Reportaż
Co roku do wyzwania, jakim jest budowa domu, stają tysiące ludzi (fot. Shutterstock)
Co roku do wyzwania, jakim jest budowa domu, stają tysiące ludzi (fot. Shutterstock)

Na początku jest marzenie. W brzuchu przyjemny prąd: parę lat roboty i w miejscu, w którym dzisiaj nie ma nic, stanie dom.

Pierwszego dnia o poranku wyjdziemy z kawą na taras, słońce ogrzeje nam twarze, a czyste powietrze wypełni nasze płuca. Razem z przyjaciółmi opijemy inwestycję. Będą chwalić metraż salonu, usytuowanie kominka i tę wyspę w kuchni, na której można kroić sery i stawiać eleganckie drinki. Najpierw zwiedzą parter, potem piętro. Zachwycą się oddzielną garderobą.

Po marzeniu przychodzi rzeczywistość: biurokracja, stosy podań i wniosków, miesiące oczekiwania. Stres w banku, stres w urzędzie, stres w sklepie z płytkami. Ciągle rosnące koszty, raty kredytu, opłaty urzędowe, wynagrodzenie dla notariusza. Milczący telefon fachowca, poszukiwanie nowego. Ból barków, pleców, głowy i żołądka.

A kiedy w ręku trzyma się już klucz i stoi przed drzwiami domu, który powstawał przez lata - w stresie, strachu i złości, rodzinnych awantur – entuzjazm zamienia się w rozczarowanie. – Bo najgorsze jest to, że jak już się człowiek wprowadzi, wszystko wydaje mu się nie takie, jak zaplanował. Zaczynają się poprawki – mówi Ewa, właścicielka domu jednorodzinnego.

Ludzi, którzy budowę domu mają za sobą albo są w jej trakcie, znajduję na pewnym internetowym forum. Pytam, co jest najtrudniejsze. Ktoś odpowiada krótko:

 – Myślenie: na co poszło 300 tys. z kredytu i skąd wezmę kolejne 100.

Kamila twierdzi, że nie ma rzeczy, która jej nie stresuje. – Jestem z budową sama, bo mąż przez koronawirusa utknął za granicą. A do tego jestem w ciąży – opowiada. – Jak coś nie idzie, to mam ochotę wszystkich życia pozbawić.

Po marzeniu przychodzi rzeczywistość: biurokracja, stosy podań i wniosków, miesiące oczekiwania (fot. Archiwum prywatne) , Stres w banku, stres w urzędzie, stres w sklepie z płytkami (fot. Archiwum prywatne) , Ciągle rosnące koszty, raty kredytu, opłaty urzędowe, wynagrodzenie dla notariusza (fot. Archiwum prywatne)

Było warto?

Co roku do wyzwania, którym jest budowa domu, stają tysiące ludzi. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego, tylko w 2020 roku oddano do użytku ponad 42 tys. domów jednorodzinnych. Mimo pandemii liczba ta nieznacznie (o 1,2 proc.), ale wzrosła w stosunku do roku poprzedniego. Część budów to inwestycje prywatne, część – inwestycje firm deweloperskich. Te pierwsze dzielą się na budowy metodą gospodarczą, czyli w pełni samodzielnie, oraz z generalnym wykonawcą, który zadba o postawienie domu od początku aż do stanu "pod klucz".

W obu przypadkach – jak wskazują moi rozmówcy – stres, nieplanowane koszty i piętrzące się przeszkody są na porównywalnie wysokim poziomie.

Metoda gospodarcza ma dawać spore oszczędności - fachowe portale donoszą, że już na etapie wylania fundamentów 100-metrowego domu mogą one wynieść do sześciu tys. zł. Współpraca z generalnym wykonawcą, choć bardziej kosztowna, nie zawsze gwarantuje spokojne oczekiwanie na otrzymanie kluczy.

Tylko w roku 2019 ruszyło 90 tys. nowych budów. Właściciele powstających domów właśnie zadają sobie to samo pytanie: czy było warto?

PAPIERY, czyli pani z urzędu zwleka miesiąc

Dla Kuby najgorsze są sprawy urzędowe. A żeby zacząć budowę, trzeba odwiedzić parę adresów. W urzędzie gminy należy uzyskać informację o miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. – Najtrudniejsze jest otrzymanie pozwolenia, zwłaszcza na terenach, które w 95 proc. są już zamieszkane – mówi Kuba.

– Najgorsze w czasach koronawirusa: papiery – wtóruje mu Weronika i wylicza: - Przepisanie działki, warunki zabudowy, pozwolenie na budowę, projekt, wyciągi z ksiąg wieczystych, mapy ewidencyjne, projektowe i inne.

Sylwia z mężem zaczęli ponad rok temu. W październiku 2019 roku byli u architekta z pomysłem na wymarzony dom. Projekt dostali po ośmiu miesiącach – w czerwcu 2020 roku. Potem dokumentacja techniczna i wniosek o pozwolenie na budowę – we wrześniu.

– Ponad miesiąc czekaliśmy na to, żeby pani w starostwie w ogóle do naszego projektu zajrzała – opowiada Sylwia.

I pojawiły się kolejne komplikacje, bo trzeba było składać następne dokumenty, czego Sylwia i jej mąż się nie spodziewali. – Tu już nerwy nam się nadszarpnęły, bo mąż jest budowlańcem, zna się na prawie budowlanym i przy dużych inwestycjach odpowiadał za dokumentację techniczną. Dobrze wiedział, że pani robi nam pod górkę – mówi Sylwia. Architekt też się dziwił: skąd dodatkowa papierologia, jeśli wszystko było dopięte na ostatni guzik? – Po "poważnej" rozmowie w starostwie w końcu wydano nam pozwolenie – opowiada Sylwia.

Zalali fundamenty, zrobili strop, zakładają dach. Czekają na lepszą pogodę. Mąż niemal przeprowadził się na budowę. Dom stawia z pomocą brata i kolegi.

Sylwia z mężem zaczęli ponad rok temu (fot. Shutterstock)

Jest stres, są nerwy, bo plan był inny. Budowa miała ruszyć wiosną 2020 roku, a zakończyć się wiosną 2021. Architekt nie wywiązał się z umowy zrobienia projektu do końca grudnia 2019 roku i kolejne etapy odsunęły się w czasie. A pieniądze z konta lecą.

– Wszyscy oczekują, że inwestor to ma wiedzę o każdym etapie budowy: co, po czym i jak. A jak nie wiesz, to nawciskają ci najdroższych rozwiązań – mówi Sabina, właścicielka domu.

FACHOWCY, czyli naucz się sam i popraw

– Najgorzej, jak budujesz dom, mieszkając za granicą, a potem sam musisz poprawiać babole po partaczach – mówi Henryk, który ma właśnie takie doświadczenia. W jego przypadku – przyznaje – błędem było wzięcie do roboty wujka z 20-letnim stażem w dekarskiej branży do położenia dachówki. Doświadczenie nic nie dało: teraz Henryk musi wszystko poprawiać sam.

Przed ciężarną Kamilą, której mąż jest uziemiony poza Polską, położenie więźby dachowej i układanie dachówek. A potem – montowanie okien. – Ten etap mnie najbardziej stresuje. Boję się, żeby czegoś nie spieprzyli – mówi.

Katarzyna dom buduje metodą gospodarczą od... sześciu lat. – Dziś mogę stwierdzić, że najwięcej czasu zabiera i jednocześnie najwięcej irytacji powoduje konieczność uczenia się wszystkiego samemu. Sprawdzania, czy "fachowiec" wie, co robi, lub sprzedaje mi to, co uzasadnione i zgodne ze sztuką budowlaną, czy tylko naciąga na kasę – mówi Katarzyna. – Porażający jest stan wiedzy Januszów budownictwa. Bez szkół i podstaw inżynierii, wciskających przestarzałe technologie, bo "pani, tak się od zawsze robiło". Na większość z nich żadne argumenty nie działają. Tak umieją i tak robią.

Jeden z budowlańców tak bardzo przywiązany był do standardów sprzed dekad, że naraził życie mieszkańców domu. Ci po przeprowadzce ze zdziwieniem odkryli, że przy rurach, w których płynie woda, biegną również kable instalacji elektrycznej. W jednym przetarła się izolacja i woda płynąca z kranu raziła – na szczęście lekko – każdego, kto zanurzył w niej ręce.

Ale zaczyna się już od lokalnych składów budowlanych, gdzie na prośbę zamówienia czegoś innego sprzedawcy robią wielkie oczy. Klient dowiaduje się, że "u nas to nikt tego nie kupuje, to się nawet nie opłaca sprowadzać". Przykład: specjalne pustaki ceramiczne o określonej twardości i wytrzymałości. Polskie markety mają tylko jeden model. Lepsze można sobie kupić, ale w Czechach.

– Kończy się żmudnym przeszukiwaniem Internetu – grup, filmów na YouTube – żeby znaleźć odpowiedź, jak to zrobić samemu – kontynuuje Katarzyna. Przez całą zimę przygotowuje się krok po kroku do kolejnego etapu budowy, żeby od wiosny ruszyć z pracami. Jest obkuta jak na egzamin na politechnice. – Lubię swój dom i już nie mogę się doczekać końca budowy – mówi. – Ale jak pomyślę o wykończeniówce, która czeka mnie od marca, to głowa zaczyna mnie boleć.

Adam, właściciel domu: – Jeśli robisz wszystko sam, to jeszcze jest OK. Bo pracujesz swoim tempem i jeśli coś nie wychodzi, możesz mieć pretensje tylko do siebie. To jeszcze da się przeżyć – przekonuje. Zdecydowanie gorzej – twierdzi – jest robotę zlecić komuś innemu. – Pseudofachowcy zawsze coś spier***ą – Adam nie owija w bawełnę. – A później jeszcze cię oskarżają, że to twoja wina.

W przypadku Henryka błędem było wzięcie do roboty wujka z 20-letnim stażem w dekarskiej branży do położenia dachówki (fot. Shutterstock) , Doświadczenie nic nie dało (fot. Shutterstock)

Lista żalów klientów budowlańców? Nie dotrzymują terminów, biorą kilka robót jednocześnie i skaczą między budowami, a klienta szlag trafia. – Mają gdzieś, że bank dał ci konkretny termin na ukończenie etapu – mówi Adam. – Patrzysz, jak taki "fachowiec" niszczy twój materiał, bo na przykład nie chce mu się iść trzy metry po kawałek pustaka. Bierze nowy i tnie. Potem chodzisz po budowie i liczysz połówki. Wychodzi paleta w plecy. To samo z drewnem, cementem itd. A jak zwrócisz uwagę, to specjalnie robią na złość.

Olaf pół życia, jak mówi, spędził za granicą. Tam – twierdzi – też zdarzają się budowlane wpadki. Ale robotnicy starają się swoje błędy naprawić i doprowadzić projekt do końca. A w Polsce? – Kłamią, oszukują, kradną, nie dotrzymują terminów. Człowiek nie może w ogóle planować, bo nijak nie może liczyć na tych, którzy się do czegoś zobowiązują. To niby fachowcy, a trzeba za nimi chodzić krok w krok i sprawdzać, co robią, bo wszystko mają w dupie. Trzeba budowlanki uczyć się samemu, żeby nie dać się robić w konia – pomstuje.

Nie każdy ma w ręku fach, a w sobie pewność, że to, co zbuduje, nie spadnie rodzinie na głowę. – Najtrudniejsze było postawienie więźby dachowej w pojedynkę – mówi Paweł i z uśmiechem dodaje: – Wtedy myślałem, że się zesram. A reszta to pikuś.

PORTFEL, czyli kasa topnieje szybko

Katarzyna: – Mnie nie chodzi o pieniądze. Mogłabym wiele zapłacić za ekipę, która zna się na rzeczy, umie doradzić, samodzielnie wprowadzić jakieś rozwiązanie, które zapunktuje w przyszłości. Tyle że takich ekip nie ma. A jakie są? Jeden majster, co coś tam liznął, skrzyknął paru kolegów bez roboty. I już są firmą. I już wiedzą najlepiej.

Miłosz: – Najgorsze jest niedoszacowanie. Nakładu czasu, pieniędzy, rodzaju prac, liczby decyzji do podjęcia. Nikt nie chce płacić generalnemu wykonawcy, ludzie wolą budować sami, a potem 99 proc. wydaje więcej, niż planowało.

Dla Krzysztofa to właśnie pieniądze są największym wyzwaniem w całym procesie. Domek już stoi – niewielki, zgrabny, wokół łąki i pola. Ale łatwo nie było. – Budowę zacząłem bez kredytu, własnymi siłami i z pomocą teścia – opowiada. – Kiedy zaczęły się prace wewnętrzne, to za co by się człowiek nie wziął, wszędzie kilka tysięcy. Na początku wszystko wydaje się tanie, ale jak zacznie się kupować, to kasa na koncie topnieje bardzo szybko. Tu dwa tysiące, tam trzy albo 10.

Więc człowiek, mówi Krzysztof, musiał się w końcu do banku uśmiechnąć.

– Dostaliście kredyt? – pytam.

– Tak. Ale gotówkowy.

Michał: – Tu braknie trochę stali, tam kilku pustaków, w kółko jakieś pierdoły. Majster zadzwoni, że jest faktura do uregulowania. Kasa tu i tu, i jeszcze tam. W pierwszej hurtowni materiał kosztuje 1800 zł, w drugiej 1200, w trzeciej 1600. Nim się obejrzysz, całe pieniądze poszły!

GŁOWA, czyli tryby ciągle pracują

Kiedy rosną mury, wszystko schodzi na drugi plan. Tak mówi Kasia, która w czasie budowy zapomniała, co to wolny weekend. W tygodniu praca, w sobotę robota przy domu. Mąż w delegacji – wracał na weekend i też brał się za pustaki. – Do rodziny nie wyjeżdżaliśmy wcale – opowiada Kasia. – Lanie słupów i nadproży to sześć dni roboty od rana do nocy i też wszystko idzie w odstawkę. Nawet relacje partnerskie. Czasem nie śpi się po nocach, bo ciągle w głowie tryby pracują i rozważają dalszy plan działania.

Kiedy rosną mury, wszystko schodzi na drugi plan (fot. Shutterstock)

Jest jeszcze coś: dom, w którym żyje się w czasie budowy, i który też jakoś trzeba ogarniać. Tak jak w przypadku Oli. – Mieszkamy z teściami. Oni na dole, my na piętrze, z dwojgiem dzieci. Mam wrażenie, że ze strony teściów jest napięte wyczekiwanie: kiedy wreszcie skończymy i pójdziemy na swoje – opowiada Ola. – Łazienka jest jedna, kuchnia też. Mijam się z teściową w wąskim korytarzu i słyszę, jak syczy pod nosem, że za mało ma miejsca. Chcę się wykąpać po powrocie z budowy, nalewam wodę do wanny z wyrzutami sumienia, bo wiem, że teść jest oszczędny i nie lubi takich widzimisię. Wody wystarczy nalać tyle, żeby zamoczyć stopy.

Bliskość z mężem? Już o niej zapomnieli. Łóżko skrzypi, dźwięku w telewizorze rozkręcić nie można, bo dzieci śpią. Wracają z budowy, kąpią się, jedzą coś z teściami albo zamawiają z dowozem. – Tyle dobrego – pizza na pół z mężem – mówi Ola. Przyznaje: – Wiem, że Maciek ma zawsze w garażu kilka piwek i zanim przyjdzie na górę, to sobie wypije w samochodzie. Nie jestem zła, bo wiem, ile ta budowa go kosztuje. Niech sobie chociaż w ten sposób odpocznie.

Michał przyznaje: – Musisz na ten czas przewartościować swoje życie. Na pierwsze miejsce wychodzi budowa. Później jest rodzina i na końcu praca.

Ania w pewnym momencie zaczęła się martwić: czy kosztem budowy domu dla rodziny nie będzie tej rodziny rozpad. – W naszym przypadku wszystko było inaczej, niż wcześniej planowaliśmy – opowiada. – Tak, chcieliśmy zbudować dom, ale myśleliśmy o późniejszym terminie. Przez przypadek trafiło nam w ręce ogłoszenie o sprzedaży działki.

Zaczęli rozmawiać, rozważać za i przeciw. W końcu zdecydowali: postawią dom już. Zwłaszcza że babcia zajmie się dziećmi. Nieraz mieli ciche dni, bo budowa ich stresowała i przez to kłócili się z byle powodu.

Sylwia, która z mężem budowlańcem czekała na decyzję urzędu miesiąc, przyznaje: – Nie radzimy sobie. Jest dużo spięć i różnych awanturek. Mąż wiecznie poza domem, w którym teraz mieszkamy. Mamy dwójkę dzieci, jest bardzo ciężko. Ja zostaję sama. Mąż dzień w dzień musi jeździć na budowę i do nocy tam pracować. Mnie jest ciężko, bo nie mogę mu pomóc.

Za czym Sylwia po roku od startu tęskni najbardziej? – Budujemy bez kredytu, z własnych pieniędzy. Więc brakuje mi stabilności finansowej, bo prawie wszystkie oszczędności mamy przeznaczone na ten dom. Ciągle trzeba coś dokupować, a to idzie z bieżącego budżetu – mówi. – A za czym jeszcze tęsknię? Za wolnym czasem spędzanym z mężem. Za życiem bez planowania. Teraz wszystko musimy mieć poukładane. Na rewolucje miejsca nie ma.

Karolina to przykład najbardziej drastyczny: rozwiodła się z mężem, kiedy do nowo postawionego domu mogliby się już wprowadzać. – Budowa nas zniszczyła. Psychicznie, finansowo, uczuciowo – opowiada. – Trwała cztery lata. Nie kłóciliśmy się o to, gdzie postawić ściankę i ile metrów powinien mieć garaż. Ale o wszystko inne. W sytuacji, kiedy oboje pracowaliśmy, a po pracy budowaliśmy dom, powodem do sprzeczki było absolutnie wszystko: brudne buty w korytarzu, zacieki na szybie kabiny prysznicowej, spanie na kanapie przed telewizorem. Mąż lubił oglądać filmy do późna, a ja sama leżałam w łóżku. Te cztery lata były testem, którego nie zdaliśmy. Teraz szukamy klienta na dom, podzielimy się pieniędzmi ze sprzedaży.

Ania w pewnym momencie zaczęła się martwić: czy kosztem budowy domu dla rodziny nie będzie tej rodziny rozpad (fot. Shutterstock)

Według Agaty najgorszy jest moment, kiedy po wprowadzeniu okazuje się, że mnóstwo rzeczy by się zmieniło, wszystko wkurza, a momentami wręcz załamuje.

Najgorszy widok? Pęknięta ściana, rysa na suficie. W marzeniach dom jest piękny, wymuskany, ściany proste, a sufity idealnie gładkie. Po roku budynek, stojący nieraz na nieutwardzonej glebie, zaczyna "pracować", zapadać się w ziemię. I ściany pękają. Wtedy rysy trzeba łatać, ściany pokrywać gładzią, docierać, malować… A i tak nie ma się pewności, że za chwilę znów nie pękną.

– A można tego uniknąć przez szczegółowe projektowanie poprzedzone bardzo szczegółową analizą potrzeb – mówi Agata. – Ale do tego trzeba znaleźć dobrego architekta.

- Co, jeśli po przeprowadzce pozostaje niedosyt? – dopytuję.

– Trzeba z tym żyć.

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream" o Tomku Mackiewiczu. Jest autorem podcastu "Człowiek z plecakiem".