Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (Michał Grocholski / Agencja Wyborcza.pl)
Zdjęcie ilustracyjne (Michał Grocholski / Agencja Wyborcza.pl)

"Ta-ta". To pierwsze słowo, jakie powie Tymek. Nie zna wielu słów, Zuza martwi się, że nie mówi jak inne dwulatki, ale to "tata" przychodzi mu z łatwością. Obraca je na języku z wyraźną przyjemnością, delektuje się nim, podrzuca ojcu z satysfakcją. Zuza czuje, że kiedy ojciec jej dziecka i życiowy partner wchodzi do domu, syn się rozjaśnia. "Mama" powiedzieć nie chce. Na widok matki nie jaśnieje. Zuza odczuwa brak entuzjazmu syna każdą częścią siebie. Cóż, nie jest najatrakcyjniejszą matką świata. Wie o tym. Sądzi też, że gdyby widziała, pewnie byłoby inaczej.*

Zuzanna patrzy na mocno odcinający się na tle jaskrawego czerwcowego nieba wieżowiec, widzi plamy okien, kontur budynku. Neonów, reklam ani szpetnych napisów nie widzi. Widzi majaczący na horyzoncie tramwaj, ale o numer, żeby dojechać na warszawską Ochotę, zapyta ludzi na przystanku. Kiedy przyjdzie SMS, podsuwając telefon pod nos, dotknie ekranu i odsłucha jego treść. Kiedy dostrzegam ją przechodzącą przez przejście na Koszykowej, unoszę rękę, żeby jej pomachać.

I natychmiast robi mi się głupio: przecież mnie nie widzi, dla niej jestem tylko rozmazanym pikselem ulicy, elementem ruchomości, którą stara się omijać, kiedy wychodzi z domu.

Gdy idzie z białą laską, ma łatwiej. Laska daje jej przestrzeń, jest ochronnym symbolem i wytłumaczeniem tego, czego Zuzka tłumaczyć nie chce.

Stanowi nieprzekraczalną granicę, cenną, bo tego właśnie Zuzka nienawidzi: przekraczania jej granic. "W przypadku niewidomych matek – mówi – te granice nic nie znaczą, łamane z łatwością, przekraczane jednym słowem".

Potrzeba normalności**

Głupia, nieodpowiedzialna, przypadkiem w ciążę zaszła. Biedne dziecko. Krępująca cisza na wieść o tym, że jest w ciąży. Zmartwienie, jak ty sobie poradzisz. To wie głównie od niewidomych koleżanek, bo sama aż tak wielu nieprzyjemnych reakcji nie doświadczyła. Ale to pewnie dlatego, że ludzie nie wiedzą, jak bardzo nie widzi. Rzadko korzysta z laski. Nie po to całe życie walczyła o normalność, żeby teraz traktowali ją jak "podopieczną".

Zdjęcie ilustracyjne (Jakub Ociepa / Agencja Wyborcza.pl)

Bez białej laski ma spokój. Nikt jej za rękaw nie ciągnie, nikt nie komentuje, że jest nieodpowiedzialna, że zagraża dziecku. Zawsze musiała mieć na siebie pomysł. Rodzice szli za nią. Wspierali to, co wymyśliła, bo sami pomysłu nie mieli. Wiedzieli tylko, że trzeba się Zuzią opiekować. Próbowali otaczać ją kordonem, chronić przed światem, ale ona wcale nie chciała ochrony. Chciała normalności.

Miała czternaście lat, kiedy zdecydowała, że pójdzie do masowej szkoły, bo chce się wyrwać z getta niewidzących. "Wydawało mi się – mówi – że do szkoły specjalnej idą tylko sieroty, a jak masz trochę oleju w głowie, robisz swoje". Robiła swoje. Poszła do normalnej szkoły, w klasie było trzydzieścioro troje uczniów. Wszyscy widzieli, Zuzannę izolowali i uczniowie, i nauczyciele, bo nie mieli pojęcia, jak zachować się wobec takiej egzotyki. Nie wiedzieli, co widzi, podobnie jak nie wiedzieli Zuzki rodzice. Ona się nie pchała, nie chciała być popularna, miała grupę kilku koleżanek.

Uczyła się średnio, na czwórkach. Nie miała czasu ani siły na więcej, zajęta wymyślaniem, jak ma funkcjonować – na czas czytać opasłe lektury, pisać klasówki, mieszcząc się w 45 minutach. Siedziała blisko okna (bo jaśniej), miała lupę, tablicy nie widziała, więc uczyła się głównie ze słuchu. Nikt jej nie pilnował, nie doradzał.

Straszenie porażką

"Zdałam maturę, nie dostałam się na żadne sensowne studia" – mówi po latach. "Byłam głupia i teraz ponoszę konsekwencje tamtej niedojrzałości. Trzeba było iść do szkoły specjalnej, tam dostałabym wsparcie i doradztwo. Ale od tamtej pory wiem, że jak sobie wybierzesz, tak będziesz miała" – ciągnie.

Wtedy wiedziała, że w kwestiach pomysłów na radzenie sobie z niedowidzeniem może liczyć tylko na siebie. Zdawała sobie sprawę, że najważniejsze jest, żeby inni swoją pomocą jej nie przeszkadzali. Jak rodzice.

Kiedy na studiach dowiedziała się, że jest wyjazd na żagle do Chorwacji, zapisała się natychmiast. Kiedy szczęśliwa powiedziała o tym rodzicom, usłyszała: "Jak ty to sobie wyobrażasz? Nie potrafisz. Nie dasz rady. Będziemy się zamartwiać". Nie było: "To teraz trzeba wymyślić, jak sobie na tym jachcie poradzisz", tylko straszenie porażką. Jak zawsze.

Zuzka na żagle pojechała. Dwa lata później powtórzyła rejs, tym razem na Morzu Północnym. "Rzygałam przez trzy dni i czułam, że żyję" – mówi. Może i rodzice chcieli jej pokazać, gdzie może się potknąć, i uchronić przed upadkiem, ale ona miała inny pomysł: jeśli nie mogła przeskoczyć przeszkody, przeczołgiwała się przez nią. Teraz dziadkowie robią to samo z jej synem.

Kiedy Tymek zbliża się do schodów w jej rodzinnym domu w Radomiu, krzyczą natychmiast: "Zrobisz babach! Upadniesz! Nie podchodź". Wtedy Zuza podchodzi do syna i mówi: "Jeśli nie dajesz rady, idź przy ścianie. Trzymaj się poręczy. Poproś o pomoc". Nie straszy, proponuje rozwiązania. Daje synowi to, czego nigdy nie dano jej.

Wstyd i strach

Kiedy spóźnia się jej okres, myśli: niemożliwe. Po drodze do pracy ma szpital położniczy. Przypadkowa lekarka mówi mechanicznie: szósty tydzień. Zleca badania krwi. Notuje w karcie informację o niekorygowalnej wadzie wzroku.

Dziękuję, do widzenia, powodzenia. Zuzka wpada w histerię. Stara się opanować przerażenie, bo wie, że jeśli skoncentruje się na emocjach – zwariuje. Nie chce ciąży. Nie chce żadnego dziecka. Przed każdym badaniem ma nadzieję, że to się samo rozwiąże. Że płód obumrze, że zacznie krwawić, jedna trzecia ciąż tak się kończy. Wie, bo czytała statystyki.

Nie jest gotowa. Boi się, że nie pokocha dziecka, które ma z niej wyjść, nie da mu tego, czego ono będzie potrzebować. "A miłość – mówi – należy się dziecku jak psu zupa". Nadzieję na to, że poroni, ma do samego końca. "Pewnie – tłumaczy – przeżyłabym szok, gdyby to się stało krótko przed porodem. Ale całą ciążę spędziłam, modląc się, żeby jej nie donosić". Nie mówi o tym nikomu. Wstydzi się. Boi się własnych myśli.

Kiedy zwierza się partnerowi, czuje jego niedowierzanie. Jak to: nie czujesz więzi z dzieckiem? Jak to: nie wiesz, jak to będzie? Jak to: przecież to nasze dziecko. Jakie dziecko – myśli Zuza. Obcy, który porwał moje ciało i zatruł mi głowę.

Myśli o aborcji, ale wie, że jeśli samo się nie przerwie, ona nie podejmie tej decyzji. Jeżeli wydarzy się samo, nie będzie się winić. Piekła boi się tylko w przypadku aborcji.

Zdjęcie ilustracyjne (Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)

Szlag, szlag, szlag by to wszystko trafił – myśli Zuza, kiedy słyszy po badaniu ultrasonograficznym w dwunastym tygodniu, że istnieje poważne ryzyko zespołu Downa. "Suka!" – wrzeszczy do siebie. Nie chce tego dziecka, ale skoro ma się urodzić, to niech przynajmniej będzie zdrowe. Z uwagi na wiek Zuzy, jej tryb życia i wyniki usg ryzyko jest trzykrotnie wyższe niż normalnie. Na wyniki inwazyjnych badań prenatalnych czeka cztery tygodnie.

W tym czasie wciąż ma nadzieję, że zaczepiony w jej macicy twór zniknie. Ma też nadzieję, że jeśli już się tak kurczowo uczepił i nie zamierza znikać, nie ma zespołu Downa. Robi, co do niej należy. Dba o siebie. Je zdrowo. Pije wodę. Robi badania. Tyle może mu dać. Miłości w sobie nie ma. Nie ma ekscytacji. Ma zadania i obowiązki. Twór rodzi się zdrowy. Dostaje 8 punktów w skali Apgar.

Brzydki jak ojciec

Z porodówki pamięta oddech Tymka. Kiedy wyjęli go z jej brzucha, dali potrzymać przez kilka sekund, nie płakał. Oddychał ciężko, chrapliwie. Położna zabrała go szybko, żeby odessać płyn z płuc. Chyba, bo nic nie tłumaczyli. Syna zobaczyła po kilku godzinach. Nie wiedziała, co się z nim dzieje. Położna przyniosła go dopiero do karmienia.

"Nie było w tym nic mistycznego. Zrobili mi operację, wyjęli dziecko, zabrali je, przynieśli. I się zaczęło" – mówi Zuza. Kiedy lustruje twarz syna z bliska, widzi kępkę czarnych włosów, wielkie zakola, pomarszczoną czerwono-siną twarz. "Ale brzydki" – myśli. Zuzie przypomina się zdjęcie jego ojca z lat 70. Tymek jest identyczny. Równie brzydki.

Przystawia dziecko do wielkiej, nabrzmiałej piersi. Jego głowa jest półtora raza mniejsza od piersi. Zuzka boi się, że ta wielka pierś go udusi. Z pomocą położnej próbuje nakarmić syna. "Pani mu poda sutek, razem z brodawką, tak by dziecko dobrze objęło je wargami" – mówi położna. Zuzka nie widzi brązowej obwódki wokół piersi, nie widzi ust dziecka. Trzęsą się jej ręce, obawia się, że zrobi mu krzywdę. Ściska pierś, drugą ręką trzyma dziecko. Stara się na wyczucie włożyć mu sutek do ust.

Po kilku próbach położna się poddaje. "Będzie pani musiała mieć kogoś do pomocy" – mówi w końcu. "W dupę się pocałuj" – myśli Zuza. I kolejny raz podejmuje próbę nakarmienia syna. Położne starają się pomóc, no, może oprócz jednej, która mówi do Zuzanny, że ciągle tylko chodzi i narzeka, zamiast wziąć się w garść. Problem polega na tym, że chcą ją nauczyć karmienia tak, jak uczą pacjentki, które widzą.

Zdjęcie ilustracyjne (Lumen Photos / Pixabay.com)

Tu ma pani brązowe, a tu buzię dziecka, trzeba ścisnąć i podać mu, aż pani zobaczy, że zassało, razem z brodawką. Że pije, pozna pani po ładnie wywiniętych wargach i ruszającym się uszku. To znaczy, że przełyka. Świetnie – myśli Zuza – ale przecież ja tego w życiu nie zobaczę. Tylko jedna położna rozumie problem. Sama ma rozszczep wargi. "Da pani radę" – mówi Zuzie.

Mlekodajna krowa

Zuzka pamięta jej słowa, kiedy zaciska zęby i podaje dziecku pokaleczoną, obolałą pierś. Karmi trzy miesiące. Trzy straszne, długie miesiące, które wspomina jako koszmar. Najbardziej zła jest na siebie, że nie ogarnia karmienia, i na położne, które nie umiały podpowiedzieć nic ponad to, czego uczy się widzące, sprawne kobiety. "Wszyscy założyli, że mam być jak mlekodajna krowa tryskająca mlekiem" – mówi. W szpitalu pieprzyli o liściach kapusty, ale ponieważ niewidoma pacjentka trafia się tak rzadko, nie umieli jej pomóc. Poczuli ulgę, gdy odebrała wypis. Wolą normalne matki.

Niewidome i głuche, na wózkach, o kulach muszą sobie podwójnie radzić z niepełnosprawnością. Nie widzą – nie oczami – swoich dzieci. Uszami nie słyszą. Bezwładne ręce ich nie podniosą, nogi nie pogonią.

Nie zbudują bazy z poduszek. Położne, lekarze, własne matki, właśni ojcowie – oni wszyscy dokładają do tej niemocy drugie tyle, otaczają kordonem, chronią dziecko przed tą matką wybrakowaną. Zakładają, że wiedzą. Nic nie wiedzą.

Rodzice próbują pomóc, tak jak położne w szpitalu. Tak jak umieją. Ojciec nalega, żeby przyjechała z dzieckiem do nich. Nie chce, by matka została z córką w Warszawie. "Pomyśl o mamie" – mówi do Zuzy, bo matka kilka dni wcześniej spadła z drabiny i obiła żebra. Pomyśl o mamie – myśli Zuza. Dobre. Zaciska zęby, przestraszona teraz nie tylko perspektywą zajmowania się tym małym człowiekiem, którego dobrze nie widzi i co do którego nie ma pojęcia, co z nim robić, ale też dziadkami.

Anna J. Dudek (Bartek Syta)

Im usilniej ojciec namawia ją na przyjazd, im bardziej obiecuje pomoc, bo jak ona sama sobie poradzi, tym mocniej Zuzka okopuje się na swoich pozycjach. "Tato, przecież ja się muszę nauczyć wszystkiego, nie będę zawsze u was, mam swoje życie" – mówi i sama ze sobą walczy, bo wizja dwudziestoczterogodzinnej pomocy przy dziecku, którego nawet nie umie nakarmić, kusi. Nie – myśli. Jak pojadę, mama przejmie opiekę nad Tymkiem, ja dostanę szału, związek mi się rozwali. Zostaje w kawalerce i zaczyna walkę z codzienną szarością.

Próbuje karmić, gotuje mleko, zmienia pieluchy. Płacze. Nie ma w sobie radości, nie wzrusza jej, kiedy syn łapie ją za palec, nie rozpływa się, gdy przytula się do jej piersi. Ma obowiązki, które musi spełniać. Czuje złość na siebie, bo jaka z niej matka, skoro nie ma instynktu macierzyńskiego. Ma obawy, czy podoła. I żal, że jej dziecku się taka matka trafiła.

*Publikujemy fragmenty książki Anny J. Dudek "Znikając. Reportaże o matkach", która ukaże się nakładem Wydawnictwa Znak. Autopromocja: Książka do kupienia w formie elektronicznej w Publio.

**Śródtytuły pochodzą od redakcji

Anna J. Dudek. Dziennikarka, redaktorka. Publikowała w "Polska The Times", "Przekroju", "Elle", "Liberte", Oko.press. Autorka książek "Dolce vita po polsku" i "Poddaję się. Życie muzułmanek w Polsce". Pisze głównie o polityce, Kościele, prawach człowieka. Wielbicielka Rzymu i rodzinnego Lublina, literatury faktu i psów, zwłaszcza dwóch własnych.