniędzy, zdarzały się miesiące, kiedy jadło się głównie chleb. Marek chciał mieć coś więcej. – Nie ma, że nie dam rady. Choćby skały sra*y, to i tak ma być zrobione – mówi.

W ciągu trzech tygodni schudł cztery kilo, ale zdążył. Ostatni tydzień urlopu spędzili z rodziną już w nowym domu. Prawie cały czas przeleżał w ogrodzie i w łóżku – nigdy nie był tak wyczerpany.  

– Zadbałem o szczegóły – odcięcie między ścianą a schodami jest zrobione precyzyjnie, akryl jak trzeba, żadnych dziur – chwali się.

Nie wszystko jednak wyszło idealnie. "Uciekło" mu kilka płytek – są nierówno, ale na szczęście w miejscach, które miały być zasłonięte meblami. Gdyby zatrudnił specjalistów, wymagałby innego standardu. Uznał, że samego siebie nie będzie się czepiał. Mimo niedociągnięć jest tak, jak chciał. Wydał mniej więcej tyle, ile zakładał – około 29 tys. euro [około 130 tys. zł według kursu z lipca 2021 – przyp. red.]. 

Od kilku miesięcy jest na zwolnieniu lekarskim; ma problemy z plecami, ale tłumaczy, że to przez pracę w drukarni.  

Ta przyjemność, że sam to zrobiłeś, przygotowałeś wszystko... Wieczorem lubię usiąść z drinkiem w ogrodzie i po prostu pooglądać – mówi.  

Jego wymarzony dom jest parterowy. Teraz nie udało się takiego kupić, ale Marek zamierza dopiąć swego. Przypuszcza, że gruntowny remont kolejnego, tym razem idealnego domu czeka go jeszcze raz. Ale wolałby dać sobie na niego więcej czasu.  

Sylwia i Wojtek 

– Podłoga próchnieje, przeciekały prysznice i piętro niżej zrobiły się zacieki. Zaczęła się sypać kuchnia. Albo teraz coś się zrobi, albo będzie potrzebny gruntowny remont – Wojtek ocenił prawie 80-letni drewniany budynek w Teremiskach.   

Jest członkiem stowarzyszenia prowadzącego Dom Przyrody i Kultury w Teremiskach. Założyła je grupa osób zaangażowanych w Obóz dla Puszczy, czyli inicjatywę przeciwdziałającą wycince Puszczy Białowieskiej. Sam dom należy do Adama Wajraka. Odbywają się tam warsztaty i festiwal Dzikie Jest Piękne. Kiedyś mieściła się tam wiejska szkoła połączona z małym internatem dla 25 osób, ale obecnie nikt tam nie mieszka.  

Podłoga próchnieje, przeciekały prysznice (fot. Archiwum prywatne) , Piętro niżej zrobiły się zacieki (fot. Archiwum prywatne) , Zaczęła się sypać kuchnia (fot. Archiwum prywatne)

Wojtek na co dzień mieszka pod Warszawą. W czasie wolnym od pisania doktoratu zajmował się drobnymi naprawami w starym domu w Teremiskach. Nie był jednak w stanie sam zrobić wszystkiego, a stowarzyszenie nie miało pieniędzy nawet na mały remont. 

Dlatego uznali, że spróbują wyremontować dom z pomocą wolontariuszy. Wydarzenie na Facebooku nazwali "turnusem remontowym". Zaproponowali nocleg, wspólne wyjście do puszczy, edukacyjny spacer z ornitologiem. W zamian oczekiwali około sześciu godzin pracy dziennie przy remoncie domu.  

Nie byli pewni, czy ktokolwiek uzna remont starego domu w wiosce pod Białowieżą za atrakcyjną propozycję spędzenia wolnego czasu. 15 osób tak pomyślało. Ktoś znał to miejsce, ktoś był zaangażowany w działalność na rzecz puszczy, kilka osób, które – jak mówi Wojtek – "szukały swojego miejsca".  

Wśród wolontariuszy była Sylwia. Jest nauczycielką, mieszka w Warszawie. Uznała, że ma ochotę poznać nowych ludzi, spędzić czas w lesie. A poza tym lubi remonty. – Czuję po takiej pracy przyjemne zmęczenie – mówi.  

Zatrudniła się kiedyś w fabryce alkoholu, nakładała metki na butelki. Praca była monotonna i przede wszystkim niosła poczucie, że nie służy ani ludziom, ani przyrodzie. – Praca bez sensu męczy – tłumaczy Sylwia. 

Najtrudniejszym wyzwaniem budowlanym, przed którym wcześniej stanęła, była konstrukcja sauny. Ze znajomymi zrobiła wszystko od zera – od docinania i szlifowania desek z tartaku po zamontowanie pieca. Zajęło im to tydzień pracy po około 10 godzin dziennie, z przerwami na jedzenie. – Pamiętam, że wszystko bardzo mi tam smakowało – wspomina.  

Na "turnusie remontowym" przypadło jej głównie malowanie. Mówi, że wspólne zajęcia sprawiły, że szybko poczuła się dobrze w towarzystwie, po dniu pracy robili wypady do lumpeksów i knajp. – Lubię to, że przy takiej pracy efekt jest widoczny od razu. Podoba mi się praca manualna – lubię czuć swoje ciało.  

W Teremiskach grupie ochotników udało się pomalować część pomieszczeń, uszczelnić prysznice, wymienić część podłogi, przeczyścić kolanka w starej instalacji hydraulicznej, wymienić kontakty i naprawić włączniki światła.  

Na 'turnusie remontowym' przypadło jej głównie malowanie (fot. Archiwum prywatne) , Mówi, że wspólne zajęcia sprawiły, że szybko poczuła się dobrze w towarzystwie (fot. Archiwum prywatne)

– Wiadomo, że nie zrobiliśmy wszystkiego. Zresztą w takim domu przez cały czas coś jest do naprawienia – podsumowuje Wojtek. 

Dlatego w sierpniu 2023 urządzają "turnus remontowy vol. 2".  

Sylwia planuje też mały remont u siebie w mieszkaniu: pomalowanie ścian, wymianę mebli. Od dawna się do tego zbiera. Mówi, że to chyba dlatego, że jest z tym sama. Ona do remontowania potrzebuje znajomych.  

Adam 

Adam* z żoną kupili drewniany domek na wsi na Podlasiu. Nieduży, 64 mkw.: kuchnia i dwa pokoje. Stuletni, z piecem kaflowym i trzema gniazdkami elektrycznymi. Postanowili wynająć ekipę i szybko zakończyć remont. To w Polsce mało popularna decyzja – około dwóch trzecich remontów Polacy przeprowadzają własnymi siłami.

Przyjechało dwóch panów budowlańców i Adam z żoną zmienili zdanie. Ceny były zaporowe, ale przede wszystkim nie mogli się dogadać.  

Panie, karton-gips na ścianę, to trzeba zasłonić, wyrównać, na podłogę wylewkę się zrobi, położy się panel winylowy, będzie jak drewno wyglądało – parafrazuje ich Adam. Podziękowali.  

– Chcemy zachować charakter tego domu – tłumaczy. – Zależy nam na tym, żeby budynek był wpisany do rejestru zabytków. To nasze dziedzictwo kulturowe... Fajnie, jak wszyscy mają we wsi wyremontowane domy, ale już nie widać po tych domach, że ta zabudowa ma sto lat!   

Żona Adama zawodowo zajmuje się antykami. Mają w domu ludwiki, przedwojenne ikony, zastawę z XIX wieku. Adam lubi sobie myśleć, trzymając w ręku filiżankę, że przechodziła z rąk do rąk, kolejni właściciele o nią dbali i że w końcu on może się nią zająć. Tak samo z domem. Chciał, żeby wszystko było w dawnej technologii, ekologiczne, bez plastiku i gotowych rozwiązań. – Szanuję, jeśli ktoś woli pójść do Ikei, ale to nie jest mój styl – tłumaczy.  

Zapłacili cieśli za wzmocnienie elementów konstrukcyjnych budynku i wymianę dachu, a resztę postanowili zrobić sami. Po swojemu. Wprowadzili się na wiosnę i pierwszy sezon poświęcili na opróżnianie domu i czyszczenie go do gołego bala. Zdjęcie boazerii poszło sprawnie. Pod spodem były kartony, płyty ze sklejki, plastikowe panele i warstwy tapet. Kawałek jednej z nich zamierzają powiesić na ścianie jako obraz, bo spodobał im się wzór. Pod spodem, już na deskach, znajdywały się dawne wzory malowane farbą kazeinową.  

Naszym celem nie był jak najszybszy remont, tylko zrobienie go na naszych zasadach – mówi Adam.  

Jego żona wykładała na uczelni i lato miała wolne. On, żeby zrobić remont, zrezygnował z pracy, od czasu do czasu bierze jakieś zlecenie.  

W Warszawie pracował w korporacji, był grafikiem komputerowym. Pracował po 12 godzin dziennie i zarabiał około 10 tys. na rękę. Z żoną mijali się rano, wieczorem zmęczeni zamawiali jedzenie i oglądali odcinek serialu.  

Adam uważa, że praca w korporacji bardzo przypomina szkołę. – Jest dyrektor. Jest kierownik, który jak nauczyciel mówi mi, co mam zrobić. Dostaję oceny, ewaluacje co miesiąc. Na tej podstawie odznaczenia, które nic nie znaczą: "pracownik miesiąca". Wszystko obarczone bardzo dużym stresem, wszystko ma być zrobione na już, na wczoraj... – mówi.  

Czuł, że w pracy nie ma na nic wpływu. "To jest moje życie? Codziennie wstawać o szóstej rano, jeść kanapkę z kurczakiem i jalapeno na lunch i wracać do domu na spanie?" – myślał. Przeszedł na freelance, zaczął zarabiać 16 tys. na rękę, ale pracował jeszcze więcej, nocami i w soboty.  

– Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego tyle pracowałem – przyznaje. – Tak byłem wychowany: szkoła, studia, praca, a w pracy trzeba pracować. Może obawiałem się, że jak nie będę dowoził, zostanę zastąpiony? 

Od kiedy przeprowadzili się na swój "plac budowy" trzy lata temu, zajmuje się przede wszystkim remontem. Nikt go nie popędza. Kiedy zaczyna się złościć, może zostawić robotę i wrócić do niej następnego dnia. Zarabia teraz około 10 tys. zł mniej, ale na wsi wydatki są mniejsze. Uważa, że nie potrzebuje więcej. 

Zimą i jesienią wykonują mniej prac remontowych. Adam bierze więcej zleceń, robią z żoną przetwory, sprzątają gospodarstwo po dawnych właścicielach.  

Dom Adama na Podlasiu (fot. Archiwum prywatne)

Podczas drugiego sezonu zajął się montowaniem instalacji elektrycznej ("YouTube academy"), podłączaniem bieżącej wody pompowanej z ich studni i oczyszczalnią ścieków. – W życiu bym tego drugi raz nie zrobił – mówi.  

Jego praca ma swój rytm: najpierw wydaje mu się, że pójdzie łatwo. Po kilku godzinach zaczyna żałować, że nie wzięli ekipy. Kiedy kończy, jest dumny i ma poczucie, że wszystko dalej pójdzie jak z płatka. Cykl się powtarza.  

Uznał, że sam wykopie oczyszczalnię; męczył się z łopatą, później wynajął małą koparkę, w końcu dużą – dopiero ona poradziła sobie z twardą gliną.  

Chcieli mieć stalowe rury. W hurtowni były dostępne sześciometrowe, a on potrzebował 20-metrowej. Żeby połączyć ze sobą kawałki rur, musiał ręcznie wyrzynać gwint. Nauczył się spawać i lutować. Zbudował specjalny stelaż, żeby opuścić pompę do studni – 20 m w dół.  

– Po co wy to robicie? Połóżcie plastikową rurę i będzie za pięć minut zrobione – radzili znajomi, a Adam w duchu zadawał sobie to samo pytanie. Cały projekt – próby i błędy, montowanie i rozmontowywanie rur – zajął mu ponad rok.  

– Panie, to nie ma szans, to nie zadziała – orzekł hydraulik.  

Działa.  

Pracują razem z żoną. Zazwyczaj milczą, każde skupione na swoim zadaniu.  

Teraz możemy robić wszystko razem, tak jak zawsze chcieliśmy! Robimy sobie przerwy, pijemy kawę, oceniamy pracę, planujemy co dalej – mówi Adam. – Jest bardziej intymnie. Lepiej się rozumiemy.  

Niedługo zaczynają kłaść tynki gliniane i ocieplać poddasze. Remont trwa już trzeci rok, ale Adam twierdzi, że przestało go to stresować. W końcu mogą w tym domu mieszkać, jest im wygodnie.  

– Rodzina ciągle pyta, kiedy skończymy. Jak ta stara ciotka pytająca młode małżeństwo, kiedy będą dzieci. Co to są w ogóle za pytania! Skończymy, jak skończymy – denerwuje się.  

Właśnie składa własny filtr do oczyszczania wody, ponieważ te dostępne w sklepie przepuszczają część zanieczyszczeń i są z plastiku, którego starają się unikać. – Można pójść do sklepu i kupić za 10 zł. Po co poświęcać czas na liczenie, zamawianie jakiejś tam części, jeżdżenie… – wylicza. – No właśnie po to, żeby mieć na coś wpływ. Nie robić tak jak inni, bo w sklepie nie ma wyboru. Chodzi o tę satysfakcję, że jest tak, jak ja chcę. Jest po mojemu. 

*Na prośbę rozmówcy posługuję się jego drugim imieniem.  

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories. Obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m. in w Dużym Formacie i Tygodniku Powszechnym. Lubi słuchać, jak ludzie mówią.