Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

W chwili święceń Adam był trzynastą osobą duchowną w rodzinie. Kilka lat później został pierwszą, która z kapłaństwa odeszła. 

"Nie masz na co liczyć" 

Od dziecka był ministrantem, potem pomocnikiem organisty. Pierwsze myśli o tym, by zostać księdzem, pojawiły się już w liceum. Do seminarium wstąpił po maturze, w roku śmierci Jana Pawła II. Twierdzi, że to pontyfikat Polaka obudził w nim prawdziwe powołanie.  

Po święceniach ksiądz Adam pracował z dziećmi i młodzieżą, prowadził nabożeństwa dla obcokrajowców po angielsku, a nawet mszę trydencką, całkowicie po łacinie. – Wierzyłem, że jako ksiądz, który funkcjonuje in persona Christi, muszę działać dla każdego człowieka. Tak postrzegałem kapłaństwo – podkreśla.  

Chciał się rozwijać, uczyć, zaczął więc studia doktoranckie.  

Wśród znajomych księży miał opinię nadgorliwca, a z czasem stał się obiektem kpin i szyderstw. – Ponieważ wychowałem się w domu, w którym duchowieństwo było głęboko szanowane, to za każdym razem skupiałem się na ludzkim wymiarze tego, co się zdarzało. Wiedziałem, że ich ataki wynikały z zazdrości czy niskiej samooceny. Na ludzi, którzy wyżywają swoje nieprzepracowane kompleksy na innych, nie patrzyłem z nienawiścią, ale raczej z politowaniem. I to pewnie jeszcze bardziej ich podjudzało – uważa Adam. 

Słyszał, że "nie umie robić pieniędzy". Miał opinię dziwaka. Także u biskupa diecezji, który – jak twierdzi Adam – karierę w Kościele zawdzięczał właśnie umiejętności "robienia pieniędzy" i utrzymywaniu władzy. 

– Pamiętam, jak zgnoił mnie za fryzurę. Nie miałem na głowie niczego wyjątkowego: dłuższą górę i przycięte boki. Biskup zaczął rzucać we mnie kurwami, chociaż na zakrystii były osoby postronne. Powiedziałem, że jeżeli ekscelencja ma pretensje, to powinien mnie wezwać do swojego gabinetu i na osobności udzielić reprymendy. Niedługo później rzeczywiście biskup wezwał mnie do siebie, ale tylko po to, by powiedzieć mi prosto w twarz, że na karierę w Kościele "nie mam co liczyć" – mówi Adam. I dodaje: – W środowisku kościelnym, w którym służyłem, Bóg nie był najważniejszy, tylko to, czy pięknie mówisz po łacinie i ile pieniędzy zebrałeś. A ponieważ biskup był ostatnim elementem struktury władzy, do której mogłem się zgłosić, czułem, jak rośnie we mnie bezradność i niemoc.  

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Odejście 

Pierwsze myśli o odejściu pojawiły się u Adama, gdy zaczął dostrzegać księży, którzy posługę kapłańską zamienili w przedsiębiorstwo, a ich duchowość stała się byle jaka. Gdy wskazał przełożonym kilka osób, które Kościół traktowały jak firmę, sam został ukarany za donosicielstwo. Zanim jednak podjął decyzję o odejściu z kapłaństwa, porozmawiał z mamą i zwierzył się ze swoich zamiarów. Zrozumiała go, dostał od niej wsparcie. Wtedy poczuł, że to właściwy ruch. Niedługo później jego proboszcz i wikariusze zarzucili mu niegospodarność, wywyższanie się i – o ironio – brak zaangażowania. Adam zaczął zamykać wszystkie sprawy kapłańskie i wywozić swoje rzeczy osobiste z plebanii.

Po pięciu latach pracy duszpasterskiej na pełnych obrotach żaden z moich przełożonych nie próbował dowiedzieć się, dlaczego zrezygnowałem, a tym bardziej o mnie zawalczyć. Jedynymi osobami, które moje odejście dotknęło, byli parafianie – próbowali przekonać mnie do powrotu. Po kilku tygodniach zadzwoniono do mnie z kurii z pytaniem, czy wiedzę, którą posiadam na temat wewnętrznych spraw Kościoła, zamierzam wykorzystać przeciw niemu. I to właśnie jest kwintesencja moralnego zepsucia – twierdzi.  

Wyuczona bezradność 

Przez pierwszych kilka dni Adam czuł się jak na wakacjach. A pierwsza od wielu lat wolna niedziela sprawiła, że uświadomił sobie, jak bardzo był przepracowany. W parze z ulgą rosły jednak frustracja i niepewność – jaka czeka go przyszłość.  

Adam podkreśla, że jednym z największych niedopatrzeń w procesie edukacji przyszłych księży jest to, że nie przekazuje im się wiedzy, jak funkcjonować w ekonomicznym wymiarze życia. Na przykład nic nie wiedzą o płaceniu podatków. Praktycznie do końca seminarium żyją pod kloszem i nie mają pojęcia o codzienności. Moment święceń i rozpoczęcie kapłaństwa jest dla wielu odcięciem pępowiny i oznacza pozostawienie samemu sobie.  

Zapytany o konkretne kwoty, jakimi dysponował jako ksiądz, Adam wylicza: – Z pracy w szkole na pół etatu miałem 900 zł. W pierwszej mojej parafii dostawałem z tytułu miesięcznej intencji 700 zł. W drugiej było już lepiej, ale dojazdy, choćby koszty paliwa, i wszystko, co było związane z nauką, musiałem sponsorować sobie sam. Kościół zapewniał mi tylko dach nad głową i jedzenie, chociaż też nie zawsze – twierdzi.  

Znał wielu duchownych, którzy z różnych powodów podjęli decyzję o odejściu, ale zanim faktycznie to zrobili, "po cichu" skończyli studia, kursy, zdobyli uprawnienia, które podnoszą kwalifikacje na rynku pracy. – Duchowo byli już wypaleni, ale trwali w Kościele, aby to przejście było łagodne. Ja tak nie potrafiłem. Z praktycznego punktu widzenia to był błąd, ale nie mogłem inaczej – przyznaje. 

Szybko okazało się, że jedną tylko decyzją Adam resetował swoje życie. Świat zewnętrzny postrzegał go jak wyrzutka, który nic nie potrafi. Adam uważa, że to potężna niesprawiedliwość. Przecież prowadzenie parafii czy przykościelna działalność organizacyjna niczym nie różnią się od świeckiej pracy biurowej oraz tego, czego ludzie uczą się chociażby na studiach zarządzania. Najczęściej słyszał jednak, że to nie jest doświadczenie, jakiego firmy poszukują.  

Kilka razy zdarzyło się, że Adam był już na dalszych etapach rekrutacji, potencjalny pracodawca wydawał się zainteresowany, a spotkanie wydawało się przebiegać bardzo dobrze. Ale gdy wychodził na jaw kościelny rozdział życia Adama, atmosfera siadała. I kilka dni później przychodziła odmowa.  

W wieku 32 lat cofnąłem się do poziomu typowego 18-latka: bez mieszkania, pracy, doświadczenia i planu co dalej – wspomina.  

"Na karetkę" 

Znajomy dał Adamowi cynk, że zna kogoś, kto potrzebuje pracownika biurowego do zabezpieczenia sprzętu sanitarnego. Praca ta nie trwała długo, ponieważ szef okazał się cholerykiem i oszustem, odmawiał obiecanej umowy, a pieniądze wypłacał w kopercie. Był to jednak pierwszy kontakt Adama z branżą medyczną. Największe wrażenie zrobiła na nim istotność tego, co się w niej robi. 

Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Adam skończył kurs ratownika kwalifikowanej pierwszej pomocy i uprawnienia do kierowania pojazdami uprzywilejowanymi. Trafił wtedy "na karetkę", czyli do zespołu transportu sanitarnego, i zajmował się odwożeniem pacjentów do domów albo przewoził ich między szpitalami.  

W 2021 roku rozpoczął studia z ratownictwa medycznego, a także zatrudnił się w szpitalnym oddziale ratunkowym jako opiekun pacjenta.  

Nie chwalił się w pracy, że był księdzem. Ponieważ jednak długo funkcjonował w mediach społecznościowych jako duchowny, zachowały się jego zdjęcia i posty z tego okresu. Gdy dotarli do nich współpracownicy ze szpitala, przeszłość Adama stała się tematem plotek. Było to dla niego trudne doświadczenie – musiał się tłumaczyć, udowadniać swoje kompetencje.  

– Zaczęło się od dziwnych spojrzeń i pewnego ostracyzmu, bo wyłączono mnie ze wspólnego spędzania czasu czy żartowania. W końcu udało mi się przekonać kolegów do siebie, ale nie było to ani łatwe, ani przyjemne, gdy wszyscy oceniają każdy twój ruch, każde zachowanie – podkreśla. 

Jakiś czas później okazało się, że kapłańska przeszłość może być wręcz atutem – ludzie zaczęli do niego przychodzić, żeby wygadać się ze swoich problemów.  

– Jako były ksiądz potrafię słuchać i rozmawiać. Zacząłem być traktowany jak mediator i zarówno pacjenci, jak i sami ratownicy przychodzą do mnie, bym rozwiązywał spory, których w szpitalu przecież nie brakuje – śmieje się. 

Usługi duchowe 

Adam podkreśla, że nie dokonał aktu apostazji, jak robią to niektórzy byli księża. Skoro jego praca w strukturach Kościoła hierarchicznego nie była szanowana, to na własną prośbę został zawieszony w czynnościach kapłańskich. Nie stracił jednak wiary i – choć wydaje się to skomplikowane – po części pozostaje osobą duchowną. Zawieszenie nie zwalnia go z niektórych obowiązków, na przykład brewiarza, czyli codziennej modlitwy Kościoła, czy z przyrzeczenia bezżeństwa. Jednocześnie jednak jako suspendowany ksiądz Adam nie może prowadzić mszy ani udzielać komunii. Wyjątkiem jest udzielanie rozgrzeszenia w sytuacjach nieuniknionej śmierci. Odkąd trafił na SOR, regularnie to robi. 

Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

– Gdy medycy oswoili się z moją kapłańską przeszłością, sami zaczęli mnie wysyłać na "ostatnie spotkanie". Najczęściej, gdy przyjeżdża pacjent w ciężkim stanie, na tzw. linię czerwoną, czyli strefę reanimacyjną lub resuscytacyjną. Jest nieprzytomny, nie można mu już pomóc i umiera. Staję wtedy przy nim, robię znak krzyża i cicho wypowiadam formułę rozgrzeszenia. Zdarzyło się, że rozgrzeszyłem tak trzy osoby podczas jednego dyżuru – opowiada.  

Adam twierdzi, że jako ratownik widział już chyba wszystko i niejednokrotnie dosłownie w rękach trzymał osobę o krok od śmierci. Za każdym razem, oprócz robienia wszystkiego, co w jego mocy, aby ratować życie, Adam rozmawia z pacjentami. Mówi im, że nie są i nie będą sami. Dla niego to inna forma modlitwy, u której źródła leży bliskość z drugim człowiekiem.  

Pytany, co najbardziej zapadło mu w pamięć, opowiada: – Do szpitala przywieziono roczne dziecko po nagłym zatrzymaniu krążenia. Ponieważ sytuacja była tragiczna, a dziecko nie zostało jeszcze ochrzczone, w trakcie prowadzenia resuscytacji krążeniowo-oddechowej poproszono mnie, abym je ochrzcił. Mimo ponad godzinnej reanimacji dziecko niestety zmarło. Razem z rodzicami cały szpital przeżywał dramat, ale mogłem pomóc chociaż w tym aspekcie – mówi Adam. 

Rozwód 

Rozstanie z Kościołem Adam porównuje do bolesnego rozwodu, ale jednocześnie jest wdzięczny za wszystko, co go spotkało. Cztery lata po odejściu od kapłaństwa Adamowi brakuje najbardziej udzielania sakramentów, które jego zdaniem były najintymniejszą relacją z Bogiem. – Tęsknię do nich. Najbardziej lubiłem prowadzić mszę oraz spowiadać. Rozgrzeszanie było dla mnie niezwykle mocnym uczuciem duchowym, w którym uczestniczyłem z drugą osobą – twierdzi.  

Adam bardzo dobrze wspomina wykłady i zajęcia, które prowadził, dlatego marzy o pełnowymiarowym powrocie do nauki. W przyszłości zamierza zapisać się na studia magisterskie na kierunku zdrowie publiczne, a potem zrobić doktorat w tej dziedzinie. A odkąd zamknął się dla niego etap czynnego kapłaństwa, postanowił, że nie będzie dłużej tłumić swoich uczuć i chciałby pewnego dnia założyć rodzinę.  

Na prośbę bohatera jego imię zostało zmienione. 

Damian Nowicki. Dziennikarz i reportażysta freelancer, najściślej związany z "Gazetą Wyborczą" oraz "Tygodnikiem Powszechnym". Absolwent filozofii i filmoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu w Warszawie. Jego teksty zostały wyróżnione w kilku konkursach dziennikarskich, w tym nominacją do nagrody Grand Press 2022 w kategorii wywiad. Najbardziej poruszają go systemowe problemy, które krzywdzą bezbronnych ludzi. W wolnych chwilach pracuje nad debiutancką książką, słucha post rocka i muzyki filmowej.