Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Antek ma 18 lat. Nie pamięta, kiedy ostatni raz płakał. Gdy jest mu smutno, odpala internet w smartfonie i ogląda, jak jego idol, youtuber Kaluch, gra w GTA V Prawdziwe Życie. Nie pamięta też, kiedy ostatni raz się nudził. Nie ma na to czasu, bo tuż po lekcjach online wchodzi na platformę Twitch, gdzie może skakać od jednego streamera do kolejnego. Na obskoczenie wszystkich nie starczy dnia, bo na Twitchu swoje życie przed komputerem transmituje prawie dwa miliony nadawców.*

– Nigdy nie czuję się samotny. Mam komórkę, komputer stacjonarny i laptop – zapewnia.

– A kiedy ostatni raz byłeś na randce? Na wyjeździe pod namiot z kolegami? Na koncercie? W kinie? – pytam.

Nigdy – mówi Antek.

– Nie brakuje ci ludzi? – dziwię się.

– A dlaczego miałoby mi ich brakować? – Teraz z kolei dziwi się Antek. – Same z nimi kłopoty. No i rozczarowują. Dziewczyny w internecie są ładniejsze od tych na ulicach. I milsze, bo kiedy zaczynam oglądać ich profile na Instagramie, one odwdzięczają się tym samym. Na co dzień nie czuję się zauważany.

– Może dlatego, że cały czas spędzasz pochylony nad telefonem? – pytam.

– A gdzie mam patrzeć? – odpowiada Antek. – Wystarczy, że człowiek podniesie głowę, to zaraz dostanie po łbie, że się gapi, bo pewnie czegoś chce, coś mu nie pasuje albo szuka zwady. A ja nie szukam zwady, chcę tylko spokoju.

Spokój to dla Antka stały dostęp do internetu, regularne spotkania z ojcem i zmiana ustroju Polski na monarchię konstytucyjną. Nowa, lepsza Polska przypominałaby Księstwo Liechtensteinu. Raj podatkowy, w którym każdy ziomek ma kasę i pewność, że nie musi się martwić o kolejny rząd, bo przecież władza przechodzi z księcia ojca na księcia syna.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

– Dziękuję Bogu za Facebooka – mówi Antek. – Dzięki niemu trafiłem na strony Janusza Korwin-Mikkego, przede wszystkim na Koalicję Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja. W skrócie KORWiN. Kiedy wchodzę na sociale koalicji, widzę, że jest nadzieja na spełnienie moich marzeń dotyczących zmiany ustroju. Ale nie tylko moich, bo na samym Facebooku jest nas kilkaset tysięcy!

Marzenia dotyczące częstych spotkań z ojcem są trudniejsze do realizacji. Po rozwodzie rodziców dziewięcioletni wówczas Antek zamieszkał z mamą i jej nowym mężem. Ojciec wyprowadził się kilka ulic dalej, gdzie stworzył nową rodzinę z rozwódką z małym dzieckiem. We własnym domu Antek – jak mówi – szybko poszedł w odstawkę, bo mama zaszła w ciążę, a potem na kilka lat skupiła się na wychowaniu córeczki. W drugim domu nie był mile widziany przez nową partnerkę taty. Z ojcem spotykał się więc w weekendy w parku albo chodzili razem do kościoła w centrum miasteczka. 

Antek lubił, jak je nazywa, wspólne wypady do Bozi. Niestety, kiedy miał 15 lat, ojciec przeszedł na protestantyzm i zaczął jeździć do kościoła w innym mieście. Antek źle się tam czuł. Wbił sobie do głowy, że przez ojca zdradził Bozię i dlatego nie dostał się do wymarzonego liceum. I nie da sobie wmówić, że zawinił efekt reformy szkolnictwa, czyli kumulacja roczników, przez którą starczyło dla niego miejsca tylko w jednym z kilku liceów mundurowych w mieście. Już się pogodził, że niewiele od niego zależy, a Rzeczpospolita Polska chłopakom podcina skrzydła. Chciał być humanistą. Chciał dyskutować o życiu.

Uczy się w klasie o profilu strażackim. Każdy dzień zaczyna musztrą. Jest karny, ale nie wierzy, że kiedyś uda mu się dostać do gwarantującej stałą pracę służby mundurowej. Zna statystyki: z kilkuset uczniów do straży zawodowej dostało się dwóch.

– Na co w życiu mam wpływ? – zastanawia się głośno Antek. – Na wiarę w Boga, telefon do taty i wybór strony w internecie. I dziwi się pani, że nie podnoszę głowy znad komórki?

Posłuchaj podcastu Zetka z Zetką. O feminizmie, polityce i wolnej szkole [PODCAST]

(...)

Co to jest dom? – pytam osiemnastoletniego Antka, którego największymi marzeniami są spotkania z ojcem i zmiana ustroju Polski na monarchię konstytucyjną.

Dom to willa. Miejsce, w którym mieszka Ekipa, czyli kolaboracja kilku popularnych youtuberów – odpowiada Antek. – Razem tworzą daily, czyli codziennie wrzucają filmiki ze swojego życia. Wille wynajmują im agencje, które zapewniają członkom ekip najlepsze kontrakty z reklamodawcami. W domach mieszkają też managerowie.

– Jaką rolę odgrywają managerowie? – dopytuję.

– Ojców youtuberów, chociaż są niewiele starsi i biorą za opiekę pieniądze – odpowiada Antek. I dodaje: – Czasem, kiedy tata nie odbiera telefonu albo nie ma go na Skypie, wchodzę na daily. Wyobrażam sobie, że jestem członkiem Ekipy i mam swojego managera. Kilka razy wziąłem udział w internetowym konkursie na wejście do willi, ale nigdy nie udało mi się zebrać dostatecznej liczby punktów.

Wykorzystałam przywilej, jaki daje legitymacja dziennikarska. Zwiedziłam – w imieniu Antka i milionów chłopaków czekających na codzienną porcję filmów na YouTubie – kilka willi ekip. W internecie pełne życia, w realu wyglądały na opuszczone.

W przedpokojach leżały buty. Z rozwiązanymi sznurówkami, porzucone w pośpiechu, w różnych rozmiarach i fasonach. Mogły pasować do wszystkich i do nikogo. Garnki stojące na blatach kuchennych wysp sprawiały wrażenie nieużywanych. Lśniły, ale tylko po to, żeby się w nich przeglądać. Naczynia poukładane kolorystycznie zachęcały nie do nakładania potraw, tylko do robienia zdjęć.

Nieomal wszędzie pachniało świeżym tynkiem, cytrynowym odświeżaczem powietrza i karmą dla psów, które – małe, chude, nieufne – nerwowo obwąchiwały obcych. Swoi – jakby obudzeni nagłym ruchem przy drzwiach – nawoływali z oddali:

– Idziesz do Żabki?

– Kup mi parówki i colę light!

– Mleko, mleko dla mnie!

Szłam za tym nawoływaniem i docierałam do centrów życia willi. Salonów. W zależności od internetowego stażu ekip – mniejszych lub większych. Z wyjściem na taras albo połączonych z kuchnią. Czasem niskich, czasem z wysokim sufitem, ze szklanymi albo drewnianymi spiralami schodów prowadzących do sypialni. Obowiązkowo jednak z długim stołem konferencyjnym o najmodniejszym, nowoczesnym designie i rustykalnym charakterze (korespondującym na przykład z meblami z serii Nomad).

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Nad stołem zazwyczaj dyndał wielki kryształowy żyrandol, a na utrudzonych czekały kanapy ustawione w literę l. Mieszkańcy willi – piątek, świątek czy niedziela – wyglądali na utrudzonych. Pochylali się nad stertami papierów, przyglądali plątaninom linii i cyfr znajdujących się na tablicy ścieralnej albo zwisających z trójnogów arkuszach papieru. Przypominali ekipę zarządzającą przedsiębiorstwem, które szykuje się do wypuszczenia na rynek nowej linii produktów. Gdy podchodziłam bliżej, okazywało się, że opracowują kolejny pomysł na film. Zazwyczaj coś chwytliwego, w stylu: spędziliśmy noc w parku trampolin, polowaliśmy w Biedrze na świeżaki, pływaliśmy na flamingu, jedliśmy tylko czerwone produkty, na jeden dzień zamieniliśmy się dziewczynami.

Byli utrudzeni tak bardzo, że nie mieli siły podnieść głów znad stołów i telefonów. Ożywiali się dopiero na widok wycelowanego w ich stronę iPhone’a. Nieliczni i dopiero po długich negocjacjach zapraszali do swoich pokoi, w których na próżno szukałam książek, kwiatów w glinianych donicach, ulubionych, wyszczerbionych kubków, oprawionych w ramki zdjęć narzeczonych, babć, dziadków, rodziców.

W pokoju Mini Majka (prawie dwa miliony śledzących na Insta), członka ekipy Friza (niemal trzy miliony followersów), jedynym osobistym przedmiotem była jego srebrna kurtka. Wisiała na fotelu gamingowym i niepokojąco połyskiwała na tle błękitu i marynarskich elementów wystroju. Poprzedni mieszkaniec pokoju musiał być dzieckiem.

Mini Majk, mężczyzna wzrostu pięciolatka, bez problemu wpasował się w jego terytorium, ale nie miał wiele do powiedzenia na temat domu. Przez 25 lat zwiedził ich kilka, w niewielu został na dłużej. Przez trzy lata mieszkał w domu rodzinnym, potem – po śmierci rodziców – w domu dziecka, wreszcie zostały mu już tylko „tymczasy": lokal małżonków, którzy przez kilka lat zapraszali go na święta, i wynajmowane mieszkania.

Domy jak domy. Ludzie jak ludzie – powiedział mi Mini Majk, który choć cierpi na karłowatość, nauczył się patrzeć na innych z góry. Zanim został youtuberem i influencerem, pracował jako barman. Siedząc na wysokim barze, wlewał gościom – jak mówi – alkohol „wprost do dzioba". Każdy chciał się napić z mężczyzną wzrostu dziecka. Szczególnie tam, gdzie właśnie powstawały przykładne, polskie rodziny: na wieczorach panieńskich,kawalerskich, poprawinach, pępkowych.

Jeździł też po klubach w całej Polsce. Początkowo mijał się w drzwiach z telewizyjnymi celebrytami. Szybko jednak i on, i oni zaczęli przegrywać z cybermanami – youtuberami i influencerami z Insta. Właściciele dyskotek i barów chętniej wybierali ich jako przynętę dla gości.

Pomyślał: dobrze, gdyby i jego przygarnął internet. Dzięki niemu złapałby stały grunt. Poczuł się kochany. I chciany. Jego tęsknotę, ale też przydatność, wyczuł Friz, youtuber, który wybił się na grze w Pokemon Go i właśnie wprowadzał spółkę Ekipa na giełdę. Zaprosił go na swój kanał family friendly, czyli produkujący treści przyjazne rodzinie. Z sukcesem, bo Mini Majk aka Mały M aka Majkel samym swym pojawieniem się robił content.

Inne ekipy szybko wyczuły clickbait i zaczęły szukać podobnych Mini Majkowi, chorych na karłowatość. Za późno, bo Ekipa Friza, również dzięki Majkelowi, szybko przejęła YouTube.

I do dziś jest jak w ich piosence (60 milionów wyświetleń):
"Robimy, co chcemy, a wy macie ból dupy / Żyjemy dla jajec
i ciągłej boruty / wip Bros Ekipa, bujasz się do tej nuty".

Inni twórcy internetowych treści – jak Team x, który właśnie wystartował w nowej odsłonie i z nową ekipą – o takiej liczbie wyświetleń mogą tylko marzyć. Marcin Dubiel, były uczestnik Team x, obserwowany na Insta przez ponad dwa miliony osób, o domu wie więcej niż Mini Majk. Urodził się i do 19. roku życia mieszkał w Jaworznie, gdzie jego dziadek był górnikiem. Nie wie jednak, czy dołowym. I czy pracował w słynnej, działającej od 1920 roku, kopalni węgla kamiennego Jan Kanty, która zmieniała nazwy na Dachs (w czasie okupacji niemieckiej), Jaworzno (w początkach prl-u), Komuna Paryska (od 1953 do 1989), aby tuż przed zamknięciem w 2000 roku wrócić do starego miana.

Więcej może opowiedzieć o ojcu, który jako pierwszy w rodzinie skończył prawo i został prokuratorem w katowickiej prokuraturze apelacyjnej. I o mamie, która po rozwodzie z ojcem założyła nową rodzinę, dzięki której Marcin zyskał dwu młodszych braci i siostrę.

Najstarszy z braci ma 11 lat. Od wyprowadzki Marcina częściej patrzy na niego i słyszy jego głos przez szkiełko smartfona. Bywały lata, kiedy na żywo widział go rozpaczającego, że wkłada w budowę social mediów całe serce, a zamiast ludzkiej miłości dostaje hejt. Ale też kolejnych obserwujących, którzy przyrastali wprost proporcjonalnie do rozpaczy Marcina.

*Fragmenty książki "F*ck, fame & game. Co faceci robią w sieci" Elżbiety Turlej